tynia3
01.06.06, 15:08
Kilka dni teu koleżanka, która ze swoimi dziećmi chodzi do tej samej lekarki
co my, opowiedziała mi o tym, jak pokłóciła się w gabinecie z przedstawicielem
medycznym. Sytuacja wygladała mniej więcej tak, że koleżanka czekała z 2
dzieci w kolejce, przepuściła wymiotujące, chore dziecko. Przedstawicielka
wślizgnęła się do gabinetu, gdy ta poszła do kiosku w przychodni po soczek dla
dziecka, uprzedziwszy, że tylko na 5 sekund znika.
Dwa dni temu ja poszłam do lekarza z dziećmi... w ciągu godziny rzeczona pani
doktor przyjęła 4(sic!) przedstawicieli medycznych. Kiedy z jedną z pań
scięłam się w drzwiach (babsko prawie mnie i jeszcze jedną kobietę
staranowało, bo ona musi na chwilę i "to dlatego, żebyśmy miały dla dzieci
tańsze leki"), pytając czy aby nie powinna tego robić poza godzinami pracy
lekarza, z następną pani doktor umówiła sie w pokoju obok... Kiedy lekarka
przyszła w końcu do gabinetu, próbowała obrócić wszystko załagodzić,
rozbrajajaco mówiąc: "Pani M., przecież musimy jakoś na te wakacje zarobić"...
Więc wyjaśniłam grzecznie, iż nie chodzi mi o to, że przedstawiciel w ogóle
przychodzi, tylko o to kiedy i jak to robi. Przemilczałam fakt, że w końcu ona
też powinna znac umiar.
Ja rozumiem, że każdy chce zarobić, ale ludzie...
Czy u Was też tak się dzieje w przychodniach?
Co zrobić z taką lekarką, bo ja chyba zacznę chodzić prywatnie

.