jogo2
11.06.06, 05:27
Witam,
Powiedzcie co o tym myślicie? W poniedziałek zaczynają mi wymieniać rury
centralnego ogrzewania. Przez dwa dni w mieszkaniu będą robotnicy, będą ciąć
te rury, wiercić i spawać. Moja siostra mieszka o 50 min jazdy pociągiem od
W-wy. Chciałam tam wysłać nianię z małym na takiej zasadzie, że pojadą rano
(względnie rano - na miejscu byliby ok. 11.00 a po południu wrócą).
Dowiedziałam, się że nie, bo to obca osoba. W zamian za to siostra proponuje:
a) mogę przyjechać ja, a mieszkania niech popilnuje kto inny; b) zostawić jej
małego na dwa dni.
W pierwszej chwili nic jej nie powiedziałam, a teraz szlag mnie trafia. Jak
ktoś przychodzi do mnie codziennie od końca stycznia to chyba nie jest "obca
osoba" przynajmniej w kategoriach ewentualnej kradzieży, bo słowo daję nie
wiem o co może chodzić. Siostra jest dorosła i chyba wytrzymałaby dyskomfort
prowadzenia konwersacji z "obcą osobą" przez parę godzin, jak znam siostry
gadulstwo to ucięłaby sobie z tą obcą osobą niezłą pogawędkę. Czego się nie da
powiedzieć o małym dziecku. Synek był ze mną u siostry dosłownie kilka razy i
odczułby perspektywę bycia tam zostawionym samemu bardzo przykro. Ponadto ma
alergię, a siostra raz zrobiła taki numer, że dała mu do zupki masło, po
prostu chyba uważa leczenie alergii za fanaberie, a mój szwagier to już na
pewno. Co do ewentualnej zamiany, to po pierwsze: niania (bo nie mam kogo o to
poprosić) może się nie zgodzić na pilnowanie mieszkania, bo umawiałyśmy się w
sprawie opieki nad dzieckiem a nie pilnowania mieszkania podczas remontu, po
drugie w takich sytuacjach na miejscu przydałby się właściciel, a nie zastępstwo.
Jestem na siebie strasznie zła, że nic siostrze nie powiedziałam. Oczywiście,
jakoś sobie poradzimy. Synek pojedzie na dwie jednodniowe wycieczki gdzieś
tam, ale fakt postawienia sprawy w taki sposób boli. Nie pierwszy raz zostałam
tak potraktowana. Jak robiłam remont trzy lata temu, to raz w niedzielę
chciałam do niej pojechać na pół dnia, bo nie chciałam rozpakowywać
zakurzonych pudeł będąc sama z 1.5 rocznym dzieckiem. Dowiedziałam się (co
było powiedziane zjadliwym tonem), że na moim miejscu to ona zaczełaby od
posprzątania sobie, a następnie, czy na pewno chcę do niej przyjechać, bo
pogoda taka niepewna. Potem sobie uświadomiłam, że tego dnia robili teściowej
jubileusz, ale w końcu można chyba powiedzieć o tym w normalny sposób, to po
pierwsze, a po drugie to już mi się nie chce nawet pisać. W sumie, od kiedy
urodziłam synka i sama go wychowuję nasze stosunki uległy gwałtownemu
jednostronnemu pogorszeniu nie wiem czemu. Wcześniej, kiedy jej się nie
układało, to wciąż słyszałam: "kiedy przyjedziesz?" i wiele, bardzo wiele
jeszcze można by na ten temat napisać.
Dawno temu próbowałam z nią na ten temat rozmawiać, ale jak ktoś w odpowiedzi
na normalnym toniem powiedzianą kwestię się wydziera, to ciężko się prowadzi
rozmowę.
Reasumując, nie wiem co zrobić. Nienawidzę siebie za mój brak asertywności,
tj. że nie powiedziałam jej nic od razu. Obrazić się na nią na całe życie
chyba nie dam rady, to że jakiś czas nie będę się do niej odzywać niewiele ją
obejdzie. Jak teraz chwycę za słuchawkę i jej powiem, co o tym myślę, to
raczej jestem pewna, że na słowa z nią nie wygram bo mnie na przykład
zakrzyczy. Dodatkowo boli mnie jeszcze fakt, że mam dwie inne siostry i po
cichu mi przyznają rację, ale jej żadna z nich nic nie powie. I zostanie tak,
że ja jak chcę to sobie mogę być obrażona, a cała reszta będzie się ze sobą
spotykać i razem popijać kawkę. Dla mnie to też jest taki brak solidarności,
przyznać rację komuś na boku, a głośno to już nic nie powiedzieć. Z drugiej
strony wszystkie te afronty które mi zrobiła, jakbym chciała to i tak nie mogę
tego zapomnieć, bo nawet jak do niej przyjeżdżałam, rzadko bo rzadko, to i tak
potrafi być nieprzyjemna, komentuje sposób, w jaki zajmuję się dzieckiem, itp.
Boli mnie też, że synek nie zna rodziny, ale czy jest sens utrzymywać
kontakty kosztem znoszenia ciągłych afrontów?
Co byście na moim miejscu zrobili?
Pozdrawiam,