Jak się zachować?

29.11.06, 13:31
Jak zachować się wobec znajomych osób, które mają z jakichś powodów ciężko w
życiu i jeśli nie można im w żaden sposób pomóc?
Jeśli komuś z waszych dobrych znajomych przydarzy się nieszczęście i to nie
takie, z którego można się szybko otrząsnąć i lepiej czy gorzej ale żyć dalej,
lecz takie z którym trzeba żyć, np. rodzic z Alzheimerem, którego nie można
oddać do ośrodka. Albo ciężko chore dziecko?

Tak teoretycznie pytam, natchniona wątkiem edyci, w którym to edycia opowiada
że koleżanka ją podziwia. Nie rozumiem oburzenia niektórych osób. No bo co
takiego ta koleżanka złego powiedziała? I jak powinna się zachować żeby było w
porządku?

Jak już pisałam w tamtym wątku a mam psychicznie chorego ojca. Czasem jest z
nim lepiej, czasem gorzej ale zdrowy to on nie będzie nigdy. Kilka lat temu
było z nim bardzo źle, doprowadził do niezłej nerwicy moją mamę. Akurat wtedy
skończyła mi się praca w innym mieście i żadnej innej na widoku nie miałam.
Wtedy mama wymyśliła że mam przyjechać do domu i zająć się ojcem a ona idzie
do szpitala leczyć nerwicę. Zostawiła mi jakąś kasę, za którą miałam robić
zakupy i opłacać rachunki.
Ojciec budził mnie w nocy prawie codziennie, czasem po kilka razy najczęściej
po to żeby "sprawdzić, czy śpię" - tak mówił. O siódmej rano znów wyrywał mnie
z łóżka, żebym biegła do sklepu po chleb "bo rozkupią". Nie było mowy, żebym
nie poszła - truł by mi i wrzeszczał na zmianę, a jakbym się jeszcze upierała
to by mnie pewnie pobił.
Po powrocie ze sklepu musiałam wysłuchać wywodów na temat tego, jakie życie
jest ciężkie. O godzinie dziewiątej musiałam gotować obiad. Nie szkodzi, że
jeść będziemy o trzynastej - mam gotować już, teraz, bo inaczej nie zdąrzę.
Zdarzało się że tata chciał zrobić sobie herbatę - stawiał pusty czajnik na
gaz i szedł się na chwilę położyć, tylko że wstawał za dwie godziny. Albo
odkręcał gaz i uświadamiał sobie że zapałki wyniósł go garażu więc szedł ich
tam poszukać - gaz oczywiście cały czas odkęcony. Bałam się zostawiać go w
domu samego.
Oczywiście przy każdej okazji i bez okazji słyszałam, że ja o dom w ogóle
niedbam i gdyby nie on to w ogóle bym sobie nie poradziła i na psy bym zeszła.

Po kilku tygodniach pieniądze, które zostawiła mi mama się skończyły, do jej
konta w banku nie miałam dostępu a tata sam odebrał swoją rentę i od tej pory
sam chodził po zakupy. Przynosił zawsze trzy chleby (bo po co tak codziennie
latać jak można na zapas kupić?), w dodatku że sprzedawczyni wiedziała że może
mu zawsze wcisnąć nieświeży, do tego kilka słodkich bułek, kiszone ogórki i...
nutella - żelazny zestaw. To miało być na śniadania i kolacje, a na obiad
ziemniaki z mlekiem. I tak w kółko codziennie.
Kiedyś chciałam ugotować coś normalnego to musiałam go z pół godziny o
pieniądze prosić. Zjadł, owszem, było dobre. Ale bez niego to bym na psy
zeszła przecież bo ja w ogóle głupia jestem i do niczego się nie nadaję. No i
awantury o wszystko: o niezmytą szklankę, o zmytą szklankę, o to że w piecu
zgasło (chociaż wcześniej była awantura o to żebym się piecem nie zajmowała,
bo ja się na paleniu nie znam i on to będzie robił), o to że pranie nie
wyschło... A najlepsze awantury były o to że skoro on spał trzy godziny i mu
to wystarczy to mi też powinno tyle wystarczyć, a nie ja bym się chciała o
jedenastej wieczorem położyć i do rana spać, jak hrabianka jakaś.

O szukaniu pracy wtedy nie było mowy. Rejon o wysokim bezrobociu, prawie nie
było żadnych ofert, ale raz udało mi się wkręcić na rozmowę (trochę po
znajomości). Może nie dostałabym tej pracy, nawet gdybym zachowywała się
normalnie. Ale mi wciąż trzęsły się ręce, jąkałam się i nie potrafiłam
spojrzeć rozmówcy w oczy. A też wcześniej marzyłam o karierze, w liceum byłam
jedną z najlepszych uczennic i chciałam "coś" osiągnąć, a nie pilnować chorego
ojca, który nawet niepotrafi tego docenić.
Nie miałabym wtedy nic przeciwko, żeby ktoś mi współczuł albo mnie podziwiał.
Ale jakoś ani jednego dobrego słowa od nikogo nie usłyszałam. Moja najlepsza
wtedy przyjaciółka na moją próbę rozmowy o tym trudnym temacie odpowiadała coś
w stylu:
"Aha... yyy, no tak. A ja wczoraj na obiad miałam pomidorową, bardzo dobrą, z
bazylią... bardzo dobra była, no tak. Yyyy... a ty wolisz pomidorową z
bazylią, czy ze śmietaną?"
Za którymś razem powiedziała po prostu: "Nudna się ostatnio zrobiłaś, wiesz?"

Od innych też nie usłyszałam żadnego pocieszenia, bo pewnie nie wiedzieli, co
się u mnie dzieje. A ja wolałam już nikomu o tym nie mówić.
A chciałam tylko usłyszeć, że ze mną jest wszystko w porządku, to tylko
sytuacja jest ciężka. A ciężkie sytuacje zdarzają się czasem każdemu.

No i jeszcze raz pytam tych oburzonych tekstem koleżanki edyci: jaka reakcja
byłaby według was prawidłowa?

    • pieskuba Re: Jak się zachować? 29.11.06, 14:48
      Wiesz mysiu, gdy umarła moja Mama, to moja przyjaciółka po prostu ze mną była.
      Przechodziłam to bardzo ciężko i bardzo długo, ale nigdy nie usłyszałam, że
      jestem nudna (a byłam), monotematyczna, czy za dużo, za długo płaczę (płakałam
      przy byle okazji przez kilka lat) i że zachowuję się dziwnie (zachowywałam się).
      I wyobraź sobie, że to była całkiem "świeża" przyjaciółka - znałyśmy się
      zaledwie od kilku miesięcy. I ona znosiła całą tę moją żałobę tak po prostu -
      nie mogła mi pomóc więc była obok, starała się jakoś podnieść mnie na duchu i w
      ogóle zachowywała się bardzo naturalnie. Minęło kilkanaście lat i ją też
      spotkało coś bardzo przykrego, sytuacja zupełnie różna od mojej, ale też nie
      miałam na nią wpływu i mogłam tylko słuchać i słuchać cierpliwie wciąż tego
      samego, towarzyszyć w ryczeniu, podsuwać chusteczki i wyciągać na spacer, żeby
      się trochę oderwała od czarnych myśli. Mogłam być tylko towarzyszem w
      nieszczęściu, żeby nie była sama. I może to tak właśnie trzeba?
      • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 15:36
        Chyba tak rzeczywiście byłoby najlepiej. Ale pisałaś o przyjaciółce (swoją drogą
        gratuluję takiej - taka przyjaciółka to skarb), a są jeszcze zwykli znajomi. Wg
        mnie lepiej powiedzieć cokolwiek co pokaże że się rozumie sytuację niż zmienić
        temat i udawać że sprawa nie istnieje.

        Nie potrafimy albo nie chcemy rozmawiać o sprawach, które nie mają łatwego
        rozwiązania. Rodzice mieszkają w małej miejscowości, w której większość osób
        wie, że tata jest chory, choć może nie zdają sobie sprawy z tego jak się to
        objawia (przy obcych zachowuje się zawsze normalnie). Ale mama ma znajome,
        którym się czasem skarży. Wtedy, gdy byłam z tatą sama żadna z nich nie zapytała
        mnie czy może czegoś nie potrzebuję albo jak sobie radzę. Dopiero po powrocie
        mamy ze szpitala jedna (i tylko jedna) powiedziała żebym była dobra dla mamy, bo
        ona ma ciężkie życie. Moje życie też wtedy nie było łatwe, ale przynajmniej była
        to jakaś reakcja.

        Po tych kilku miesiącach spędzonych z tatą sama musiałam leczyć się na depresję.
        Psychiatra skierował mnie na rozmowę z psychologiem (wszystko w państwowej
        przychodni). Myślałam, że wreszcie ktoś mnie wysłucha, ale pomyliłam się. Pani
        psycholog szybko stwierdziła, że wcale nie dziwi się mojej przyjaciółce, bo
        słuchanie o takich sprawach to rzeczywiście nudne jest. I żebym jej nie
        zawracała głowy bo ona ma tu ludzi z prawdziwymi problemami.

        Widzę że mój wątek wywołał wielkie zainteresowanie. Może właśnie tacy jesteśmy?
        Może wolimy uciekać od tego co trudne?

        I tylko jak niedługo znów jakiś nastolatek popełni samobójstwo to posypią się
        pytania: dlaczego nikt mu nie pomógł, dlaczego nikt nic nie zauważył, dlaczego
        panuje taka znieczulica?
    • joanna35 Re: Jak się zachować? 29.11.06, 15:21
      Pierwsze trzy lata po urodzeniu mojego drugiego syna - ma porażenie mózgowe -
      były bardzo, bardzo ciężkie. dla mnie nie za sprawą dziecka, ale męża, który
      kompletnie nie mógł się odnaleźć w nowej sytuacji. Pamiętam, że szukałam wtedy
      wsparcia - chodziło o wygadanie się - u mojej wieloletniej przyjaciółki, ale
      chyba też byłam monotematycznasad
      Nie czytałam wątku Edyci, ale w moim przypadku - im dłużej trwa sytuacja czyli
      życie z chorym dzieckiem tym jest łatwiej - no może nie ze wszystkim, ale z
      codziennym życiem jak najbardziej. Okrzepliśmy, relacje miedzy mną a mężem są
      dobre. Ostatnio sąsiadka powiedziała, że ona właściwie nie wie jak ma ze mną
      rozmawiać o Pawle, żeby nie urazić. Zaszokowała mnie :-0, bo jest z nami od
      początku życia dziecka. Jak rozmawiać - normalnie, bo dla mnie sytuacja jest
      normalna i dopiero jak ktoś dziwaczy to zaczynam czuć się niezręcznie. A co do
      podziwu - powiem tak - dobre słowo zawsze mile widziane, bo pewnie nawet osobom
      o dużym poczuciu własnej wartości miło jest być docenianym a co
      dopiero "biednym", zabieganym matkom, które z poczuciem swojej wartości mają
      problemy. Zawsze miło jest kiedy ktoś zauważy i doceni nasze starania. Niemniej
      ja uważam, że w każdej sytuacji człowiek ma wybór - lepszy lub gorszy ale on
      jest i tylko ludzie , którzy nigdy nie byli w mojej sytuacji mogą mówić, że
      podziwiają mnie za to, że się poświeciłam. JA się NIE POŚWIĘCIŁAM dla dziecka,
      ja dokonałam wyborusmilePozdrawiam serdecznie
      • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 15:51
        Tak, właśnie, rozmawiać normalnie. Tak samo jak kiedyś rozmawiałyśmy o tym jak
        poznać przystojnego bruneta, który jeździ tym samym autobusem. To taki sam temat
        jak inne - z życia wzięty.

        A co do podziwu, to ja nie podjęłam tego wyboru ot tak. Raczej zostałam zmuszona
        przez sytuację (choć to też wybór nawet jeśli podjęty z niechęcią). Ale jakoś
        starałam się sobie radzić z tą sytuacją, nie przepuszczałam forsy na alkohol,
        żeby zapomnieć. I trochę podziwu za to mi się należało wink
        • joanna35 Re: Jak się zachować? 29.11.06, 15:57
          mysiu po przeczytaniu Twego postu otwierającego wątek stwierdziłam,że mam
          lepiej, a na pewno łatwiejwink. Jest pewna róznica między zajmowaniem się chorym
          dzieckiem a chorym dorosłym. Naprawdę Cię podziwiam, bardzo dużo spadło na
          Twoje barki. A jak jest teraz?
          • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:15
            dzięki - wszelki podziw mile widziany smile))

            Później było to że ja postanowiłam że nie pozwolę sobie na włażenie na głowę -
            moja mama wyznawała bowiem zasadę że tacie wszystko wolno, bo on jest chory. A
            jak nam z tym ciężko to będziemy brać prochy, żeby jakoś wytrzymać - mama tak
            właśnie robiła. Ale ja się uparłam, że ja się leczyć nie muszę (krótki tylko
            czas brałam, żeby wyjsć z depresji). I okazało się że tata jednak potrafi
            dostosować się do zasad i np. grzecznie leżeć w łóżku jeżeli w nocy się obudzi,
            zamiast chodzić po domu i wyciągać z łóżek innych.

            Później znalazłam chłopaka (który zresztą był już wtedy moim przyjacielem, ale
            niestety był bardzo daleko), jeszcze później zamieszkaliśmy razem. Mam pracę w
            miarę dobrą choć nudną wink a niedługo wyjeżdżam za facetem na podbój Europy
            (dostał dobrą pracę za granicą) i będę mogła oddać się wreszcie swojemu hobby.
            Z "przyjaciółką" nie utrzymuję kontaktu.
            Tak więc wszystko skończyło się dobrze.

            Kiedyś byłam w sanatorium, gdzie były m.in. dzieci z porażeniem mózgowym.
            Wszyscy zdrowi się nimi opiekowali. Była między nimi nawet dziewczyna, która
            uczyła się w liceum i chciała iść na studia. Dzieci nie mają takich obaw przed
            odmiennością. A Twoje dziecko jak się ma? Mam nadzieję że to normalne pytanie wink
    • iwles Re: Jak się zachować? 29.11.06, 15:58
      Traktować tę osobę normalnie, tylko bardziej uważać na słowa.
      • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:19
        iwles napisała:

        > Traktować tę osobę normalnie, tylko bardziej uważać na słowa.

        Ale czy uważanie na słowa jest traktowaniem normalnie? I co to oznacza
        dokładnie? Jak ktoś nie wie jak bardzo ma uważać na słowa to może właśnie na
        wszelki wypadek zacznie zmieniać temat? I czy można matkę chorego dziecka
        zapytać jak się ono ma, jak rośnie, jak się rozwija? A takie pytania zadaje się
        przecież mamom zdrowych dzieci.
        A jeśli nie można zapytać o to jak się rozwija to co można powiedzieć?
    • chupachups1 Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:05
      Mysiu ja cię podziwiam. Moim zdaniem rzdko sie zdarza, że relacja dziecko-
      rodzic zostaje całkowicie odwrócona, jest to bardzo trudna sytuacja,
      szczególnie, ze nie chodzi tylko opielęgnowanie chorego rodizca, tylko o
      przejęcie odpowiedzialności. Poradziłaś sobie, jesteś silną osobą, bo nie wiem
      jak ja zachowałabym się w Twojej sytuacji.
      • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:22
        Dziękuję smile

        Pewnie robiłabyś to, czego wymagałaby sytuacja - czyli tak samo jak ja. A że to
        czasem ciężkie - cóż i takie rzeczy w życiu się zdarzają i trzeba przez nie
        przebrnąć.
        • chupachups1 Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:27
          Uważam, ze powinnaś być z siebie dumna, że stawiłas czoła sytuacji, że się nie
          załamałaś, ze sobie poradziłaś, no i, ze później poradziłaś sobie z samą sobą i
          potrafiłaś żyć dalej. Znam wiele osób, które wszystkie swoje niepowodzenia
          życiowe, brak konekwencji w działniu, chodzenie na łatwiznę, usprawiedliwiają
          np. tym, ze ich rodzice sie rozwiedli.
          • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:56
            dzięki ponownie smile nawet nie wiesz, jak bardzo czekałam kiedyś na takie słowa,
            jak bardzo chciałam żeby ktoś zobaczył we mnie to właśnie a nie to że nie mogłam
            znaleźć pracy i zawaliłam rok na studiach
    • ik_ecc Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:30
      Mysle, ze ludzie czesto rzeczywiscie nie wiedza jak sie zachowac. Czesto nie
      maja punktu odniesienia, nie potrafia sobie wyobrazic takiej sytuacji bo nigdy
      w niej sami nie byli - i nie potrafia wykazac sie empatia bez tej konkretnej
      wiedzy. W mysl "najedzony nie zrozumie glodnego". Ja sama wiem, ze latwiej jest
      mi sie odniesc do czyjegos nieszczescia, jesli mnie sama spotkalo podobne. Moze
      Twoja przyjaciolka miala dotad wzglednie latwe zycie, nie musiala podejmowac
      trudnych decyzji - i po prostu rzeczywiscie nie potrafi sie odniesc do tego,
      przez co przechodzisz Ty. Dla mnie tez wszystko bylo zawsze latwe dopoki nie
      przytrafil mi sie paskudny rozwod, chore dziecko, tesciowa z Alzheimerem, brak
      pracy przez kilka lat, itd.

      Nie czytalam watku edyci, wiec nie wiem dokladnie o czym mowa. Jaka reakcja
      dobra? Chyba wlasnie taka, o jakiej mowisz Ty - zeby ktos wysluchal i jakostam
      zrozumial, bez dawania rad jesli o nie nie prosisz, bez oceniania Twoich
      wyborow, bez bagatelizowania sprawy. Czasami nie mozna kogos takiego znlezc
      wsrod najblizszych, czasami nawiazuje sie zupelnie nowe znajomosci - wlasnie
      wsrod ludzi, ktorzy tez przez to przeszli czy przechodza.

      Na zachodzie ludzie dawno odkryli ze zwykli znajomi sie w takich sytuacjach nie
      sprawdzaja i maja grupy pomocy skupiajace wlasnie ludzi radzacymi sobie z
      podobnymi nieszczesciami. Moze cos takiego mozna i w Polsce znalezc? Moze sa
      psycholodzy z doswiadczeniem w tego rodzaju sytuacjach, ktorzy by Cie jednak
      nie zbyli?

      Trudne sytuacje takie wlasnie sa - trudne. I, niestety, nie kazdy ma odwage czy
      cierpliwosc w takich sytuacjach pomagac. sad
      • mysia-mysia Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:48
        Co do psychologa, to pewnie są wyspecjalizowani, w wielkich miastach. Czeka się
        do nich w kilkutygodniowych kolejkach a za wizytę płaci 150 zł.
        Ale ja nawet nie liczyłam na jakąś terapię. Chciałam tylko usłyszeć to czego nie
        usyłszałam od przyjaciółki: "to normalne że jest ci ciężko". Tyle chyba każdy
        psycholog powinien umieć wymyśleć.
        A tymczasem dowiedziałam się że skoro sobie z tą sytuacją nie radzę to
        najwyraźniej jestem głupia, beznadziejna i nieporadna. Każdy inny przecież na
        moim miejscu tryskałby humorem od rana! Z powodu pani psycholog i przyjacółki
        długo uważałam, że coś ze mną nie tak i każdy kto mnie bliżej pozna będzie miał
        na mój temat jak najgorsze zdanie. Dopiero mój chłopak pomógł mi się z tym uporać.
        • pieskuba Re: Jak się zachować? 29.11.06, 18:51
          No to się panie nie popisały. Przyjaciółka - trudno - pokazała swoje prawdziwe
          oblicze, raczej paskudne, ale pani psycholog to dopiero okaz! Jesteś bardzo
          dzielna, ja w Twojej sytuacji bym sobie nie poradziła.
    • denea Re: Jak się zachować? 29.11.06, 16:48
      Przypomniałaś mi swoim wątkiem sprawy o których dawno nie myślałam żeby się nie
      dołować. Moja mama zachorowała jak miałam jakieś 13 lat (ojciec zmarł jak
      miałam 10) i nagle musiałam dorosnąć. Cieszę się że niewiele z tego złego
      okresu pamiętam, ale musiałam dać sobie radę z domem, odpowiedzialnością nie
      tylko za siebie, trzymaniem kasy itp. no i szkołą, własnym dojrzewaniem. No i
      spoko, cieszę się że sobie poradziłam, nawet jestem trochę dumna że mimo
      wszystko "wyszłam na ludzi" tongue_out . Mąż i ja mieszkamy z moją mamą, niedawno
      urodził nam się syn i mogę powiedzieć że jestem szczęśliwa, mama czuje się
      duuużo lepiej, nawet trochę mi w domu pomaga, małego uwielbia po prostu wink Żal
      mam trochę tylko do mojej siostry, która przecież wiedziała co się dzieje a
      mimo wszystko ja byłam wtedy całkiem sama... No fakt, ona mieszkała 250 km od
      nas, miała już swoją rodzinę, swoje sprawy (jest ode mnie 17 lat starsza) ale
      powiem Ci, że jak kiedyś przy mnie powiedziała do swojego nastoletniego
      syna "Ciocia w twoim wieku musiała już wszystko robić sama, musiała być
      dorosła" to poczułam się w końcu... doceniona ? No, jakoś tak wink))) Bo przez
      wiele lat unikała tego tematu, rozmowy o czasie kiedy z mamą było nie za
      wesoło - jakby to się nie zdarzyło.
      Ja myślę że po prostu ludzie wolą udawać że tematu nie ma bo nie wiedzą jak się
      zachować... Choroba, zwłaszcza psychiczna to dla wielu osób coś strasznego,
      niezrozumiałego. Może osoby które np. w swojej rodzinie zetknęły się z takim
      przypadkiem lepiej rozumieją jakim ciężarem może być opieka nad osobą chorą i
      jak bardzo wtedy potrzebne jest każde ciepłe słowo od otoczenia ! A czasem
      udają że sprawy nie ma bo mają zwyczajnie poczucie winy - moja siorka chyba
      miała, tak sobie to teraz, po dorosłemu tłumaczę.
      Nie czytałąm wątku o którym piszesz, ale też kompletnie nie rozumiem
      czyjegokolwiek oburzenia. Można widzieć osobę z rodziny jako zobowiązaną do
      opieki, OK, jest w tym jakaś racja, ale to przecież tylko człowiek i
      jakiekolwiek wsparcie szczególnie się w takiej sytuacji przyda, prawda ?
      • mysia-mysia denea 29.11.06, 17:15
        A Twoja mama też jest psychicznie chora? Mam nadzieję że nie obrazisz się o to
        że tak wprost pytam, ale to jest dla mnie właśnie normalnie traktowanie tematu -
        tak samo jakbym zapytała o to czy się przeziębiłaś gdybyś powiedziała że jakoś
        się niewyraźnie czujesz wink
        Musiało Ci być dużo dużo gorzej niż mi, a ja i tak jak sobie tak powspominałam
        tamte czasy dzisiaj, to łzy zaczęły kręcić mi się w oku.
        A miałaś jakieś wsparcie ze strony sąsiadów, nauczycieli, rodziców koleżanek?
        • denea Re: denea 29.11.06, 17:58
          Tak, wiesz, ja nigdy nie wnikałam w diagnozy lekarzy ale bierze psychotropy.
          Tyle że oprócz dwóch epizodów (za drugim razem miałam już jakieś 21 lat) jej
          stan jest niezły. Wymaga opieki ale np. interesuje się różnymi rzeczami, ma
          swoje ulubione programy w TV, ma swoje obowiązki w domu, gadamuy, śmiejemy
          się... Nikomu o tym wtedy nie mówiłam, wstydziłam się, tylko rodzina wiedziała
          a wszyscy daleko, w tym mieście jesteśmy tylko we dwie. Zresztą co miałam
          gadać - raz się zdarzyło że po scysji miałam podbite oko, niechcący mnie tak
          nieszczęśliwie uderzyła - wszyscy w szkole uwierzyli że wpadłam na drzwi, hehe.
          Podręcznikowe tłumaczenie, prawda ? No, jedna wuefistka mnie docisnęła a po
          paru dniach zapytała jak tam - rany, jak się wspaniale poczułam !
          Ja Cię doskonale rozumiem, Mysia, że było koszmarnie a i wspominać nie warto.
          Tyle że obojętność otoczenia wszystko pogarsza...
          • mysia-mysia Re: denea 30.11.06, 10:52
            Mój tata też ma swoje zainteresowania, prenumeruje jakieś niszowe pisma o
            okrętach i wie prawie wszystko o II wojnie światowej. W liceum dostaliśmy do
            domu zestaw pytań z II wojny światowej i ja szukać odpowiedzi w książkach
            poszłam z nim do taty, w kilka minut miałam wszystkie prawie odpowiedzi. I do
            inteligencji taty nigdy nie miałam zastrzeżeń. To taki mit chyba jest że
            psychicznie chory to ktoś, kto wychodzi na ulicę odziany w prześcieradło i
            twierdzi że jest Jezusem.

            A tych pań, które nie wykazały autentycznego zaintersowania nie posądzam wcale o
            złą wolę. Raczej o myślenie, że przecież jak mnie spotkały w sklepie to
            zachowywałam się normalnie więc na pewno wszystko jest w porządku. A poza tym
            tragedie zdarzają się tylko gdzieś daleko.
Pełna wersja