mysia-mysia
29.11.06, 13:31
Jak zachować się wobec znajomych osób, które mają z jakichś powodów ciężko w
życiu i jeśli nie można im w żaden sposób pomóc?
Jeśli komuś z waszych dobrych znajomych przydarzy się nieszczęście i to nie
takie, z którego można się szybko otrząsnąć i lepiej czy gorzej ale żyć dalej,
lecz takie z którym trzeba żyć, np. rodzic z Alzheimerem, którego nie można
oddać do ośrodka. Albo ciężko chore dziecko?
Tak teoretycznie pytam, natchniona wątkiem edyci, w którym to edycia opowiada
że koleżanka ją podziwia. Nie rozumiem oburzenia niektórych osób. No bo co
takiego ta koleżanka złego powiedziała? I jak powinna się zachować żeby było w
porządku?
Jak już pisałam w tamtym wątku a mam psychicznie chorego ojca. Czasem jest z
nim lepiej, czasem gorzej ale zdrowy to on nie będzie nigdy. Kilka lat temu
było z nim bardzo źle, doprowadził do niezłej nerwicy moją mamę. Akurat wtedy
skończyła mi się praca w innym mieście i żadnej innej na widoku nie miałam.
Wtedy mama wymyśliła że mam przyjechać do domu i zająć się ojcem a ona idzie
do szpitala leczyć nerwicę. Zostawiła mi jakąś kasę, za którą miałam robić
zakupy i opłacać rachunki.
Ojciec budził mnie w nocy prawie codziennie, czasem po kilka razy najczęściej
po to żeby "sprawdzić, czy śpię" - tak mówił. O siódmej rano znów wyrywał mnie
z łóżka, żebym biegła do sklepu po chleb "bo rozkupią". Nie było mowy, żebym
nie poszła - truł by mi i wrzeszczał na zmianę, a jakbym się jeszcze upierała
to by mnie pewnie pobił.
Po powrocie ze sklepu musiałam wysłuchać wywodów na temat tego, jakie życie
jest ciężkie. O godzinie dziewiątej musiałam gotować obiad. Nie szkodzi, że
jeść będziemy o trzynastej - mam gotować już, teraz, bo inaczej nie zdąrzę.
Zdarzało się że tata chciał zrobić sobie herbatę - stawiał pusty czajnik na
gaz i szedł się na chwilę położyć, tylko że wstawał za dwie godziny. Albo
odkręcał gaz i uświadamiał sobie że zapałki wyniósł go garażu więc szedł ich
tam poszukać - gaz oczywiście cały czas odkęcony. Bałam się zostawiać go w
domu samego.
Oczywiście przy każdej okazji i bez okazji słyszałam, że ja o dom w ogóle
niedbam i gdyby nie on to w ogóle bym sobie nie poradziła i na psy bym zeszła.
Po kilku tygodniach pieniądze, które zostawiła mi mama się skończyły, do jej
konta w banku nie miałam dostępu a tata sam odebrał swoją rentę i od tej pory
sam chodził po zakupy. Przynosił zawsze trzy chleby (bo po co tak codziennie
latać jak można na zapas kupić?), w dodatku że sprzedawczyni wiedziała że może
mu zawsze wcisnąć nieświeży, do tego kilka słodkich bułek, kiszone ogórki i...
nutella - żelazny zestaw. To miało być na śniadania i kolacje, a na obiad
ziemniaki z mlekiem. I tak w kółko codziennie.
Kiedyś chciałam ugotować coś normalnego to musiałam go z pół godziny o
pieniądze prosić. Zjadł, owszem, było dobre. Ale bez niego to bym na psy
zeszła przecież bo ja w ogóle głupia jestem i do niczego się nie nadaję. No i
awantury o wszystko: o niezmytą szklankę, o zmytą szklankę, o to że w piecu
zgasło (chociaż wcześniej była awantura o to żebym się piecem nie zajmowała,
bo ja się na paleniu nie znam i on to będzie robił), o to że pranie nie
wyschło... A najlepsze awantury były o to że skoro on spał trzy godziny i mu
to wystarczy to mi też powinno tyle wystarczyć, a nie ja bym się chciała o
jedenastej wieczorem położyć i do rana spać, jak hrabianka jakaś.
O szukaniu pracy wtedy nie było mowy. Rejon o wysokim bezrobociu, prawie nie
było żadnych ofert, ale raz udało mi się wkręcić na rozmowę (trochę po
znajomości). Może nie dostałabym tej pracy, nawet gdybym zachowywała się
normalnie. Ale mi wciąż trzęsły się ręce, jąkałam się i nie potrafiłam
spojrzeć rozmówcy w oczy. A też wcześniej marzyłam o karierze, w liceum byłam
jedną z najlepszych uczennic i chciałam "coś" osiągnąć, a nie pilnować chorego
ojca, który nawet niepotrafi tego docenić.
Nie miałabym wtedy nic przeciwko, żeby ktoś mi współczuł albo mnie podziwiał.
Ale jakoś ani jednego dobrego słowa od nikogo nie usłyszałam. Moja najlepsza
wtedy przyjaciółka na moją próbę rozmowy o tym trudnym temacie odpowiadała coś
w stylu:
"Aha... yyy, no tak. A ja wczoraj na obiad miałam pomidorową, bardzo dobrą, z
bazylią... bardzo dobra była, no tak. Yyyy... a ty wolisz pomidorową z
bazylią, czy ze śmietaną?"
Za którymś razem powiedziała po prostu: "Nudna się ostatnio zrobiłaś, wiesz?"
Od innych też nie usłyszałam żadnego pocieszenia, bo pewnie nie wiedzieli, co
się u mnie dzieje. A ja wolałam już nikomu o tym nie mówić.
A chciałam tylko usłyszeć, że ze mną jest wszystko w porządku, to tylko
sytuacja jest ciężka. A ciężkie sytuacje zdarzają się czasem każdemu.
No i jeszcze raz pytam tych oburzonych tekstem koleżanki edyci: jaka reakcja
byłaby według was prawidłowa?