kalina_p
06.11.06, 15:41
Od urodzenia mieszkałam w stolycy, tam tez sie Kinga urodziła, nigdy nie
mialam problemów typu kolejka, że ktos nie pomógl, że trudno gdzies
wejść/wyjść...Większośc ludzi pomagała, ustępowali, przytrzymali drzwi,
odsuwali sie, żebym mogła wózkiem przejecha ć - było to bardzo mile i bardzo
normalne.
Teraz przeprowadziłam sie do miasteczka pod Warszawę, jest slicznie, milo,
las blisko, ale załamana jestem podejściem innych do matki z
dzieckiem/wózkiem!
Brak podjazdów gdzieniegdzie i dziurawe chodniki pomijam - nie każde miasto
stac na takie "fanaberie". Ale ludzie???
Kurcze, poszłam dzis na pocztę, w srodku tłum, podjazdu nie bylo, musiałam
wóżek wtargac 2 schodki, otwierajac jednoczesnie drzwi na zewnatrz. I kurna
NIKT mi nie pomógł! Wjechałam, mówie grzecznie "przepraszam, chciałabym
przejechać" (bo ja z tych kulturalnych jestem, serio) a tam jakies burczenie
w odpowiedzi, jedna pani się łaskawie o 3 cm chyba przesunęła, jakos sie
wepchnęłam, sparwę załatwiłam, przy wychodzeniu to samo - nikt nie pomógł
drzwi otworzyc...na szczęscie samodzielna jestem, nie zginę, ale w warszawie
cos takiego mi sie NIE zdarzalo, zawsze byl ktos, kto pomoc zaproponował, sam
z siebie pomagał zamiast odwracac głowe w inna stronę.
Czy to kwestia mentalności?
O co chodzi, bo w szoku jestem...
A to tylko 25 km od Warszawy!