Gość edziecko: guest
IP: *.*
07.12.01, 12:52
Jesteśmy już ponad osiem lat małżeństwem i moje stosunki z teściową zawsze układały się poprawnie: ot, niedzielne odwiedziny u niej 2 razy w miesiącu, urodziny, imieniny, święta, poza tym niewielkie zainteresowanie z obu stron i raczej powierzchowne kontakty. Tymczasem pewnego pięknego dnia teściowa niespodziewanie zadzwoniła, że zaraz u nas będzie i chce zabrać młodszego synka (3 latka)do siebie (nigdy wcześniej tego nie robiła). Byliśmy zaskoczeni, ale i zadowoleni, że nas trochę "odciąży". Niestety, młodszy synek był śpiący i wcale nie miał ochoty jechac do babci, natomiast starszy (5 lat)- bardzo chętnie. Babcia, wyraźnie niezadowolona, zabrała starszego. Wrócili dopiero wieczorem, babcia opowiadała,że cały dzień spędzili na działce, synek mówił, że byli u jakieś "cioci" i widzieli kotki. Nie zwróciliśmy na to wtedy większej uwagi - sądziliśmy, że chodzi o sąsiadkę. Za tydzień sytuacja się powtórzyła: teściowa niespodziewanie wpadła, i oświadczyła, że tym razem chce zabrać obu chłopców. Ponieważ jednak pogoda była piękna, nie chcieliśmy, aby ciągała dzieci autobusami i tramwajami (mieszka na drugim końcu miasta, 10 km od nas), poza tym to nagłe zainteresowanie dziećmi i ta dziwna "ciocia"...; mąż zaproponował, że zawiezie ją z dziećmi do pobliskiego parku, a potem po nich przyjedzie. Teściowa była bardzo niezadowolona, ale mąż stanowczo oświadczył, że nie chcemy, żeby ciągała gdzieś dzieci... Wiedziała, że nic nie osiągnie, więc obiecała, że będzie z dziećmi cały czas w parku. Mąż był już w drodze do domu, gdy coś go tknęło i zawrócił. I... zastał teściową pakującą dzieci do tramwaju! Wyciągnął ich w ostatniej chwili... No, i skończyło się małą awanturką. Do domu wrócił roztrzęsiony. Gdy zapytaliśmy dzieci, dokąd się wybierali, odpowiedziały: do cioci z kotkami. Wobec tego zaczęliśmy wypytywać starszego synka, co to za "ciocia" "To był taki stary dom, gdzie była bardzo stara pani, a w innym pokoju jeszcze dużo innych starych pań. I babcia rozmawiała z tą starą panią, ale dla mnie ona nie była miła, bo dawała mi czekoladę, ale ja nie chciałem, to wtedy ona kazała mnie trzymać i na siłe wpychała mi tą czekoladę do buzi, ja wypluwałem, a ona znowu mi wpychała" (wyjaśnienie: synek jest alergikiem, uczulonym m.in. na czekoladę, kiedyś miał nawet wstrząs anafilaktyczny; teściowa doskonale o tym wie). "Mówiłem, że nie mogę czekolady... - A babcia co na to? "Mówiła, że nic o tym nie wie i śmiała się... I co Wy na to?! Zgroza!!! Teraz już wiemy, dlaczego tak zależało jej na młodszym synku: za kilka dni miał mieć usuwany 3 migdał, a ona nie chciała do tego dopuścić...Aż mnie dreszcze przechodzą, gdy pomyślę, jaką "terapię" by mu zastosowały... Teściowa oczywiście zaprzeczyła, jakoby była z dzieckiem u jakieś kobiety, a gdy przytoczyliśmy słowa synka, wzruszyła tylko ramionami: "No i co z tego? Przecież nic się nie stało..." Dziewczyny, gdyby doszło do wstrząsu i duszności, to ona nawet nie wiedziałaby, jak go ratować...Teraz teściowa ma pretensje, że izolujemy dzieci od niej, jak by była jakąś zarazą, ale czyż można inaczej postąpić z tak nieodpowiedzialnym człowiekiem? A może jesteśmy dla niej zbyt surowi?W ogóle wygląda na to, że teściowa została opętana przez tą kobietę (wróżkę, wiedźmę, czarownicę - czort jeden wie), i wygląda na to, że ufa jej bezgranicznie. Oto jeszcze jeden przykład: rok temu matka męża oświadczyła nam, że jeszcze w tym roku będziemy mieli trzecie dziecko. Ona o tym wie. Na pewno. Na pytanie skąd wie? "Wiem i już". Mamy dwoje małych dzieci i nie planujemy (przynajmniej na razie) trzeciego. Jej "wiadomość" przyjęliśmy więc jako dobry żart. Gdy jednak rok dobiegł końca, a przepowiednia się nie spełniła, teściowa wzięła męża na rozmowę (podczas mojej nieobecności) i "uświadomiła" mu, że bardzo chcielibyśmy mieć to dziecko i pewnie mielibyśmy, gdyby nie to, że ja jestem... chora, mam upławy i problemy ginekologiczne. Na pytanie męża skąd o tym wie, skoro nam nic o tym nie wiadomo? "Wiem i już" - koniec dyskusji. Za tydzień wpadła z kolejną rewelacją: "I po co jej była ta spirala? To dlatego teraz nie może zajść w ciążę!" (oczywiście spirali nigdy nie stosowałam)Ach, i jeszcze słowa przyjaciólki teściowej, z którą na bieżąco rozpatrują naszą wyssaną z palca sytuację "Jak ona ma takie problemy, to lepiej żeby już nie zachodziła w ciążę, bo dziecko może się urodzić z wadami... A że przyjaciółka plotkara, mogę się spodziewać, że o moich "problemach" wie już szerszy krąg osób...A tak poza tym, to niby wszystko w porządku, między nami nigdy nie doszło do konfrontacji, tego, co opisałam powyżej dowiedziałam się od mojego męża w chwili rozgoryczenia (obawiam się, że jeszcze więcej ukrywa przede mną w obawie przed jawnym konfliktem i dla zachowania nadal poprawnych stosunków). Wobec mnie teściowa zachowuje się, jakby nigdy nic się nie stało, tzn. po staremu: odwiedziny (no, może trochę rzadsze), urodziny, imieniny, święta... Tylko we mnie coraz bardziej wzbiera złość i gorycz. Nie wiem, jak długo wytrzymam... A może nie powinnam się tym przejmować i puścić wszystko w zapomnienie?Dziewczyny, wybaczcie, że tak się rozpisałam, ale musiałam wreszcie komuś się wygadać, komuś, kto spojrzy na to obiektywnie i poradzi, jak powinam się teraz zachowywać wobec teściowej?Pozdrawiam serdecznie