18071721xyz
30.11.06, 09:09
I wcale nie czuję się z tym dobrze. Nie wiem tylko co mam zrobić. Chodzi o
niepopłacone rachunki. Maz ma specyficzną pracę. Zarabia 10 mcy w roku, przez
2 mce nie pracuje i nie zarabia. Wtedy zazwyczaj tworzą się nam zaległości.
Problemem jest to że nie tylko wtedy. I właśnie nadeszła ta chwila...
zobaczył pismo od aministratora o stanie zadłużenia. Wiedział ze wisimy ok
2500 a naprawdę ponad 6 tys. Jakoś się wyłgałam, dałam sobie w ten sposób
kilka dni na podjecie decyzji co dalej... i właściwie nie widzę innego
wyjścia... mam ochotę łyknąć prochy i zasnąć... i się nie obudzić... mogę
spróbować grać dalej, ale jak długo uda mi się ta sztuka? Wiem że maż mnie
kocha, byłby wściekły ale wybaczyłby i nie zostawił mnie samej. Ale problem
jest we mnie. Ja nie potrafię przyznawać się do błedów, nie umiem powiedzieć
że zrobiłam coś źle albo nie zrobiłam bo nie umiałam. Mam tak od dziecka, i
wiem że wina leży w pewnym stopniu po stronie rodziców, szczególnie mamy. Bo
to ona wymagała abym sobie sama radziła, w szkole, w liceum, i ogólnie w
życiu. Zawsze mnie tłamsiła, róznała z ziemią, porównywała do innych
pokazująć że jestem gorsza pod każdym możliwym względem. Nie słyszałam od
niej pochwał, nie dostwałam pomocy. Kiedy zaczęłam mieszkać sama (miałam 21
lat) i zarabiać na siebie, też nie umiała mnie chwalić. Mam 32 lata, mężą,
dwoje dzieci, włąsne mieszkanie, rodzice nam finansowo nie pomagają, w inny
sposób też nie, a jednak ja nadal uważam się za nic nie wartą osobę.
No i właśnie narozrabiałam w małżeństwie. Płąceniem rachunków zajmuję się ja,
mąż niepyta, nie mysli o tym. Czasem myślę sobie, ze gyby on się choć troche
interesował byłoby inaczej... Ale wiem ze wina jest tylko moja, bo to ja się
tym zajmowałam i ja nawaliłam. Nie powiem mu, nie przyznam się jak jest.
Zostawię list i zniknę. Albo spróbuje grać dalej. Tylko nie wiem czy to ma
sens. Bo boję się że może być tylko gorzej...
Tylko czy zdobędę się na odwagę...