Gość edziecko: Lilly
IP: *.*
25.01.02, 12:57
Otworzyłam nowy wątek, aby poruszyć kwestię, która jest efektem ubocznym wątku KasiR (mamy Luizy) o zapalonym mężu narciarzu. Pozwoliłam tamże wyrazić swoje zdziwienie faktem, że mąż zostawia swoją żonę i jedzie sobie na 10 dni na narty bo jest takim zapalonym narciarzem, że już kolejny sezon bez nart, to ponad siły... I gdyby jeszcze ta żona (czyli akurat KasiaR) nie miała nic przeciwko temu, to pół biedy. Tamten wątek jest bardziej wątkiem ku pokrzepieniu serc, dlatego pytam się tu: czy uważacie, że jest to naprawdę w porządku? Czy w naszej tolerancji i przymykaniu oka na mężowskie słabosci możemy pójsc aż na taki kompromis? Zostać same z małym dzieckiem prawie że uwięzione na wysokim piętrze, kiedy tak naprawdę tego nie chcemy? Mam bliską przyjaciółkę, która przychyla nieba swojemu mężowi, bo on pracuje, zarabia itd. To nic, że ona też zrywa się rano do praca i często siedzi w niej do późna. I tak najszczesliwsza jest wtedy, gdy "Wojtus odpoczywa sobie na tapczanie" a ona lata z odkurzaczem po całej chacie. Albo siedzi cały sobotni wieczór sama w domu, bo mąż poszedł do znajomych na brydża ("no niech ma trochę rozrywki w życiu, tak ciężko pracuje").Nigdy jej nie rozumiałam. Nigdy nie pochwalałam takiego modelu małżeństwa.Dla mnie - o tym już pisałam ww wątku - małżenstwo to zmiana w życiu, na którą się przecież godzimy. Nic już nigdy nie będzie takie samo, szczególnie gdy jest dziecko. Z czegos rezygnujemy, by zyskać cos zupełnie innego. A co Wy o tym sądzicie?PS. Chcę tylko zaznaczyć, że nie "piję" do KasiR. Jej systuacja raczej mnie sprowokowała do pewnych przemysleń. Pozdrawiam.