Gość edziecko: ronja
IP: *.*
15.11.02, 11:04
Witam wszystkich.Mam na imię Ania i od pięciu miesięcy jestem mamą. Bardzo cieszę się z tego faktu. Pomyśleć, że wszystko mogłoby się skończyć inaczej. W ogóle wszystko miało być inaczej. Mieszkam w gminnej miejscowości. Gdy zaszłam w ciążę postanowiłam chodzić do szkoły rodzenia. U nas takowa mieści się w powiecie. Nie mogłam się doczekać kiedy rozpocznie się 28 tydzień ciąży. Tymczasem w piętnastym tygodniu zaczęłam krwawić! Mieszkałam wtedy prawie 300km od domu. W obcym mieście, gdzie nikogo nie znałam. Znalazłam się w szpitalu lecz na szczęście wszystko się ustabilizowało, zagrożenie minęło. Całe szczęście. Od tamtej pory żyłam z dnia na dzień modląc się by ciąża się utrzymała, by dzidziuś urodziła się w terminie, cały i zdrowy. Doczekałam do rozpoczęcia szkoły rodzenia. Inaczej ją sobie wyobrażałam. Prowadziła ją położna oddziałowa. Właściwie sama. Wpajała nam jak wspaniały może być poród zwłaszcza rodzinny, radziła jak się do niego przygotować, mówiła co nas czeka czego możemy się spodziewać. Starała się jak mogła. Szkoła była darmowa. Prowadzona przez nią po godzinach pracy zupełnie bezinteresownie. Uwierzyłam jej. Nastawiłam się na poród rodzinny. Chciałam urodzić siłami natury. Bałam się ale tylko troszeczkę. Chciałam pomóc memu dziecku przyjść na ten świat. Chciałam go przytulić, powiedzieć, że czekaliśmy na niego z utęsknieniem. Zbliżał się termin (9 czerwca). Dwa dni przed terminem miałam bolesne skurcze. Jeździłam do szpitala na ktg. Położono mnie na oddział ginekologiczny! Położne stwierdziły że moje skurcze są zbyt słabe. Leżałam bez sprzeciwu, chodziłam, byłam spokojna. Skurcze się nasiliły do tego stopnia, że bolało bardzo, ale nie uskarżałam się. Przyjechał mój mąż. Tymczasem leżąc wciąż na ginekologii ładowano we mnie zastrzyki uspokajające mimo iż wcale nie prosiłam o nie. Dostałam także dolargan!!! W sumie ok. 6 czy ośmiu zastrzyków. Skurcze silne brak rozwarcia. Upierałam się nadal na poród naturalny. Mimo iż nie miałam już siły. Pozwolono mi wreszcie zejść na porodówkę. Od ponad doby rozpoczęta była akcja porodowa. Stwierdzono, iż nie muszę korzystać z sali porodów rodzinnych. Nie miałam siły protestować. W ogólnej sali pozwolono mi chodzić. Mąż mi masował plecy. Gdyby nie on nie wiem co bym zrobiła. Byłam załamana. Wszystko szło inaczej niż bym chciała. Wreszcie tętno dziecka zaczęło zanikać. Decyzja o cięciu. Poddałam się!! Nie chciałam tak!! Chciałam naturalnie lecz dobro dziecka było ważniejsze. Zgodziłam się. Zaniesiono mnie na salę operacyjną , podano znieczulenie, rozkrojono i.... wydobyto mego synka. Cisza .... nie słyszałam go. Niepokój.....Co się dzieje? Ulga ... Płacze, mój syn płacze! Wszystko w porządku. Urodził się w ostatniej chwili w ciężkiej zamartwicy o czym dowiedziałam się po wyjściu ze szpitala gdy szwagierka wytłumaczyła mi łacińskie napisy w książeczce zdrowia. Wszystkie leki, które mi podano a zwłaszcza dolargan zadziałały w sposób zatrważający na stan mojego synka. Również to, iż zwlekano z cięciem okazało się niepożądane w skutkach. Synek owinięty, umyty został mi pokazany na kilka sekund. Potem przekazano go tacie. Będąc już na sali poporodowej synka ujrzałam dopiero na drugą dobę. Spał bez przerwy. Ale to podobno skutek podanych mi leków. Musiałam prosić lekarkę by mi powiedziała jak przebiegł poród dla dziecka, jaki jest jego stan zdrowia. Nie powiedziano mi wcześniej nawet ile dostał punktów w skali Apgar. Potem znowu się zaczęło. Mały nie chciał ssać!!! Płakaliśmy oboje lecz próbowaliśmy. Efekt tego był taki cały dzień był głodny, nie chciał ssać, prężył się, strasznie płakał. Wieczorem poddawałam się i dostawał butelkę !!! a nie kieliszek. I tak było przez siedem dni które spędziliśmy na oddziale. Na szkole rodzenia mówiono nam że kobieta która ma płaskie brodawki może również wykarmić maluszka. Zgoda. Technicznie przystawiałam małego bez zarzutów. Cała otoczka wypełniała mu buzie, ale co z tego. Rad nie rad użyliśmy kapturka. Udało się dwa razy że pociągnął, ale był wtedy wścielke głodny. Walczyłam miesiąc. Potem się poddałam. Odciągałam pokarm i dostawał butelkę. W końcu trzeba było przejść na mleko modyfikowane.Wszystko miało być inaczej. Miałam rodzić siłami natury, było na odwrót. Chciałam karmić piersią tak długo jak tylko mogłabym – nie karmiłam prawie wcale. Nie znam właściwie uczucia jak to jest kiedy malec przyssie się do cycusia. Chodziłam i płakałam. Nie miałam komu się wyżalić, kto bym mnie zrozumiał. Był ze mną tylko mój mąż. Ale on nie rozumiał do końca co przeżywam. Mama moja oddała mnie babci, nie chciała mnie wychowywać, a moja babcia jest ciężko chora i sama wymaga opieki. Byłam właściwie sama ze swoimi smutkami. Powoli zbieram się do kupy. Winię siebie za to, iż nie potrafiłam pomóc memu dziecku przyjść na świat, że nie walczyłam z karmieniem może by się udało to kiedyś? Lecz z drugiej strony ile dni musiał by jeszcze być głodny. Nie miałam sumienia. Szukałam pomocy, lecz nikt nie chciał mi pomóc. Wszyscy radzili by się nie poddawać. Ja już nie mogłam patrzeć na jego zapuchnięte oczka, na burczący brzuszek. Był głodny. A może właśnie próbuję się usprawiedliwiać sama przed sobą. Sama nie wiem. Nie mam doświadczenia mogę polegać tylko na tym co mi mówi serce. Minęło już pięć miesięcy i jakoś sobie radzimy. Bastek ma prawdopodobnie atopowe zapalenie skóry. Poza tym rozwija się prawidłowo i rośnie jak na drożdżach. Dziękuję, że zechcieliście wysłuchać początkującej internautki i jej smuteczków.Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.Ania