Gość edziecko: sugar
IP: *.*
02.02.03, 20:10
Ano właśnie..porodu bałam się strasznie i już od jakiegoś piątego miesiąca ciąży miałam bardzo dziwne sny. Otóż śniło mi się, że rodziłam moje dziecko w ciągu paru minut i to zupełnie bezboleśnie. Sny czesto wracały i nawet sobie pomyślałam, że pewnie będzie wprost przeciwnie, ciężko. Od końca ósmego miesiąca torbę szpitalną miałam spakowaną, olejki, nie-olejki, przyżądy do masowania plecków, różnego rodzaju cuda niedziwy

...Siódmego stycznia minął dzień wyznaczobego porodu i nic. Mina trochę mi zrzedła. Na wizycie u położnej wyszło na to, że moje ciśnienie jest za wysokie i indukcja została zaplanowana na szesnastego stycznia. Dni mijały i nic. Aż tu nagle nadszedł ten pamiętny dzień, o którym wtedy jeszcze nie wiedziałam

Popołudniu dwunastego stycznia poszłam z mężem na zakupy. Obładowani torbami poszliśmy do kawiarni na tort czekoladowy (ja)

i cappucino bez czekolady (mój mąż). Potem mężuś zaproponował byśmy wzięli taksówkę do domu, ale ja stwierdziłam, że chcę urodzić przed szesnastym więc będziemy wracać na piechotę. W połowie drogi do domu przypomniałam sobie, że nie kupiłam ulubionych ciastek, zostawiłam mężusia na ulicy i sama pobiegłam z powrotem do sklepu. Wróciliśmy do domu i zaczęliśmy oglądać "Przyjaciół". W połowie mówię do męża, że coś mnie ściska w dołku i to coś powracało co 2 minuty, ale były to skurcze bezbolesne, więc nie chciałam sobie robić wielkich nadzieji. Minęła ponad godzina, a mnie coś w brzuchu nadal świdrowało. Mąż mówi "weź Paracetamol to ci przejdzie". Wzięłam i fraktycznie pomogło, ale zaczął mnie niepokoić fakt, że skurcze nadal były lekko wyczówalne i trwały już dobre 2 godziny i powracały już od 2 godzin dokładnie co 2 minuty. Mówię byśmy zadzwonili na porodówkę i się upewnili, że dzidzi to nie szkodzi. Mąż dzwoni, a oni na to by przyjeżdzać. Nie bardzo nam się to uśmiechało, bo zakładaliśmy że pierwsze dziecko będziemy rodzić długo i że to wszytsko to fałszywy alarm. Mąż się jeszce głupio zapytał położnej czy "torbę brać?". Przyjechała taksówka i my się do niej zapakowaliśmy. Taksówkarz nie wiedział, gdzie szpital i zabłądziliśmy w mieście. Mnie zaczął brzuch boleć trochę bardziej i mówię do męża, że jak to nie poród to chyba się wścieknę...Wreszcie dojechaliśmy na porodówkę. Przychodzi lekarz i chce mi wbić kroplówkę w rękę. Ja mu na to, że raczej nie rodzę i by się lepiej wcześniej upewnił, bo nie mam zamiaru cierpieć bez powodu (nie cierpię igieł!!!). Lekarz wyszedł i wrócił po 5 minutach. Mówi do mnie "raczej pani rodzi"....Wbił igłę...aaaaPo dziesiącu minutach przychodzi położna i sprawdza rozwarcie. Ja każę mężowi nie rozpakowywać torby i czekamy na werdykt. Położna mówi - 7 cm, za najpóźniej dwie godzinki będzie po wszystkim

. I zaczęło się.Od tamtej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mąż wpadł w małą panikę, chyba na myśl, że prawie urodziłam mu w domu. Daniel przyszedł na świat trzynastego stycznia, tuż po północy. Moja torba szpitalna nie została z tego wszystkiego nawet rozpakowana. Moje olejki i inne cuda niewidy zostały w nienaruszonym stanie. Wyszło na to, że sobie prawie wyśniłam poród. Co dziwniejsze, nie przypuszczałam, że moje skurcze zacznął się od tych "co dwuminutowych"

Eehh..Przy następnym dzidziusiu, tak jak lekarz powiedział, będę musiała bardzo uważać, by nie urodzić nagle w toalecie.....To może już nie być takie fajne.Pozdrawiamy Magda i Daniel 20 dni - jakiś taki humorzasty dzisiaj