nietypowy początek porodu

IP: *.* 27.11.02, 10:01
Szukam kobiet, które miały nietypowy początek porodu - nie zauważyły, że rodzą, zaczęły rodzić bardzo nagle, albo miały inne, niezwykłe przygody.Będę bardzo wdzięczna za wszelkie relacje. Można je nadsyłać na moje osobiste konto:justyna.dabrowska@agora.pl Pozdrawiam wszystkich serdecznieJustyna Dąbrowska
    • Gość edziecko: Hipcio Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 10:54
      Chętnie napiszę, ale jeśli można, chciałabym najpierw wiedzieć, do czego wykorzystywane będą te wypowiedzi?Pozdrawiam, Ida.
    • Gość edziecko: justyna_redaktor Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 11:07
      Myślę nad artykułem na ten temat, być może wykorzystam najciekawsze wypowiedzi :)JD
      • Gość edziecko: AniaAsi Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 11:15
        Nie wiem jak bardzo mój poród był nietypowy, bo pewnie zdażają się takie odrzutowce, ale chętnie napiszę bo to niespodziewana komedia z happy endem. :lol:No to czekaj - jak tylko przestaną mi w biurze zawracać głowę postaram się wykrzesać z siebie głęboko ukryte pokłady inwencji twórczej.Ania :jap:
        • Gość edziecko: akacha Re: nietypowy początek porodu ANIU nie słuchaj justyny! ;) IP: *.* 27.11.02, 13:11
          oczywiście nie w kwestii relacji :)tylko w kwetii pisania na priv. my też chcemy przeczytać o tych przygodach :) :) :)akacha
          • Gość edziecko: AniaAsi No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 14:16
            Prawie rok temu a wszystko pamiętam jak dziś.Czyta się chyba trzy razy dłużej niż trwał poród, więc relacja dla wytrwałych.AniaJedziemy:Termin porodu wg OM najmądrzejsi lekarze określili na 7-go grudnia, ale doskonale wiedziałam, że nasz dzień nastąpi później. 11-go we wtorek pierwsza kontrola "po terminie" i KTG. Kochana położna mówi, że 3 cm rozwarcia (no skoro tak mówi, to pewnie ma rację...?), ale skurcze malusie i na tej kosmicznej maszynie podłączonej do mojego brzucha, i w moim osobistym odbiorze też. No dobra, czyli my Przyszli Rodzice rozjeżdżamy się do swoich prac i żyjemy dalej jakby nic się nie działo. Chyba czop śluzowy odszedł..., ale czy ja to wiem...? Następny termin wizyty na 14-go grudnia, ale położna powątpiewa czy się spotkamy. Hmmm....Na szkole rodzenia pytałam milion razy - czy jak się zacznie to Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ będę wiedziałą, że to już? Za każdym razem chóralne "tak!!!" zapewniało mnie, że tak. Czyli wnoszę, że jeszcze hoho!, bo ja mam jeszcze - z prywatnych spraw: zakupy do zrobienia, zamówienie hydraulika, zapłacenie stolarzom, podpisanie jakiejś umowy, całe szczęście notariusz już załatwiony, ale prezenty świąteczne jeszcze trzeba uzupełnić.... Ze służbowych uaktualnić listę adresatów czegośtam, załatwić sobie zastępcę (czas i pora!), podzielić premię, zrobić korektę miliona artykułów i ojeju nie pamiętam co jeszcze.Dobra, praca leci swoim trybem (MUSI, chociaż moje siły już nie te). Przyszedł dzień następny - środa 12 grudnia, robota się pali w rękach, jeszcze liczne uzgodnienia z dyrektorem, załatwianie korespondencji, itp. Tatuś mojego brzuszka stwierdził, że może już bym nie jeździła samochodem tak sama... Dobrze kochanie, jak nie to nie. Pojadę z Tobą. Z powrotem dobry kolega odwiózł ciężarną pod dom. Ale luksusy!Wraca mój ukochany z pracy, więc pędem do Castoramy po umywalkę, armaturę, fugi, śrubki, wkręty, cementy i odmęty. Peeeeełny bagażnik wieziemy do naszego przyszłego gniazdka. Jako kobieta przy wielkiej już nadziei nie dźwigam, lecz trzymam drzwi, wołam windę (windo!!!) i rozporządzam ustawianiem pudeł w śródremontwym rozgardiaszu.Wieczorkiem wracamy do starego gniazdka. Ufff... Zmęczyłam się mimo, że traktowano mnie ulgowo. Chyba dlatego tak mi brzuszek twardnieje czasami. No dobra, mogę policzyć, co ile.... Co 15 minut. Eeeee... Teraz co 10. Eeee.... Teraz przestał... I bądź tu mądry człowieku!Dobra, wezmę relaksujący prysznic. Jest 22.00. Po skurczach ani śladu, idziemy spać. Ileż to fałszywych bodźców będę odbierać?Haha, oczywiście po godzinie spania pęcherz zaawansowanej ciężarówki woła o ulgę. Chyba coś mi zaszkodziło na żołądek. Ale idę spać dalej. Godzina 0.20 - siku! Ja się zastrzelę, kiedy to się skończy? Wracam do łóżeczka kochanego, moja podusia mięciusia, o, jak dobrze.AAAAAŁŁŁŁŁAAAAAA!!!!!!!!Nie, wcale nie krzyknęłam. I tak zagłuszyłby mnie huk pękającego pęcherza płodowego i szum chlustających wód. A mówili, że jak pęka to nie boli! Co oni tam wiedzą!? Wody wyleciały z siłą wodospadu raz a dobrze. Mogłabym przysiąc, że słyszałam jak pęka pęcherz płodowy! Wody przezroczyste - ok. Jest godzina 0.25.Szturch, szturch - "kochanie, to już..."Zegarek.Sekundnik.Skurcz.Ubranie, torba, dokumenty.- Podaj mi kozaki. Skurcz.Muszę się spieszyć i między skurczami się ubrać i wyjść. One są co 3 minuty!- Jabłko i wodę mineralną wrzuć do torby. Podaj mi kurtkę.Skurcz.- Idź zapalić samochód (kochana Hondzio, zapal bez problemów).Skurcz.Wychodzę (jak cudnie, że to parter!). Samochodzik poprykuje i zaprasza otwartymi drzwiami.Skurcz.Ale zimno!!!!!! Ale zimno!!!!! (potem miałam się dowiedzieć, że 13 grudnia 2001 r. było -18 st., a dzieci najczęściej rodzą się w anomalie pogodowe)-Gazu Skarbie!!! (to nie do Ciebie maleństwo, Ty jeszcze chwilkę poczekaj)Skurcz.-Nie tak szybko, chcesz mnie zabić!!??-Szybciej, szybciej, co się tak wleczesz.(O Święty Krzysztofie, jak dobrze, że w środku nocy nie ma korków)Skurcz.-Zwolnij, zwariowałeś?!3 minuty, może 5 i jesteśmy pod szpitalem. Akurat w tej sekudowej przerwie między skurczami wypadam z samochodu i lecę na izbę przyjęć. 7-8 schodków, dzwonek. Dzwoneeeeeeek! Czy oni nic nie słyszą??!!!!!!! Powalę trochę pięścią - bum bum! Po około 12 sekundach od pierwszego dzwonka cudowna kobieta w bieli niczym anioł pojawia się w progu: Co się dzieje?-RODZĘĘĘĘĘĘĘ!!!!Moja torba wraz ze sprawcą skurczów jeszcze nie zdążyła do drzwi. Jest! Dokumenty!-Co ile są skurcze?Skurcz-CO CHWILĘ!!!-Ale dokładnie...-CO DWIE MINUTY!!!Telefon - niech przyjdzie położna, bo mam tu panią, która już jest blisko...Po trwających wiele godzin 3 sekundach pojawia się piękna, młoda, nie ciężarna, skłonna do pomocy i milutka Agnieszka. -Mam na imię Agnieszka, będę odbierać Twój poród. (Kocham ją, ale jeszcze o tym nie wiem.)Zbadała mnie (jak ja wlazłam na ten fotel? - do dziś się podziwiam), ponad 7 cm rozwarcia. Szybko na salę.-Czy może być sala morelowa?Skurcz rzuca mnie na ścianę, której koloru nie pamiętam.-A kogo to obchodzi??? Czy Wy tu nie macie wózków??-Ale twoja sala jest tu.... (pokazuje palcem drzwi oddalone o 1 metr od gabietu z którego wyszłam.)No dobrze. Dotrę, ale to najdłuższy metr świata.Ale na to łóżko o własnych siłach nie wejdę! Weszłam.Nie piszę już kiedy skurcz, bo jest prawie ciągle.Opasała mnie owym kosmicznym przyrządem, ale tylko na chwilę - "To i tak nie ma sensu... zaraz się zacznie"Jasna Anielko, to to się jeszcze nie zaczęło!!???-No Ania, jest 1.10. Do drugiej się uwiniemy!-A to się uwijajcie....Jakiś miły pan przyszedł do mnie z ankietą - kiedy pierwsza miesiączka, ile pani ma lat, czy były brane leki w czasie ciąży, jakie, a drugiej nazwy leku pani nie pamięta?-NIEEEEE!Proszę podpisać tu.Chłopie, pisać!? A mogą być trzy krzyżyki? Dobra, jeden.-Co ja podpisuję tak w ogóle?-Ogólnie rzecz biorąc, że w razie zagrożenia życia można pani usunąć macicę i wszystkie organy.-Serce też?-Haha!Mnie tam do śmiechu nie jest... Kurde, kurde, a myślałam, że gorzej być nie może. Kochana szkoło rodzenia - mówiłaś, że nadejdzie taki moment, kiedy wyda nam się, że umieramy. Teraz widzę, że nie żartowałaś.Na zawołanie moje przekazane przez asystującego ojca narodów przychodzi Agnieszka, nachyla się nade mną i coś do mnie mówi.-NIE WIEM O CO PYTASZ, ALE SĄ SKURCZE PARTE!!!-Właśnie pytałam, czy są skurcze parte....Chyba zrobiło się trochę zamieszania, przyszedła ankieter, który okazał się lekarzem i padło sakramentalne PRZYJ!!! Ból gdzieś się schował, byłam tylko ja i moje parcie. Raz dwa trzy teraz! Yyyyy.... Jeszcze raz! Yyyyyyy! Przerwa 15 sekund...-Siedź tu przy mnie i podziwiaj! Co miałeś mówić? Że jestem dzielna!!!!!!-Jesteś bardzo dzielna kochanie....-Tylko patrz mi w oczy! Ani centymetr niżej, bo nie będziesz mnie już kochał!-Pierwszy raz widzę pacjentkę, która żartuje w drugiej fazie porodu!Dlaczego oni myślą, że ja żartuję?Parcie - yyyyyyy!Znowu - yyyyyyyy!I znowu książkowo filmowy tekst: Widać główkę! Chce pani dotknąć?-Nie, boję się! I niech nikt nie dotyka, bo dzidziusiowi się stanie krzywda!No ostatnie parcie!Yyyyyyy!-Macie Państwo córeczkę! Jest 1.50!(w tym momencie tysiące myśli, z których wyartykułuję może promil: przecież ja zawsze wiedziałam, że będzie córeczka; czy to ważne jaka płeć?; a co to zegarynka?;daj mi ją szybko! ale śliczna!!!!!!!)-CZY JEST ZDROWA? CZY JEST ZDROWA? CZY JEST ZDROWA?!!!!-Jak dla mnie 10 punktów!Jesteś tu maleńka. Moja. Wyczekana. Jedyna.To my, Twoi rodzice, Joasiu.
            • Gość edziecko: ljaworo Re: No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 14:42
              Ja też jeszcze dość dobrze pamięta swój poród, nie było mi wtedy do śmiechu. Twoja relację przeczytałam i oczy mam mokre ze śmiechu i wzruszenia. Mam nadzieję, że się nie obrazisz z tego powodu.Pozdrawiam,Ludek
              • Gość edziecko: XXL Re: No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 16:38
                U mnie też było trochę nietypowo...Leżałam na położniczym jakieś 10 dni i nic się nie działo.Do domu nie chcieli mnie wypuścić, bo ciąża "po terminie" i nigdy nic nie wiadomo, a najbliższy szpital w remoncie.1 czerwca- piękny ranek,idę o 7 na badanie, bo zmiana położnej, a zwyczaj taki, że jak któraś zaczyna zmianę to bada pacjentki. Położna mówi,że "coś się ruszyło, bo rozwarcie na opuszek palca i żebym nie liczyła na to, że dzisiaj, ale może już jutro"...Na sali pełno dzieciaczków, bo przywieźli je na poranne karmienie i pieszczoty- taki system wtedy był- więc postanowiłam pochodzić po korytarzu.Po dziesięciu minutach chciałam się już położyć, bo kręgosłup coś mnie pobolewał...położyłam się, ale wstałam, bo mi jakoś nie wygodnie było i dalej chodzę po korytarzu.Po jakimś czasie silny skurcz- przysiadłam aż sobie i mocno trzymam kaloryfer, przeszło- wstałam, dalej chodzę...Po jakimś czasie i kilku przysiadach zwróciła na mnie uwagę przechodząca obok położna- ta, która mnie badała i pyta co ja się "tak gimnastykuję przy tym kaloryferze?". Mówię, że mam skurcze i że chyba parte...a ona na to , że "jak by były parte to by cały szpital słyszał..." więc postanowiłam, że przy następnym usłyszy... i zdrowo zawyłam...to ona z dyżurki wyleciała z jeszcze gorszym wrzaskiem,że co ja sobie wyobrażam, jakieś cyrki urządzam, że mnie przecież przed pół godziną badała...Więc ja " uszy po sobie" i cicho siedzę przy tym kaloryferze, ale łzy same mi napływają do oczu- trochę z bólu, trochę ze strachu. Natura wzięła jednak górę i przy następnym skurczu znowu zawyłam...wściekła położna wyskoczyła znowu z dyżurki, chciała mi coś powiedzieć do słuchu, ale się powstrzymała i z łaski wzięła na powtórne badanie. Najpierw nie mogłam wejść na to monstrualne łóżko, jakoś sobie poradziłam...Położna mnie bada i słyszę tym razem jej wrzask-" szybko lekarz- tu jest poród!!!!, a potem "przepraszam cię, dziecko..."Potem były dwa parte skurcze i tym sposobem, w pokoju badań przyszla na świat moja najstarsza pociecha- Asia, z wagą 3100g, w dniu 1 czerwca o godzinie... 8.20Następnym razem było znacznie dłużej i typowo...urodzili się dwaj chłopcy. Ale to był już inny szpital i inna położna.Pozdrawiam serdecznie.Mija
            • Gość edziecko: Cytrynka Re: No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 18:22
              AniuŁzy wzruszenia zakręciły mi się w oczach.Wszystkiego najlepszego dla Ciebie, pociechy i całej rodzinki.Cytrynka z 18-tygodniowym dzidziusiem w brzuszku.
            • Gość edziecko: MagdaAQQ Re: No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 21:51
              Aniu, dzięki!Czułam te skurcze razem z Tobą! Ucałowania
              • Gość edziecko: KamilaS. Re: No to czytajcie! IP: *.* 27.11.02, 22:11
                To wspaniała opowieść o porodzie,uśmiechałam się i łzy też mi się zakręciły w oku. Gratuluję, że tak wspaniale podeszłaś do porodu. Życzę tego sobie i innym przyszłym mamą.Serdeczne pozdrowienia dla Ciebie i całej rodzinki.Kamila(29 tygodni).
            • Gość edziecko: julia1 Re: No to czytajcie! IP: *.* 28.11.02, 10:15
              Aniu!Powinnaś ksiązkę napisać. Uśmiałam się bardziej niż przy Grocholi, a wzruszyłam więcej niż przy Wiśniewskim. Dziękuję. :) Kunka
    • Gość edziecko: agacz2905 Re: nietypowy początek porodu - Szymonek IP: *.* 27.11.02, 17:05
      Miałam o tyle „łatwiej”, że ze względu na mój stan zdrowia (ortopedyczny) zaplanowano u mnie cesarskie cięcie – na godz. 8 rano, 16.01.2001 r. Byliśmy z moim mężem Pawłem bardzo przejęci, tym bardziej, ze miał on być obecny przy operacji (nie ze względu na zamiłowanie do takich widoków, ale ze względu na mnie). Jeszcze 15.01., a więc niecały „dzień przed” odwiedził nas ksiądz „po kolędzie”, który przejął się bardzo tym, ze odwiedza nas w tak szczególnym dla nas czasie. Porozmawialiśmy, pomodliliśmy się, ksiądz sam zaofiarował się odprawić o godz.8 rano mszę św. w intencji szczęśliwego rozwiązania. Przed zaśnięciem, zgodnie z radą lekarza, starałam się odprężyć, wzięłam ciepłą kąpiel, najadłam się „ostatni raz przed” i zażyłam lek przeciwlękowy przepisany przez lekarza. Przed godz. 23 Paweł już zasypiał, ja jakoś nie mogłam zasnąć. W końcu rano czekała mnie operacja, i to nie byle jaka – uwieńczona przyjściem na świat Naszego Dziecka. Przeszkadzał mi też mój duży brzuch, który.... niestety z każda minutą coraz bardziej zaczynał mnie boleć. Zastanawiałam się właśnie, czy aby na pewno doczekam do rana, kiedy ból zaczął mnie opasywać „na okrągło”, tj. plecy i krzyż też i zrobiło mi się ogólnie bardzo niedobrze. Obudziłam męża. Biedaczek spał tylko kwadrans. Ponieważ ból się nasila, dzwonimy po kwadransie do mojego lekarza. Ten na podstawie moich relacji stwierdza jednak, że to nie może być „to”. „Pani Agnieszko, poród to regularne skurcze. Zadzwońcie do mnie o 6 rano.” W porządku. Leżymy w łóżku i rozmawiamy. Jak to będzie, czy dam radę się opanować, przecież reaguję na ból dość gwałtownie, no i nie cierpię szpitali ani operacji (a kto cierpi, filozoficznie zauważa mąż). Na wszelki wypadek postanawiam być dzielna. Na taki sam „wszelki wypadek” Paweł mierzy mi czas, w jaki „boli najbardziej”. Przychodzi mi do głowy, że może to są właśnie skurcze, kiedy tak bardzo boli? Wychodzi nam: skurcze co 5 minut przez około minutę. Dzwonimy jeszcze raz do lekarza (biedak jeszcze nie wie, ze przez nas nie ma tej nocy szans na sen). „Faktycznie, to może być początek porodu. Zadzwońcie do mnie o 4 rano”. Zaraz po zakończeniu tej rozmowy, 15 minut przed północą, odeszły mi wody płodowe. We własnym łóżku! Mieszkam w Rzeszowie, cc. mam zaplanowane w szpitalu w Kolbuszowej – czy zdążymy? Po raz pierwszy żałuję, ze nie dałam się wcześniej położyć się do szpitala. Perspektywa szaleńczej jazdy 40 km przeraża mnie nieco. Mąż po raz trzeci dzwoni do doktora. O dziwo, doktor każe nam się szybko ubierać i wsiadać w samochód (prawdę mówiąc, nie zdziwiłyby mnie słowa: „zadzwońcie o 2 w nocy”wink. Za 5 minut sam do nas dzwoni i dokładnie określa, dokąd po niego jechać i gdzie będzie czekał. Ubieram się szybko, przypominam sobie, że mam być dzielna, wiec tylko mamroczę coś pod nosem o wodach płodowych. „Niech się leje, co ci to przeszkadza” ucina krótko Paweł. Dopiero teraz widzę, że on też jest zdenerwowany. Wybija północ, kiedy wychodzimy z mieszkania i wsiadamy do samochodu. Już w drodze do szpitala doktor P. nagle mówi, że kilka godzin temu zmarła jego Mama. Zaskoczona i niestety siłą rzeczy skoncentrowana na zawartości własnego brzucha, nie umiem z siebie wydusić niczego oprócz konwencjonalnych słów współczucia. Do głowy przychodzi mi tylko jedna jedyna myśl, czy w takim stanie duszy, kilka godzin po śmierci matki doktor P. w ogóle powinien mnie operować?? Swoimi wątpliwościami nie dzielę się jednak z nikim. Nie ma na to czasu. Doktor P. w czasie jazdy dzwoni ze swojej komórki do szpitala, prosi o przygotowanie sali operacyjnej. W szpitalu wszystko dzieje się bardzo szybko. Boję się operacji, ale jest przy mnie mąż. W tym zielonym wdzianku wygląda jak prawdziwy lekarz. Ze zdenerwowania pierwszy raz w życiu aż tak skacze mi ciśnienie: 210/135. Zapada decyzja o znieczuleniu z.o. Po zastrzyku z relanium już trochę obojętnieję na całą tą krzątaninę tylu osób. Czekam na znieczulenie, nad strachem i zdenerwowaniem górę bierze ciekawość, jak szybo ból w moim ciele zostanie ujarzmiony. Sam moment wkłucia w kręgosłup nie jest jakoś szczególnie przykry, syczę raczej konwencjonalnie i bardziej w oczekiwaniu na jakiś straszny ból. Tymczasem w ciągu pół minuty przyjemne ciepło rozlewa się od mojego brzucha w dół. Kilka chwil wcześniej Paweł został poproszony o przejście do pomieszczenia obok sali, – ale widzimy się cały czas przez szybę. Uśmiecham się do niego, a w duchu myślę sobie, że to bardzo głupie uczucie – nie mieć nóg. Właściwie to rozglądam się ciekawie i mało mnie obchodzi, co się teraz dzieje z moim ciałem. Głowa w prawo – widzę Pawła stojącego za szybą, całkiem blisko mnie. W lewo – i już obserwuję, jak w imponującym tempie spada mi ciśnienie. Przy wskazaniu 65/40 mówię pani anestezjolog, że się chyba duszę. Coś mi wstrzykują do żyły i dostaję tlen. Pomaga. Patrząc do góry, niechcący widzę w wielkiej lustrzanej lampie, która jest nade mną niektóre szczegóły cesarskiego cięcia. Czuję niemiłe szarpanie w brzuchu i wtedy uzmysławiam sobie, że to MOJA OPERACJA. Dyskretnie odwracam wzrok. Gratuluję sobie w duchu, że nie mdleję na takie krwawe widoki (a niby gdzie miałabym upaść? Przecież już leżę!). Pani anestezjolog pyta mnie, czy znam płeć dziecka. Wyjaśniam jej, jak bardzo chciałam mieć córeczkę i że głównie dlatego przez 7 miesięcy mówiłam do brzucha „Marysiu”. Dopiero mój własny mąż (nie ma to jak wprawne oko komputerowca) wypatrzył podczas badania usg niezbędny do diagnozy szczegół i obwieścił mi, że jesteśmy rodzicami Szymona Pawła, a nie Marii Magdaleny, jak poprzednio oboje domniemywaliśmy. Przerywam rozmowę, bo czuję wyszarpywanie czegoś z mojego brzucha. Ktoś woła pediatrę, pani anestezjolog stojąca po mojej lewej stronie mówi na głos:synuś!!! W tym momencie zaczyna do mnie docierać, że naprawdę mam dziecko, że przyszedł na świat mojego męża i mój, a więc nasz - SYNEK!!! Dlaczego ja go nie słyszę, czemu nie płacze, czy jest zdrowy?... Nie zdążam wypowiedzieć tych wszystkich pytań na głos, kiedy słyszę skrzeczące kwilenie małego człowieczka, mojego synka, kochanego Szymonka. Pielęgniarka podaje mi do ucałowania malutki tobołek, z którego spozierają na mnie zaspane małe oczka i malutka twarzyczka......mojego męża?? Nie wierzę własnym oczom, kładę to wrażenie na karb działania relanium tudzież innych „ogłupiaczy”. Całuję malutki pyszczek i oszołomiona mówię tylko do niego: „cześć Szymek”. Jest godzina 1:45 w nocy, 16.01.2001 r. Jesteśmy rodzicami. Paweł przywitał się z małym i jednak został przy mnie, po upewnieniu się, że z dzieckiem wszystko w najlepszym porządku.Ja oszołomiona powtarzałam tylko w myślach, niczym najcudowniejszą mantrę: 3 600 g, 59 cm . Wiedziałam, że teraz lekarze mnie z powrotem zszywają w jedną całość, jednak nie obchodziło mnie to za bardzo, sama nie wiem, dlaczego starałam się zapamiętać akurat „parametry” Szymona. Zupełnie tak, jakbym to ja, a nie Paweł – miała jechać od razu do domu i obwieszczać światu za pomocą łączy telefonicznych tę radosną dla wszystkich nowinę..... :hello:Agnieszka, mama Szymka
    • Gość edziecko: Myszka2001 Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 17:41
      Mój poród też mnie zaskoczył. Dwa dni po terminie, kilka godzin po kontrolnym KTG - " oj, tu nic się nie dzieje, jeszcze pani poczeka ", no dobrze przecież to pierwsze dziecko - wiadomo pierwsze rodzi się długo. A jeszcze dziś wieczorem jeden z moich ulubionych filmów, którego jakoś nie udało mi się kiedyś obejrzeć od początku. Ulubiony bo o niepłodnej parze, która za wszelką cenę chce mieć dziecko. To tak jak my - pięcioletnia walka, która lada dzień ma mieć swój wspaniały finał. Poleguję więc na kanapie, oglądam, ale coś mi się robi wilgotno...Chyba nie trzymam moczu, kochanie... Znowu coś się sączy...To wody? Nie wiem, na leżąco miały lecieć...A tu takie delikatne coś. Może to jednak siki...Podłożę ręcznik i powącham - wody ponoć nie pachną. Chyba od tego latania do łazienki stracę wątek filmu... Może zadzwonić do położnej. Nie , nie jestem pewna, skurczów nie ma wcale, czopu nie było, tylko mokro i to nie bardzo. Mam jechać do szpitala sprawdzić. O.K., ale najpierw film do końca - o kurcze ale brzuch, no ale ma urodzić sześcioraczki!!!Nie ja - bohaterka filmu. Ja wezmę prysznic, torba dawno spakowana, mąż gotowy???Kochanie wypiłeś piwko? No nic wołamy taksówkę. Czy nie mam czego? Ciasteczek? Bo gdyby co to będziesz głodny? Może po drodze coś kupimy... To spokojnie jedziemy, do szpitala. Na izbę przyjęć dojechaliśmy przed 22 - gą, skurczów nie było, wód płodowych nieco więcej - chcą państwo zostać???Zostajemy, za poród rodzinny zapłacimy, do umówionej położnej zadzwonimy - chyba akurat się kąpie...Zdążyła na szczęście dojechać - bo potem było już szybko i mocno. Pani ma dużą wadę wzroku? To pomożemy. Proszę się postarać, nie chcę kleszcy. Coś się maleństwo źle wstawiło...Jak będzie miało na imię? Jak chłopiec to Wojtuś, jak dziewczynka - Magdusia. No to gratuluję macie Magdalenę, jest 1.17. Oho, Tatuś bardziej wzruszony od mamy. Ale i mniej zmęczony... A przy takim tempie to drugie urodzi pani chyba w taksówce... Film w całości też obiecałam sobie obejrzeć kiedyś...
      • Gość edziecko: delfina Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 22:54
        To była moja pierwsza ciąża. Było już po terminie. Niewiele , ale jednak. Na poród zjechaliśmy do naszego rodzinnego miasteczka , bo chciałam rodzić w rodzinnej , przyjaznej atmosferze ( mama - oddziałowa noworodków miejscowego szpitala i cały personel znany mi " od dziecka".Tymczasowo zamieszkaliśmy więc u teściów i czekamy. Czekamy , minął termin i nic .Wszyscy się niecierpliwią i pytają czy już . Przyjechała urodzić i nie rodzi. Kiedy więc pewnego wieczora poczułam ból brzucha , nikt nie miał wątpliwości , że trzeba mnie zapakować w samochód i zawieźć do szpitala. Babę w 10 już miesiącu brzuch mocno boli , nad czym tu dumać ? Ale ja czułam , że to nie to. Co prawda rodzę pierwszy raz , ale te bóle to powinny być chyba raczej poniżej pasa , tak jakoś z krzyża i podobne do miesiączkowych tylko silniejsze , przypominam sobie słowa kolezanek. A tu boli mnie pod żebrami i bez żadnych przerw , za to mocno. Dziwne. Oczywiście nikt mnie nie chciał słuchać. Teść o mało nie parsknął śmiechem , jak usłyszał , że mam wątpliwości.Jako doświadczony ojciec piątki dzieci stanowczym głosem oznajmił , że mam się pakować , a on jeszcze dziś w nocy będzie fetował narodziny kolejnego wnuka. Ja nie byłam taka pewna , ale pomyslałam , że na tym etapie ciąży właściwie mogłabym się wybrać do szpitala i sprawę wyjaśnić. A może to rzeczywiście jakieś nietypowe skurcze ? Ból się nasilał , ale nadal wydawał mi sie jakiś "nieporodowy". W szpitalu okazało się , że skórczów nie ma , rozwarcia nie ma czyli to nie to. Ale boli jak diabli. Lekarz bardzo zaniepokojony postanowił poród wywołać. " Jest już po terminie , a pani ma jakieś dziwne bóle , nie będziemy czekać. A co to jest , zdiagnozujemy już po rozwiązaniu." Zaczęła się jedna z najbardziej pamiętnych nocy w moim zyciu. Dostałam kroplówki na wywołanie akcji i ruszyło się... Nikomu nie życzę. Skórcze coraz bardziej bolesne , a jednocześnie ból w górnej części brzucha tyle , że ten bez przerwy. Od samego początku bez chwili wytchnienia. I tak przez osiem godzin , bo " dodatkowy ból" wyłączył się chwilę przed rozpoczęciem skurczów partych. Wszystko dobrze się skończyło , ale do dziś nie wiem , jak ja to wytrzymałam i nie zwariowałam. Potem okazało się , że to był atak woreczka żółciowego ( pierwszy w życiu , dlatego nie rozpoznałam go). Wkrótce pozbyłam się feralnego woreczka i drugi poród przebiegał klasycznie i książkowo. Na szczęście !
      • Gość edziecko: delfina Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 23:00
        To była moja pierwsza ciąża. Było już po terminie. Niewiele , ale jednak. Na poród zjechaliśmy do naszego rodzinnego miasteczka , bo chciałam rodzić w rodzinnej , przyjaznej atmosferze ( mama - oddziałowa noworodków miejscowego szpitala i cały personel znany mi " od dziecka".Tymczasowo zamieszkaliśmy więc u teściów i czekamy. Czekamy , minął termin i nic .Wszyscy się niecierpliwią i pytają czy już . Przyjechała urodzić i nie rodzi. Kiedy więc pewnego wieczora poczułam ból brzucha , nikt nie miał wątpliwości , że trzeba mnie zapakować w samochód i zawieźć do szpitala. Babę w 10 już miesiącu brzuch mocno boli , nad czym tu dumać ? Ale ja czułam , że to nie to. Co prawda rodzę pierwszy raz , ale te bóle to powinny być chyba raczej poniżej pasa , tak jakoś z krzyża i podobne do miesiączkowych tylko silniejsze , przypominam sobie słowa kolezanek. A tu boli mnie pod żebrami i bez żadnych przerw , za to mocno. Dziwne. Oczywiście nikt mnie nie chciał słuchać. Teść o mało nie parsknął śmiechem , jak usłyszał , że mam wątpliwości.Jako doświadczony ojciec piątki dzieci stanowczym głosem oznajmił , że mam się pakować , a on jeszcze dziś w nocy będzie fetował narodziny kolejnego wnuka. Ja nie byłam taka pewna , ale pomyslałam , że na tym etapie ciąży właściwie mogłabym się wybrać do szpitala i sprawę wyjaśnić. A może to rzeczywiście jakieś nietypowe skurcze ? Ból się nasilał , ale nadal wydawał mi sie jakiś "nieporodowy". W szpitalu okazało się , że skurczów nie ma , rozwarcia nie ma czyli to nie to. Ale boli jak diabli. Lekarz bardzo zaniepokojony postanowił poród wywołać. " Jest już po terminie , a pani ma jakieś dziwne bóle , nie będziemy czekać. A co to jest , zdiagnozujemy już po rozwiązaniu." Zaczęła się jedna z najbardziej pamiętnych nocy w moim zyciu. Dostałam kroplówki na wywołanie akcji i ruszyło się... Nikomu nie życzę. Skurcze coraz bardziej bolesne , a jednocześnie ból w górnej części brzucha tyle , że ten bez przerwy. Od samego początku bez chwili wytchnienia. I tak przez osiem godzin , bo " dodatkowy ból" wyłączył się chwilę przed rozpoczęciem skurczów partych. Wszystko dobrze się skończyło , ale do dziś nie wiem , jak ja to wytrzymałam i nie zwariowałam. Potem okazało się , że to był atak woreczka żółciowego ( pierwszy w życiu , dlatego nie rozpoznałam go). Wkrótce pozbyłam się feralnego woreczka i drugi poród przebiegał klasycznie i książkowo. Na szczęście !
    • Gość edziecko: 220571 Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 27.11.02, 22:53
      Pierwszy poród.Wizyta u lekarza: "Przez kilka dni najbliższych nic nie będzie." 10 dni do terminu. Następnego dnia rano (6.00) obudziłam się we krwi. W przerażeniu do szpitala. Tam mnie badają, oglądają (usg), bo wygląda jakby się łożysko odklejało czy co, widzę, że lekarze (w tym mój prwadzący ciążę) przestraszeni. W końcu przyszedł starzy pan doktor (ok. 60 lat) i stwierdził patrząc mi prosto w oczy (bez badań i innych takich), że to czop śluzowy i że dzisiaj urodzę (a ja nie czułam żadnych skurczów, nic!), i że już rodzę i że wszystko będzie dobrze. Uwierzyłam mu, uspokoiłam się. Kasia urodziła się o 20.50.Drugi poród. Myślałam, że za drugim razem to już BĘDE WIEDZIAŁA :lol: :lol: :lol:Dwa tygodnie przed porodem czułam, jak Gabrysia usiłuje wyjść, czułam jej główkę coraz nieżej. I tak przez dwa tygodnie w każdej chwili myślałam, że to może być za chwilkę. Dwa dni przed porodem zaczęłam mieć skurcze, ale takie jakieś słabe, nieregularnr, rodzina już się przyzwyczaiła "że to JUŻ ZA CHWILKĘ" i nikt nie bierze tego poważnie. Dzień porodu. skurcze się nasilają, ale są nieregularne. W końcu bez przekonania jadę do szpitala (21.00). 21.30 jestem na miejcu. Pani mnie bada -nie ma rozwarcia. Nie jest przekonana, ale każe mi zostać. po godzinie urodzła się Gabrysia (22.35).Pozdrawiam :hello:
    • Gość edziecko: Magdalena_mama_Gaby Re: nietypowy początek porodu - Gaba IP: *.* 28.11.02, 09:16
      Nietypowy? U mnie był trochę przeoczony ten mój początek porodu...Od 6 dni leżałam po terminie na oddziale przedporodowym. Termin minął 27.09 a już wielkimi krokami zbliżało sie "moje święto" - Dzień Nauczyciela. Koledzy z pracy jeszcze we wrześniu żartowali, że pewnie doczekam do 14.10, czym nieustannie podnosili mi ciśnienie. Tymczasem kolejne moje koleżanki z sali rodziły, przychodziły nowe. A ja - nic! W piątek wieczorem /13.10 - i jak tu wierzyć w pecha?/ odwiedziła mnie wieczorem mama ...z fasolką po bretońsku. Smiała się, ze może to mi przyspieszy poród ;). Poszłam spać i ok.4 obudziło mnie dziwne uczucie. Tak, chyba lekko polały mi się wody płodowe. Na samą mysl, że rano czeka mnie poród prędziutko poszłam po prysznic, przebrałam się ...i do łóżka :ouch:. W końcu muszę się wyspać, zebrać siły przed ciężkim dniem.Rano podczas obchodu zgłosiłam to położnej - ta po badaniu potwierdziła ulewanie się wód i rozpoczęła się cała zabawa: hegar, telefony, czekanie na męża, oksytocyna, paradowanie z wózeczkiem ze strzykawą z którym zostałam zaślubiona po salce 2 na 2, ... Ale w końcu o 15.25 na świecie zaświeciło nowe słoneczko. To nasza Gaba :love:.Magda :hello:
    • Gość edziecko: SANI Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 09:59
      Witajcie....Nietypowy...moze dla mnie bardziej niespodziewany...Ale co tam termin miałam na 8 stycznia 2000,już wszyscy 7 pytalisię mnie kiedy.?Wcale nie czułam sie żle ..tak jak zawsze normalnie wesoło, bez strachu.Wieczorkiem położylam sie do łóżka kolo 19.(tak ,tak śpioch ze mnie.)Przyszedł mój mąż i jeszcze sie kochaliśmy, nie dla przyśpieszenia nawet o tym nie wiedziałam po prostu mieliśmy ochotę.Potem jeszcze chwilę lezeliśmy i poszliśmy do łazienki.....wtedy odszedł mi czop śluzowy i poleciało troszkę krwi.....ale jakoś nie skojarzyłam tego z porodem stwierdziłam tylko ,ze jutro wybierzemy sie do lekarza bo coś jest nie tak( ja taka stara a nie zdawałam sobie sprawy z poczatku porodu-wstyd)Potem bardzo szybko poszłam spac..........obudziłam sie o 1 w nocy na siusiu (mój Tomek jeszcze nie spał , siedział przed kompem)Jak szłam coś mnie zabolało..ale nie tak mocno.......Tom od razu moze rodzisz,- a ja no co ty nie rodzi sie odrazu jakby coś to rano pojedziemy do szpitala)Ale on jak to odpowiedzialny chłop wziął zegarek do reki i zaczą liczyć przerwy miedzy skurczami..pierw byly co 3 min, potem co 2 min...i nagle tak bardzo zaczeło boleć ,ze położyłam sie jak żaba koło tapczanu....Wtedy już nie było czasu tylko szybko do auta i do szpitala...Na porodówce znalazłam sie kolo 2 w nocy.położna obejrzała mnie lekkie rozwarcie było ale pęcherz póldowy nie pęknoł, wiec powiedziała męzowi ,ze najwczesniej to moze przyjść o 12 w południe to coś się zacznie.Coś go tkneło i został chwilkę a tu znowu bóle i położna "pooglądała " mnie i stwierdziła ,ze za 3 godzinki będzie po wszystkim.Wiec mój Tomciu został asystował mi....a o 6 20 rano przyszła na świeat córeczka............................Dopiero po porodzie wybraliśmy dla Pyśki imię...była taka pyziata i wielka 3800 56 dla mnie na kobietkę 158 wzrostu to mały wielkoludek.I tak mamay Madzia teraz już prawie 3 latkę.Sani z Madzią i Tomciem
    • Gość edziecko: Ania_mam_Huberta Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 10:14
      Przewidziany termin porodu minął 2 tygodnie temu.Miałam dość codziennych wizyt w szpitalu na KTG i .... porannych telefonów kolegi:- A co ty jeszcze robisz w domu? Jeszcze nie urodziłaś?Koniec trzeba coś zrobić.W czwartek dopadam swojego doktora:- Niech Pan coś zrobi żebym już urodziła!Biedny lekarz właśnie schodził po nocy z dyżuru, miał kilka porodów, widziałam, że jest zmęczony i tylko dlatego mu odpuściłam i zgodziłam się na jego propozycję: poczekam na niego jedną noc w szpitalu a rano da mi kroplówkę i szybko pójdzie. OK.Żeby pchnąć czas kładę się wcześniej spać , rany to szpitalne łóżko! kręcę się z boku na bok nie mogę zasnąć.......o 23 kurcze ja chyba siusiam do łóżka! Muszę pędem do łazienki!Na korytarzu zrugała mnie wściekła salowa , że depcze jej super czystą podłogę instynktownie odpowiedziałam, że chyba mi wody odeszły. Ależ się zezłościła: Co? zmoczyłaś łóżko?!Na szczęście pojawiła się Pan Doktor i zabrał mnie ze sobą do zabiegowego.Później wszystko potoczyło się błyskawicznie - telefon do męża: Przyjedź bo ja rodzę.Ten wyrwany ze snu: Gdzie?- Gdzie? tam gdzie mnie rano zostawiłeś!!!!!Przebieżka na parter (sala porodów rodzinnych) a tam: dyżuruje doktor, który zawsze mnie wkurzał gdy przychodziłam na KTG. Nie znosiłam gościa.Myślę sobie o nie ty gburze nie będziesz witał mojego dziecka - proszę żeby zadzwonił po mojego Doktora.A on patrzy na mnie i spokojnie mówi zanim doktor B. przyjedzie to będzie już po porodzie -nie ma czasu na czekanie.Myślę sobie trudno, pewnie wie co mówi.Leżę i czekam - rozmawiamy z mężem, myślę fajnie jest nic nie boli, o jakiś SKURCZ - wchodzi doktor no jak? pani się uśmiecha wszystko dobrze ? Tak jasne SKURCZ wszystko dobrze.- O, doktorze ja muszę do łazienki bo chyba chcę SKURCZLekarz z uśmiechem:- Nie to nie to o czym pani myśli! To teraz już zabieramy Panią na porodówkę!i zabrali 0.55 pierwszy raz zobaczyłam Huberta A gbur, który go przywitał okazał się SUPER lekarzem.Niedługo urodzę swoje drugie dziecko mam nadzieję, że też będzie tak fajnie
    • Gość edziecko: agata25 Re: poród z zaskoczenia :::))) IP: *.* 28.11.02, 10:18
      Witam,zaczęłam rodzic w sposób bardzo typowy, regularne skurcze, ból, tyle że skurcze te pojawiły się w dzien a nocą przeszły. Na drugi dzień już w szpitalu powtórzyło się to samo. Cały dzień skurcze a wieczorem zasnęłam wyczerpana.Zadnego rozwarcia nic, zupełnie. Trzeci dzień zaowocował znikomym rozwarciem. W sumie przyzwyczaiłam się do tego po trzech dniach. Uznałam że widocznie tak ma być. Odwiedziła mnie moja doświadczona siostra, która zaczęła mnie przekonywać że naprawdę rodzę. Ja jej na to że nie, niemożliwe, takie skurcze mam od trzech dni,gdyby coś się działo to byłabym już na porodówce a nie leżała na oddziale, a fakt że aktualnie robię się zielona z bólu to tylko znak ze "TO" już niedługo, ale nie dziś nie, nie, na pewno. I tak tego samego dnia o godz. 22.05 urodził się mój synuś. Na prawdę byłam zaskoczona :), wyobrażałam sobie większy ból, to że rodzę dotarło do mnie w momencie gdy odeszły mi wody. pozdrawiamzaskoczona 10 miesięcy temuAgata
      • Gość edziecko: Doon Re: poród z zaskoczenia :::))) IP: *.* 28.11.02, 12:20
        czytam i czytam o pordach dziwnych zaskakujących i okazuje sie że nie tylko ja urodziłam expressema Mój Maciek z szybkościa intersity pojwił sie wsród nas.Przygotowana byłam rzetelnie szkoła rodzenia kilka przeczytanych książek, setki pytań do mojego kochanego pana Doktora. Czekam maluch ma sie urodzić 22.02 tłusy czwartek baaardzo mi to odpowiada.Mam kilka dni dlatego 16.02 postanowiłam zaprosic przjacół na moje imienimy a co trzeba się bawic . Maluch fika w brzuch. Zabawa na całago każdy prorkuje kiedy urodzę. O 1 00 koniec zabawy wszyscy ida sobie do swoich domków ja zganiam męża i kłade sie spać.Budzę się jest 5.00 to dlaczego, że tak blisko mieszkamy ulicy, dzis sobota prosze nie przeszkadzać. a tu nagle ups cos sie dziwnie czyje biegne do łazienki co ja tak siki i siku. Biore książkę czytem setny raz pewne oznaki porodu i co żadnych oznak , tylko czemu ciągle robię siku. Budze ukochaną druga powłowe teraz on czyta mądra książkę i nic. decyzja dzwonimy do mojej przyjaciólki 5 miesięcy temu urodział synka. Coż ona może powiedzieć ( ona rodziła 15 godzin). Ale rodzi dla ,,spokojnosći"" pojechac do szpitala sprawdzic. Ale ja nie mam ani jedego skurczu. No dobra jedziemy. COś czuje w taxi chyba mnie boli ale co tam. Jesteśmy na miejscu, idziemuy na izbe przyjęć znowu mi wszystko przechodzi. Bada mnie baaardzo nie miła Pani i każe iść na 2 pietro idę, ale po co. Tu bierze mnie w obroty duże Pani Połozna i każe wchodzić na łóżko porodowe, ale mnie nic nie boli, gdzie skurcze. Ona na to: dziewczyno ty rodzisz. skoro ona tek mówi ok. Leżę jak będzie skurcz to przyj jaki skurcz ja nic nie czuje , leże sprawdzają małego śmieszną słuchawką, leże. Myślę że może ja do domu pojade po bez sensu tak leżeć. Pani doktor wreszcie stwierdza damy jej zatrzyk może te skurcze się podrawią . O nie zastrzyków to ja nie lubię. No dobra mam skurcz(tzn nie mam ale nie chce zastrzyka) każe przec , prę i nic tak 5 razy(liczył mąż) i wyobraźcie sobie z 6 wyskoczył MACIUŚ 3600, 56 cm.Urodziłam???. Prawie bez skurczów nie do pomyślenia. Może to jakis ewenemet ale ja prawie nie miałam bóli nic a nic. A do szpitala przyjechałam z 8 cm rozwarciem. Taki to miałam express 17.02.2002.Dana
    • Gość edziecko: wiesia Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 10:26
      Ja się zgłaszam :-) Niezwykłe przygody to moja specjalność. Nie wiem , czy mój żartobliwy ton jest na miejscu, ale choćbym nie wiem jak się starała poważnie opisać moje historie, to i tak zawsze z tego wychodzą anegdoty... PORÓD nr. 1Od początku wiedziałam, że ze względu na dużą wadę wzroku czeka mnie cesarka. Termin przypadał na 2 marca 2000. Ponieważ był to rok przestępny, a tego faktu "kółka" do obliczania terminów nie uwzględniają, wyliczyłam , że tak naprawdę to mam termin na 1 marca. Skoro na 1 marca, to czemu nie na 29 lutego, nietypowe urodziny by dziecko miało. Z tym pomysłem udałam się do ginekologa i usiłowałam go przekonać, że skoro i tak mnie ciąć będzie , to chyba żadnej różnicy mu jeden dzień nie zrobi. Niestety, pan doktor miał inne zdanie na ten temat i stwierdził , że czekamy do początków porodu albo do terminu.Jako, że łatwo się nie poddaję, postanowiłam się "spiąć wewnętrznie" tak , aby poród rozpocząć 29 lutego. "Zobaczy Pan, tak wykombinuję, że poród zacznie się wcześniej" oświadczyłam i wyszłam. "Spinanie się" rozpoczęłam jakiś tydzień przed planowanym przeze mnie terminem i postanowiłam je kontynuować aż do czasu obniżenia się brzucha (w mądrych książkach wyczytałam ,że powinien mi się przed porodem obniżyć). Po kilku dniach wytężonego spinania osiągnęłam tylko tyle, że ciągle było mi gorąco, twarz miałam zalaną rumieńcem, brzuch twardy , ale dokładnie na takiej wysokości jak poprzednio.W poniedziałek 28 lutego mąż poszedł do pracy, a ja zostałam w mieszkaniu zawalonym dopiero co przywiezionymi paczkami z meblami do samodzielnego montażu. Wykonywanie sterty szkiców w celu zaprojektowania optymalnego ustawienia szafek było kolejnym krokiem na drodze przyspieszania; przy dwudziestym doszłam do wniosku, że niezależnie od tego jak bardzo się staram i tak spóźnię się i z urodzin 29 lutego nici... Żadnych oznak nadchodzącego porodu nie było....Mąż wracał z pracy koło godziny 18.00. Tego dnia , tuż po 18.00 zadzwonił z pytaniem czy wszystko w porządku, bo musi zostać jeszcze kilka godzin. "W porządku, nic ciekawego" odpowiedziałam i wróciłam do szkicowania. Kilka minut później udałam się do łazienki i zobaczyłam KREW. W padłam w panikę, brzuch wcale mi się nie obniżył, żadnych bóli, a tu krew. Byłam przekonana ,że coś niedobrego dzieje się z dzieckiem. Szybki telefon do męża "nie w porządku, przyjeżdżaj" ,w pośpiechu pakowanie paru rzeczy do szpitala, a potem jazda do szpitala.W ciągu pół godziny byłam na izbie przyjęć. Lekarz dyżurny spytał co się dzieje. "Mnie nic się nie dzieje, ale krwawię i przyjechałam sprawdzić dlaczego". Badanie tętna i ginekologiczne. Po chwili dowiedziałam się ...że to początek porodu, a ja nie "krwawię" tylko mi czop śluzowy odszedł"A przecież brzuch mi się nie obniżył, a poza tym niczego nie czuję"- dyskutowałam Rozwarcie na 5 palców. Siedziałam zdezorientowana, pobieranie krwi , lewatywa i takie tam.Jakieś 15 minut później pojawił się mój lekarz. Znowu badanie i okrzyk " szybciej przygotować tę salę operacyjną, bo nie zdążymy!" Rozwarcie na 7 palców". Położna dyżurna wpadła w osłupienie. Ponoć w ciągu kilkunastu lat jej pracy tylko kilka razy zdarzyło się , że pierwsza faza porodu postępowała tak szybko ,a pacjentka nawet nie zorientowała się, że to "już"."Ale mnie się ten brzuch nie obniżył... no i żadnego bólu, tylko uczucie jakby mnie ktoś mocno napompował ... a poza tym, ja chciałam na jutro, panie doktorze na 29 lutego... nie da się tego jakoś zatrzymać na kilka godzin?" " Nic z tego, przesadziła pani z tym spinaniem się" - odparł bez najmniejszego współczucia. 28 lutego 200 o godzinie 19 .35 w karcie poetycko napisano "wydobyto płód jeden żywy". Zabrakło mi czterech i pół godziny.PORÓD nr 2 ( prawie cross-posting z "ciąży", ale tu chyba usprawiedliwiony)Dzień 1 - środa , 2 lipcaBudzę się wściekła, roznosi mnie a do tego mam wrażenie , że brzuch pobolewa, przebąkuję, bez większego przekonania , że jak tak dalej pójdzie to niedługo urodzę.Nadzoruję zmywanie i gruntowanie ścian, obklejam listwy przypodłogowe taśmą ochronną, bardziej zabrudzone miejsca szoruję z całej siły mimo coraz wyraźniejszych oznak , że w organizmie coś się dzieje. Po mniej więcej dwóch godzinach kładę się odpocząć, ale wtedy właśnie zbiera mnie "erotycznie" i odrywam męża od ścian zlecając mu zajęcia zupełnie innego typu (do których zresztą zabiera się z większa ochotą niż do mycia i gruntowania). W południe wybieramy się do OBI po farbę, po drodze dopada mnie głód i MUSZĘ natychmiast coś zjeść. I zjadam : trzy malutkie ciasteczka francuskie z marmoladką wiśniową . SZOK DNIA: Przełykając ostatni kęs z przerażaniem zauważam , że siedzę na mokrym fotelu. Nagle ogarnia mnie przerażenie - WODY ODESZŁY(!)Z prędkością zbliżoną do prędkości światła gnamy prosto spod OBI do szpitala i po kilku minutach z obłędem w oczach i cała trzęsąca się, bez żadnych dokumentów medycznych wpadam na izbę przyjęć. Wyglądam okropnie, bo natychmiast wzbudzam zainteresowanie i pani na izbie i przechodzącego obok lekarza. Moje przerażanie potęguje się na wieść , że mój lekarz prowadzący już jest na urlopie. Czeka mnie cesarka, mojego lekarza nie ma, z tym, który miał go zastąpić nie miałam jeszcze okazji się spotkać, nie mam pojęcia jaki anastazjolog jest na dyżurze , a w pamięci kołaczą koszmarne wspomnienia komplikacji po poprzednim znieczuleniu. Dzwonię na komórkę do mojego lekarza- ulga; co prawda jest na urlopie , ale jeszcze nie wyjechał z miasta i zrobi mi cięcie. Wspólnie z anastazjologiem ustalamy, że cięcie będzie robione z pełnej narkozie. Jest tylko jeden problem- pełnej narkozy nie można robić przez 6-7 godzin od ostatniego posiłku. Położna tłumaczy , że odejście wód to jeszcze nie poród i mogę te kilka godzin poczekać. Więc czekam. Przez pierwsze trzy godziny faktycznie nic się nie dzieje, potem zaczynają się bóle. Trzy godziny bólu to cena za trzy ciasteczka. MADROŚĆ DNIA: obżarstwo nie popłacaWszystko jest inaczej niż przy pierwszym dziecku. Wtedy w ciągu pół godziny zrobiło mi prawie pełne rozwarcie się i to praktycznie bezboleśnie. Tym razem boli i to coraz bardziej, a rozwarcia prawie nie ma. Kiedy mija szósta godzina oczekiwania skurcze co minutę , boli tak że mam ochotę pogryźć pręty od łóżka, a rozwarcie na trzy palce.
      • Gość edziecko: wiesia Re: nietypowy początek porodu -wersja uzupełniona, prosze usunać poprzednią IP: *.* 28.11.02, 12:09
        Dzień 0 wtorek 2 lipca, wieczórChodzę wściekła na cały świat, profilaktycznie robię mężowi awanturę za "całokształt" i zapowiadam na następny dzień malowanie pokoju. W końcu do porodu zostało mi niespełna trzy tygodnie, a mieszkanie zupełnie nie przygotowane na przyjęcie nowego mieszkańca.
      • Gość edziecko: wiesia Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 12:10
        Ja się zgłaszam :-) Niezwykłe przygody to moja specjalność. Nie wiem , czy mój żartobliwy ton jest na miejscu, ale choćbym nie wiem jak się starała poważnie opisać moje historie, to i tak zawsze z tego wychodzą anegdoty... PORÓD nr. 1Od początku wiedziałam, że ze względu na dużą wadę wzroku czeka mnie cesarka. Termin przypadał na 2 marca 2000. Ponieważ był to rok przestępny, a tego faktu "kółka" do obliczania terminów nie uwzględniają, wyliczyłam , że tak naprawdę to mam termin na 1 marca. Skoro na 1 marca, to czemu nie na 29 lutego, nietypowe urodziny by dziecko miało. Z tym pomysłem udałam się do ginekologa i usiłowałam go przekonać, że skoro i tak mnie ciąć będzie , to chyba żadnej różnicy mu jeden dzień nie zrobi. Niestety, pan doktor miał inne zdanie na ten temat i stwierdził , że czekamy do początków porodu albo do terminu.Jako, że łatwo się nie poddaję, postanowiłam się "spiąć wewnętrznie" tak , aby poród rozpocząć 29 lutego. "Zobaczy Pan, tak wykombinuję, że poród zacznie się wcześniej" oświadczyłam i wyszłam. "Spinanie się" rozpoczęłam jakiś tydzień przed planowanym przeze mnie terminem i postanowiłam je kontynuować aż do czasu obniżenia się brzucha (w mądrych książkach wyczytałam ,że powinien mi się przed porodem obniżyć). Po kilku dniach wytężonego spinania osiągnęłam tylko tyle, że ciągle było mi gorąco, twarz miałam zalaną rumieńcem, brzuch twardy , ale dokładnie na takiej wysokości jak poprzednio.W poniedziałek 28 lutego mąż poszedł do pracy, a ja zostałam w mieszkaniu zawalonym dopiero co przywiezionymi paczkami z meblami do samodzielnego montażu. Wykonywanie sterty szkiców w celu zaprojektowania optymalnego ustawienia szafek było kolejnym krokiem na drodze przyspieszania; przy dwudziestym doszłam do wniosku, że niezależnie od tego jak bardzo się staram i tak spóźnię się i z urodzin 29 lutego nici... Żadnych oznak nadchodzącego porodu nie było....Mąż wracał z pracy koło godziny 18.00. Tego dnia , tuż po 18.00 zadzwonił z pytaniem czy wszystko w porządku, bo musi zostać jeszcze kilka godzin. "W porządku, nic ciekawego" odpowiedziałam i wróciłam do szkicowania. Kilka minut później udałam się do łazienki i zobaczyłam KREW. W padłam w panikę, brzuch wcale mi się nie obniżył, żadnych bóli, a tu krew. Byłam przekonana ,że coś niedobrego dzieje się z dzieckiem. Szybki telefon do męża "nie w porządku, przyjeżdżaj" ,w pośpiechu pakowanie paru rzeczy do szpitala, a potem jazda do szpitala.W ciągu pół godziny byłam na izbie przyjęć. Lekarz dyżurny spytał co się dzieje. "Mnie nic się nie dzieje, ale krwawię i przyjechałam sprawdzić dlaczego". Badanie tętna i ginekologiczne. Po chwili dowiedziałam się ...że to początek porodu, a ja nie "krwawię" tylko mi czop śluzowy odszedł"A przecież brzuch mi się nie obniżył, a poza tym niczego nie czuję"- dyskutowałam Rozwarcie na 5 palców. Siedziałam zdezorientowana, pobieranie krwi , lewatywa i takie tam.Jakieś 15 minut później pojawił się mój lekarz. Znowu badanie i okrzyk " szybciej przygotować tę salę operacyjną, bo nie zdążymy!" Rozwarcie na 7 palców". Położna dyżurna wpadła w osłupienie. Ponoć w ciągu kilkunastu lat jej pracy tylko kilka razy zdarzyło się , że pierwsza faza porodu postępowała tak szybko ,a pacjentka nawet nie zorientowała się, że to "już"."Ale mnie się ten brzuch nie obniżył... no i żadnego bólu, tylko uczucie jakby mnie ktoś mocno napompował ... a poza tym, ja chciałam na jutro, panie doktorze na 29 lutego... nie da się tego jakoś zatrzymać na kilka godzin?" " Nic z tego, przesadziła pani z tym spinaniem się" - odparł bez najmniejszego współczucia. 28 lutego 200 o godzinie 19 .35 w karcie poetycko napisano "wydobyto płód jeden żywy". Zabrakło mi czterech i pół godziny.PORÓD nr 2 ( prawie cross-posting z "ciąży", ale tu chyba usprawiedliwiony)Dzień 0 wtorek 2 lipca, wieczórChodzę wściekła na cały świat, profilaktycznie robię mężowi awanturę za "całokształt" i zapowiadam na następny dzień malowanie pokoju. W końcu do porodu zostało mi niespełna trzy tygodnie, a mieszkanie zupełnie nie przygotowane na przyjęcie nowego mieszkańca.Dzień 1 - środa , 2 lipcaBudzę się wściekła, roznosi mnie a do tego mam wrażenie , że brzuch pobolewa, przebąkuję, bez większego przekonania , że jak tak dalej pójdzie to niedługo urodzę.Nadzoruję zmywanie i gruntowanie ścian, obklejam listwy przypodłogowe taśmą ochronną, bardziej zabrudzone miejsca szoruję z całej siły mimo coraz wyraźniejszych oznak , że w organizmie coś się dzieje. Po mniej więcej dwóch godzinach kładę się odpocząć, ale wtedy właśnie zbiera mnie "erotycznie" i odrywam męża od ścian zlecając mu zajęcia zupełnie innego typu (do których zresztą zabiera się z większa ochotą niż do mycia i gruntowania). W południe wybieramy się do OBI po farbę, po drodze dopada mnie głód i MUSZĘ natychmiast coś zjeść. I zjadam : trzy malutkie ciasteczka francuskie z marmoladką wiśniową . SZOK DNIA: Przełykając ostatni kęs zzauważam , że siedzę na mokrym fotelu. Nagle ogarnia mnie przerażenie - WODY ODESZŁY(!)Z prędkością zbliżoną do prędkości światła gnamy prosto spod OBI do szpitala i po kilku minutach z obłędem w oczach i cała trzęsąca się, bez żadnych dokumentów medycznych wpadam na izbę przyjęć. Wyglądam okropnie, bo natychmiast wzbudzam zainteresowanie i pani na izbie i przechodzącego obok lekarza. Moje przerażanie potęguje się na wieść , że mój lekarz prowadzący już jest na urlopie. Czeka mnie cesarka, mojego lekarza nie ma, z tym, który miał go zastąpić nie miałam jeszcze okazji się spotkać, nie mam pojęcia jaki anastazjolog jest na dyżurze , a w pamięci kołaczą koszmarne wspomnienia komplikacji po poprzednim znieczuleniu. Dzwonię na komórkę do mojego lekarza- ulga; co prawda jest na urlopie , ale jeszcze nie wyjechał z miasta i zrobi mi cięcie. Wspólnie z anastazjologiem ustalamy, że cięcie będzie robione z pełnej narkozie. Jest tylko jeden problem- pełnej narkozy nie można robić przez 6-7 godzin od ostatniego posiłku. Położna tłumaczy , że odejście wód to jeszcze nie poród i mogę te kilka godzin poczekać. Więc czekam. Przez pierwsze trzy godziny faktycznie nic się nie dzieje, potem zaczynają się bóle. Trzy godziny bólu to cena za trzy ciasteczka. MADROŚĆ DNIA: obżarstwo nie popłacaWszystko jest inaczej niż przy pierwszym dziecku. Wtedy w ciągu pół godziny zrobiło mi prawie pełne rozwarcie się i to praktycznie bezboleśnie. Tym razem boli i to coraz bardziej, a rozwarcia prawie nie ma. Kiedy mija szósta godzina oczekiwania skurcze co minutę , boli tak że mam ochotę pogryźć pręty od łóżka, a rozwarcie na trzy palce.
      • Gość edziecko: wiesia Re: nietypowy początek porodu -wersja uzupełniona IP: *.* 28.11.02, 12:10
        czytam i czytam o pordach dziwnych zaskakujących i okazuje sie że nie tylko ja urodziłam expressema Mój Maciek z szybkościa intersity pojwił sie wsród nas.Przygotowana byłam rzetelnie szkoła rodzenia kilka przeczytanych książek, setki pytań do mojego kochanego pana Doktora. Czekam maluch ma sie urodzić 22.02 tłusy czwartek baaardzo mi to odpowiada.Mam kilka dni dlatego 16.02 postanowiłam zaprosic przjacół na moje imienimy a co trzeba się bawic . Maluch fika w brzuch. Zabawa na całago każdy prorkuje kiedy urodzę. O 1 00 koniec zabawy wszyscy ida sobie do swoich domków ja zganiam męża i kłade sie spać.Budzę się jest 5.00 to dlaczego, że tak blisko mieszkamy ulicy, dzis sobota prosze nie przeszkadzać. a tu nagle ups cos sie dziwnie czyje biegne do łazienki co ja tak siki i siku. Biore książkę czytem setny raz pewne oznaki porodu i co żadnych oznak , tylko czemu ciągle robię siku. Budze ukochaną druga powłowe teraz on czyta mądra książkę i nic. decyzja dzwonimy do mojej przyjaciólki 5 miesięcy temu urodział synka. Coż ona może powiedzieć ( ona rodziła 15 godzin). Ale rodzi dla ,,spokojnosći"" pojechac do szpitala sprawdzic. Ale ja nie mam ani jedego skurczu. No dobra jedziemy. COś czuje w taxi chyba mnie boli ale co tam. Jesteśmy na miejscu, idziemuy na izbe przyjęć znowu mi wszystko przechodzi. Bada mnie baaardzo nie miła Pani i każe iść na 2 pietro idę, ale po co. Tu bierze mnie w obroty duże Pani Połozna i każe wchodzić na łóżko porodowe, ale mnie nic nie boli, gdzie skurcze. Ona na to: dziewczyno ty rodzisz. skoro ona tek mówi ok. Leżę jak będzie skurcz to przyj jaki skurcz ja nic nie czuje , leże sprawdzają małego śmieszną słuchawką, leże. Myślę że może ja do domu pojade po bez sensu tak leżeć. Pani doktor wreszcie stwierdza damy jej zatrzyk może te skurcze się podrawią . O nie zastrzyków to ja nie lubię. No dobra mam skurcz(tzn nie mam ale nie chce zastrzyka) każe przec , prę i nic tak 5 razy(liczył mąż) i wyobraźcie sobie z 6 wyskoczył MACIUŚ 3600, 56 cm.Urodziłam???. Prawie bez skurczów nie do pomyślenia. Może to jakis ewenemet ale ja prawie nie miałam bóli nic a nic. A do szpitala przyjechałam z 8 cm rozwarciem. Taki to miałam express 17.02.2002.Dana
    • Gość edziecko: iwo1 Re: nietypowy początek porodu czyli Magdalenka na sygnale!!!!!! IP: *.* 28.11.02, 12:34
      Termin miałam na 10 marca i tego właśnie dnia umówiłam się z moją panią doktor że będziemy rodzić ,lubię mieć wszystko zaplanowanesmile10 stawiliśmy się w szpitalu ,pani doktor zbadała mnie i powiedziała że dzisiaj to ja nie urodzę sama a wywoływać poród jest bezsensu ,byłam wściekła -powiedziałam juz wszystkim że rodzę w SRODĘ i co????Był cieplutki wieczór więc poszlismy z mężem na spacer a potem do kina /Jasio skakał w brzuchu na dżwięki Ogniem i Mieczem/Ponieważ mieszkamy w Bielsku a rodzić chciałam w Tychach /gdzie mam dziadków/zostaliśmy tam na noc,rano Marcinek pojechał do pracy a ja zostałam u babci ,wieczorem przed powrotem do Bielska odwiedziałam brata mojego ojca i biedna skarżyłam się że ja to chyba już nigdy nie urodzę .PO tej wizycie sama !/głupoto,głupoto nie od dzisiaj Cię znam!/wróciłam pociągiem do Bielska .Marcinek czekał na dworcu ,poszłam jeszcze do pracy /pracowałam w zakładzie optycznym/żeby powiedzieć że nie urodziłam i w piątek będę na rano ,umówiłam klienta na soczewki kontaktowe i poszliśmy do domciu.dodam tu iż ponieważ poród miał być w Tychach w wodzie a my nie mieliśmy samochodu moja przyjaciółka chodziła od kilku tygodni z komórką gotowa mnie do tej wody dowieżć,zresztą teraz sama jest w ciaży i pojawia sie na forum Magdalenka wielkie dzieki!!!!Położyliśmy się ok.23 po kilku godzinach obudziło mnie delikatne obejmowanie brzuszka ,obudziłam Marcinka i ponieważ obejmowanie było niezwykle regularne /co 10 minut/postanowiliśmy pójść do szpitala po drugiej stronie ulicy zeby sprawdzić czy to już /nie chciałam budzić biednej Magdy -była 2 w nocy!/Pani położna mnie zbadała ,wezwała lekarza a ten powiedział że rozwarcie jest na 1 cm i że mogę spokojnie do Tych jechać ponieważ to pierwsze dziecko i pewnie urodzę w południe .Zadzwoniliśmy do Magdy ,była u nas w 3 minuty/z drugiego końca miasta/wtedy to po raz piewszy widziałam ją bez makijażu!!!!!I sru ,ponieważ Magda jest dobrym ale szybkim kierowcą a jechaliśmy oplem tigrą nie miałam czasu się bać ,po drodze stwierdziłam że przecież JA RODZĘ i przeaz jakis czas nie będę mogła jeść nic niezdrowego ,więc pojechalismy do MC"DONALDA ,podjechalismy składając wielgachne zamówienie tzn.ja złożyłam bo Magda i Marcin tak się denerwowali ze chcieli tylko kawę i wtedy z ust pani składającej zamówienie padło "na frytki trzeba 5 minut poczekać "te słowa bardzo poruszyły Magdę /do dzisiaj mam jej minę przed oczami /Madga spojrzała pani głęboko w oczy w powiedziała -5 minut,Boże ,przecież my nie mamy 5 minut ONA RODZI!!!!!!i odjechała !!!Pewnie mieli o czym gadać na MC"DONALDS przez tydzień .Dojechaliśmy do szpitala ,poszliśmy na izbę przyjęć a położna mówi że rozwarcie jest juz na 4 cm.Wchodzę na porodówkę ,Marcin musiał na chwilę zostać na korytarzu ,i mówię do lekarza że ja będę rodzić w wannie i z mężem a lekarz na to że mogę nawet z dwoma mężami/żartowniś /wyszedł na korytarz do Marcina i pyta gdzie ten drugi!Podłączyli mnie do tych wszystkich paskudztw uniemozliwiających ruch a ja strasznie bałam się że zacznę rodzić na duzej sali i bez Marcina ,powiedziałam lekarzowi że muszę siusiu i zeby mnie poodpinał z tego dziadostwa ,odpioł a ja wtedy myk po mężusia ....Kiedy znależlismy się w wodnym pokoiku odetchnełam z ulgą ,paliły się świeczuszki,leciała cicha muzyczka w wodzie nie czułam bólu ,byliśmy tam sami a położna obserwowała nas przez weneckie lustro .Potem poczułam że chcę ..kupkę /bóle parte !?i kłóciłam się z położną ze ja jeszcze nie rodzę tylko chce do toalety !!smilePotem przekonałam się że miała rację Mineło kilka sekund i wypłynął Jancio -wodnik PIękny w mazi przypominającej margarynkę ,rozpłakał się i jeszcze połączeni pępowina zaczelismy swój mleczny szlak ....Potem tatuś przeciął pepowinkę i poszedł z Jasiem się badać .Mnie w tym czasie lekarz zszył w potem wszyscy w trójkę leżeliśmy sobie w pokoiku poporodowym jeszcze nie do końca wierząc w swoje szczęście ...Jasio po trzech godzinach pojechał się badać i szczepić a mze mna Marcin poszedł pod prysznic ,potem juz na nogach poszłam na oddział położniczy ,czułam się dobrze .Położna nie umiała uwierzyć że przyszłam sama ,dochodziła 11 a ja zatęskniłam za moim skarbem wiec poszłam po niego na oddział noworodków ,położne dziwnie na mnie patrzyły -Nie chce pani odpoczać ?-Nie bez Jasia Od tej pory praktycznie się nie rozstawaliśmy Kocham mojego męża ,syna i dziękuję Bogu za to iż tak pokierował oklicznosciami że cud narodzin mógł się ziscić -właśnie tak jak chciałam IWoPs.po tej porodowej podróży na sygnale ,mama Magdalenki /pani dokor/popatrzyła na Magdę i powiedziała -Magda,a Ty wiesz że Iwona mogła Ci urodzić w samochodzie?
      • Gość edziecko: Hipcio Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:21
        Ja też rodziłam ekspresowo, ale wcale mi nie było do śmiechu.Cztery dni po terminie. Tego dnia badał mnie lekarz i stwierdził, że nic na zbliżający się poród nie wskazuje. W nocy obudziłam się i poczułam, że coś jest INACZEJ. Jakieś pobolewanie w dole brzucha, ale niezbyt silne. Nic jednak nie wskazywało na rozpoczynający się poród, więc ufając bardziej informacjom ze szkoły rodzenia, niż własnej intuicji, spokojnie zasnęłam. Rano - bóle słabe, ale niepokojąco regularne - co 5 minut. Tylko w dole brzucha, jak przy miesiączce, żadnego uczucia twardnienia brzucha, żadnych skurczów. Budzę męża: chyba się zaczęło. Ale zaraz refleksja - przecież skurcze co 5 minut to już końcowa faza rozwierania!! To niemożliwe, przecież to prawie nie boli!!!Wspólnie decydujemy pojechać jednak, tak dla pewności na izbę przyjęć. Powoli jemy śniadanie (przecież to jeszcze dłuuuuuugo), biorę prysznic. W szpitalu jesteśmy ok. 11. "Kiedy pani poczuła ból? W nocy, ale zasnęłam i potem spałam do rana.Ha ha ha!!!! Jakby Pani naprawdę czuła ból porodowy, to by Pani na pewno nie zasnęła.A teraz?Czuję ból w dole brzucha co 5 minut, od 3 godzin. No dobrze, spawdźmy... Taaaak... szyjka jeszcze nie zaniknęła. Zrobimy KTG. Kiedy Pani ma te skurcze? Teraz???!! Przecież tu nic nie ma!!!! Niech Pani wraca do domu, to najwyżej skurcze przepowiadające. Może urodzi Pani za parę dni, ale na pewno nie dziś.Wracamy. Ból coraz silniejszy, co 3 minuty. Idziemy jeszcze na spacer, potem nie mam już siły, wracamy do domu. Postanawiam jednak zrobić obiad na kilka dni, cały czas pod wpływem tego irracjonalnego przeczucia, że urodzę bardzo niedługo. Smażę kotlety w przerwach między coraz silniejszym i częstszym bólem w dole brzucha. Żadnych skurczów. O 19 czuję się już kiepsko. ale nie zaczynam nawet ćwiczeń polecanych na szkole rodzenia, bo przecież "można się nimi zmęczyć, jeśli rozpocznie się je zbyt wcześnie". Dzwonię na izbę przyjęć, czy mam przyjechać Odpowiedź : "... Noooo, jak Pani bardzo chce, to niech pani przyjedzie, zobaczymy, może coś się ruszyło."Nagle odchodzi czop śluzowy. Biorę prysznic, teraz już wiem, że poród się zaczął i trzeba jechać. Zanim powolutku udało mi się ubrać i zejść z trzeciego piętra, odeszły wody. Wsiadamy do samochodu i tu zaczyna się koszmar: skurcze parte!!! Boże, nie dojadę!!!! Pod szpitalem nie wytrzymuję zaczynam przeć. Zanim weszłam na Izbę, czułam główkę dziecka... Zdążyłam tylko usiąść na fotel i Ola już była, nawet nie wiem kiedy...Cieszę się, że powstał pomysł napisania o takich nietypowych porodach. Może gdybym przed porodem przeczytała o tym, że coś takiego jest możliwe, bardziej ufałabym swojej intuicji, niż personelowi, może nie przeżyłabym tak koszmarnego stresu i lęku o dziecko, jak wtedy, w samochodzie. Może personel, jeśli uwrażliwi się go na takie przypadki, też będzie skłonny bardziej zwracać uwagę na to, co sugeruje rodząca i stanie się otwarty, ostrożniejszy... Moja córeczka musiała po urodzeniu otrzymać tlen. Co by z nią było, gdybym urodziła w samochodzie? Albo gdyby do szpitala było dalej?Za ten eksprsowy poród zapłaciłam także depresją poporodową. Oczywiście z pewnością nie był on jej jedyną przyczyną, ale takie przeżycia podczas porodu zdecydowanie nie służą matce, w końcu sama świadomośźć rodzenia przygotowuje w pewien sposób matkę na kontakt z nowonarodzonym dzieckiem, a ja po porodzie byłam tak oszołomiona, że nie zdawałam sobie nawet do końca sprawy, co się wydarzyło, gdzie jestem... i nie wierzyłam, że to dziecko, które kładą mi na brzuchu jest naprawdę moje... Przecież ono miało się urodzić dopiero za wiele godzin... Pozdrawiam, Ida.
      • Gość edziecko: Hipcio Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:21
        Ja też rodziłam ekspresowo, ale wcale mi nie było do śmiechu.Cztery dni po terminie. Tego dnia badał mnie lekarz i stwierdził, że nic na zbliżający się poród nie wskazuje. W nocy obudziłam się i poczułam, że coś jest INACZEJ. Jakieś pobolewanie w dole brzucha, ale niezbyt silne. Nic jednak nie wskazywało na rozpoczynający się poród, więc ufając bardziej informacjom ze szkoły rodzenia, niż własnej intuicji, spokojnie zasnęłam. Rano - bóle słabe, ale niepokojąco regularne - co 5 minut. Tylko w dole brzucha, jak przy miesiączce, żadnego uczucia twardnienia brzucha, żadnych skurczów. Budzę męża: chyba się zaczęło. Ale zaraz refleksja - przecież skurcze co 5 minut to już końcowa faza rozwierania!! To niemożliwe, przecież to prawie nie boli!!!Wspólnie decydujemy pojechać jednak, tak dla pewności na izbę przyjęć. Powoli jemy śniadanie (przecież to jeszcze dłuuuuuugo), biorę prysznic. W szpitalu jesteśmy ok. 11. "Kiedy pani poczuła ból? W nocy, ale zasnęłam i potem spałam do rana.Ha ha ha!!!! Jakby Pani naprawdę czuła ból porodowy, to by Pani na pewno nie zasnęła.A teraz?Czuję ból w dole brzucha co 5 minut, od 3 godzin. No dobrze, spawdźmy... Taaaak... szyjka jeszcze nie zaniknęła. Zrobimy KTG. Kiedy Pani ma te skurcze? Teraz???!! Przecież tu nic nie ma!!!! Niech Pani wraca do domu, to najwyżej skurcze przepowiadające. Może urodzi Pani za parę dni, ale na pewno nie dziś.Wracamy. Ból coraz silniejszy, co 3 minuty. Idziemy jeszcze na spacer, potem nie mam już siły, wracamy do domu. Postanawiam jednak zrobić obiad na kilka dni, cały czas pod wpływem tego irracjonalnego przeczucia, że urodzę bardzo niedługo. Smażę kotlety w przerwach między coraz silniejszym i częstszym bólem w dole brzucha. Żadnych skurczów. O 19 czuję się już kiepsko. ale nie zaczynam nawet ćwiczeń polecanych na szkole rodzenia, bo przecież "można się nimi zmęczyć, jeśli rozpocznie się je zbyt wcześnie". Dzwonię na izbę przyjęć, czy mam przyjechać Odpowiedź : "... Noooo, jak Pani bardzo chce, to niech pani przyjedzie, zobaczymy, może coś się ruszyło."Nagle odchodzi czop śluzowy. Biorę prysznic, teraz już wiem, że poród się zaczął i trzeba jechać. Zanim powolutku udało mi się ubrać i zejść z trzeciego piętra, odeszły wody. Wsiadamy do samochodu i tu zaczyna się koszmar: skurcze parte!!! Boże, nie dojadę!!!! Pod szpitalem nie wytrzymuję zaczynam przeć. Zanim weszłam na Izbę, czułam główkę dziecka... Zdążyłam tylko usiąść na fotel i Ola już była, nawet nie wiem kiedy...Cieszę się, że powstał pomysł napisania o takich nietypowych porodach. Może gdybym przed porodem przeczytała o tym, że coś takiego jest możliwe, bardziej ufałabym swojej intuicji, niż personelowi, może nie przeżyłabym tak koszmarnego stresu i lęku o dziecko, jak wtedy, w samochodzie. Może personel, jeśli uwrażliwi się go na takie przypadki, też będzie skłonny bardziej zwracać uwagę na to, co sugeruje rodząca i stanie się otwarty, ostrożniejszy... Moja córeczka musiała po urodzeniu otrzymać tlen. Co by z nią było, gdybym urodziła w samochodzie? Albo gdyby do szpitala było dalej?Za ten eksprsowy poród zapłaciłam także depresją poporodową. Oczywiście z pewnością nie był on jej jedyną przyczyną, ale takie przeżycia podczas porodu zdecydowanie nie służą matce, w końcu sama świadomośźć rodzenia przygotowuje w pewien sposób matkę na kontakt z nowonarodzonym dzieckiem, a ja po porodzie byłam tak oszołomiona, że nie zdawałam sobie nawet do końca sprawy, co się wydarzyło, gdzie jestem... i nie wierzyłam, że to dziecko, które kładą mi na brzuchu jest naprawdę moje... Przecież ono miało się urodzić dopiero za wiele godzin... Pozdrawiam, Ida.
      • Gość edziecko: Hipcio Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:22
        Ja też rodziłam ekspresowo, ale wcale mi nie było do śmiechu.Cztery dni po terminie. Tego dnia badał mnie lekarz i stwierdził, że nic na zbliżający się poród nie wskazuje. W nocy obudziłam się i poczułam, że coś jest INACZEJ. Jakieś pobolewanie w dole brzucha, ale niezbyt silne. Nic jednak nie wskazywało na rozpoczynający się poród, więc ufając bardziej informacjom ze szkoły rodzenia, niż własnej intuicji, spokojnie zasnęłam. Rano - bóle słabe, ale niepokojąco regularne - co 5 minut. Tylko w dole brzucha, jak przy miesiączce, żadnego uczucia twardnienia brzucha, żadnych skurczów. Budzę męża: chyba się zaczęło. Ale zaraz refleksja - przecież skurcze co 5 minut to już końcowa faza rozwierania!! To niemożliwe, przecież to prawie nie boli!!!Wspólnie decydujemy pojechać jednak, tak dla pewności na izbę przyjęć. Powoli jemy śniadanie (przecież to jeszcze dłuuuuuugo), biorę prysznic. W szpitalu jesteśmy ok. 11. "Kiedy pani poczuła ból? W nocy, ale zasnęłam i potem spałam do rana.Ha ha ha!!!! Jakby Pani naprawdę czuła ból porodowy, to by Pani na pewno nie zasnęła.A teraz?Czuję ból w dole brzucha co 5 minut, od 3 godzin. No dobrze, spawdźmy... Taaaak... szyjka jeszcze nie zaniknęła. Zrobimy KTG. Kiedy Pani ma te skurcze? Teraz???!! Przecież tu nic nie ma!!!! Niech Pani wraca do domu, to najwyżej skurcze przepowiadające. Może urodzi Pani za parę dni, ale na pewno nie dziś.Wracamy. Ból coraz silniejszy, co 3 minuty. Idziemy jeszcze na spacer, potem nie mam już siły, wracamy do domu. Postanawiam jednak zrobić obiad na kilka dni, cały czas pod wpływem tego irracjonalnego przeczucia, że urodzę bardzo niedługo. Smażę kotlety w przerwach między coraz silniejszym i częstszym bólem w dole brzucha. Żadnych skurczów. O 19 czuję się już kiepsko. ale nie zaczynam nawet ćwiczeń polecanych na szkole rodzenia, bo przecież "można się nimi zmęczyć, jeśli rozpocznie się je zbyt wcześnie". Dzwonię na izbę przyjęć, czy mam przyjechać Odpowiedź : "... Noooo, jak Pani bardzo chce, to niech pani przyjedzie, zobaczymy, może coś się ruszyło."Nagle odchodzi czop śluzowy. Biorę prysznic, teraz już wiem, że poród się zaczął i trzeba jechać. Zanim powolutku udało mi się ubrać i zejść z trzeciego piętra, odeszły wody. Wsiadamy do samochodu i tu zaczyna się koszmar: skurcze parte!!! Boże, nie dojadę!!!! Pod szpitalem nie wytrzymuję zaczynam przeć. Zanim weszłam na Izbę, czułam główkę dziecka... Zdążyłam tylko usiąść na fotel i Ola już była, nawet nie wiem kiedy...Cieszę się, że powstał pomysł napisania o takich nietypowych porodach. Może gdybym przed porodem przeczytała o tym, że coś takiego jest możliwe, bardziej ufałabym swojej intuicji, niż personelowi, może nie przeżyłabym tak koszmarnego stresu i lęku o dziecko, jak wtedy, w samochodzie. Może personel, jeśli uwrażliwi się go na takie przypadki, też będzie skłonny bardziej zwracać uwagę na to, co sugeruje rodząca i stanie się otwarty, ostrożniejszy... Moja córeczka musiała po urodzeniu otrzymać tlen. Co by z nią było, gdybym urodziła w samochodzie? Albo gdyby do szpitala było dalej?Za ten eksprsowy poród zapłaciłam także depresją poporodową. Oczywiście z pewnością nie był on jej jedyną przyczyną, ale takie przeżycia podczas porodu zdecydowanie nie służą matce, w końcu sama świadomośźć rodzenia przygotowuje w pewien sposób matkę na kontakt z nowonarodzonym dzieckiem, a ja po porodzie byłam tak oszołomiona, że nie zdawałam sobie nawet do końca sprawy, co się wydarzyło, gdzie jestem... i nie wierzyłam, że to dziecko, które kładą mi na brzuchu jest naprawdę moje... Przecież ono miało się urodzić dopiero za wiele godzin... Pozdrawiam, Ida.
    • Gość edziecko: waga Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:04
      Nie wiem, czy moj porod byl nietypowy, ale na pewno ekspresowy. Kazdemu zycze takiego porodu.A wiec, byl 20 lipiec, jeden dzien po terminie, bylam troche zla, ze juz po, bardzo chcialam urodzic przed, poniewaz brzuch nie pozwalal mi spac, nijak nie moglam sie ulozyc. A tu lekarz jeszcze powiedzial, ze pewnie przedluzy sie o pare dni. 20-tego obudzialm sie dosc pozno, kolo 8 i nic ciekawego sie nie dzialo, ale po godzinie, poczulam lekki skurcz, po jakis 40 minutach nastepny. Pomyslalam, ze to pewnie przepowiadajace, bo takowych jeszcze nie mialam. Tego dnia postanowilam zrobic sobie dzien pieknosci, tzn manikure, pedicure, depilacja nog i za jednym zamachem golenie krocza, bo w szkole pani powiedzial, ze lepiej zrobmy to w domu, bo w szpitalu nie zawsze sie przykladaja. Nameczylam sie z tym brzuchem, ale maz troche mi pomogl w tych czynnosciach. Po odprezajacym prysznicu usiedlismy z mezem na kanapie i gadalismy o wszystkim i o niczym. Przez caly ten czas mialam lekkie skurcze co 20, 30 minut. Zaczelam myslec, ze moze jednak dzisiaj urodze, ale mialam przeciez czekac do skurczy co 5, 4 minuty, tak uczyli w szkole. Wiec gadamy dalej, ogladamy telewizje, jest po 12, a tu poczulam silniejszy skurcz. Troche sie przestraszylam, ze jezeli to poczatek poczatku, a tu tak boli, to jak dam sobie rade dalej z bolem. po prostu spanikowalam. Ale bol przeszedl i nastepny, lzejsz skurcz mialam dopiero po 30 minutach. Kolo 13 skurcze zaczely pojawiac sie co 8 minut, mysle, jeszce poczekamy. Nie byly one bardzo silne. O 13.40 poculam nagle chlusniecie i cieplo w leginsach. Spanikowana krzyknelam wody, na co maz biegnie do kuchni i chce mi przyniesc szklanke wody. Niestety wtedy nie rozbawilo mnie to, tylko szybko sciagnelam leginsy i zobaczylam, ze nogi mam cale we krwi. Przestryszalam sie okropnie, w jednej chwili nic nie moglam sobie przypomniec, co na ten temat mowili w szkole rodzenia. Maz szybko zadzwonil po taksowke, a ja ostatkami sil ubralam sie i ruszylismy, Nie musze mowic, ze taksowkarz zwatpil jak mnie zobaczyl z grymasem na twarzy i wielkim brzuchem, (skurcze wtedy byly co 2 min i bolalo juz nie na zarty. A jak uslyszal, ze ja juz chyba rodze i w dotatku ma jechac na drugi koniec miasta, przeciskajac sie przez najwieksze korki to poprosil mnie tylko niesmialo, zebym jeszcze nie rodzila. Odkrzyknelam mu: to jedz pan i ruszylismy szalenczym tepem jak na te warunki. Kierowca wykazal sie dobra znajomoscia objazdow newralgicznych miejsc, tak, ze na miejscu bylismy o 14.30. Musze dodac, ze w trakcie polgodzinnej jazdy zaczelam miec bole parte, sciskalam wiec co sil, aby dzidzius nie wyskoczyl w samochodzie. Pogryzlam przy tym mojego meza w rece, ucho, och biedak nameczyl sie ze mna. Ale co tam on, ja dopiero sie nameczylam. Do izby przyjec dotarlam w polsklonie, inaczej nie moglam isc. Na pytanie co sie dzieje powiedzialam, ze chyba rodze,jakby tego nie bylo widac, A ona kaze mi sie rozbierac i wchodzic na fotel, ja na to, ze to niemozliwe, nie dam rady, ale ona zbytnio sie tym nie przejela. Tylko dzieki salowej udalo mi sie spelnic zadanie pani doktor, po czym wykrzyknela, ze to juz porod i szybko na sale porodowa. Ja ostatkami sil mowie, ze to mial byc porod rodzinny i ze chce zaczekac na meza, ktory mial zalatwic formalnosci. Ona na to, ze nie ma czasu i heja na wozek i na porodowke. Gdy juz mnie polozono w ostatniej chwili przybiegl maz, potem byly trzy szybkie parcia, nie mialam nawet czasu zastanawiac sie nad oddechem, pierwszy i ostatni moj okrzyk i o 14.55 Magdusia byla juz z nami. Moja najsliczniejsza kruszynka na swiecie. Dalam buziaka, a potem zaczeli mnie zszywac, co bylo dla mnie o wiele wiekszym koszmarem, ale nie o tym ten watek.Niesamowite, ze ten dzien pamieta sie tak dokladnie.Kasia z 2,4 letnia juz Magdusia.
    • Gość edziecko: iwarybka Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:12
      Termin:24.06.01.Z lekarzem jestem umowiona na badanie 10 dni przed-wychodze z placzem,bo cisnienie za wysokie i wieczorem mam sie zjawic w szpitalu.Leze i narzekam,ze niepotrzebnie zajmuje miejsce-widac jak bardzo nie lubie szpitali.Jest 21.06:ranny obchod i decyzja o podaniu oksytocyny.Nie dostalam nawet 1/3 kroplowki,a wydaje mi sie,ze moje cialo prze.Prosze polozna,ktora stwierdza,ze to nie mozliwe-ogolnie sugerowala,ze mam zwidy.Wrzeszcze,zeby poprosila mojego lekarza,ktory twierdzi,ze mam pelne rozwarcie.W drodze na porodowke dzwonie do meza,ze wlasnie rodze i ma 15 minut na zjawienie sie w szpitalu,jesli oczywiscie nadal chce ze mna rodzic.Poloznej nie pozwalam przeciac pecherza plodowego dopoki nie ma Seby.Wkoncu dojechal i przy 3 skurczu urodzilismy Klaudie.Jako ciekawostke dodam,ze przy 1 skurczu rozmawialam z moja mama przez telefon. Iwona z 17 miesieczna Klaudia.
    • Gość edziecko: eBeata Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 14:27
      Ja miałam poród normalny i szybki, choć wcale nie taki jak chciałam i jaki załatwiałam. Ciekawe, że również wspominam gorzej szycie niż poród :-).Napiszę o mojej mamie.Wigilia.Zakład fryzjerski.Mama z lokówkami na głowie.Termin za kilka dni.I nagle ... rodzę!Biegiem do domu, do szpitala.Dyżurka - imię, nazwisko itd.Ta kobieta rodzi!Do windy.I w tej windzie urodził się mój brat.Miał gęstą czuprynkę.Śmiejemy się że to przez ten zakład fryzjerski.
    • Gość edziecko: oSka Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 15:34
      No to ja też się dołączę.......Wyznaczony termin to 24.X.2000 roku. Dokładnie w tym dniu jestem na wizycie u mojego lekarzai czekam z nadzieją, że powie, że to już. Niestety...pan doktor stwierdził:- Pani Ewo, tu sie nic nie dzieje i jeszcze długo nie będzie..He he....trochę mnie to zasmuciło, ale nic. Pytam w takim razie, dokąd mam czekać? Pan doktor:- Proszę od dziś chodzić codziennie na zapis KTG, a jak w ciągu tygodnia nic się nie stanie, to proszę się zgłosić do szpitala."O Boże" - myślę sobie, jeszcze tyle dni muszę dźwigać ten mój brzusio? Trudno. Idę do domciu.Minął tydzień i nic. Więc mój mężuś stwierdził, że czas się spakować i wio! - do szpitala. Posłusznie wyciagam torbę.Jest 31.X. Dotarliśmy na Izbę Przyjęć. Kolejka. Wreszcie ja. Pani pielęgniarka pyta: "Co się dzieje?" Ja na to, że już tydzień po terminie jestem. Woła lekarza , a ten wysłuchał mnie i pani i stwierdził, że "co z tego, że po terminie" To jest TYLKO tydzień, a nie AŻ tydzień! " Chciał mnie odesłać do domu! Całe szczęście, że właśnie przyszedł mój doktor i skierował mnie na salę. Ufffff....wreszcie poczułam się bezpiecznie: jakoś zawsze się bałam, że w domu nie będę wiedziała, kiedy się zacznie, no a w szpitalu, pod fachową opieką to jakoś inaczej...hi hi... Jest 1 listopada. Nic się nie dzieje. Żadnych skórczów, żadnego rozwarcia. Lekarz , po badaniu orzekł, że będziemy musieli troche dzidziusiowi pomóc, tzn. wywołać poród. Nawet się ucieszyłam! Wreszcie! A zaraz potem: -panie doktorze, tylko proszę nie dzisiaj..wie pan, to święto...Doktor usmiechnął się ze zrozumieniem....- Jutro o 8 rano! - zawyrokował.Wieczorem pielęgniarka powiedziała, że nie wolno mi juz do rana nic jeść. Ok..mogę nie jeść...Nie spałam całą noc - ze strachu i nerwów.2 XI.2000. Godzina 8 rano. Jadę windą na salę porodową. Na miejscu okazuje się, że obie sale do porodów rodzinnych sa zajęte, więc leżę na "normalnej"...leżę, leżę i nic! Słyszę krzyki jakiejś rodzącej...i coraz bardziej się boję... Nagle poczułam coś mokrego na prześcieradle....nie wiem, co sie dzieje....mówię do położnej - głupio (do tej pory się z siebie śmieję :)- Wie pani co, coś mi po nogach leci.... (he he he ! )Ona popatrzyła fachowym okiem :- Ooooo, kochana....zaczęło się - pęcherz pękł! No to teraz już z górki!"Przyszedł mój lekarz, zmierzył rozwarcie - 6 cm!!!- No to rodzimy pani Ewo! Proszę dzwonić po męża!Ja za telefon..ale tak mi sie ręce trzęsły, że położna wyrwała mi aparat z ręki i mówi:" Dziecko, ja zadzwonię, bo chłop nie zdąży! A ty kochanie przejdź sobie do sali rodzinnej, właśnie się zwolniła!"A ja myślę: " Jak to : przejdź sobie????? Sama??????? Tak strasznie boli......chyba nie dam rady?!" Ale jakos mi sie udało. Leżę już na łóżku, zaczynaja sie bóle parte, a tu wpada (prawie dosłownie!) mój mąż, z wypiekami na policzkach i rozkojarzonym wzrokiem...- Zdążyłem kochanie?Lekarz: "Tak tak...prosze założyc fartuch!" Krzyś z tego wszystkiego założył sobie go odwrotnie, zdążył jeszcze przytrzymać mnie za rękę ....i za 10 minut - o godzinie 12.40 urodziła się nasza dziewczynka - Zuzia.... Krzyś nawet przeciął pępowinę....byłąm z niego dumna !!! Biedny z wrażenia zapomniał zdjąć ten nieszczęsny fartuch i pojechał w nim do domu!!!!! :) :) :)To by było na tyle.....KIKA.
    • Gość edziecko: kasiunia Re: nietypowy początek porodu czyli jak Majeczka przyszła na świat IP: *.* 28.11.02, 17:43
      W dzień, na który miałam wyznaczony termin, umówiłam się z "moją" położną na ktg. Skurczów zero (oprócz przepowiadających, ale te miałam od 5-go miesiąca), przy badaniu okazało się, że szyjka nieskrócona i twarda, co ponoć oznacza, że do porodu daleko. Położna stwierdziła, że jeszcze pewnie jakiś tydzień poczekamy. Wróciłam do domu, a że mąż miał nawał pracy, postanowiłam zarwać noc i mu pomóc (pracuje w domu, jest tłumaczem). "Odpadłam" o 2-giej, on pracował do 3.30. O 5.30 obudziła mnie ciepła strużka między nogami - zaczęły mi się sączyc wody! Obudziłam męża dramatycznym: "Wody mi odchodzą". Za chwilę pojawiły się skurcze, co 10 minut, ale prawie bezbolesne. Zadzwoniłam do położnej, opisałam co się dzieje, i umówiłam się koło południa w szpitalu. Zadzwoniłam też do mojej mamy, że chyba bedę dziś rodzić, więc może by przyjechała? (350 km). Spokojnie dospałam do 12, po czym pojechaliśmy do szpitala (gdzie spotkaliśmy mamę, która już zdążyła dojechać)- i tam skurcze ustąpiły. Nie było też rozwarcia. Lekarz chciał mnie zatrzymać już w szpitalu, powiedział że to może być dziś ale równie dobrze za kilka dni. Nie uśmiechało mi się leżeć w szpitalu kilka dni, więc umówiłam się że jedziemy na razie do domu a koło 17 przyjedziemy znów na ktg. Kiedy wyszliśmy ze szpitala, dosłownie jeszcze na schodach, skurcze dopadły mnie znowu - tym razem już bolało, aż mnie wpół zgięło. Mama - lekarz anestezjolog - powiedziała :"Słuchaj, ty chyba jednak rodzisz, może wróćmy się?" Ale ja byłam...głodna i stwierdziłam, że na głodnego to ja rodzić nie będę, więc mąż i mama zabrali mnie na obiadek do restauracji. Po złożeniu zamówienia mój brzuch rozszalał się już na dobre, ale ja się uparłam, że obiadek zjem i już. Wbrew powszechnym opiniom, że nie wolno jeść przed porodem, nawcinałam się jak dziki misiek. Mama i mąż do dziś wspominają, jak to ziejąc jak pies podczas skurczów, poganiałam ich żeby szybciej kończyli jeść. Kelner, zdziwiony i jakby wystraszony, co chwilę podchodził i pytał, czy podać mi wody. Mąż w końcu poinformował go, że "żona czuje się dobrze, tylko rodzi". Po wyjściu z restauracji zapewniłam rozrywkę przechodniom, bo idąc do samochodu, który zaparkowaliśmy jakieś 10 minut drogi od lokalu, co chwilę się zatrzymywałam, zginałam wpół i "ziałam" - skurcze miałam co 5 minut. Pojechaliśmy z powrotem do szpitala, o 17 weszliśmy na salę porodów rodzinnych, okazało się że rozwarcie już na 4 palce! Powędrowałam pod prysznic, gdzie dotarło do mnie, że NAPRAWDĘ rodzę (ale i tak wciąż czekałam, kiedy zacznie boleć bardziej). Mąż polewał mi wodą brzuch, a ja, uwieszona na specjalnym uchwycie, wyłam sobie do woli. Tak mi było tam dobrze, że nie chciałam stamtąd wyjść, ale w końcu przekonał mnie argument położnej, że jeśli chcę do wanny (chciałam!), to już, bo potem...czasu nie będzie. 8 centymetrów! Wanna - i krzyczę, że chcę przeć! Ale jeszcze nie wolno! Wylazłam z wanny i okazało sie że pełne rozwarcie. Super - mogę przeć! Po 10 minutach (dwa skurcze parte), o 19.30 przyszła na świat Majeczka i natychmiast radośnie rzuciła się na cyca, (no cóż, zgłodniało dziecko...) W dwie minuty potem powiedziałam do męża, że możemy mieć 2-gie dziecko i że mogę rodzić co miesiąc. (Teraz już tak nie uważam, poród trwał 2,5 godziny, a połóg 6 okropnych, długich tygodni).Pozdrawiam i przyszłym mamom życzę porodów jak mójkasia
      • Gość edziecko: Nawojka Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 18:39
        Ja rodziłam w wakacje. Prawie cała rodzina rozjechała sie na działki i czekała pod telefonami. W Warszwaie zostali tylko mój mąż i teść. Termin porodu minął, a oni z dnia na dzień patrzyli na mnie coraz bardziej zestresowani. Codziennie wozili mnie do szpitala na badania i usiłowali namówić lekarzy, żeby mnie tam już zostawili, mimo że ja broniłam sie rękami i nogami. W końcu, 6 dni po terminie, mimo moich gorących protestów, dopięli swego i odetchnęli z ulgą. Leżałam na patologii ciąży trzy dni, przy czym przez dwa pierwsze nikt sie mną nie interesował, na hasło: 6-8 dni po terminie, wszyscy lekceważąco machali ręką. W końcu, czwartego dnia wzięli mnie na wywoływanie. Rodzina powróciła z działek i czekała na efekty. Pierwsza przyjechała do szpitala moja teściowa, bo moja mama, przekonana, że moj poród będzie podobny do jej porodów, stwierdziła, że nie ma sie co spieszyć. Podłączyli mnie do kroplówki rano i czekaliśmy na efekty. Co jakiś czas przychodził lekarz i pytał czy mam skurcze, na co niezmiennie odpowiadałam przecząco. W końcu spojrzał na wydruk: jak to pani nie ma, jak aparatura pokazuje, ze pani ma. Ja tam nic nie czuję - odpowiadałam. W końcu przecięli mi pęcherz płodowy, no i potem juz szybko poszło. Najbardziej nietypowy był natomiast koniec mojego porodu. Spytalam zaskoczona: to już? I stwierdziłam, (wg położnych jako pierwsza kobieta na porodówce), że w takim razie to ja moge mieć dużo dzieci :-) A teraz jestem w drugiej ciąży i boję się, ze przez ten pierwszy poród nie będę wiedziała kiedy się to wszystko zacznie. Nie mam odpowiedniego doświadczenia :-(
        • Gość edziecko: p.halup Re: nietypowy początek porodu???? IP: *.* 28.11.02, 19:46
        • Gość edziecko: p.halup Re: nietypowy początek porodu???? IP: *.* 28.11.02, 19:46
          border=0 align="absmiddle">Porod wspominam jako cudowne przezycie ktore koniecznie chce jeszcze raz powtorzyc :DMam nadzieje ze nikogo nie zanudzilam takim dlugim postem.Pozdrawiam wszystkich :hello:
    • Gość edziecko: eKachna Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 28.11.02, 21:06
      28.07.2001Termin wyznaczony mam na 31.07 więc to juz niedługo ale przeraza mnie myśl, żze to czekanie może sie przedłuzyć. Tak bym chciała już to mieć za sobą. Wyglądam jak wieloryb, moich kostek na nogach nie widać wcale. Zrobiłam masę jedzonka dla męża, pozamrażałam porcyjki, żeby miał co jeść, gdy urodzi sie dzidzia -Michalinka. To dla nas duże zaskoczenie, przez osiem miesięcy nosiłam w brzuchu Ignacego i raptem, na ostatnim USG pani z pełnym przekonaniem zaznacza na zdjęciu coś, co na pewno nie jest siusiakiem. W łazience zauważam na papierze coś czerwonego, dzwonie do połoznej - to najprawdopodobniej czop powoli sie odrywa więc pewnie do jutra wszystko sie rozstrzygnie. Uważnie wsłuchuję sie w swoje ciało i...nic. W szkole rodzenia mówili, że poród trwa długo, w podręcznikach radzili nawet, żeby w pierwszym okresie zająć się grą w scrable. Ale my nie mamy scrable!!! Wymyśliłam sobie więc, że jak się zacznie to umyję głowę i ułożę włosy - w szpitalu będę miała ładną fryzurę (o naiwności i głupoto ludzka). Znużona czekaniem idę spać.29.07.2001Nad ranem coś mnie budzi. To chyba skurcz, ale jakiś taki niewyraźny. Wsłuchuję się w swoje ciało i muszę mocno sie skupić, żeby wyczuć kolejny. Ale jest, po piętnastu minutach. Czekam, następny już po dziesięciu, oho, chyba naprawdę sie zaczyna. Budzę męża. Zaspany na początku nie kontaktuje potem szybko podejmuje decyzję: trzeba jechać po pieczywo na kanapki, coś muszę jeść w tym szpitalu. Ale gdzie w niedzielę o 5 rano można kupić świeże pieczywo? Na stacji benzynowej. W chwili, kiedy mój małżonek wyrusza z domu ja już myję głowę (teraz myślę, że moja głupota sięgnęła wówczas zenitu). Susząc włosy zapominam o skurczach i raptem orientuję się, że już nic nie czuję. A głowa umyta i cały misterny plan diabli wzięli! Staję przed lustrem, patrzę na brzuszysko i myślę: może to jednak dobrze, w niedzielę rodzą się lenie. Ale do łóżka już nie wracamy. Niedziela upływa pod znakiem wypijanej coli (bo przy karmieniu nie można to chcę nasycić się na zapas) i grze w karty (wszak scrable brakuje). Trzeba zająć jakoś czas. Dzidzia w brzuchu podryguje energicznie. Dziwne, Ignaś tak nie rozrabiał, od kiedy jest Michalina już zaczyna łobuzować (tak już jej zostało). Idziemy spać. Pójść poszliśmy ale jak tu zasnąć? Wojtek chrapie w najlepsze a ja wsłuchuję się dalej w swoje ciało. Wreszcie zasypiam, ale już chwilę później wyrywa mnie ze snu ból - silniejsz niż dotychczas. Czekam i liczę minuty 8, 10, 9, znowu 8. To chyba mniej więcej regularne. Dzwonię do położnej, każe jechać do szpitala i stamtąd znowu zadzwonić po badaniu.Pakujemy ostatnie rzeczy, robię kanapki (wszak pieczywo czeka od rana choć już nie takie świeże), wreszcie jedziemy.30.07.2001Do szpitala docieramy o 1. Senna izba przyjęć, pani w rejestracji wybudzona ze snu, lekarz też zaspany stwierdza:trzy centymetry rozwarcia, zaczyna pani rodzić. No, nareszcie! Choć te skurcze tak szczerze mówiąc nienajsilniejsze. Podłączają mnie do KTG, po chwili położna mówi: nic nie widać. Żadnych skurczy. Przyjeżdża moja pani Krysia, przenosimy się do oddzielnej sali. Każe chodzić i masować brodawki. No więc chodzimy, upływa godzina za godzina. I nic. Skurcze słabną, poród pada. O 11 podłączaja mnie do kroplówki z oksytocyną. I dalej nic, pani Krysia zwiększa dawkę. Coś się zaczyna, ale jakoś tak słabiutko. Kolejne godziny mijają na podkręcaniu kroplówki. Nuda, nic się nie dzieje, jak w polskim filmie, mąż prawie zasypia na podłodze. W między czasie rozmawiam z położną o znieczuleniu. Odradza na razie:pani tak dobrze to znosi. Czy będzie mocniej bolało? Nie, tylko troszkę. A skurcze parte? A to taki odlot. Ale jak będzie pani chciała to zawołamy anestezjologa. Nie, no skoro jestem taka dzielna to nie trzeba dam radę sama. O 14 zaczyna sie na dobre. Już cały czas spędzam w wannie. Skurcze są coraz silniejsze, proszę jednak o znieczulenie. Pani Krysia bada mnie, nie już za późno, zaraz zacznie się poród, znieczulenie tylko spowolni akcję. Po chwili mam już dosyć wszystkiego, ból jest tak silny, że jedyne, na co mam ochotę to wyskoczyć przez okno. Drę się chyba na cały szpital. Nie mam już sił, nie chcę już dziecka i tego porodu, rezygnuję. Słysze krzyk położnej: jak pani nie weźmie się w garść to będą kleszcze. Oprzytomniałam. Muszę się zebrać. Z trudem wyłażę z wanny, tam nie mogę urodzić, wchodzę na fotel. Potem już szybko, nie wyczuwam skurczy, boli cały czas, prę instynktownie nie słuchając położnej. Wreszcie jest, dziewczynka, Michalinka, kładą mi ją na brzuchu. Boże jaka ona do mnie podobna! Po wszystkim położna tłumaczy, że akcja porodowa zaczęła się najprawdopodobniej już w sobotę i gdybym nie przyjechała do szpitala to powoli, przez wiele dni rozwarcie postępowałoby małymi kroczkami i mogłabym urodzić w końcu w ...samochodzie.Dzisiaj Michalina jest podobna przede wszystkim do tatusia. Kiedy przypominam sobie tamte chwile to mam ochotę na drugie dziecko. Ale znieczulenia raczej nie wezmę, skoro jestem taka dzielna...
    • Gość edziecko: Anna72 Re: nietypowy początek porodu - długie wyszło... IP: *.* 28.11.02, 22:33
      Nie wiem, czy nietypowy, ale poczytajcie...16 listopada 1999 roku. Termin porodu: 2 grudnia. Siedzę w domku, mąż ma wrócić o 16.00 z pracy, jest godzina 13.30... nic mi się nie chce. No może zupełnie nic, to nie, bo zgłodniałam. Doooobra, zjem sobie rosołku, a drugie danie po drzemce, bo jakoś śpiąco się czuję.... Rosołek pyszny, smakuje jak nigdy :-). Położę się na chwilkę. 10 minut leżenia i mokro. Mokro??!! Przecież czuję, jak chce mi się siusiu, a to leci całkiem bez mojego udziału. Kierunek - ubikacja. Szybkie spojrzenie w głąb muszli...coś jest, tak jakby czop?? A skąd ja mam to wiedzieć, chyba z książek. Łapię podpaski, jakoś chcę się zabezpieczyć przed zalaniem wszystkiego na około. Szybki telefon do męża, nie odbiera, do mamy do pracy - no wiesz, chyba rodzę - ok, bedzie za 5 minut. Ubieram się, łapię torbę. 14.00 jedziemy do szpitala. Izba przyjęć, ja nieśmiało: chyba rodzę. Skierowanie? Nie mam, jeszcze nie dostalam od lekarza, miałam się po nie zgłosić za dwa dni. Kurs na porodówkę na wózku. Badanie przez pana lekarza; syczę. Co pani syczy, za chwilę to będzie bolało jak pani będzie rodzić, nie to co teraz. Jakie rodzić?? Ja mam mieć cesarkę! Dziecko jest położone miednicowo! (informacja po USG sprzed kilku dni) A co pani opowiada - niedowierzajace spojrzenie. Idziemy na USG. Ostatnia moja próba dowiedzenia się o płeć dziecka dotąd nieznaną. Płeć pozostaje niewiadomą. Miała pani rację (jakbym nie wiedziała) - robimy cesarkę. Fajnie. Kiedy pani ostatnio jadła? Godzinę temu, rosół... Śmiech :-). No to czekamy . Do 18.00. OK. Robimy KTG. Bardzo miła położna: proszę bardzo, te piki to skurcze. Taaaaak?? To ja mam skurcze? Miło wiedzieć... Wywiad, podpis. Kiedy brzuch się obniżył? Przecież się nie obniżył! Przynajmniej nie zauważyłam... Dwóch młodych, miłych panów doktorów rozmawia i żartuje, czas szybciej płynie. Przyjeżdża mąż. Łażę po korytarzu, żeby nie słyszeć rodzącej w tym czasie. W między czasie przyjemności ;-) : golenie, lewatywa, prysznic...Praktykantki w akcji :-) .O rany!! Kolega miał dziś do nas przyjść. Telefon - wiesz, musimy odwołać wizytę. Nie, nie...wszystko w porządku, tylko rodzę... Głupia myśl: nie ogladnę JAG"a wieczorem.Coś zaczynam czuć, chyba faktycznie skurcze. 17.25 Szukają mnie. A gdzie się pani podziewa, na salę operacyjną proszę. Ale ja mam jeszcze czas, do 18.00. Zmieniliśmy zdanie, będzie wcześniej. Dobra. Wlekę torbę z rzeczami. A pani to jak na wczasy ;-). A ja tylko zastosowałam się do wszystkich rad ze szkoły rodzenia, typu: lepsza jedna torba niż 5 reklamówek. Kładę się na stole, lekarze robią swoje...zasypiam... Budzę się, pytam tylko czy zdrowe i co mam. Zdrowy, synek. Wystarczy. Najlepsza wiadomość w życiu :-). Znowu śpię. Chwila przebudzenia, na chwilkę dostaję do przytulenia synka. Potem koszmarna noc...16 dni przed terminem 16 listopada 1999 roku o 17.40 chyba trochę z zaskoczenia zostałam mamą Kamilka. 56cm i 3500 :-)szczęścia. Anka.Miłe wspomnienia, mili ludzie i szczęśliwe zakończenie :-) .Zadziwiające, jak wiele błahych szczegółów się pamięta.
    • Gość edziecko: Katasia Re: nietypowy początek porodu IP: *.* 29.11.02, 11:56
      Czytam i czytam te wasze relacje, łzy wzruszenia się pojawiają. Chyba niewiele mogę dodać, też po terminie, też szybko. Termin miałam na 4 sierpnia. Bardzo chciałam urodzić wcześniej, bo i spanie nie wychodziło, i upały męczyły. Z USG wychodził termin na 15 lipca. 1 lipca byłam w przychodzni i pani doktor z położną zgodnie powiedziały, że w ciągu 2 tygodniu urodzę, bo brzuch nisko, głowka wstawiona gdzie trzeba. I ja tak z tym niskim brzuchem, prawie z główką między nogami chodziłam 1,5 miesiąca (to dla dziewczyn, które myślą że zaraz poród się zacznie, bo brzuch "opadł"). Za każdym razem gdy pojawiałam się w przychodni wzbudzałam coraz większy śmiech i zdziwienie położnej i lekarki. O telefonach rodziny i przyjaciół tylko wspomnę, chyba każda z was "po terminie" wie, jakie to jest wkurzające. Robiłam wszystko żeby przyspieszyć, i łażenie po schodach, i seks, i mycie łazienki, i tapetowanie pokoju. Nawet w dziesiątym miesiącu ciąży pomagałam na budowie i wlazłam po drabinie na strop (musiałam zobaczyć, z końcu mój dom budowali!). I nic .... Urodziłam tydzień po terminie. Do szpitala pojechałam rano, ok 7-ej żeby sprawdzić czy wszystko ok, bo coś mnie pobolewało. Dzień wcześniej też mnie bolało, ale przeszło. To chyba już były skurcze, które zaniknęły w szpitalu (potem gdzieś wyczytałam, że tak się zdarza). Miałam rozwarcie na 5 cm i nie puścili mnie już do domu. Dostałam zastrzyk oksytocyny, bo nikt nie wierzył że mam jakieś skurcze. O 9.40 mój synek był na świecie, miesiąc później niż był spodziewany. Pozdrawiam,Katasia
    • Gość edziecko: kasiap. Re: nietypowy pocza˛tek porodu IP: *.* 29.11.02, 16:08
      Moje dwa porody wspominam dobrze, mimo ze lekarze zlekcewazyli moje skurcze. Malo brakowalo a urodzilabym dzieci zupelnie sama... (rodzilam na malym oddzialiku, nie w fabryce)Ta wstretna aparatura dwukrotnie nie wskazywala skurczow. A komu ufa pan doktor? Maszynie, a nie slowom spanikowanej baby. Rodzac Tanie troche na wyrost uparlam sie zostac na porodowce, bo wedlug wskazan maszyny powinnam jeszcze pomieszkac w domciu. Ale jednak warto bylo sie upierac - o 13.30 wrzeszczalam, zeby ktos do mnie przyszedl, bo rodze, przyszla polozna, nakrzyczala na mnie, ze sie wyglupiam i...poszla sobie dalej!!! W powietrze polecialo z moich ust kilka bardzo brzydkich slow - wrocila, sprawdzila i - teraz ona wrzeszczala. Pojawil sie lekarz, zwrocil jej uwage, dlaczego nie zostal wczesniej poinformowany o zaawansowaniu porodu, a ona - ze to nieoczekiwany porod! A ja doskonale wiedzialam ze to juz, ani przez chwile nie watpilam ze sie zaczelo i trwa, ze to juz parte... informowalam o odczuciach polozna (jak sie pojawiala)... a ona i cholerna maszyna nic (tez wierzyla maszyniesmile))).I tak oto nieoczekiwanie dla personelu szpitalnego i wbrew aparaturze pojawila sie o 13.45 moja corka Tatiana.Aleksander tez wyskoczyl jak Filip z konopii - oczywiscie w przekonaniu lekarzy szpitalnych. Tydzien przed porodem poszlam na ostatnie badanie kontrolne do ginekologa, ktory obiecal mi, ze w prosty sposob pomoze mi zrealizowac moje pragnienie urodzenia dziecka jeszcze w 1999 r. Za nic nie chcialam czekac do stycznia 2000! Okazalo sie jednak ze rozwarcie na cztery, wiec co tu przyspieszac! Na swieta mielismy byc juz we czworke. Poradzil, zeby sie spakowac (a ja od miesiaca na walizkach), i uwazac w drodze do domu (mialam daleko - czekala mnie podroz autobusem). I tak we wscieklej niecierpliwosci doczekalam do wigilii.Czwarta rano 24 grudnia. Pierwsze lekkie skurcze, ale wiedzialam, ze to juz. Szosta rano - w szpitalu. Lekarz odeslal Pawla do domu - bo i tak dzisiaj nie urodze. (W ogole nie przyjal do wiadomosci, ze moje slabe skurcze sa bardzo efektywne - pytal sie o poprzedni porod wiec mu powiedzialam jak bylo).Okablowali mnie i kazali troche polezec. Dla maszyny moje skurcze nie istnialy. Polezalam... i znowu wolalam kogokolwiek, bo w wigilie byly wyraznie niedostatki personelu... cicho, glucho, ciemno... i o 10.00 rano Alus przywital swiat w towarzystwie jednej zadyszanej poloznej, biegnacej ile sil w nogach z drugiego konca korytarza.Spodziewalam sie, ze moge rodzic w taki sposob - po prostu zaczynam rodzic i juz, szybko i bez superbolesnych skurczow - tak rodzily wszystkie kobiety w rodzinie mojej mamy. Rekord pobila moja siostra - ma trojke dzieci - pierwsze urodzilo sie na izbie przyjec w pokoju do badan (rozbieraly ja pielegniarki, sama juz nie byla w stanie), z drugim i trzecim na izbe przyjec dojechala w koncowej fazie wypierania dziecka.W ogolnej klasyfikacji rodzinnej ja jestem gdzies przy koncu.Pozdrawiam wszystkie mamyKaska
    • Gość edziecko: AaniaM Re: nietypowy początek porodu-początku nie było wcale IP: *.* 30.11.02, 11:15
      W 37 tygodniu ciąży, moja Pani Doktor kazała mi zgłosić się do szpitala na swój dyżur i ściągnąć szew z szyjki. Po tym krótkim zabiegu miałam w końcu zaznać trochę wolności -od 15 tygodni leżałam. Miał to być piątek. Protestowałam, bo wiadomo, weekend w szpitalu = nuda. Ale oczami wyobraźni już widziałam siebie, buszującą w końcu po sklepach z ciuszkami. Piątek 26.01.2001, odstawiam prochy i ok 16.00 przyjmują mnie na patologię, ściągmy szew, oj chyba pupka przoduje (jeszcze we wtorek była główka). USG potwierdza "pupkę". KTG- Pani Doktor kiwa głową, zrobię Pani CC teraz na moim dyżurze, bo potem nikt o Paną tak nie zadba. I już jadę na porodówkę. Ankiety, cewniki, kroplówki, ubranie, zjawia się mąż, a ja sobie leżę i niezbyt wiem co się dzieje. Pa kochanie... (mąż cały happy, ominął go poród rodzinny) jadę na salę. Znieczulenie; ałaa, w lampie widać jak mnie kroją, tlen płynie przez rurkę w nosie, łzy płyną po policzkach. Miły personel. Wybrała Pani imię, tak;chłopiec Rafał, dziewczynka Justynka. Jestm oszołomiona. Nagle słyszę kwilenie, lekarze: JEST JUSTYNKA, widzę maleństwo, lekarka podaje jej tlen, już lepiej, zabierają ją szybko na badanie, asystuje tata, a ja dalej w szoku, mam córeczkę: śliczną kruszynkę z czarnymi oczkami, całe 2450g, jak to się stało ?, przecież miałam jeszcze pochodzić po sklepach. Chyba zdałam sobie sprawę, z tego co się dzieje dopiero po paru godzinach.Dopiero następnego dnia Pani Dkktor powiedziała mi, że musiała ciąć bo wyniki KTG było złe, mała była 2Xowinięta pepowiną i urodziła się niedotleniona, z 6 pkt, ale wszystko skończyło się dobrze.AaniaM z JustynkąPS. A miałam rodzić szybko, zwięźle i na temat tak jak moja mamaPS 2. Tak marzyłam o lewatywie (po 15 tyg zaparć)
    • Gość edziecko: Dyska_ Re: nietypowy początek porodu - głowa raz w dole raz w górze... IP: *.* 30.11.02, 21:03
      Mój poród rozpoczął się od obrotu dziecka główką ... do góry :eek:Termin wypadał 7.06., a ja, jako że od 27 do 37 tyg. na fenoterolu, bo dzidek sie rwał na świat, byłam przekonana, że urodzę zaraz po odstawieniu prochów. Tak się jednak nie stało. Na przełomie 36 i 37 tyg miałam kontrolne usg i lekarz mówi: "wszystko w porządku, ale złe ułożenie dziecka - pośladki. Są już niewielkie szanse na obrót." Cóż, nasza "wiedza" wyniesiona ze szkoły rodzenia nie przyda się w praktyce. Wyjmą mi dziecko z brzucha i po kłopocie. Może to i lepiej, bo bardzo się boję, że nie dam rady wyprzeć, że przyduszę maleństwo... Po tygodniu poszłam na kontrolę do lekarza i okazało się, że mój skarb zechciał jednak przyjąć pozycję odpowiednią do narodzin naturalnych :hap: Byliśmy z mężem tym faktem bardzo podekscytowani, a on biedaczek chyba troszkę przestraszony, bo już "oswoił się z myślą o cc" ;) "lol: A ja nagle poczułam się pełna sił, że na pewno dam radę urodzić, i chciałam, żeby ta chwila nastąpiła natychmiast. I z tą werwą (z dnia na dzień coraz mniejszą, bo jestem bardzo niecierpliwa) doczekałam do dnia terminu (piątek). Pojechałam do szpitala na ktg i okazało się, że nic - ani rozwarcia, ani skurczy. Cóż, wracam do domciu. Na kolejne ktg proszę przyjechać we wtorek. No to pojechałam. Skurcze jakieś tam, ale bardzo nieregularne, rozwarcie na 3 cm, ale do porodu daleko, główka w dole. Proszę przyjechać w piątek - jak nic się nie będzie działo, to w poniedziałek się panią zajmiemy i najpóźniej w środę dziecko przyjdzie na świat. O rany, dopiero w środę?? A codziennie prosimy Tymcia - uródź się, tęsknimy za Tobą, chodź do nas. Poza tym cos bysmy porobili, nudno, takie czekanie jest dobijające... A on na to tylko się przeciąga i skrobie mamunię w brzuszek :lol: Następnego dnia - środa, 12.06. - Daniel wychodząc do pracy stanowczo powiedział do naszego synka leniwie gmerającego mi w brzuchu: dziś, po moim powrocie jedziemy rodzić. Koniec. Kropka. I buziaczka. I trzymaj się kochana (ale do pewnego momentu :lol: ). Dzionek upłynął mi głownie na czytaniu, spaniu i zajadaniu truskawek. Ok. 17 wróciła małżowinka i po jakiejś pól godzince poprosiłam go, żeby pobiegł kupić mi jescze truskawek, ponieważ jestem od nich uzależniona, a to już ostatnie dni. I mimo, że pół zamrażalnika truskawek, to nie wiadomo iedy musik będe mogła wypić. Posłuszna chłopinka poszła, nie jedząc nawet obiadku, coby spełnić ciążową zachciankę. A ja na siusiu do ubikacji. I tak sobie tam siedząc usłyszałam w sobie "łup" ... I zazczęły sączyć się wody (oczywiście najpierw pomyślałam, że nie trzymaja mi zwieracze ;) ). I pierwszy, nieśmiały skurcz. Była 18.00. W tym momencie wrócił Daniel, więc powiedziałam: "zjedz coś kochanie i jedziemy się spotkać z syneczkiem" :love: Spojrzał na mnie nieprzytomnie, cos bąknął o truskawkach, a ja wzięłam zegarek do łazienki i poszłam pod prysznic, żeby odświeżyć się przed ciężką pracą. Gdy tylko był skurcz, wyglądałam zza zasłonki i ze zdzwieniem notowałam w myślach, że co 3 minuty. To chyba dość często jak na początek porodu. W sumie cieszyłam się, bo byłam przekonana, że szybko się wszystko potoczy i już teraz pewnie rozwarcie jest spore, a wcale mocno nie boli - jakoś tak tylko "ciągnie". 18.20 wyszliśmy z domu. W samochodzie zaczęły się skurcze co 2 minuty i przestało mi juz być tak wesoło. Dotarliśmy do szpitala w jakieś 10 minut (małe miasteczko). Panie położne przygotowały mnie do porodu i kazały iść na salę. Więc ja tup tup na a mną: "gdzie! zajęte!". Zmartwieliśmy. "Miał być rodzinny..." "Już jeden jest! Na ogólną!" Pozwolicie, że nie będę tego "subtelnego" zachowania komentowała, pisała jak się czułam, i co udalo nam się wskurać :( Położyłam się na łóżku porodowym, szerokości dziecięcego łóżeczka, i chyba cokolwiek rozchybotanym. Miałam wrażenie, że za chwilę nie wytrzymam bólu, bardzo chiałam się obrócić na bok, ale groziło to spadnięciem z łóżka. Jakimś cudem (cud - teściowa oddziałowa na oddziale chirurgicznym w tymże szpitalu) udało się wprowadzić męża na salę (za parawanem leżała inna rodząca). Zrobiło mi się o niebo lepiej, bezpieczniej. No i w końcu zjawił się lekarz. Całe szczęście ten, z którym najbardziej chciałam rodzić. "Zbadam panią". Ja: "Między skurczami, dobrze?" ... Rozwarcie na 3 cm (jak dzień wcześniej). Ale złe ułożenie: posladki... robimy cięcie :crazy: Jak to, wczoraj była głowa, a dziś pośladki??? :what: No tak, moje leniwe dziecię postanowiło zostać wyjęte z mamusi :hap: Dalej już wszystko potoczyło się szybko (wg zegarka, bo mi czas ciągnął się niemiłosiernie). Znieczulenie ogólne - przyznaję, z powodu bólu, stersu, stchórzyłam i jak pomyślałam, że będę musiała znieść jeszcze wkłuwanie się w plecy, to się poddałam. Teraz wiem, że był to mój ogromny błąd, bo nie widziałam mojego synka zaraz po urodzeniu :( Jest to dla mnie bardzo przykre :( Najważniejsze jednak, że o 20.25 na świat przyszedł zdrowy, duży (3600, 55 cm) nasz wymarzony chłopaczek i nadał naszemu życiu inny sens, dodał barw i wlał w serca niezbadane pokłady miłości. Tymon Daniel :love: A pierwszy raz przyniesiono mi go ok. 22, jak już byłam pozszywana i wybudzałam się. Nigdy nie zapomnę dotyku jego skóry, jego ciepła, miękkości... I tego, jak popłakiwał gdy położono go przy mnie - poznał mamusię i mówił, że też tęsknił, skarżył się. I znowu się wzruszyłam...Dyśka :)
Pełna wersja