aretinka
25.09.06, 10:40
Opiszę Wam wczorajszą sytuację w kościele, byłam ze swoją 2,5 letnią córeczką
w kościele, dodam, ze dziecko jest tzw"żywym srebrem" przy kościele jest
zasadzona trawka, jest piaseczek, są też wysypane kamyczki. Pogoda piękna
słoneczna, stałyśmy na podwórku, mała biegała po trwace, układała kamyki
obok, stała matka z córką w takim samym wieku, jej córka patrzyła to na na
moją to na mamusię i kiedy wreszcie podbiegła do mojej małej i chciała się z
nią pobawić, szalona mamuśka podbiegła do swojego dziecka i z krzykiem
(dosłownie) oznajmiła córce to to nie jest plac zabaw, ok, mała dalej stała i
patrzyła na moją małą to na mamusię błagalnym wzrokiem, i oczywiście znowu
podeszła do mojej małej Ola akurat układała kamyczki więc mamusia znowu z
furią schwyciła swoje 2,5 letnie dziecko za ucho podnosząc ją za te ucho do
góry, dziecko tylko się skrzywiło ale nawet nie zapłakało, a mamusia znowu
podniesionym tonem oznajmiła córce , ze to nie jest plac zabaw i ma stać i
słuchać co mówi ksiądz. Przyznam poczułam się dość dziwnie no i co tu dużo
mówić głupio, no bo faktycznie kościół to nie plac zabaw, ale też trudno od
takiego dziecka wymagać żeby przez godzinę stało i słuchało. No i stąd moje
pytanie, czy dać dziecku odrobinę swobody, czy je terroryzować od małego,
ciągać za uszy itp? Dodam tylko , że moja mała zachwoywała się cichutko i
nikomu nie przeszkadzała słuchać mszy. No i przyznam , ze scena wczorajsza
dość mocno mi się wcisnęła w pamięć, chyba za bardzo emocjonalnie do niej
podeszłam.