Gość edziecko: Adzia
IP: *.*
03.03.03, 08:25
Dziewczyny kochane...Pamiętacie, że kiedyś, kiedyś pisałyśmy sobie na emamie o małych przyjemnościach...To i ja bym chciała.Mianowicie o tym, że ZACZĘŁAM JEŹDZIĆ NA NARTACH!Pod koniec sezonu, ale dobre i to

Pan mąż, który jeżdżący jest, i chciał mnie namówić - i udało się!W sobotę wybraliśmy się do Leska (Bieszczady). Wypożyczalnia nart - wchodzę i mówię "dzień dobry, chciałam pożyczyć narty" - i zaczynam się panicznie śmiać (no bo tak naprawdę to czego mogłabym chcież w wypoż7yczalni). Facio śmieje sie też i mówi, ż eod początkujących pieniążki chce z góry

- i uprzedza, że do tego trzeba mieć duże samozaparcie. Podchodzę pod wyciąg, siadam i ...spadam z talerzyka. Facet kasujący bilety zbiera mnie do kupy i wsadza na następny talerzyk. Lekko już spanikowana, jadę do góry, trzymając się kurczowo słupka i śpiewając na cały głos "Hotel California" dla dodania sobie otuchy.No, jesteśmy na górce. Mąż patrzy w dół - "Kochanie, a może sobie odepniesz narty i podejdziesz trovchę niżej, tam jest łagodniejszy stok". Co? Ja mam odpinać narty? Never!Dziesięć sekund później leżę rozbita pod drzewkiem

Mąż podnosi mnie i odpina narty. Schodzę w dół i zaczynam jechać.Jadę - gleba, wstaję, jadę - gleba. Tak kilkanaście razy (stok jest krótki). Kurtka puszcza farbę i za każdą przewrotką zostaje na śniegu smuga w kolorze czerwonym albo niebieskim - zależy na którą stronę padam

Na dole mąż - jakis taki zatroskany proponuje "Kochanie, tu jest barek piwny, może sobie pójdziesz posiedzieć". O nie! Zapłaciłam i wyjeżdżę, chociażby mnie mieli składać na pogotowiu

No i słuchajcie - za czwartym razem, nie licząc tego, z epo drodze spadłam z wyciągu - zjechałam bez wywrotek!Wiecie, jakie to cudowne, tak nabierać panowania nad swoim ciałem

Nie licząc małego dyskomfortu ubranowego (dżinsy i rękawice futrzane a la dziadek Marusarz

było super!Tylko że..sezon się kończy, a za rok, jak nam plany wypalą, powinnam być raczej niezdatna do jazdy

Dziewczyny, warto próbować nowych rzeczy! Tylk otrochę wytrwałości i nie bać się!Pozdrawiam, połamana aczkolwiek szczęśliwa Agnieszka