igielka6
19.05.06, 22:33
Może pomyślicie, że przesadzam. Może będziecie miały rację. Sama już zaczynem
mieć wątpliwości, czy nie zwariowałam.
Problem stanowi moja matka. Nigdy nie miałyśmy dobrego kontatku. Nie była
mamą czułą, przytulajcą. Raczej wymagającą i to bardzo. Może nawet
despotyczną. Żeby było dobrze, nie trzeba było się wychylać. Najmniejszy
przejaw samodzielności i niezależności był niemile widziany. Chciała wszystko
wiedzieć i wszystko kontrolować i o wszystkim decydować. A że była samotną
matką, nie miałam porównania i wydawało mi się to normalne. Przynajmniej do
czesu. Potem jedynym moim celem i dążeniem było wyrwać się z domu, spod jej
szponów i znależć moejsce przyhazne i ciepłe u boku kochającej osoby.
Wydawało mi się, że właśnie to osiągnęłam, ale ona nie ma granic.
6 lat temu spotkałam mężczyznę mojego życia. Od razu wiedziałam, że to ten.
Ona z tego szydziła. Gdy przyjechał z drugiego końca Polski i został w moim
mieście, zaczynając wszystko od zera, wmawiała mi, że to pewnie kryminalista,
bo nikt normalny nie porzuca matki i wszystkiego, żeby zaczynać na nowo na
drugim końcu Polski (ja oczywiście nie byłam warta takiego poświęcenia. A
dokładnie brzmiało to tak "Ty chyba nie sądzisz, że on to zrobił dla
CIEBIE???).
Po 1,5 roku [pstanowiliśmy się pobrać. Zaręczyny i ślub oczywiście w gronie
rodzinnym. Wszystko cycuś, cacuś. A za plecami wszystkich istne piekło. Jakby
postaradała rozum. Łącznie z rękoczynami - oczywiście z jej strony. Ja nigdy
nie miałam odwagi jej oddać.
Po pół roku współnego mieszkania po ślubie zwialiśmy na swoje i zaczęło się
cudowne życie.
Teraz mamy 2 maluszków. I właśnie, jak byłam ponownie w ciąży zaczęło się na
nowo. Pierwszego synka urodziłam przez cięcie cesarskie,a z córeczką zaszłam
w ciążę w następnym roku. Lekarka zabroniła mi dźwigać zewzględu na moje i
dziecka zdrowie. Mąż poprosił moją mamę,żeby przychodziła mi pomagać, bo nie
mogę dźwigać, a synek ważył już ponad 10 kg. (Wcześniej nawet nie wzięła go
na spacerek). Do męża oczywiście tak i owszem, a do mnie, że jestem leniwa.
Własnym dzieckiem nie chcę się zajmować itp. Przychodziła, ale tak
się "wysilała",że wylądowałam na podtrzymaniu w szpitalu. Potem też nie było
lepiej. W końcu zatrudniliśmy nianię.
Po urodzeniu maleńkiej postanowiliśmy zakopać topór wojenny. Miła przychodzić
mi pomagać, bo znowu miałm cięcie cesarkie no i przy 2 maluszków jest, co
robić. A praktka jest taka, że jej udział ogranicza się do zabierania małego
na spacer. Resztę wszystko muszę zrobić sama. I w sumie nie mam o to żalu.
Moje dzieci, moje obowiązki. Ale przychodzi o której jej pasuje, a nie o
której by była potrzebna. I jeszcze pretensje, że mały nie gotowy, że
spodenki nie takie, że tego mu nie załóży, buzi nie nakremuje, w kuchni
bałagan i nie ma jak wypić kawy...Podważa i krytykuje każda moją decyzję,
krzyczy na mnie i ubliża mi przy dzisciach. Wtrąca się we wszystko. Nawet do
gara mi zagląda. To za słone, to nie zdrowe, kawa się skończyła. Jak tylko
czyms się u mnie poczęstowała, to od razu boleści dotawała. Niczego u mnie
nigdy nie można znaleźć. Dlaczego na klucze nie ma koszyczka itd,itp.
Żadna rozmowa do niczego nie prowadzi. Za każdym razem, kiedy próbowała jej
powiedzieć, że nie chcę, żeby mnie pouczała i krytkowała i żeby szanowała
mnie jeko gospodynie i matkę, kończyło się awanturą. Oczywiście to ja jestem
chora. Moje reakcje są nienormalne. Nie ma przecież nic złego w tym, że matka
chce dziecku doradzić. Powinnam się leczyć. Napisała nawet do mnie list,
twierdząc, że ją nie dopuzczam do słowa. Doradziła mi w nim odnośnie
stosunków z siodtrą, planowania budżetu domowego...Na końcu stwierdziłą, że
mój mąż ledwo już zipie i niedługo zostawi mnie z 2 dzieci i kapnie 500 pln
alimentów, bo dłużej ze mną nie wytrzyma. Ona to widzi i jest jej go żal.
(Może powinien zostać jej mężem, to byłoby mu lepiej? On sam śmiał się z tego
listu).
Ostatnio miałam już totalny kryzys. Pomyślałam, że może to depresja
poporodowa i poszłam do psychistry. Dałam mu ten list do przeczytania. A on
mi powiedział, że mam toksyczną matkę i jak się od niej nie odizoluję, to
zatruje i zniszczy życie moje i mojej rodziny.
Co o tym myślicie? Faktycznie ją odizolować i widywać się tylko od święta?