zonazona
19.10.05, 10:10
.....ktoś by powiedział. Jestem tak rozczarowana, że mam wrażenie, jakby to
wcale nie mnie dotyczyło.
Jesteśmy małżeństwem pond 7 lat. Mamy 2 synków (6,5 i 2,5). Nie jesteśmy
zgodnym i szcześliwym małżeństwem, docieramy się i dotrzeć nie możemy. Jak to
się mówi, odbieramy na innych falach. Ostatnio było lepiej, spokojniej, nawet
miło całkiem. I dlatego mąż zdecydował się wyznać mi coś, co od dawna chciał,
ale czekał na lepsze czasy, abym spojrzała na sprawę przez pryzmat ostatnich
dobrych wydarzeń (i abym miała więcej do stracenia - zapewne).
Okazuje się, że miał romans. To było jeszcze przed młodszym synkiem. Sytuacja
naszego małżeństwa była wtedy kryzysowa (tzn. ja żyłam z dnia na dzień
niczego nie dostrzegając a mój biedny mąż miał kryzys). Mąż czuł się
niekochany, niepotrzebny i nie miał się do kogo przytulić - ok, ja to
rozumiem, zapewne tak było. Ktoś wyciągnął do niego rękę, pocieszał,
przytulił, ok - to także rozumiem. Ale to nie był jeden, jedyny skok w bok,
chwila zapomnienia z ich strony podczas tego pocieszania - nawet to bym
zrozumiała. Mogło się raz wydarzyć, oboje by się przestraszyli (ona też ma
rodzinę) i opamiętali. Ale oni się jeszcze spotykali, ona nadal go pocieszała
a w finale kończyło się seksem. Tego już ani pojąć ani znieść nie potrafię.
To ona zerwała. A w międzyczasie ja zaczęłam mówić o drugim dziecku, a on w
tym widział nadzieję na przyszłość. Najwyraźniej otrzymał już odpowiednią
dawkę pocieszenia, terapia się powiodła, a i owa pani miała coś z tego. Cóż
za sarkazm, ale wolno mi, do diaska!
Mąż myślał, ze jak mi to wyzna, to odzyska moje zaufanie, zamkniemy rozdział
i dalej będzie dobrze. To również świadczy o tym, jak różni się nasze
spojrzenie na wiele spraw. On nie ma pojęcia co to znaczy urażona kobieca
duma. On nie jest kobieciarzem, nie oddziela seksu od miłości. Zawsze
uważałam, ze nigdy by mi czegoś takiego nie zrobił. Tak się zawsze
zarzekałam... Taka byłam naiwna, dumna i tak bazowałam na swojej intuicjii.
Wiecie, czuję się strasznie, co rusz popłakuję. Dodam, że on wiedział od
zawsze, że zdrady nie wybaczę, niezależnie od okoliczności.
Po pierwsze nie mogę uwierzyć, że on, który przes wszystkie lata miał moje
100% zaufanie pod tym względem, tak mnie zawiódł,
po drugie nie mogę zrozumieć dlaczego, skoro czuł się taki nieszczęśliwy, nie
przyszedł z tym do mnie, tylko robił minę zbitego psa i brał na litość obcych
ludzi,
po trzecie nie mogę przeżyć, że był z inną, całował, dotykał, że nie wspomnę
o reszcie...
Nie wiem czy potrafię wybaczyć, zdaję sobie sprawę, że nie nikt nie jest
doskonały, ani ja nie jestem superżoną, że wtedy się nie starałam, że to było
dawno i definitywnie się skończyło, że on żałuje bardzo. A napewno wiem, że
nie zapomnę. A póki co jak zamknę oczy, to ich "widzę". A kiedy "widzę", to
znika trzeźwe myślenie i zostają tylko te obrazy.
Wiedziałam, że on chce mi coś powiedzieć, ale nie ciągnęłam za język. Zresztą
myślałam, że chodzi o jakieś sekstelefony, albo znajomości wirtualne, albo
przyjaciółkę do zwierzeń i przytulania (tylko). Zaniemówiłam, jak mi
powiedział.
Teraz patrzę na niego, jakbym go pierwszy raz widziała, nie jest tym, za kogo
go miałam. Absolutnie nie chodzi o to, że teraz będę go podejrzewać o zdrady,
sprawdzać i nie ufać w przyszłości. Po prostu widzę siebie wtedy, jak on
sobie romansuje, a ja siedzę w domu z tą swoją plakietką na czole: "mój mąż
by tego nie zrobił".
Nie pytam Was Kochane o radę co mam teraz zrobić, sama sobie poradzę. W końcu
wstanę, otrzepię się i powiem Życiu: - dobra, dawaj, co tam masz następnego!
Chciałam się tylko podzielić się objawieniem, które spłynęło na mnie - trochę
poniewczasie - na skutek kubła pomyj wylanych na moją głowę wczoraj.
Mianowicie - nie można być pewnym NIKOGO. Smutne, ale tak właśnie teraz myślę.
Ciekawa jestem Waszych refleksjii. Może ktoś mnie pocieszy?....
Naiwna żona