agacz2905
15.06.03, 12:09
Wiecie co, mam wielką potrzebę odcięcia się od mojej matki. Tylko czy to się
uda?? Bo to jest trochę tak, że pomoc przy Szymku (typu: zostać z nim czasem,
bo ja wychodzę np. do lekarza) jest mi potrzebna. W środku czuję się
skończonym życiowym nieudacznikem, ciamajdą, fujarą i Bóg wie jeszcze czym.
Nic nie potrafię. Gdyby mój mąż wiedział jaka jestem, to uciekłby ode mnie
przed ślubem. Nie umiem gotować. Źle sprzątam. Mieszkanie mamy małe, nędzna
nora bez balkonu. Ostatnie cztery zdania, jak również tytuł tego postu to
słowa mojej matki. Ale ja też tak o sobie myślę. Wszystkie inne mamy wydają
mi się lepsze ode mnie i bardziej kompetentne. A niech to cholera. Było tak:
W piątek robiliśmy przemeblowanie w mieszkaniu - wersalka szymka została
wyniesiona od nas i podarowana mojej mamie, bo jej łóżko się popsuło.
Przywozili nam ze sklepu nowe: ogromne piętrowe łóżko dla Szymka i trzy
regaliki - wszystkie meble w paczkach, do montażu. W związku z tym mama
zabrała Szymka na cały dzień do siebie, a mąż i ja do roboty. Po wielkich
męczarniach nie wykonaliśmy jednak całego planu - ale łóżko piętrowe i jeden
regał stanął. Czuliśmy się strasznie, ja co prawda tylko pomagałam mężowi,
albo wynosiłam kartony po meblach, ale czułam się źle, było bardzo duszno.
Wieczorem pojechaliśmy po szymka. Ledwo weszliśmy do przedpokoju, a matka już
zaczęła komentować, po czym to ja tak źle wyglądam i czym się tak strasznie
zmęczyłam. Zeźliło mnie to. Chciała jeszcze dać zupę szymkowi na jutro, ja
powiedziałam, ze już jedziemy do domu i zeby nie dawała tej zupy. Wtedy
napadła na mnie, a co ja mu potrafię dać do jedzenia? Powiedziałam, żeby mi
dała spokój, jak nie rozumie, że ktoś może być zmęczony. Owszem, ona na to,
da mi spokój na pewno. I do szymka mówi, ale Cię Szymonku Bóg taką matką
pokarał. Nie wiem po co dostałam potem w samochodzie ataku płaczu i histerii,
tak bardzo chciałabym zapomnieć o mojej matce, o jej istnieniu, skoro ona
całe moje życie tylko podkopuje moją wiarę w siebie (teraz to jej chyba nie
mam), krytykuje, wytyka brak jakichkolwiek umiejętności na każdym kroku, moje
małżeństwo traktuje na zasadzie: trafiło się ślepej kurze (mnie) ziarno, mój
mąż też jest bardzo podejrzany, bo przecież nikt normalny by się ze mną nie
ożenił, zwł. że przed ślubem nie łączyło nas ani współżycie, ani jakiekolwiek
jego konsekwencje (no, to logiczne) - więc decyzji o ślubie nie można zwalić
na zaślepienie, na fascynację seksualną. Dla mnie też mój mąż jest
podejrzany, zamiast szanować i kochać ten skarb jaki mam w domu (no, w tej
chwili na spacerze z Szymkiem), cały czas wydziwiam, krytykuję, wymagam i
powtarzam, że absolutnie sobie nie poradzimy. Resztki mojej osobowości
podpowiadają mi, że lepiej nam wszystkim będzie bez mojej matki w naszym
życiu. Jestem z nią w głupi sposób związana emocjonalnie, ciągle chcę dostać
coś czego mi kiedyś nie dała i już nie da. Na jej słowa do szymka, że Bóg go
mną pokarał, coś we mnie pękło. Oby na długo, najlepiej na zawsze. Pozdrawiam
wszystkich, którzy dotrwali do końca postu. Poryczałam się.