Zareagować czy olać sprawę (troche długie)

21.03.06, 13:34
Hmmmmmm może zacznę od tego, że nasz maluszek ma 14 miesięcy jest po prostu
przesłodki, bardzo dużo rozumie. Może głupio to zabrzmi, ale jestem zdania,
że dziecko powinno najwięcej czasu spędzać z rodzicami, uczyć się od nich,
dostosować się do rodziców a rodzice do dziecka tak żeby wszystko mogło jakoś
funkcjonować. Dziadkowie jak dla mnie też w jakimś stopniu są ważni i dziecko
powinno mieć z nimi kontakt, ale nie są najważniejsi.. Jeżeli jestem sama w
domu z małym to chciałabym móc posprzątać, ugotować obiad, wyjść z pokoju tak
żeby on się koło mnie kręcił i się sam bawił a nie płakał i marudził, bo on
chce na ręce. Problemik mały polega na tym, że my mieszkamy z rodzicami
mojego męża. I wszystko byłoby ok. jakbyśmy się rzadziej widzieli tak myśle.
A jest przeciwnie jak teściowie są tylko w domu to jak mały nie śpi to
większość czasu siedzą z nami. Jeszcze jakby mieli jakiś dystans do dziecka,
że krzykną na niego jak coś zrobi, co mu nie wolno czy jak zacznie płakać, bo
coś chce to mu tego nie dadzą itp. A tu nic jeszcze go przytulą. Jak im się
zwróci uwagę i zajarzą o co chodzi to może się obrażą i wtedy cały dzień ich
nie ma. My go uczymy tego nie rób a oni na odwrót. Inna sytuacja się rysuje z
moimi rodzicami, o co mój mąż ma pretensje, że moi rodzice to wszystko robią
dobrze a jego to nie. Tylko, że jak jadę do rodziców swoich to fakt do domu
przychodzą późno z pracy jak przyjdą to wezmą go na ręce zajmą się chwile a
później mały jest wolny. Ale umieją krzyknąć na niego i nie skakają na każde
jego stęknięcie. Dlatego jak tam jestem to nie tak chętnie się rwie do nich
na ręce. Ale jak nie widzą go parę dni i przyjadą go odwiedzić to wtedy z
chęcią idzie na ręce i wtedy nie mam nic, przeciwko bo to jest raz na tydzień
a nie regularnie jak u teściów, że kilka razy dziennie. Najbardziej denerwuje
mnie to obściskiwanie dziecka przez teścia szczególnie, mały nie może przejść
obok niego normalnie tylko za każdym razem musi go
zatrzymać,dotknąć,przytulić,pocałować kurcze od tego są rodzice. Ja wiem że
nie mieli oni czasu na wychowanie swojego dziecka dlatego teraz chcą nadrobić
to przynajmniej tak wywnioskowałam z tego co powiedziała teściowa ale mnie to
denerwuje i ja się z tym nie zgadzam to jest nasze dziecko. Co innego jakbym
pracowała ale jestem w domu po to by się zająć właśnie nim a nie żeby ktoś
robił to za mnie. Zdarzyło się nawet że kiedyś powiedziałam im żeby nie brali
tak często dziecka na ręce bo później marudzi mi żebym go cały czas nosiła,
akurat przyjechali moi rodzice i wzięli go na ręce (nie widzieli się parę
dni) to teściowa zaraz do mojej mamy że on sam umie chodzić i żeby go
postawiła – wydaje mi się że to nie było na miejscu. Nieraz jest mi przykro
bo naprawdę chcę ukierunkować dziecko w jedną stronę a takie gmatwanie
dziecku w głowie jest nie najlepsze. Chce żeby oni zrozumieli że od nich
się „wymaga” innych rzeczy,że powinni z większym dystansem do jego
wyciągniętych rąk i marudzeń podchodzić niż osoby które są u nas raz na
tydzień np. Jeżeli jesteśmy razem w pokoju z teściami i dziecko podchodzi do
mnie i chce na ręce a ja go nie biorę i wtedy idzie do teścia a on od razu
hop go na ręce to drugi raz do mnie dziecko po to nie przyjdzie tylko
pójdzie do teścia bo wie że on go zawsze weżmie na ręce tym samym podważąjąc
to co ja chciałam wyegzekwować na dziecku. Czy tak ma być. Przez to że oni
obrali taki stosunek do małego dziecko może zrobić z nimi co chce i woli ich
od rodziców bo zawsze mu na wszystko pozwolą bo nie potrafią krzykną na niego
czy powiedzieć stanowczo nie!. Ja już nie mam siły do tłumaczenia im
zwracania uwagi itp. Czy tak zawsze będzie, jest coś co mogłabym zrobić w tej
sytuacji?. Może jestem przewrażliwiona i nie mam o co mieć pretensji i psuć
nerwów ale strasznie mnie to denerwuje. A już najbardziej to że teść jest
lepszy dla małego niż ojciec (w odczuciu dziecka). Jest mi przykro że po
całym dniu nie widzenia z ojcem jak już jest i są razem wchodzi teść to mały
zaraz ręce wyciąga i biegnie do niego. Czy to żle że chcemy dziecko wychować
po swojemu i według własnych reguł. Jak można wytłumaczyć to teściom,
przecież jak oni go przyzwyczają do czegoś to później to jest kłopot dla mnie
czy oni tego nie rozumieją?Pomocy.
    • iwoniaw Nie przesadzaj 21.03.06, 13:50
      ciesz się, że dziecko ma dobry kontakt z dziadkami. Co z tego, że go
      rozpieszczają? Takie prawo dziadków. Ja tam nie oponuję, że mojemu dziecku
      dziadkowie na coś pozwalają. Przy mnie panują moje zasady i dziecko wie
      doskonale, na co może sobie przy mamie pozwolić, a na co przy babci. Kwestia
      tłumaczenia, tłumaczenia i pięćset osiemdziesiąt czwarty raz tłumaczenia.
      Dlatego jeśli babcie chcą go nosić, to go noszą, chyba że dziecko samo
      protestuje - tylko wtedy zwracam uwagę. Jeśli babci nie przeszkadza, że wnuczek
      wyciąga rzeczy z jej szafki, to tym bardziej nie jest to mój biznes. W domu
      szafki, do których mu nie wolno zaglądać, są zabezpieczone. Nieakceptowane
      zachowania nie są kwitowane krzykiem, tylko odniesieniem do pokoju na moment,
      żeby się dziecko wyciszyło.
      Właśnie - uderzyło mnie w Twoim poście to, że masz pretensje do teściów, że "nie
      krzykną" na wnuka A dlaczego mieliby krzyczeć? Może po prostu mają więcej
      dystansu i cierpliwości i może Ty też powinnaś się tego od nich zacząć choć
      trochę uczyć?
      Dlaczego uważasz, że dziadek nie powinien przytulać wnuka czy babcia brać go na
      ręce? Dziecku tego potrzeba. Z Twojego opisu wynika, że teściowie kochają wasze
      dziecko, krzywdy mu nie robią, a Ty masz za złe ich zachowanie. Dlaczego?
      Naprawdę więcej szkody dziecku przyniesie robienie afery z normalnych zachowań
      kochających dziadków niż fakt, że będzie trochę rozpieszczone. Zwłaszcza, że
      jako matka masz prawo i obowiązek wychowywać dziecko wedle swoich zasad, ale bez
      odbierania miłości i czułości dziadków.
      Tacy "rozpieszczający" dziadkowie, jak Twoi teściowie to moim zdaniem jedna z
      najlepszych rzeczy, jaka się może w dzieciństwie zdarzyć, zwłaszcza jeśli drudzy
      dziadkowie i mama preferują raczej "zimny chów".
      Więcej luzu i dystansu życzę. Pozdrawiam.
    • dorotadu Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 21.03.06, 13:54
      gdybyście mieszkali oddzielnie z pewnościa byłoby inaczej
      u mnie z kolei było tak: teść wziął 1 raz dziecko na ręce kiady mała miała 4 m
      i to nie sam po prostu ja dostał smile
      teściowa(druga żona) w dodatku pediatra też mała olewała
      dodam że mieszkamy jakieś 15 km od siebie
      teraz jest troche lepiej
    • luleczka1 Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 21.03.06, 14:18
      przesadzasz. miłosci nigdy dość, nigdy za dużo. dziadkowie go kochają, to
      super.mnie czasami już ręce opadaja od noszenia córeńki ale to szybko mija,
      dzieci rosną i już nie chcą się przytulać. WIĘC WYKORZYSTAJ TO I TUL JAK
      NAJWIĘCEJ, I KOCHAJ, I CAŁUJ. Nie dziw się ze jak nie dostaje tego od ciebie to
      idzie do babci czy dziadka.chyba wymyślasz sobie problemy. taki problemik to nie
      problem
      • marcik_k Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 21.03.06, 14:50
        No w sumie tak tylko przez takie rozpieszczanie to ja mam kłopot bo nie moge
        zostawić dziecka samego bo zaraz płacze i chce na ręce albo co innego(dlatego
        że tak go babcia nauczyła. Jak jade do siebie to tam nie jest brany na ręce i
        nawet o to nie skomle tylko się ładnie bawi) a nikt za mnie obiadu nie ugotuje
        jak oni idą do pracy i cały dzień ich nie ma. Pozatym teraz będę miała 2
        dziecko więc jak nauczą to pierwsze takiego zachowania to w przypadku gdy będę
        sama z 2 to sobie nie wyobrażam że cokolwiek zrobie.
        • iwoniaw Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 21.03.06, 15:20
          marcik_k napisała:

          > No w sumie tak tylko przez takie rozpieszczanie to ja mam kłopot bo nie moge
          > zostawić dziecka samego bo zaraz płacze i chce na ręce albo co innego(dlatego
          > że tak go babcia nauczyła.

          Ale to dziecko, jak zrozumiałam, ma dopiero 14 miesięcy. Nic dziwnego, że chce
          ciągle towarzystwa i uwagi, jest jeszcze za mały, by się sam sobą zajmować!
          Rozumiem, że masz mnóstwo rzeczy do zrobienia i noszenie dziecka jest wtedy
          ostatnią rzeczą, na jaką masz chęć i czas, ale spróbuj go zająć czymś, co może
          robić przy Tobie. Ja od początku zabierałam w takiej sytuacji dziecko do kuchni,
          sadzałam w wysokim krzesełku i pokazywałam, co robię, równocześnie tłumacząc
          np., że noża nie wolno, bo jest ostry, ale już drewniane łyżki dostawał do
          zabawy, podobnie jak jakieś plastikowe miski. Mam też w kuchni szufladę z
          różnymi nietłukącymi i nieostrymi przedmiotami, z której pozwalam wyciągać
          wszystko, a przy okazji dziecko b. szybko nauczyło się również składać rzeczy z
          powrotem. Pozwalam też czasem np. zamieszać coś w "prawdziwym" obiedzie czy
          poprzekładać obrane warzywa z garnka do garnka, gdy tymczasem ja robię coś
          innego (warzywa następnie dokładnie płuczę i jest ok, a dziecko ma masę
          rozrywki). Dzięki temu mam dziecko 22 miesięczne, które samo się rwie np. do
          wycierania kurzu szmatką czy zamiatania małą miotełką z szufelką. Wbrew pozorom
          takich zajęć, które są bezpieczne i ciekawe nawet dla kompletnego malucha jest
          sporo.

          Jak jade do siebie to tam nie jest brany na ręce i
          > nawet o to nie skomle tylko się ładnie bawi)

          No sama widzisz, dziecko się przyzwyczaja i szybko się uczy, gdzie i na ile może
          sobie pozwolić. Po prostu wprowadzaj swoje zasady powoli także i w domu, gdy nie
          ma dziadków "w zasięgu". Jeśli są i zabawiają wnuka - korzystaj z tego i ciesz
          się, że dziecko ma z nimi dobry kontakt.

          a nikt za mnie obiadu nie ugotuje jak oni idą do pracy i cały dzień ich nie ma.
          Pozatym teraz będę miała 2
          > dziecko więc jak nauczą to pierwsze takiego zachowania to w przypadku gdy będę
          > sama z 2 to sobie nie wyobrażam że cokolwiek zrobie.

          Dlatego przyzwyczajaj dziecko do samodzielnej zabawy, ale nie mów, że problemy z
          "niesamodzielnością" spowodowane są przez teściów. Dziecko jest jeszcze
          malutkie, z czasem wyrośnie z tego noszenia, choć w przypadku pojawienia się
          młodszego rodzeństwa jest więcej niż prawdopodobne, że będzie miało "powrót do
          niemowlęctwa". Pozwól dziadkom zaspokoić chociaż część jego potrzeb
          emocjonalnych i sama też czasem zdobądź się na łagodniejsze potraktowanie tego
          "dużego". Zwłaszcza, że to nawet nie półtoraroczniak jeszcze!
          • verdana Re: ja już nie zieję, ja płaczę 21.03.06, 15:31
            Moze gdybys Ty sama wiecej przytulała dziecko, a nie uwazała, ze powinno jak
            najmniej zawracać Ci głowę, to nie garnęlo by sie tak do teściów. Jesli mama
            preferuje "zimny wychów" - mało przytulania, całowania, brania na rece,
            najlepiej aby małe dziecko bawilo sie jak najdłuzej samo, a jak jest
            niegrzeczne, to krzyk jest doskonałą metodą - to nie dziw, że idzie do ludzi,
            którzy okazuja mu miłość.
            Wierzę, ze kochasz swoje dziecko? Ale czy Twoje dziecko o tym wie?
            • verdana Nie mam pojęcia , skąd wziął się tytuł.n/t. 21.03.06, 15:32

              • iwoniaw Mam nadzieję, że to było do autorki wątku? n/t 21.03.06, 15:35

            • marcik_k Re: ja już nie zieję, ja płaczę 21.03.06, 18:10
              > Moze gdybys Ty sama wiecej przytulała dziecko
              a czy ja powiedziałam że tego nie robie przecież po to z nim tyle przebywam
              żeby się z nim bawić , uczyć go wielu rzeczy i między innymi się przytulać i
              nie on się garnie do teściów żeby go przytulali tylko oni na siłę to robią
              podczas gdy on jest zajety swoją zabawą. Jeżeli on ma nawet ochotę na
              przytulanie to zaraz przychodzi do mnie i się tuli.
          • marcik_k Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 21.03.06, 15:35
            Masz rację i zgadzam się z tym, drugiej strony jestem do nich uprzedzona może
            jakby byli inni to inaczej bym zareagowała. Jakby umieli się zająć dzieckiem
            było by ok. Ale oni takie bzdury do niego mówią że nawet się nieraz mój mąż
            wkurza. Po prostu nei mieli do czynienia z dziećmi nawet własnego nie
            wychowywali. Ja im nie ufam po prostu i nie chciałabym zostawiać z nimi
            dziecka, bałabym się. To co napisałaś to w sumie się pokrywa z tym co robię ja.
            Ale zdażyło się pare razy że teściowa mnie upomina żebym nie brała dziecka albo
            żebym go postawiła to troche nie na miejscu. Poprostu wydaje mi się nieraz że
            traktują to dziecko jak własne bo dla swojego czasu nie mieli a moim zdaniem
            tak nie powinno być.
            • iwoniaw Ano widzisz 21.03.06, 15:42
              - w końcu wyszło na to, że masz uprzedzenia do teściów z jakiegoś powodu i
              dlatego Ci tak przeszkadza ich zachowanie wobec wnuka.
              Ja bym mimo wszystko radziła oddzielić własne uprzedzenia i - mniej czy bardziej
              uzasadnione - zastrzeżęnia do teściów w ogóle od tego, jakimi są dziadkami.
              Bo z tego, co piszesz, obiektywnie są świetnymi dziadkami. Mały człowiek
              potrzebuje dziadków, co go rozpieszczają czasem i nawet jeśli oni pozwalają na
              coś, na co nie pozwala mama, to nie jest od razu podważanie autorytetu. Ja mam
              proste podejście - w moim domu zasady ustalam ja i jeśli nie pozwalam np.
              grzebać w mojej torebce, to nie pozwalam. Jeśli zabiera się za torby gości, to
              też napominam. Ale jeśli babcia uzna, że JEJ to nie przeszkadza i dziecku
              pozwolić należy, to niech sobie w JEJ torebce grzebie do woli.
              Nie wiem, co konkretnie teściowie mówią czy robią, że Ci się to nie podoba, ale
              na Twoim miejscu, nawet jeśli bym uznała, że MOJE relacje z rodzicami męża
              wymagają korekty, to nie łączyłabym tego z izolowaniem dziecka od dziadków czy
              przedstawianiem ich w negatywnym świetle.
    • siasiuszek Nie wiem czy się śmiać czy płakać. 21.03.06, 21:24
      Szkoda tylko dzieciaka dziadkowie chcą mu okazać miłość, ale mama nie pozwoli.
      Przecież dziadkowie są od tego żeby dziecko rozpieszczać a nie krzyczeć na
      niego. Rodzice wychowują a dziadkowie rozpieszczają tak było i jest jak świat
      światem.
      • dzoaann Re: Nie wiem czy się śmiać czy płakać. 21.03.06, 21:57
        OOO!!!
        Siasiuszek,sedno sprawy!krótko i węzłowato,popieramsmile
    • falka32 Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 09:28
      a ja doskonale rozumiem, czemu cię to denerwuje. Co inengo jest rozpieszczanie
      przez dziadków raz na jakiś czas, bo na tym polega ich rola, a zupełnie co
      innego nieproszone siedzenie matce i dziecku na głowie i podważanie przez cały
      boży dzień jej autorytetu. Gdyby to było raz na jakiś czas, nie miałoby to
      pewnie znaczenia, ale jeżeli to jest codzienny standard, to widać, że dziecko
      już się nauczyło lekceważyć zasady wprowadzone przez matkę i manipulować, żeby
      załatwić swoje sprawy (matka nie pozwala, to idę na jej oczach do dziadka,
      dziadek pozwala, i teraz, mamo, spróbuj zrobić dziadkowi awanturę, no, spróbuj!).
      Nie cierpię takich zachowań u osób, które nie są rodzicami dziecka. Jeżeli cały
      czas dziecko widzi, że matka jest bezradna i nie może postawić dziecku żądnych
      granic bez otwartego konfliktu z dziadkami w obecności dziecka, to, przepraszam,
      czego to dziecko się uczy? Dziadkom to wisi, bo oni realizują tylko swoją
      zachciankę tu i teraz, matka ma jakąś strategię wychowawczą, do której ma prawo
      i która jest zwyczajnie sabotowana przez dziadków.

      Nie wiem, co ci poradzić, ale moim zdaniem wcale nie jesteś przewrażliwiona,
      wręcz przeciwnie, masz sporo zdrowego rozsądku i umiesz nazywać rzeczy po
      imieniu. Albo trening asertywności, albo wojna, albo wyprowadzka. Inne pomysły
      nie przychodzą mi do głowy. Ja toczyłam takie boje z własną matką, która
      uwielbiała pokazywać wnuczkowi, że to mama jest zła i się czepia a babcia jest
      dobra i pozwoli wnuczkowi jak mama nie patrzy. Ja mówiłam: "idziesz spać, bo już
      późno" babcia czekała aż zniknę, s.k.r.a.d.a.ł.a się do jego pokoju i mówiła
      "chodź do mnie, pooglądamy telewizję i zjesz ptasie mleczko, schowam cię przed
      mamą". W efekcie mały nie reagował już na żadne moje polecenia, tylko się
      głupio uśmiechał i leciał do babci załatwić sprawę. Mieszkaliśmy razem, więc
      odbywało się to przez całą dobę. Ale z własną matką łatwiej jest rozmawiać, niż
      z teściami, wygarnąć jej prawdę w oczy, powiedzieć, że sobie czegoś nie życzysz,
      że to twoje dziecko i ty je wychowujesz. Doprowadziła mnie do tego, czego długo
      nie chciałam zrobić, kierowana takimi właśnie fałszywymi stereotypami o dobrych
      relacjach wnuka z babcią. Zaczęłam robić to samo, co ona, tylko jawnie: podważać
      na głos jej autorytet, przy niej mówić do dziecka, że to nie babcia go wychowuje
      tylko ja, że ma nie słuchać babci, że babcia się nie zna itp. Moja matka
      najpierw się burzyła (ja podważam jej autorytet!!!!!! Jak śmiem!) ale podziałało
      fantastycznie. Bardzo szybko, widząc, że nie obawiam się jawnego konfliktu przy
      dziecku, i że więcej w ten sposób traci niż zyskuje (w sensie - przy
      przeciąganiu dziecka na swoją stronę) dostosowała się i przestała traktować mnie
      przy synu jak hałaśliwego ratlerka, którego szczekanie puszcza się mimo uszu.
      Dobrze to zrobiło i mojej relacji z matką, bo nabrała do mnie nieco szacunku, i
      mojej relacji z dzieckiem, bo zobaczyło, że rzeczywiście to mama decyduje o jego
      wychowaniu, w końcu dla relacji babcia - wnuk, bo stała się normalna i zdrowsza,
      a nie oparta na jakiejś głupiej rywalizacji z matką.
      Tak więc pokonałam ją jej własną bronią, którą ona pierwsza wyciągnęła. Wymagało
      to odwagi i przełamania pewnych schematów myślowych, przy opisie brzmi dość
      brutalnie, ale w rzeczywistości naprawdę oczyściło atmosferę.
      • marcik_k Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 12:21
        Napisałam ten wątek żeby dowiedzieć się jakie zdanie mają inne osoby ode mnie.
        Wcale nie myślałam że usłysze odpowiedzi które byłyby zgodne z tym co ja myśle
        i jak uważam, ale też nie myślałam że tyle kpin wyjdzie z tych odpowiedzi.
        Ciesze się że większość osób jest zadowolona z relacji swoich dzieci z
        dziadkami i bardzo dobrze. Ja wcale nie mówie że dziecko ma się nie widywać z
        dziadkami i że ja to chce ograniczyć.Ale oprócz falka32 nikt chyba nie
        zrozumiał tak do końca sedna tego wątku. Po to zostałam w domu z dzieckiem żeby
        się nim zająć i cały swój czas poświęcam właśnie jemu i uważam że
        opiekuńczości, przytulań i czułości, wspólnych zabaw mu nie brakuje. Oczywiście
        dziadki są żeby rozpieszczać dziecko tak było i będzie pod warunkiem że nie
        widują się 24 godziny na dobę.Jeżeli ja wstaje z dzieckiem o 7 rano i tylko jak
        usłyszą że już nie śpimy robią nam nalot i tylko ich nie ma jak mały śpi w
        ciagu dnia jest to trochę uciążliwe bo w sumie ja w tym przypadku dostępu do
        tego dziecka jakoś nie mam boo nawet jak ono idzie do mnie to zaraz go
        odciągają a po drugie chciałabym się ubrać i zjeść z małym w spokoju śniadanie.
        Jeżeli ja biorę dziecko na ręce a teściowa do mnie rzuca hasło żebym go
        położyła i nie ruszała a teść cały czas mówi synuś do niego to dla mnie to nie
        jest na miejscu bo to nie jest ich dziecko.Może innym to nie przeszkadza ale
        mnie bardzo.A z tym przytulaniem przez teścia to jak dla mnie lekkka przesada.
        Dziecko do niego samo nie podejdzie i nie może przy nim być swobodne bo zawsze
        przechodząc koło niego go złapie i na siłę go ściska dziecko się wyrywa a ten
        nic. Jak jest zajęty swoją zabawą to nie może popatrzeć i pobawić się z nim
        tylko a to go uszczypnie a to go posmyra itp.Dla mnie to jest natrętne
        zachowanie bo widze że dziecku się to też nie podoba.Traktują go jak misia do
        przytulania i pajacyka zrób to , pokaż tamto, idź tam, przynieś to a jak czegoś
        nie zrobi bo się czymś zajął to zaraz a ty tego nie umiesz a jak coś mu nie
        wyjdzie to się śmieją z niego a dziecko ze spuszczoną głową ucieka - przecież
        on bardzo dużo rozumie ja to widze i tak się nie robi.Z drugiej strony nie ma
        sensu dziecku w takim przypadku tłumaczyć nie rób tak tego nie wolno bo
        przyjdzie babcia i słodko powie a co ty chciałeś kochanie tamto a może to - no
        to już babcia da, tylko wcześniej ja tego dać mu nie chciałam bo uważam że np
        tym się bawić nie powinien jakby to zrobiła u siebie w mieszkaniu to może bym
        przymknęła oko ale ona robi to u mnie bo tylko u nas siedzą. To dziecko nie ma
        przy nich swobody ruchu. Nie może zachowywać się naturalnie bo zaraz muszą go
        wziać na ręce czy coś innego. To dla mnie nie jest już rozpieszczanie czy
        zajmowanie się nim ja to odbieram jakoś inaczej i pewnie dlatego mnie to
        denerwuje.Taka ingerencja jest dobra jak powiedziała falka32 "Gdyby to było raz
        na jakiś czas, nie miałoby to
        > pewnie znaczenia, ale jeżeli to jest codzienny standard". Mnie nie interesuje
        że (tak jak teściowa powiedziała) nie mieli czasu wychowywać własnego dziecka
        to nie znaczy że ja pozwole im na wychowywanie mojego.Chyba decydujące zdanie
        mam ja a nie żeby w sprawach mojego dziecka nawet do osób nas odwiedzających
        czy nawet mojej mamy decydowła teściowa. Bo to jest chamskie jeżeli
        przyjeżdżają moi rodzice a ona do nich z hasłem żeby małego na ręce nie brali
        co go nie widzieli parę dni w przeciwienstwie do teściów bo on umie chodzić.
        Może większość z was nie była w takiej sytuacji i dlatego to tak odebrała albo
        po prostu to im nie przeszkadza ale przecież każdy jest inny i ma prawo do
        własnego zdaniasmile.Pewnie wyszło i tak na to że jestem okrutna nic tylko krzycze
        na dziecko i dobrze że są ci teściowie bo inczej to biedne by to dziecko było.
        Tylko że nikt nie pomyślał też że jak go teściowie nauczą tak robić to w
        przypadku kiedy jestem sama w domu on tego samego chce ode mnie i nawet próbuje
        wymusić to płaczem bo jak przy teściach zastęka to dostaje to co chce.I nie ma
        mowy żeby cokolwiek wtedy zrobić nawet herbatkę dla niego bo stoi i ciągnie za
        nogawki i stęka.Dzięki za wszystkie odpowiedzi.
    • weronikarb Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 13:07
      Marcik w pełni Cię rozumiem.
      Ja pracuje odkąd skończył mi się macierzyński, teściowa zaproponowała opiekę
      nad moim synkiem, poniewaz mieszkamy razem (ja chciałam żłobek i żałuje do dziś
      że tak nie zrobiłam).
      Nawet na macierzńskiem jak byłam z małym to jak maly mial kolki to przylatywala
      na góre (nawet o 1 w nocy) i zabierala mi dziecko z rak bo ona napewno je ulula.
      Jako młoda matka, zero doświadczenia przeżywałam koszmar. Cały czas sobi
      etłumaczyłam "to wszystko dla dobra dziecka"
      Później zaczęłam się stawiać, to teściowa szantażować że nie zajmie sie
      dzieckiem jak jesteśmy w pracy odpowiedziałam"ja nie prosiłam o zajmowanie się,
      ja chciałam żłobek, ja sie prosić nie będę zapisze go i po sprawie"

      Pisze to nie na temat ale wzgledem wytłumaczenia.

      Mały obecnie ma 2,5 l. Teściowa nadal z teściem się zajmują nim ja jestem
      dopiero o 16. Rezultat: mały nie sika na nocnik (podejrzewam że jakiś rok
      może), nie słucha się mnie wogóle (jak ja sie nie chce zgodzić drze sie i woła
      babcie z dołu lub że chce do niej iść), jest pesymistą (cokolwiek robi cały
      czas mówi "nieuda sie, nieuda się") gdyż teściowa jak chce aby cos zrobił (np.
      powiedział swoje nazwisko) to mówi "ooooo Dominik napewno nie umie, on nie umie
      tego zrobić itd." Przez całą zime nie byłby na dworze gdybym czasami wieczorem
      z nim nie wyszła lub nie zawiozla do mojej mamy.

      Jak będzie starszy to wiem że nic nie będę miała do powiedzenia.
      Czasami poprostu ogarnia mnie całkowita niechęć, nieraz nawet nie czuje że to
      moje dziecko (zwłaszcza jak mam dół).

      Walcz póki możesz bo im później tym gorzej, a tego Ci nie życzę.
      Przede wszystkim ustal swoje pomieszczenia, bo my mamy pokoje zamykane na
      klucze i teściowa puka do nas...

      Jak chcesz to pisz n apriv
      • szila_29 Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 17:39
        Nie rozumiem ataku na autorke wątku. Rozumiem za to jej rozterki i problem. Po
        pierwsze-to rodzice wychowuja dzieci i oni decydują czy na wszystko mu
        pozwalają czy nie itd, po drugie wkurzający jest fakt, ze tescioweie caly czas
        siedzą u marcik. I nie mowcie, ze marcik nie jest dobra matka i dlatego dziecko
        idzie do tesciow na ręce. Kazde dziecko woli osoby, ktore na wszystko mu
        pozwalają, rozpieszczają itd. ale nie na tym polega wychowanie, bo trzeba i
        tulic, i calowac, i skarcic, i zabronic czegos itd. Niestety często tesciowe
        tylko rozpieszczxają wnuki-i to tez jest ich święte prawo, ale moze nie caly
        czas prawda? Poza tym tesciowie muszą liczyc się ze zdaniem rodzicow i miec
        wyczucie ile mozna u kogos siedziec, czy mozna az tak rozpieszczac dziecko.
        Madre osoby wiedzą, ze milosc nie polega na pozwalaniu dziecku na wszystko. Z
        milosci do dziecka i z troski o jego rozwój czasem trzeba czego zakazac, czasem
        skarcic, wytlumaczyc itd. Branie na ręce nie moze byc panaceum na wszytko. no i
        jasne jest, ze dziecko w tym wieku juz takim zachowaniem mozna rozpiescic.
        wtedy matka ma kolorowy zawrot glowy, bo dziecko chce byc tylko noszone i zeby
        uwaga matki zwrocona byla tylko na niego-a przeciez jak kazda kobieta-marcik ma
        obowiazki w domu. a tesciowie jak im się znudzi zabawa albo są zmęczeni, mogą
        isc do siebie, a marcik zostanie i musi radzic sobie z dzieckiem, ktoremu
        tesciowie namieszają w glowie.
        pozdrawiam
        • falka32 Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 18:53
          dodatkowo znaczące jest to, że dziadkowie nie tyle opiekują się dzieckiem, co
          traktują je jak zabaweczkę. Nikt mi nie wmówi, że jeżeli dzecko jest cały czas
          macane, podszczypywane, zaczepiane tak, że nie może spokojnie przejść,
          przeszkadza mu się niechcianymi czułościami w zabawie, to że jest to objaw
          miłości - raczej zaborczego, przedmiotowego traktowania bez cienia szacunku dla
          małego człowieka i jego granic, odrębności, potrzeb.
          • marcik_k Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 21:14
            ale jak zwrócić komuś takiemu uwagę? co powiedzieć?jak wyjaśnić że nie broni
            się dostępu do dziecka tylko takie zachowanie przeszkadza małemu?czy jest to
            wogóle możliwe?
            • falka32 Re: Zareagować czy olać sprawę (troche długie) 22.03.06, 21:53
              jest to trudne, ale nie niemożliwe. Mój chłop, który jest uosobieniem spokoju i
              łagodności i któremu w związku z tym moja matka wchodzi na łeb ile się da,
              kiedyś chodził z 3-miesięcznym wyjącym sennym maluchem na rękach po całym domu
              usiłując go uspokoić i uspić a moja matka chodziła za nim i machała małemu
              rękami przed nosem (Heeej! Malutki! Nie płacz, nie płacz!"), szarpała go za nogi
              (jakie śliczne masz nóżki, nie płacz!), łaskotała (może go rozśmieszę!) itp.
              Chłop, jako że nie chciał konfliktu, nie odzywał się, tylko się przemieszczał
              coraz szybciej, ale w końcu nie wytrzymał i wrzasnął "NIECH PANI DA DZIECKU
              WRESZCIE ŚWIĘTY SPOKÓJ, DO CHOLERY!!!!!!!". Stało to w takim kontraście z jego
              dotychczasowym zachowaniem, że matka najpierw zdębiała, potem powiedziała
              "przepraszam" i uciekła. Od tej pory wystarczy na nią spojrzeć, żeby się
              wycofała smile)))

              Nie znam twoich teściów i nie wiem, jak możesz z nimi rozmawiać, ale myslę, że
              nazwanie rzeczy po imieniu, najbardziej dosłownie jak się da jest zazwyczaj
              najskuteczniejsze. Czy moglibyście zostawić nas samych, czy moglibyście dać mu
              spokój i nie przeszkadzać mu w zabawie, czy moglibyście dać mu przejść normalnie
              jak człowiekowi, chciałabym teraz przez kilka godzin zostać sama z dzieckiem,
              potrzebuję tego. Jeżeli kwestionują twoje polecenie, możesz zrobić to co ja -
              zwrócic się w ich obecności wprost do dziecka: "nie słuchaj dziadka, dziadek nie
              jest twoją mamą, nie dziadka masz się słuchać, tylko mnie, to nie dziadek
              decyduje, tylko ja, JA nie pozwalam" itp - dostosowane oczywiście dopojętności
              dziecka, ale tak, żeby do dziadków też dotarł komunikat smile Nie załatwisz tego
              tak, żeby w ogóle nie poczuli się urażeni. Jeżeli będziesz zbyt dużo się
              tłumaczyć, będzie to wyglądało, jakbyś miała z czego. Nie robisz nic
              niestosownego i musisz o tym być przekonana. Metoda zdartej płyty jest jak
              zwykle niezastąpiona "Nie bronię dostępu do dziecka, tylko chciałabym pobyć z
              nim trochę sama", "Nie podważam waszego autorytetu, tylko to ja decyduję o tym,
              co mu wolno i mam zamiar to wyegzekwować na małym", "Można dotkąć się do dziecka
              (na pytanie, czy już nawet nie można...), ale nie można mu przeszkadzać cały
              czas, bo to go męczy" "rozumiem, że według was go nie męczy, ale ja proszę,żeby
              tego nie robić". Zasada: zero tłumaczenia się, powtarzanie wciąż czego
              oczekujesz i jakie jest twoje stanowisko. To tak z grubsza smile
              Albo przeczytaj sobie pierwszy z brzegu poradnik zawierający schematy rozmów
              asertywnych, choćby nawet słynne "Grzeczne dziewczynki idą do nieba".
Pełna wersja