mojego synka Bóg pokarał...

15.06.03, 12:09
Wiecie co, mam wielką potrzebę odcięcia się od mojej matki. Tylko czy to się
uda?? Bo to jest trochę tak, że pomoc przy Szymku (typu: zostać z nim czasem,
bo ja wychodzę np. do lekarza) jest mi potrzebna. W środku czuję się
skończonym życiowym nieudacznikem, ciamajdą, fujarą i Bóg wie jeszcze czym.
Nic nie potrafię. Gdyby mój mąż wiedział jaka jestem, to uciekłby ode mnie
przed ślubem. Nie umiem gotować. Źle sprzątam. Mieszkanie mamy małe, nędzna
nora bez balkonu. Ostatnie cztery zdania, jak również tytuł tego postu to
słowa mojej matki. Ale ja też tak o sobie myślę. Wszystkie inne mamy wydają
mi się lepsze ode mnie i bardziej kompetentne. A niech to cholera. Było tak:
W piątek robiliśmy przemeblowanie w mieszkaniu - wersalka szymka została
wyniesiona od nas i podarowana mojej mamie, bo jej łóżko się popsuło.
Przywozili nam ze sklepu nowe: ogromne piętrowe łóżko dla Szymka i trzy
regaliki - wszystkie meble w paczkach, do montażu. W związku z tym mama
zabrała Szymka na cały dzień do siebie, a mąż i ja do roboty. Po wielkich
męczarniach nie wykonaliśmy jednak całego planu - ale łóżko piętrowe i jeden
regał stanął. Czuliśmy się strasznie, ja co prawda tylko pomagałam mężowi,
albo wynosiłam kartony po meblach, ale czułam się źle, było bardzo duszno.
Wieczorem pojechaliśmy po szymka. Ledwo weszliśmy do przedpokoju, a matka już
zaczęła komentować, po czym to ja tak źle wyglądam i czym się tak strasznie
zmęczyłam. Zeźliło mnie to. Chciała jeszcze dać zupę szymkowi na jutro, ja
powiedziałam, ze już jedziemy do domu i zeby nie dawała tej zupy. Wtedy
napadła na mnie, a co ja mu potrafię dać do jedzenia? Powiedziałam, żeby mi
dała spokój, jak nie rozumie, że ktoś może być zmęczony. Owszem, ona na to,
da mi spokój na pewno. I do szymka mówi, ale Cię Szymonku Bóg taką matką
pokarał. Nie wiem po co dostałam potem w samochodzie ataku płaczu i histerii,
tak bardzo chciałabym zapomnieć o mojej matce, o jej istnieniu, skoro ona
całe moje życie tylko podkopuje moją wiarę w siebie (teraz to jej chyba nie
mam), krytykuje, wytyka brak jakichkolwiek umiejętności na każdym kroku, moje
małżeństwo traktuje na zasadzie: trafiło się ślepej kurze (mnie) ziarno, mój
mąż też jest bardzo podejrzany, bo przecież nikt normalny by się ze mną nie
ożenił, zwł. że przed ślubem nie łączyło nas ani współżycie, ani jakiekolwiek
jego konsekwencje (no, to logiczne) - więc decyzji o ślubie nie można zwalić
na zaślepienie, na fascynację seksualną. Dla mnie też mój mąż jest
podejrzany, zamiast szanować i kochać ten skarb jaki mam w domu (no, w tej
chwili na spacerze z Szymkiem), cały czas wydziwiam, krytykuję, wymagam i
powtarzam, że absolutnie sobie nie poradzimy. Resztki mojej osobowości
podpowiadają mi, że lepiej nam wszystkim będzie bez mojej matki w naszym
życiu. Jestem z nią w głupi sposób związana emocjonalnie, ciągle chcę dostać
coś czego mi kiedyś nie dała i już nie da. Na jej słowa do szymka, że Bóg go
mną pokarał, coś we mnie pękło. Oby na długo, najlepiej na zawsze. Pozdrawiam
wszystkich, którzy dotrwali do końca postu. Poryczałam się.
    • sojanka Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 12:22
      Twoja matka nie jest normalna! To jakiś chory na głowę babsztyl. Nie obraź się,
      ale po przeczytaniu Twojego postu myślę, że kobieta jest nietylko toksyczna ale
      i chora psychicznie.

      Jeżeli jest tak jak piszesz to najlepiej odciąć się od niej zupełnie. Jeżeli
      musisz już skorzystać z jej pomocy to... wysyłaj męża. Niech on odwozi i
      przywozi dziecko, dzwoni do niej żeby się umówić na podrzucenie małego.

      No i stanowczo musisz zacząć walczyć o siebie. Jeżeli jeszcze raz powie Ci
      jakiś przykry tekst ( to do Szymka o pokaraniu przez Boga to już bezczelność)
      powiedz stanowczo: mamo, nie życzę sobie takich tekstów, albo mamo nie pozwalam
      Ci się wtrącać do swojego życia, nie oceniaj mnie itp.
      Jeżeli to nie poskutkuje dodaj: jeżeli nie przestaniesz to... (np. nie będziemy
      się spotykać), a potem się konsekwentnie tego trzymaj.
      Nieźle działa też: tak mamo, oczywiście masz prawo do swojego zdania, ale ja
      mam prawo się z nim nie zgodzić i nie zgadzam się. (zobaczysz jak oczka jej
      staną w słupsmile

      Wiem, że jeśli jej potrzebujesz to będzie trudne, ale z drugiej strony jesli to
      się nie skonczy, będziesz się czuła jak małe nic, bo ta baba podkopuje w Tobie
      wiarę w siebie.

      Swoją drogą jak to jest, że niektore matki są największymi wrogami swoich
      dzieci? I dlaczego?

      Moim zdaniem Twoja matka wyładowuje sobie na tobie jakieś swoje kompleksy i
      frustrację i to nie Ty, lecz ona ma problem!

      Szkoda, że nie jesteś z wrocławia, bo wtedy ja sama mogłabym od czasu do czasu
      zajać się Szymkiem, albo chociaż zabrać Cię do knajpy na kawkę (albo soczeksmile.
      Jesteś bardzo dzielną kobietą i na pewno dasz sobie radę. Życzę Ci więcej
      słonecznych dnismile))
      Mysha
    • sowa_hu_hu Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 12:29
      bardzo Cu współczuje... wiem jak to jest czekać na coś czego sie nie dostało...
      i czego sie juz nie dostanie... zawsze potrzebowalam duzo czułosci ale ani
      moja mama ani tata mi jej nie dali sad nie usłyszałam od mojej mamy czegos
      takiego ale usłyszałam wiele przykrych rzeczy (choć wiem ze mnie kocha i
      pewnie nieraz tego załowała) - tlumacze to sobie tym że jest jej w życiu
      ciezko , że to nerwy... ale często jeszcze zamykam sie w lazience i płacze...
      czsami jak ma dobry dzień przytuli mnie ale zdarza sie to tak rzedko... kiedy
      byłam w ciazy przez większośc tego czasu była dla mnie bardzo kochana -
      wszytsko sie skończyło jak urodziałam dziecko (6 tyg. temu) rzeczywistośc
      wróciła!!! jestem teraz poddawana ciągłej krytyce co do zajmowania sie małym
      (podobno chce mnie w ten sposób czegos nauczyć a moim zdaniem nie potrafi
      dawac dobrych rad...) czuje sie czsami taka rozżalona , czuje sie tak jakby
      mnie nie było... wiem ze teraz najwazniejszy jest mój synek , ale może ja też
      troszeczke....??? bardzo kocham moją mame (rzeklabym ze nawet jestem od niej w
      pewien sposób uzależniona) ale czasami jestem taka wściekła , czsami tak
      bardzo mi przykro - i te uczucia mieszają sie ze sobą co tworzy we mnie
      tykająca bombe... ktora wlasnie od czasu do czasu wybucha płaczem - płaczem
      dziecka.... jeśli chodzi o ocene samej siebie to mam takie dni ze tez myśle ze
      jestem chodząca beznadzieją czasami czuje sie calkiem OK... - mnie to sie
      wydaje ze ze na nie ejst tak do końca dobrze - starsznie nerwowy rocznik ze
      mnie... może zeszłam troche z tematu ale chciałam napisac że chyba potrafie
      zrozumieć jak sie czujesz , a przynajmniej próbuje rozumieć!

      co moge powiedzieć....? trzymaj sie! będzie dobrze...


      pozdrawiam serdecznie
    • majah76 Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 13:01
      Doskonale cię rozumiem!!! Szkoda, ze nie mieszkasz w Krakowie...
      Ja także miałam/mam takie przejścia z mamą. niestety jestem uzależniona od
      pomocy rodziców, córka ma 2 lata, jej tata z nami nie mieszka i od czasu do
      czasu odwiedza. W moim przypadku to zarówno matka, jak i ojciec podkopywali
      moją wiarę w siebie, baaaardzo skutecznie. To był chyba taki sposób na
      wychowanie, dziś się od tego odchodzi... Żeby przypadkiem nie rozpuścić, żeby
      przypadkiem dziecko nie było zbyt dumne, żeby nie miało za bardzo swojego
      zdania, bo to niewygodne... No i teraz myślę o sobie, dokładnie tak, jak to
      określiłaś... Oczywiście znajomi tego nie widzą, bo staram się jak mogę. I to
      bardzo męczące, już nawet o pomocy psychologicznej myślałam (lub
      psychiatrycznej), ale wciąż nie mam czasu. I radzę sobie naprawdę dobrze wink

      Wiesz co u mnie działa??
      Ja sobie właśnie tak powtarzam, że jestem dobrą matką, o wiele lepszą niż moja,
      skoro ona tak mnie wychowała, że w życiu mi bardzo cieżko i każda nowa sytuacja
      napawa lękiem. Ja robię wszystko dokladnie odwrotnie i moja córka już jest inna
      zupełnie niż ja w jej wieku, co mnie ogromnie cieszy i dodaje skrzydeł.
      Powtarzam tez sobie, że pomimo iż jestem sama z Olą, to radzę sobie nieźle, że
      mam znajomych, przyjaciół, którzy mnie bardzo lubią, że mam niezłe warunki
      życia (mogłoby być znacznie gorzej...). Że Ola mnie kocha i ja kocham bardzo
      moją córeczke.

      A od mamy (i ojca) też nie mogę się całkiem odseparować. Moja córka ich
      uwielbia, pomagają finansowo (jakaś konsekwencja tego, że wiecznie mnie
      dołowali, że nic nie umiem, że nie potrafie podejmować ważnych decyzji, np. czy
      iść do pracy i dać Olę do żłobka, czy być na wychowawczym w domku z dzieckiem -
      jak oni mnie krytykowali za to, że zostałam w domu jednak!). To nie jest
      wygoda, jak niektórzy mogą powiedzieć, ja naprawdę panicznie boję się nowego.

      No i tak właśnie matka (i ojciec), która kocha (?) dziecko może mu utrudnić
      skutecznie życie, które przecież i tak lekkie nie jest. Jest to możliwe. Jak
      widać nie jestem jedyna.

      Najlepiej od takich rodziców się odciąć zupełnie. Nie zawsze to możliwe... Moi
      mieszkaja 200 km ode mnie naszczęście, wiec nie jest najgorzej. Chcieli bym z
      nimi zamieszkała z Olą. Brr... O, nie...

      No i jeszcze coś. To uzależnienie emocjonalne, o którym pisała Sowa... Dkładnie
      tak. Paradoksalnie - kocham matkę. I jakoś potrzebuję kontaktu z nią, choć za
      każdym razem się rozczaroeuję... Oj, cieżko...

      Życzę ci, by sytuacja odmieniła się na lepsze, może u ciebie jest to jeszcze
      możliwe, a jak nie to jak najmniej kontaktów, tak jak pisała Sojanka...

      Majka
      • sowa_hu_hu Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 13:11
        Maja ja jestem spod Krakowa - może kiedyś uda nam sie spotkac i pogadać "o
        tym i o tamtym..."?

        pozdrawiam serdecznie
        • majah76 Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 02:13
          Hej Sowo! wink)) Bardzo chętnie!
          mój nr gg: 1633182
          Tylko, że calymi dniami w domu mnie nie ma...
          Nie mogę usiedzieć w miejscu. Szkoda,że samochodu nie mam, odwiedzilabym cię i
          malństwo... Odezwij się na gg lub na skrzynkę gazetową.

          Majka smile
    • plucha32 Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 13:16
      "Chciała jeszcze dać zupę szymkowi na jutro, ja
      powiedziałam, ze już jedziemy do domu i zeby nie dawała tej zupy. Wtedy
      napadła na mnie, a co ja mu potrafię dać do jedzenia? Powiedziałam, żeby mi
      dała spokój, jak nie rozumie, że ktoś może być zmęczony. Owszem, ona na to,
      da mi spokój na pewno. I do szymka mówi, ale Cię Szymonku Bóg taką matką
      pokarał"

      Agacz, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że problem między Tobą a
      mamą jest głębszy, ukryty, a nie jest to, tylko TA, dana sytuacja.
      Jak z tego wybrnąć?
      Na pewno dopóki korzystasz z pomocy mamy (bo jesteś jakby uzależniona od niej),
      nie da się wyjść z tego problemu.
      Mama (możliwe, że nawet nieświadomie) tą zależność wykorzystuje.

      Lusia
    • socka2 Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 15:20
      Agacz, postraj sie odciac (chociaz na jakis czas, tak zeby zobaczyla, ze nie
      jest Ci do szczescia niezbedna)od swojej matki. Nie dzwon ew. nie odbieraj
      telefonow od niej, niech maz sie z nia kontaktuje, odwozi Szymka itp. Ty zajmij
      sie soba i mysl o dzidziusiu - to jest teraz najwazniejsze!!! Nie powinnas sie
      denerwowac, plakac - to przeciez odbija sie na nim sad
      Uwazam, ze mialas prawo byc zmeczona, padac na twarz i nie miec na nic wiecej
      sily po dniu ciezkiej pracy. Tym bardziej, ze jestes w tak wysokiej ciazy!!!
      Badz silna, trzymaj sie i mysl pozytywnie!!! Trzymamy za Was kciuki, za Ciebie,
      Szymka, Dzieciatko i Twojego meza smile))
      Pozdrawiamy Ania i Paula (5.1.2003)
    • mama_madzia Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 19:32
      Ago! Wiesz, że mam podobne problemy i czasem nie umiem sobie z nimi
      konstruktywnie radzić (pisałam o tym), więc pewnie nie jestem kompetentną
      osobą do udzielania rad w takich sprawach. Ale rozumiem twój ból.

      Myślę, że najlepszą rzeczą, którą możesz zrobić jest pogodzenie się z tym, że
      nie otrzymasz od mamy tego, czego pragnie każde dziecko - bezwarunkowej
      miłości i zrozumienia. Może gdy przestaniesz się tym łudzić, nie będziesz
      doznawać za każdym razem takiego rozgoryczenia.
      I nie pozwalaj się poniżać - powiedz swojej mamie wprost, że to, co mówi,
      brzmi jak słowa najgorszego wroga, a nie matki. Rozpłacz się przy niej zamiast
      dusić wszystko w sobie i powiedz, że gdyby cię naprawdę kochała, nie mówiłaby
      tak do ciebie. Może to jej coś uświadomi? Jeśli nie - postaw sprawę na ostrzu
      noża: zagroź zerwaniem kontaktów. A póki co, ogranicz wzajemne kontakty do
      minimum, zawieź jej wnuka do popilnowania i tyle. Powiedz, że nie chcesz od
      niej niczego, żadnych zupek itp., bo sobie świetnie radzisz - a to, czy umiesz
      gotować czy nie, to nie jej sprawa. I KATEGORYCZNIE ZABROŃ podważania przy
      dziecku twojego autorytetu!!! Mówienie, że Bóg pokarał Szymka taką mamą to
      podłość! Powiedziałabym jej to prosto w twarz. A może tak twój mąż stanąłby w
      twojej obronie? Zobaczyłaby, że nie ma żartów, że jest was dwoje przeciwko jej
      jednej, że stanowicie zgraną całość, że się wzajemnie wspieracie.

      Może jeśli będziesz jej konsekwentnie unikać i nie pozwalać na ataki na
      siebie, grożąc jej zerwaniem wszelkich kontaktów z wnukiem (a niedługo z
      wnukami), to kobieta się wreszcie opamięta.
      A poza tym ciesz się ze swojego męża, postaraj się go docenić (wiem, że to
      bywa trudne, bo sama - wzorem mojej matki- jestem zrzędą; ale wiem, że MUSZĘ
      to zmienić - inaczej powielę schemat małżeństwa moich rodziców brr..)

      Nie wiem, czy skorzystasz z tych rad, czy w twojej sytuacji one pomogą. Ja bym
      tak postąpiła - atakiem na atak, bo została przekroczona pewna granica. I
      maksymalny dystans. A przede wszystkim skończyć ze złudzeniami, nie oczekiwać
      za wiele, choćby przez chwilę wydawało się, że coś się zmienia na lepsze.

      Agnieszko, postaraj się patrzeć z wiarą w przyszłość. To nie prawda, że jesteś
      złą matką, na pewno jesteś sto razy (albo i więcej) lepsza od swojej matki. I
      możesz stworzyć wspaniałą rodzinę. Porozmawiaj o swoich kompleksach i
      wewnętrznych rozterkach z mężem. Może w nim znajdziesz oparcie.
      Nie przejmuj się, nie denerwuj. Jeśli masz czas posłuchaj jakiejś relaksującej
      muzyki, poczytaj coś (polecam P. Coelho na wzrost optymizmu).
      Życzę ci wszystkiego najlepszego.
      Magda
    • paulina.p-m Re: mojego synka Bóg pokarał... 15.06.03, 23:47
      Cześć Aga,

      Łatwo powiedzieć "nie daj się"... gorzej z wykonaniem... Brakiem wiary i
      zaufania w Twoje siły byłaś chyba "częstowana" od dzieciństwa...? Czy zmieniło
      się z dnia na dzień (raczej mało prawdopodobne, skoro piszesz, ze czujesz się
      niudacznikiem itd....)?

      Jedynym wyjściem jest uniezależnić się psychicznie od opinii mamy (bo jej
      samej raczej nie zmienisz). Jak? Np. poprzez terapię psychologiczną. To jednak
      proces długotrwały i raczej nie polecam przed sierpniem (nieuniknione
      rozgrzebywanie problemu i stres z tym związany).

      Na razie spróbuj poczytac sobie ksiązkę Susan Forward "Toksyczni rodzice"
      (chyba, ze zauważysz, ze za bardzo Cię "kopie" - to po porodzie). Kolejna
      lekturka, to "Dobra Miłość" Eichelbergera, Samsona i Sosnowskiej (ostatniego
      nazwiska nie jestem w 100% pewna).

      Staraj się nie stresować (he he...), ale jeżeli już, to płacz! To
      korzystniejsze, niż duszenie problemu w sobie (własnego organizmu i Maleństwa
      w ten sposób nie osukasz, a i Szymek wyczuje, co jest grane). Mam nadzieję, że
      masz oparcie w mężu? Jeżeli nie, to może w zaufanej koleżance / przyjaciółce?
      Potrzebujesz teraz kogoś do "ocierania łez" i to żadna hańba (cała sytuacja
      plus hormony ciązowe....)

      I jeszcze jedno: skąd twoja mama zna Boże intencje? Prorokini, czy co? Chyba,
      ze czegoś nie rozumiem... Acha! W mieszkaniu bez balkonu da się żyć.
      Naprawdę wink.

      Życzę Ci skutecznego odcięcia (odgryzienia, jeżeli trzeba) krępującej Cię
      pępowiny. Będzie bolało, ale w końcu się zagoi. To, co jest teraz nie ma szans
      się zagoić, bo... ropieje. Czy zerwanie kontaktów jest do tego konieczne? Nie
      wiem. Może na jakiś czas? Może ich ograniczenie? Cokolwiek jest dobre DLA
      CIEBIE.

      Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki!

      Paula
      również "sierpniówka" smile
      nieumiejąca gotować
      od miesiąca niesprzątająca (nakaz leżenia aż do porodu)
      bez własnego mieszkania
      borykająca się od kilku lat z "zatrutą" przeszłością (dlatego tak się mądrzę)
      ale
      szczęsliwa mężatka i wkrótce mama.

      PS. Gdybyś potrzebowała "odgromnika" - pisz na: paulap@interia.pl.
    • mamamonika Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 11:06
      Cześć, Aga

      Przeczytałam Twój post i na pewno nie zobaczyłam w nim życiowej ciamajdy, ale
      bardzo sympatyczną, energiczną dziewczynę z dzidziusiem pod ręką i pod
      sercem wink Masz swoją rodzinę, na szczęście oddzielne mieszkanie, swoje życie.
      W tej chwili jestem pewna, że ona bardziej potrzebuje Ciebie i Twoich
      dzieciaków, niż Ty jej. Wiele dziewczyn tutaj pisało o więzi, która nie
      pozwala oderwać się od krzywdzącej i zatruwajacej powoli osoby, o oczekiwaniu
      na miłość. Myślę, że jest szansa na prawdziwą miłość ze strony Twojej mamy,
      ale dopiero wtedy, jak nabierze do Ciebie szacunku i zobaczy w Tobie dorosłą
      kobietę. Chyba rację mają dziewczyny, które mówią o ograniczeniu kontaktów -
      mi jakoś nic mądrzejszego do głowy nie przychodzi. Twoja mama działa niestety
      jak trucizna, a nie masz ochoty chyba co rano na kanapkę z arszenikiem - już
      sama zaczynasz wierzyć w to co mówi. Może ona nie zdaje sobie sprawy, jak
      bardzo Cię krzywdzi - spróbuj może po jakimś czasie napisać do niej list,
      opisać co czujesz i na co sobie nie pozwalasz z jej strony. Nie wiem, czy
      starczyłoby Ci hartu ducha i opanowania, żeby z nią porozmawiać oko w oko.

      Może się zmieni, może nie - niektórzy ludzie niestety są niereformowalni i
      każda próba rozmowy jeszcze bardziej zamyka ich w swojej skorupie i utwierdza
      w tym, że to oni mają rację, a cała reszta sie myli.Może nie będzie między
      Wami nigdy szczerej i dobrej relacji (niestety), ale jest szansa, że
      doprowadzicie do takich stosunków, które nie będą niszczące.

      Trzymaj się cieplutko, Twoje dziecko dostało nie karę, a gwiazdkę z nieba

      Monika
    • iwwo1 Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 11:29
      CZeść Kochany Agaczku
      pamietam Twoje posty o mamie na starym e-dziecku i chyba nie będę orginalana
      ale powtórzę za dziewczynami "musisz ją od siebie odsunąć "

      Pomyśl jeśli mówi takie rzeczy małemu przy Tobie co robi gdy Cię nie ma ?
      Ja nie popłakałbym sie w samochodzie tylko ostro powiedziała jej ze nie zyczę
      sobie takiego zachowania i takich uwag w kierunku moim -do mojego dziecka

      Powiedziałabym "Szymeczku ,to nieprawda babcia mówi głupoty ,nie wierz jej "
      Bo to jest NIEPRAWDA

      Jesteś dzielna kobietą ,kochasz swoje dziecko meza i to jest najważniejsze ,w
      zyciu nie liczy się to co sie ma ale to jakim jest sie człowiekiem !

      A ona w podły sposób wykorzystuje nad Toba swoją przewage -jest pozornie
      silniejsza ,ale myślę ze jej siła bierze sie z tego ze nie reagujesz ,ze owszem
      jest ci przykro ale się jej nie sprzeciwiasz .

      Kochanie wiem z eto bardzo trudną ale musisz to uciać -dla swojego dobra

      Twoja wartosć nie jest zależna od jej opini na TWój temat -pamiętaj o tym !!!!

      Zadzwoń do niej i powiedz że jeśli cie nie przeprosi nie bedziesz jej odwiedzać
      i zrób tak niech wie ze nie mozna nikim pomiatać

      Trzymam za Ciebie kciuki

      IWo

    • mama_wiktora Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 12:00
      Nawiazujac do wypowiedzi Pauli - "Dobra Milosc" godna polecenia... Sama sie tym
      leczylam...

      Moja zmora jest ojciec. Pepowina nie odcieta w ogole, nadal sie boje w ogole
      zaprotestowac, sprzeciwic, wszystko robie zle chocbym sobie zyly wypruwala, to
      wtedy tez zle, bo powinnam sie zdecydowac co w zyciu chce, a nie wszystko na
      raz...
      Unikam takich gadek, tylko awaryjnie przypominam, ze w sprawach dziecka ja
      rzadze ( moj ojciec od kiedy zajmuje sie malym nagle stal sie w tej dziedzinie
      ekspertem ). Dziecko musi wiedziec kto jest rodzicem i kto jest najwazniejszy.
      Wczesniej mialam takie doly jak i ty, teraz otaczam sie tylko takimi ludzmi
      ktorzy mi slodza (ha, ha) i uwierzylam ze nie jestem beznadziejna.
      Napisz na priv (mama_wiktora@interia.pl), a moze mieszkasz gdzies w poblizu...
      pozdrawiam
      gosiek
      • e.beata Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 12:29
        > Dla mnie też mój mąż jest podejrzany, zamiast szanować i kochać ten skarb
        jaki mam w domu (no, w tej chwili na spacerze z Szymkiem), cały czas wydziwiam,
        krytykuję, wymagam i powtarzam, że absolutnie sobie nie poradzimy.


        ...i zacznij chwalić męża. Nie kopiuj swojej mamy smile.
    • mama_madzia Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 14:42
      A ja dodam jeszcze, że także czytałam "Dobrą miłość" i owszem, polecam ją jako
      poradnik o wychowaniu, ale bardzo mnie zdołowała, przywołując obraz mojego
      dzieciństwa i chorych rodzinnych relacji. Za to ogromnie podniosła mnie na
      duchu powieść Terakowskiej "Ono" - nadzieja, że można wydobyć się z tego bagna
      i marazmu, w którym dane nam było się wychować, i zacząć coś nowego, pięknego
      i prawdziwego, a związane to jest z oczekiwaniem na narodziny dziecka...
      Jeszcze raz pozdrawiam gorąco.
      Mam nadzieję, że czujesz się dziś już trochę lepiej.
      Magda
    • agacz2905 Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 14:58
      Bardzo Wam dziewczyny dziękuję, przeczytałam wszystkie dotychczasowe odpowiedzi
      na mój wczorajszy post. Dziś czuję się tak-sobie... Najlepszym sposobem na
      chandrę dziś było ugotowanie dziecku tego co potrafię i co dziecko choć trochę
      zjeść zechciało, hehe smile Z mamą nie mam kontaktu od tamtego feralnego piątku
      wieczorem, i chyba dobrze. Nie umiem i nie chcę z nią gadać, kiedyś próbowałam,
      ładnych kilka lat temu, ona to w jednym przypadku wyśmiała, w jednym obarczyła
      strasznym poczuciem winy za to co napisałam (a napisałam kiedyś za radą
      psychologa jak się czuję, gdy ona to i tamto...). Według moich doświadczeń
      komunikowanie się z moją mamą jest bez sensu. Wcale nie jestem od niej
      zależna "technicznie" - ona opiekuje się Szymkiem naprawdę rzadko, w ten piątek
      dziecko pierwszy raz w życiu było u niej od rana do wieczora. Nadal nie bardzo
      wiem co robić, niewątpliwie nie umiem zerwać psychicznej pępowiny i z tym mi
      tak źle. Wolę chyba być sama z dwójką dzieci, niż przyjmować "pomoc"
      (okazjonalną zresztą, moja mama pracuje w godz. 14-20 mniej więcej, prawie
      codziennie) suto okraszoną krytyką, dezaprobatą i idiotycznymi komentarzami.
      Bardzo, bardzo chciałabym przestać o niej myśleć w ogóle. Niech sobie żyje i da
      żyć mnie. Oczywiście nie popełniła żadnego przestępstwa, po prostu po raz n-ty
      potwierdziła słownie swój stosunek do mnie i podsumowała mnie jako matkę. Ale
      zabolało bardzo. A podobno to ja wszystkim psuję nerwy (jej słowa). Szkoda
      tylko, że mam chore nogi i fizycznie nie mogę chodzić z Szymkiem na spacery, o
      dwójce maluchów nawetnie myślę. Wtedy naprawdę byłabym niezależna, przynajmniej
      w sensie techniczno - fizycznym.... sad Pozdrawiam Was
      Agnieszka
    • asia-ch Re: mojego synka Bóg pokarał... 16.06.03, 16:00
      Ja życzę Ci, żebyś uwierzyła ,ze jesteś cudowna , jedyną, i njalepszą mama dla
      swojego dziecka i żona dla męża.
      Musisz mieć w sobie ten optymizm, która pozwala żyć i cieszyc się każdą chwilą.
      A mamie powiedz, ze nie może tak mówić do twojego synka i należy ci się
      szacunek od niej, jak równiez odwrotnie.
      Może kiedys wszystko sie ułoży.
      Asia
      • humcajs Re: mojego synka Bóg pokarał... 21.06.03, 18:04
        Cześć,
        Naprawdę ze zrozumieniam czytałam twój list, a także ze współczuciem. Musiałaś
        czuć się nie kochana i nieakceptowana przez całe swoje życie. Dlatego teraz
        nadal Ci sie wydaje, że nikt Cie nie kocha, ani mama, ani mąż, ani Szymek.
        zachęcam Cię, żebyś spróbowała poszukać pomocy. Nie wiem gdzie mieszkasz, w
        jakim mieście, ale jeżeli na Śląsku to może mogłybyśmy się spotkać.
        Obraz siebie jaki przekazała Ci kochana Twoja mamusia, cały czas tkwi w Tobie i
        dlatego tak sie czujesz. Ale możesz to zmienić. Pamiętaj, że gdyby twój mąż Cię
        nie kochał to by z Toba nie był. Mały tez Cię kocha, mama jest zawsze
        najwazniejsza, szczególnie dla tak małego dziecka. Nie wiem czy masz
        przyjaciół, jeśli tak, to przecież tez są to osoby, które Cię lubią i cenią.
        Spróbuj każdego dnia pomyśleć o tym co zrobiłaś dobrze, nie o tym co źle i
        trzymaj się tego. Nie zagłębiaj się w czarnych myślach, nie myśl o swoich
        brakach. Każdy je ma, wierz mi, nie ma ludzi doskonałych. Jesteś normalnym
        człowiekiem, TAKIM SAMYM jak każdy, cennym i wartosciowym dla innych.
        Mnie też było ciężko w dzieciństwie i młodości, bo moi rodzice po prostu sie
        mną nie interesowali, byłam poza ich życiem. Rosłam jak sierota, bez miłości.
        To jest patologiczna sytuacja i nie możesz sibie za to obwiniać, że Twoja matka
        ma głębokie problemy emocjonalne. Ale Ty możesz z tego wyjść, masz rodzinę,
        masz dziecko. Wierz mi, życie jest piękne. Jeszcze raz powtarzam, koncentruj
        sie na tym co dobre, z całej siły, będzie lepiej.
        Acha, a z mamą ograniczyłabym kontakty, o ile to możliwe, spotykaj się tylko
        wtedy jak będziesz się czuła na tyle silna, aby znieść jej oskarżenia.
        Jolka
    • marlena_w Re: mojego synka Bóg pokarał... 21.06.03, 19:35
      Mam taką samą mamę, jak Ty - Agnieszko.

      Rok temu, po urodzeniu mojej córeczki, coś we mnie pękło. Nie potrafiłam już
      dłużej wysłuchiwać wiecznej krytyki, nie byłam w stanie spokojnie znosić
      ciągłego upadlania mnie... Zerwałam z Nią wszelkie kontakty, nie rozmawiam z
      Nią, choć mieszka "za płotem".

      Czy jest mi lepiej?

      Plusem jest to, że nie słyszę jej bezustannej krytyki i cieszę się, że nie
      będzie tego słyszało moje dziecko.
      Ale noszę w sobie wielki ciężar, rozdrapane i niegojące się rany. Poczucie, że
      jestem zerem będzie mi chyba towarzyszyło do końca życia.

      Może ktoś z podobnymi doświadczeniami napisze do mnie?

      Mail: marlena10@wp.pl
    • lolyta Re: mojego synka Bóg pokarał... 21.06.03, 19:49
      Bylam podobnie krytykowana przez mojego ojca. Przy kazdym spotkaniu byl w
      stanie doprowadzic mnie do placzu. Nie mogl mi darowac niczego: ze zerwalam z
      pewnym typem, ktorego on bardzo lubil (typ byl wyjatkowo toksyczny ale bardzo
      staral sie miec cala moja rodzine po swojej stronie i udalo mu sie to) - przez
      pare lat slyszalam: jestes juz stara (mialam 26 lat), musisz zaczac myslec,
      wyjsc za maz, sama nie dasz rady, kiedy mowilam ze nie czuje sie staro
      slyszalam "moze sie nie czujesz, ale musisz sobie uswiadomic, ze jestes", ze
      remont ktory zrobilam w mieszkaniu byl bez sensu i nieprzemyslany (no,
      osmielilam sie wyrzucic 30-letnia szafe wnekowa zrobiona przez poprzedniego
      lokatora z plyty pazdzierzowej, no taka dobra szafa), generalnie kazda moja
      decyzja byla zla. Przy kazdym wiekszym spotkaniu rodzinnym, przy babciach i
      ciociach wysluchiwalam na forum, co spieprzylam jego zdaniem w swoim zyciu.
      Ktoregos pieknego dnia nie wytrzymalam i powiedzialam powoli i wyraznie cos w
      rodzaju: "Zamknij sie. Zamknij sie natychmiast albo juz nigdy mnie nie
      zobaczysz." I poskutkowalo.
      • burza4 Re: mojego synka Bóg pokarał... 23.06.03, 20:37
        Czasem nie da się inaczej, jak bardzo ostro. Mojej mamie naprawdę dużo brakuje
        do takiego obrazu, ale też miewała "wejścia". Np. potrafiła przy moim dziecu
        powiedzieć "zawsze chciałabyś się jej pozbyć" - to był komentarz do planowanej
        wizyty małej u mojego byłego (po naszym rozwodzie bardzo jej się nie podobało,
        że pozwalam na kontakty dziecka z ojcem). Zwróciłam uwagę raz, nie pomogło na
        długo. Przy kolejnym tego typu tekście eksplodowałam. Krótko mówiąc, przy
        użyciu słów ogólnie uznanych za obelżywe, wyjaśniłam, że może sobie myśleć, co
        jej się żywnie podoba, ale ja te opinie mam głęboko w ... i nie życzę sobie
        tego słuchać. A tym bardziej w obecności dziecka. Mamie odjęło mowę, obraziła
        się oczywiście, ale szybko jej przeszło. W dodatku potem wysypała się, że
        poskarżyła się psiapsiółce opowiadając tę historię i tamta jej jeszcze dołożyła
        bo stwierdziła, że miałam świętą rację. Przeszło jak ręką odjął.

        A nawiasem mówiąc do autorki wątku - masz bardzo silny atut w ręku w postaci
        wnuka - i nie tylko ty potrzebujesz matki ze względu na dziecko, ale i matka
        potrzebuje was. Nie daj sobą pomiatać, podejrzewam, że jej o wiele trudniej
        byłoby rozstać się z wnuczkiem niż tobie zrezygnować z jej pomocy.
        Trzymajcie się
    • anastazja2003 mojego też 30.06.03, 19:14
      Jestem w szoku!!!Mam b. podobną sytuację z mamą, tylko ze ja jestem od niej
      całkowicie uzależniona-mieszkaniowo, finansowo...sad((( Sama wychowuję synka,
      studiuję zaocznie, wiec w weekendy mama sie nim zajmuje.Mieszkamy z rodzicami.
      nie stac mnie wiec na to zeby sie z domu wyprowadzić, za studia tez płaca
      rodzice. Czekają mnie jeszcze przynajmniej 4 lata takiego zycia, w ogóle sobie
      tego nie wyobrazam,zdaję sobie sprawe jak matka mnie niszczy, jak niszczy mnie
      atmosfera tego domu, czuję sie beznadziejna. Mama ostatnio powiedziała ze tak
      właściwie to ja sie do niczego się nie nadaję, i ona nie wie czy ja
      kiedykolwiek sama sobie poradze w zyciu.Jak cos żle odstawie, nie wyniose po
      sobie talerza, nie posprzatam zabawek po synku-momentalnie zaczyna wyzywać i
      kaze mi natychmiast to zrobic a jak nie to moge zawsze wyp........ z tego domu.
      Powinnam sie cieszyć ze mam co jesc i dach nad głowa. Krytykuje kazdy mój
      ruch.Moje zmęczenie, zły nastrój jest dowodem na to jaka jestem beznadziejna-
      cały dzień snuję się po domu i nawet nie posprzątane.Kaszka nie wstawiona do
      szafki, znowu rozsypana na blacie,dlaczego go dziś nie wykąpałaś?, czy ty mu w
      ogóle dajesz cos do jedzenia??na pewno nie-wracasz ze spaceru-sama zjadasz,
      jemu nic nie dasz-chodz Grześ babcia da ci jesć bo ta mama Cię głodzi. Ty się
      do niczego nie nadajesz-umiesz tylko śrupać(w języku mojej mamy tzn uczyc sie)
      i zajmować dzieckiem choć i to nie zawsze Ci wychodzi.Boze, jaka ty jestes
      bezmyslna, niezaradna...Kupiłam mu deserek z jabłkami-ja na to-ze on jest chyba
      na jabłka uczulony-ona na to-będziesz zarabiać to sama będziesz decydować o tym
      co kupisz. Ja zarabiam, ja decyduję.I tak- decyduje-o wszystkim.A o tym jak
      bardzo jestem do niczego i ze to ona trzyma kasę wiec ona decyduje słysze pare
      razy dziennie, Juz teraz wiem ze synek kiedy tylko zacznie wiecej rozumieć, nie
      bedzie miał do mnie zadnego szacunku... Czuję sie jak intruz i do tego jestem
      tak beznadziejna ze sama sobie nigdy nie poradzę.Ciągle wypomina mi to że
      wybrałam faceta najgoszego z mozliwych na ojca dla mojego dziecka, jak
      skrytykuję jakiegoś faceta, czyjegoś męża to dogryza-ty za to lepiej wybrałaś,
      ty za to nie masz nikogo, z takim charakterem to ty nigdy nie znajdziesz męza,
      nawet gotować i sprzatać porządnie nie umiesz. Przepraszam ze tak sie
      dołaczyłam do Twojego postu Agacz. Myslałam ze to tylko ja mam taka
      mamę.Zazdroszcze Ci ze nie musisz z mamą mieszkać, nie jestes od niej zalezna.
      Będzie Ci łatwiej sie z tego wyzwolić. Mi po 4, czy 5 latach w takiej
      atmosferze bedzie potrzebna porządna terapia, juz czuję że jest mi
      potrzebna.Gorzej ze synek nie bedzie mnie w ogóle szanował, bo zdanie babci
      jest swięte. Mamę zawsze mozna zmieszać z błotem-tak sobie będzie myślał. Boję
      się że tego juz się nie da odwrócić..., ze będę dla niego jak starsza siostra-
      jak zrobie cos nie po jego myśli, zawsze bedzie można pobiec do babci i
      poskarżyć,że mama była niegrzeczna.


      Anastazja
      • agacz2905 Re: mojego też 30.06.03, 22:52
        Droga Anastazjo
        Nie przepraszaj, że się dopisałaś - po to jest to forum. Też jestem trochę w
        szoku....Fakt, lepiej mieć własne mieszkanie, "własnego" męża, własną pracę -
        niż być na tyle sposobów zależną od mamy, jak jesteś Ty. Myślę, że jesteś
        ładnych parę lat młodsza ode mnie - ja mam 29 lat i wszystko tak jakoś było u
        mnie w miarę "po kolei", tj. najpierw skończyłam studia, potem poznałam męża i
        za niego 4 lata temu wyszłam....potem zaczęłam go naciskać, żeby kupić własne
        mieszkanie (początkowo mieszkaliśmy w jego służbowej garsonierze). Potem
        zaszłam w ciążę, urodził się Szymek, za mniej więcej miesiąc urodzi się drugie
        dziecko. Ale gdzieś w tym wszystkim zawsze przewijała się i przewija postać
        mojej mamy. Kiedyś były to teksty typu "Jak będziesz mieć własne mieszkanie
        (pieniądze, dzieci, rodzinę...etc.)to będziesz robić po swojemu...dopóki
        mieszkasz u mnie, masz robić to i tamto". Teraz niestety niewiele się zmieniło,
        choć teksty z konieczności są już innej treści - np. coś w stylu tytułu tego
        wątku, zarzuty, że nie umiem karmić Szymka, fatalnie go ubieram, kupuję nie
        takie ciuchy, buty (za drogie - endo, bartki), ona by za te same
        pieniądze...hohoho. I wiesz, mimo że to moje pieniądze, moje dziecko, moje
        mieszkanie (mama w żaden sposób nie przyczyniła się do jego zakupu, żeby była
        jasność) to bardzo niezręcznie byłoby mi powiedzieć jej coś w stylu odczep się.
        Nie wiem co to jest, ale przez gardło by mi nie przeszło. Zgadza się, nie ma
        zależności mieszkaniowo-finansowej (owszem, moja mama kupuje wnuczkowi ciuszki,
        przytulanki, soczki - ale nie musi) - ale jest zależność inna. Emocjonalna,
        psychiczna?? Nawet się nie łudź, że np. gdybyś nagle zdobyła własny kąt i
        środki na utrzymanie - więź zniknie. U mnie już teraz dochodzi
        zależność "pomocowa" - niania odeszła, forsy coraz mniej, ja w ciąży i
        niepełnosprawna. Mama wpada zabrać Szymka na spacerek i "muszę wysłuchiwać" smile)
        mniej więcej to co Ty od swojej mamy. Osobiście, kiedy przyjdzie na to
        czas, "piszę się" na psychoterapię. Trzeba próbować określić, kim jesteś Ty dla
        samej siebie, w oderwaniu od opinii mamy na Twój temat. Nie mam na dziś innej
        recepty na tak niszczęce układy rodzinne - tylko pomoc fachowca - psychologa
        lub
        jeśli trzeba lekarza psychiatry. Serio. Życzę sił, pogody ducha i znalezienia
        jakiegoś rozwiazania tego problemu. jesteś to winna choćby synkowi, no i
        oczywiście....sobie samej. Pozdrawiam.
        Agnieszka
        • stynka2 Re: Do Anastazji 01.07.03, 15:05
          Anastazjo, pierwsze co mi się nasuwa na myśl po przeczytaniu Twojego postu, to
          ogromna bezradność i brak jakiejkolwiek inicjatywy mającej na celu zmianę
          losu. Z Twoich słów wynika, że siebie nie szanujesz, masz o sobie bardzo złe
          zdanie, więc nie dziw się, że Twoja matka i być może inni tak Cię postrzegają.
          Nie ma sytuacji bez wyjścia, naprawdę.
          Nie jest prawdą, że jeżeli się wyprowdzisz to i tak będziesz psychicznie
          uzależniona od matki - to naprawdę zależy od Twojej postawy, tylko Ty sama
          możesz to zmienić. Ja byłam w podobnej sytuacji, napiszę Ci parę słów o tym,
          może trochę pomogę.
          Moja matka była i jest osobą bardzo oschłą, nigdy nie usłyszałam od niej
          dobrego słowa. Moje dzieciństwo to był koszmar. Pamiętam był taki okres, kiedy
          ja i moich dwóch braci zostaliśmy na 3 lata bez ojca (był w USA). Matka nie
          mogła sobie poradzić, zaczęła pić. Pamiętam jak nie mieliśmy co jeść, tłukła
          nas, starszy brat też dokładał swoje mi i młodszemu. Baliśmy się komukolwiek
          powiedzieć, bo nas straszyła, że jak komuś się wygadamy to tata do nas nie
          wróci. Ponieważ na zewnątrz byliśmy normalną rodziną, a ona szanowaną Panią
          księgową, bardzo długo nikt o niczym nie wiedział. Dopiero po 3 latach dziadek
          się czegoś domyślił i ściągnął ojca z powrotem. Od tej pory ona nie pije, był
          to już później temat tabu, niby wszystko wróciło do normy. Ale ja nigdy nie
          zapomnę jak nas traktowała, np. wyrzuciła mojego psa przez balkon, rzucała w
          nas słoikami, wyzywała, itp. Późniejsze kontakty z nią też były fatalne, gdyż
          ta osoba, na zewnątrz całkowicie normalna, cały czas uświadamiała mi jakie to
          jestem zero, głupie, brzydkie, grube i że najlepiej by było żebym zdechła i że
          mnie nienawidzi. I oczywiście tak się zachowywała. Uczucia okazywała tylko
          mojemu młodszemu bratu. Sama się sobie dziwię, że tak długo wytrzymałam. Ale
          bunt we mnie narastał i w końcu wybuchłam. W wieku 24 lat (za późno)
          wyprowdziłam się z domu, miałam w kieszeni 400 zl i wynajęty pokoik u pewnej
          pani w podwarszawskim miasteczku. No cóż, na początku było bardzo ciężko, ale
          znalazłam dobrą pracę, dzięki której naprawdę uwierzyłam w siebie i w końcu
          poczułam, że żyję. Podobnie jak Ty studiowałam zaocznie i jednocześnie
          pracowałam. Z jedną różnicą - nie miałam dziecka. Ale Anastazjo, nawet gdybym
          je miała też bym się wyprowadziła - nawet tym bardziej. Pomyśl sobie jaki los
          zgotujesz dla Siebie i Swojego dziecka. Skoro babcia ciągle mu powtarza, że
          jesteś beznadziejna - nie łudź się - on też będzie Cię tak postrzegał. Po
          pierwsze zacznij myśleć o sobie pozytywnie. Wiem, że to trudne, ale mi się
          udało, więc jest to możliwe. W chwili obecnej mieszkam z mężem w Warszawie,
          mamy 14 mies. córeczkę i po raz pierwszy w życiu jestem naprawdę szczęśliwa.
          Ale ja na to szczęście bardzo ciężko pracowałam.
          Na Twoim miejscu znalazłabym choćby pokoik w innym mieście, na początek nawet
          byle jaką pracę, aby zarobić na siebie i dziecko, wystąpiła o alimenty,
          dziecko do żłobka lub przedszkola i ograniczyła kontakty z matką. Ja tak
          zrobiłam i powiem więcej - nie brakuje mi jej, bo nie ma czego mi brakować.
          Jej wyzwisk? Teraz kontaktujemy się bardzo rzadko - w święta i zachowujemy
          się na pozór normalnie, zdawkowa wymiana uprzejmości i nic poza tym. Przyjście
          na świat Justysi niewiele zmieniło, ale wcale tego nie oczekiwałam. Gdy
          czasami do mnie dzwoniła i pytała o małą każda prawie rozmowa kończyła się
          inwektywami z jej strony - odkładałam słuchawkę - nie będę słuchać bełkotu.
          Zyczę Ci uwolnienia się od Matki i gdybyś miała ochotę pogadać, napisz na
          priva. Acha - i jeszcze jedno - mogę Ci pomóc w znalezieniu taniego pokoiku
          pod Warszawą (tak jest najtaniej).
          Pozdrawiam Mama Justysi
          • natunia1 Re: Do Stynki 01.07.03, 15:14
            Jeśli możesz pomóc Anastazji to zrób to, niech dziewczyna się od tego uwolni.
            Gdy przeczytałam jej post to oniemiałam, nie jestem sobie w stanie wyobrazić
            takiej sytuacji, a Ciebie bardzo, bardzo podziwiam. Dzidzia powinna być
            zadowolona, że ma tak dzielną Mamusię.
            Pozdrowionka Natalia i brzuch.
    • netha Re: mojego synka Bóg pokarał... 07.07.03, 09:50
      Jesteś jaka jesteś, czujesz się nieudacznikiem bo to wpajała w Ciebie Twoja
      matka. Matka jest jedna i trzeba ja kochać , ale mądrze. Nie słuchaj tego co
      mówi o Tobie to jest dla ciebie krzywdzące. Kochaj ją dalej ale oddziel życie
      Twoje i Twojej matki i na boga nie pozwól żeby to co mówi aż tak wpływało na
      to jak Ty sama o sobie myślisz. A składanie regału i łużeczka ... to tylko
      składanie regału i łużeczka od tego świat się zawali? To Twoje życie Twoje
      mieszkanie rób wszystko w swoim rytmie swoimi sposobami.....miej gdzieś co
      mówią inni liczysz się Ty a sprzątanie gotowanie....no widzę że jakoś do tej
      pory z głodu nie umarliście....trzymaj się i wlacz o siebie....bo naprawdę
      warto..
    • agas71 Re: mojego synka Bóg pokarał... 07.07.03, 14:00
      Kochana, napiszę krótko. Twoja mama jest zapewne trudną, nerwową osobą.
      Podkopała Twoją wiarę w siebie i własne mozliwości, tak dzieje się zapewne juz
      od dawna, jeżeli nie od dzieciństwa. Znam taki typ osobowości: wieczne
      niezadowoleni malkontenci, dla których wszyscy robią wszystko źle. Ponieważ
      jestem z takim kimś od dziewięciu lat, wiem co to znaczy, a jednak, ponieważ ma
      on też wiele zalet, potrafię go powoli w niektórych kwestiach wychować a co
      najważniejsze, zachowuję cały czas dobre zdanie na swój temat i szacunek do
      siebie. Ty też tego potrzebujesz:
      1. Uwierz, że matka gada w nerwach głupoty i nie ma pojęcia, jak ciebie rani.
      2. Uwierz, że niezależnie od tego, co powie, Ty jesteś ... (tu wpisz swoje
      najlepsze cechy), to jest twoja siła. Nawet jeśli zdarza Ci się zrobić błąd /
      wszyscy je robią, ty też masz do nich prawo. Ucz się optymizmu, staraj się we
      wszystkim znaleźć coś dobrego.
      3. Prawdopodobnie jesteś zdołowana też innymi problemami: moze finansowymi,
      może zdrowie Ci siada ... zrób coś dla siebie. Fryzjer, make up, polakieruj
      paznokcie...
      4. Pozwól sobie na szczerą rozmowę z Matką, podczas której OPANUJ EMOCJE, nie
      krzycz, nie płacz, tylko rzeczowo, punkt po punkcie mów co Ci nie odpowiada w
      jej zachowaniu. Pamiętaj: Twój płacz będzie oznaką słabości, to Ty masz być
      górą w tej rozmowie. Jeśli poczujesz, że napływają Ci łzy, ściśnij zęby,
      przerwij mówkę, pomyśl z odrobiną autoironii - ale tu się odgrywa serial
      brazylijski (przysięgam ze ta technika pomaga!) i mów dalej.
      Matki nie zmienisz, ale pomyśl, czy sama nie wpadasz w jej ton, nie zachowujesz
      się zgodnie z jej (najgorszymi) oczekiwaniami. Dlaczego nie wizięłaś tej
      cholernej zupy? Nie umordowałabyś się gotowaniem. naucz się po prostu
      przyjmować z usmiechem pomoc, wiedząc przy tym że TWOJE PRZYJĘCIE POMOCY DO
      NICZEGO CIEBIE NIE ZOBOWIĄZUJE. Przypuszczam, że grozi Ci powielenie osobowości
      matki, zlituj się nad swoim meżem i MYŚL, zanim go zranisz. Przydałby Ci się
      jakiś dobry psycholog...Trzymam kciuki za ciebie, myślę, że skoro się tak
      zastanawiasz nad sobą, musisz byc ogromnie wrażliwą osobą. Okazuj dziecku i
      mężowi uśmiech, wspieraj ich a nikt nie będzie zwracał uwagi na głupie gadanie
      babci.
    • mamazuczka Re: mojego synka Bóg pokarał... 07.07.03, 17:15
      Witaj Agacz,
      szkoda tylko, że przy tak smutnym poście...

      Może da Tobie do myślenia to co napiszę, bo są to FAKTY (nie rozpisuję się ani
      nt. uczelni ani kraju, bo to jest totalnie nieistotne. ważne są wyniki badania):

      Otóż poddano badaniu grupę studentów-ochotników.
      Studenci ci mieli bardzo wyrównany poziom intelektualny, wiedzy, umiejętności i
      samooceny.
      Badanie prowadzone było przez kilka tygodni.
      Studenci podzieleni zostali na 2 grupy.
      Jedna grupa - była przez cały czas chwalona za dobrze wykonane zadanie,
      dopingowana, podnoszona 'na duchu' w razie niepowodzenia wykonywania zadania.
      Druga grupa - niezależnie od wyników wykonywanych zadań - była stale poddawana
      krytyce, nawet gdy zadanie wykonała dobrze, krytykowano, że zadanie mogło
      zostać wykonane JESZCZE LEPIEJ.

      Trwało to kilka tygodni.

      Po tym czasie obydwie grupy skonfrontowano i oceniono.

      Okazuje się, że grupa 'chwalona' podciągnęła się bardzo do góry. Studenci
      osiągali lepsze wyniki niż przed przystąpieniem do badania, byli bardziej pewni
      siebie, energiczni, sprawni umysłowo.
      Grupa 'strofowana' znacznie obniżyła swój poziom w porównaniu do poziomu jaki
      reprezentowała PRZED przystąpieniem do badania. Mieli trudności z zadaniami
      które nie stanowiły dla nich problemu przed przystąpieniem do badania. Byli
      mniej pewni siebie, nie byli aktywni.

      Jaki z tego morał?
      Każdemu można podciąć skrzydła, jeśli się nad nim dostatecznie długo popracuje
      i go dostatecznie długo będzie dołować.

      Jaki z tego drugi morał?
      Jeśli o tym wiesz i masz tego świadomość, to skutecznie możesz temu
      przeciwdziałać.

      A Ty Agacz wiesz o tym dobrze. Musisz się wziąć w garść, mówić sobie - jak
      mantrę - jestem dobra, ładna. Jestem dobrą matką i gospodynią. Mam prawo do
      humorów i nastrojów, do bólu, łez i złości. Jestem kochana i kochająca.

      I takie coś mów sobie zawsze przed snem, przed lustrem.... Niech to stanie się
      Twoim pacierzem...


      Wiem co czujesz. Ja podobny problem mam z moją 80-letnią babcią (moja Mama nie
      żyje od 5 lat).
      Od kilku lat jestem zła, niedobra, nie potrafię się zająć dzieckiem, domem, i
      inne nieprzyjemne a nawet poniżej pasa teksty. Jest to cholernie przykre.
      Dlatego też staram się jak najmniej kontaktować z babcią. Dlatego też ciągnę
      swoje dziecko ze sobą w niektóe miejsca, by nie prosić o pomoc. Gdy dziecko
      jest przeziębione, ty słyszę 'a co ty z nim zrobiłaś, że jest takie chore?'.
      Nasuwa się tylko jedna odpowiedź 'kładę spać na wycieraczkę', której to
      odpowiedzi nigdy nie dałam, ale może kiedyś to zrobię. Krytyka, krkytyka i
      krytyka od momentu urodzenia Żuczka. Nawet się dowiedziałam, że dobrze, że
      odszedł tatuś mojego dziecka!! sic!! dobre, co!?!?!

      Agacz, nie daj się zwariować, dla siebie, dla Szymka i dla swojego męża.
      I - skoro masz dla niego tyle szacunku i podziwu - nie strofuj go. Bądź dla
      niego ostoją tak jak on jest dla Ciebie i dziecka.


      całuję mocno
      i weź sobie do serca te wspomniane badania studentów.
      I chwal siebie i swoje dziecko - nawet, gdy mu się coś nie powiedzie. To go
      będzie stymulować do większego wysiłku.

      Brygida - mama Żuczka
    • agacz2905 Re: mojego synka Bóg pokarał... 08.07.03, 09:53
      Cóż, moje drogie, los bywa przewrotny. Mama wpada prawie codziennie, żeby
      zabrać Szymka choć na krótki spacer. Ja za to nauczyłam się gotować całkiem
      zjadliwe i pożywne zupki, odkąd okazało się, że Szymon ma poziom przeciwciał
      IgE w surowicy krwi 342 (norma do 49), czyli jest dzieckiem mocno alergicznym,
      więc należy mu nie ulegać i odstawić wszelkie świństwa słodko-zakonserwowane
      (np. monte, czy jego ulubiony o zgrozo barszcz Knorra). Poza tym nowo poznana
      położna środowiskowa strzelając mi wczoraj godzinną pogadankę o karmieniu
      piersią, wysłała mnie do psychoterapeuty, cobym mogła drugie dziecko karmić w
      jedynie słuszny sposób. Niestety, wielki jest poziom mojej nienormalności,
      skoro zdecydowanie nie chcę karmić, dobrze, że to niekaralne, bo jeszcze by
      mnie do więzienia wsadziła. Ale tak mnie wkurzyła, że umówiłam się na pierwszą
      wizytę z terapeutą. Za tydzień.Beznadziejny czas na takie ruchy, bo za miesiąc
      kończę ciążę, że tak powiem. Ale czy kiedykolwiek będzie lepszy czas? Chyba
      nie. Na razie pozdrawiam, dziękuję jeszcze raz wszystkim wypowiadającym się w
      tym wątku dziewczynom.
      Agnieszka
Pełna wersja