vatum
18.04.07, 16:05
Jakiś rok temu "dobrzy ludzie" donieśli mi, że mój ojciec jest ciężko chory. Nie kontaktowałam się z nim gdzieś z 10 lat, po tym jak w święta usłyszałam od niego parę niemiłych słów. Pomyślałam sobie, że skoro jest chory to jednak się odezwę.
Kilka spotkań, kilka wizyt ale rozmowa się nie kleiła, bo o czym tu gadać. Byliśmy sobie bardzo obcy. I taki marny kontakt był przez ten rok.
W zeszłym tygodniu żona ojca zadzwoniła, że ojciec umiera i żebym przyjechała do szpitala.
Byłam zła, byłam wściekła, bo ja go nigdy nie obchodziłam i gdyby mnie coś się stało to nie wiadomo czy by o tym się dowiedział. I czy by go obeszło.
Płakałam i krzyczałam. Bo nie powinno tak być, że całe życie osobno w totalnym braku miłości a teraz mam coś czuć, mam czuć żal, tę wściekłość i denerwować się tak okropnie.
Pojechałam do niego. Siedziałam pół dnia praktycznie w ciszy. Bo co mam powiedzieć? Nie czuję do niego miłości. Na pewno jest mi strasznie żal, że umiera ale co więcej?...
To był piątek.
W sobotę znów go odwiedziłam, był w tak ciężkim stanie, że było pewne że w nocy umrze. I ten dzień był najgorszy. Doskonale wiedział, że kona i ja wiedziałam i tym więcej ciszy było. Siedziałam przy nim i wzdychałam, wzdychałam, wzdychałam... A on patrzył się na mnie, strasznie się patrzył oczami, z których nic nie można było wyczytać bo zamglone przez morfinę... I nic sobie nie powiedzieliśmy i niczego nie wyjaśniliśmy. Wróciłam do domu rozbita na tysiąc atomów. Już nie wiedziałam nic, i w dalszym ciągu czułam żal, że wplątali mnie w jego śmierć. Bo gdybym dowiedziała się w przyszłości, po fakcie, byłoby inaczej.
W niedzielę umarł. Nie zdążyłam do szpitala żeby się pożegnać. Biegłam, biegłam co tchu. A gdy już byłam u niego i powiedzieli mi że nie zdążyłam to poczułam ulgę. Ogromną ulgę, że nie widziałam jego agonii.
Teraz organizują pogrzeb, dzwonią po znajomych, wybierają mu ubranie, kościół, wieńce a ja siedzę słucham i czuję się jak piąte koło u wozu. Najchętniej bym uciekła. Ale zmieniłabym tylko miejsce a sedno mego lęku, strachu i bólu jest we mnie. Więc płaczę na zmianę ze śmiechem, ze zdziwieniem, że płakałam. I trwam na tej huśtawce uczuć.
I tysiąc myśli w ciągu sekundy. Raz jestem opanowana, zdecydowana a za chwilę ryczę jak dziecko i jak dzieciak co chwilę chcę czegoś innego.
Lada chwila będziemy omawiać spadek. I ja tego nie chcę, bo nie było go w moim życiu tyle lat, że na prawdę nie uważam jego rzeczy za moje. A za chwilę płaczę, bo jak mi dziecko choruje to nie stać mnie na dobrego lekarza i błagam innych o pomoc.
Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że jego żona mi powiedziała, że w sobotę ojciec jej powiedział, że bardzo, bardzo ją kocha.
Jaki udział mam w tym wszystkim?
Wiem, że ojciec nie chciał mnie widzieć w szpitalu bo dzwoniłam do niego, pytałam się kiedy zajrzeć a on nie chciał.
I jestem skołowana tym wszystkim i czuję wiele wiele żalu choć wiem, że nie mogło być inaczej bo gdyby mogło to by było.
Dlatego ludzie nie róbcie choremu przysługi i nie informujcie dzieci, z którymi nie ma kontaktu bo jest to niezręczne dla obu stron. I dla obu stron bardzo bolesne.