beniusia79
13.10.06, 17:35
moj slubny dzis zadzwonil do mnie z pracy i stwierdzil, ze wroci do domu pozniej. myslalam, ze ma nadgodziny. ok. przyjechal dwie godziny pozniej (wczoraj umowilismy sie, ze jak wroci z pracy to ja smigam na silownie a on zostaje z dzieckiem), pytam sie go czemu znow nadgodziny byly(na silownie juz oczywiscie nie poszlam)? zaczal sie glupia usmiechac i krecic. w koncu przyznal sie, ze pojechal do kolegi bo ten go prosil o to, zeby moj maz cos mu przewiozl. wkurzylam sie jak cholera, bo bylismy w koncu umowieni. to juz nie pierwszy raz, ze ten wlasnie kolega (kawaler zreszta) prosil go o pomoc, bo on nie ma auta. kiedys zadzwonil, ze potrzebuje pomocy bo musi drzwi wstawic, to moj mezus nic tylko mi powiedzial, ze jedzie i juz go nie bylo. niestety, jesli ja o cos prosze, to moj kochany mezus nie ma czasu albo ochoty. ostatnio mialam aerobik, woda mineralna sie skonczyla. prosze go wiec zeby po pracy wstapil do sklepu i kupil zgrzewke. on na to, ze nie pojedzie po pracy bo nie ma ochoty. no to poszlam na trening z kranowa w butelce. sama poszlabym se po wode, ale zgrzewki do wozka nie wpakuje. dlatego tak mnie to wkurzylo, ze jak ja o cos prosze, to nigdy na to on to ma gdzies. kolejna rzecz- przeszlo 3 miesiace temu urodzila nam sie sliczna dziewuszka, nie powiem, maz duzo mi pomaga i chetnie mala sie zajmuje. ale nie wpadl np na to, ze mozna byloby kobicie chociaz jakiegos badyla do szpitla zaniesc... we wrzesniu mielismy pierwsza rocznice slubu, moj maz-oczywiscie o niej zapomnial i jeszcze sie do tego przyznal! na szczescie udalo mu sie gdzies roze zakupic. jestem zla i czuje sie niedowartosciowana. choc mam dziecko na glowie to w domu jest zawsze czysciutko, wyprane i poprasowane pranie, obiadek codzien cieplutki czeka na mezusia. ja na glowie staje, zeby mu zycie umilic a on coraz mniej dba o to, aby mi jakos schlebiac. kiedys sprawial mi rozne niespodzianki. a teraz nic. jestesmy ze soba prawie 7 lat, a mieszkamy razem od 5, wiec moze nie musi sie juz o nic starac. mam dopiero 27 lat i cale zycie przed soba. czasem czuje sie jakbysmy byli malzenstwem od 30 lat. mojemu mezowi jest dobrze tak jak jest a ja powoli mam dosyc. wiem, ze faceci sa prosto myslacymi osobnikami, ale czy nam kobitkom nic od zycia sie nie nalezy? a moze ja tego mojego samca za bardzo rozbestwilam? czy wy macie podobnie???