kalinkaagata
16.03.06, 10:22
Pewna kobieta opisała na forum o swoim strachu, ma chore serce, podejrzenie
nowotworu, nie pracuje, jej facet tez stracił prace, fakt, nie wiemy, czy to
prawda, czy nie, ale niektóre głosy forumowiczek, były bardzo krytyczne...
W tym miejscu chciałabym napisac wam o tym, jak moja rodzina popadła w biede,
z powodu choroby, zmian ustrojowych etc. Ja wiem, czym jest głud, i nigdy nie
pogrąże złymi słowami człowieka który prosi o pomoc, nawet jeżeli nie jestem
pewna jego prawdomówności i intencji, a może własnie dlatego...
..............................................................................
W 1985 roku zdiagnowzowano u mojej mamy raka piersi, był to sporej wielkości
guz, trzeba było go usunac. W tamtych latach zreszta, nawe jezeli guz był
niewielkich rozmiarów to i tak najcześciej usówano całą pierś. Moja mama
miała wtedy 34 lata, tako 36, ja 6, zas moja siostra Agnieszka 8. Mama poszła
do szpitala, zdecydowała razem z tata, ze nalezy powiedziec nam prawde,
zreszta moi rodzice zawsze wychodzili z takiego założenia, że njagorsza
prawda jest lepsza od nawet małego kłamstwa. Pamietam, jak dziś, jak teto
przyszedłwszy ze szpitala, stanął w przedpokoju, oparł sie o szfke na buty i
strasznie szlochał. Byłyśmy przerazone!!!Nasz tata, taki silny i mądry
płacze. To był pierwszy raz , gdy widziałam u ojca łzy...
Powiedział nam, ze mamie odjeli cyci, że była chora, i, żeby choroba nie
zaatakowała innych organów trzeba było ja odjac. Przytuliłam sie do siostry i
płakałam cichutko, za bardzo nie rozumiałam co sie stało, ale wiedziałam, że
to COŚ bardzo złego. Mam wróciła do domu, bardzo się bała, że umrze i , że
nie doczeka mojej komunii świętej, z tego tez powodu ubłagała naszego
proboszcza, żebym mogła razem z siostrą przyjąć ten sakrament. Miałam 6
lat...tak sie cieszyłam z białaj sukienki!!! jak to dziecko, w dodatku takie
małe, za bardzo nie rozumiałam dlaczego ja ide do komunii, a moje kolezanki i
koledzy z zerówki jeszcze nie, wszystkie dzieciaki mi zazdrościły...
Tato pracował w metalchemie, taki opolski zakład pracy. Działał dobrze,
pracownicy mieli super zaplecze socjalne, wyjeżdrzali na eksport do
Czechosłowacji. Jak mama zachorowała , tato zrezygnował z tych wyjazdów, ale
mimo tego było nam dobrze w sensie materialnym. Nie było przerzutów, mam
wróciła do pracy (była dyrektorką w przedszkolu). Wszystko było ok. Do
czasu...
Po roku nowotwór zaatakował powtórnie, zaczeły sie przerzuty, wszedzie. Mama
przestała pracowac, dostała rentę. Marne grosze...była jeszcze młoda, nie
zdąrzyła przepracowac wielu lat...Mimo tego jakoś dawaliśmy sobie rade
finansowo. Moje rzycie upływało pomiędzy domem, a szpitalem, znałam
wszystkich lekarzy na onkologii, wszystkie pielegniarki... Szpital był mi
drugim domem. Wtedy szpitale prowadziły inna politykę wobec rodzin pacjentów,
nie wolno było długo przebywać u chorego. My z aga stanowiłysmy wyjątek od
reguły. Personel nas uwielbiał. Więc spedzałysmy tak całe dni, po szkole...
cdn