ewa216
30.07.07, 16:08
Tydzień temu zmarł mój Tatuś. Chorował na raka płuc z rozległymi przerzutami.
Żył 14 miesięcy od czasu diagnozy. Zmarł majac zaledwie 54 lata. Zawsze był
silny, wysportowany, nigdy nie palił, trenował całe życie. Mam siostre ale to
zawsze ja byłam córeczką Tatusia,wszyscy sie śmiali (poniewaz jestem
niewierzaca) ze moim bogiem jest moj Tatko. Najważniejesze zawsze było to co
powie On, podświadomie robiłam wszystko żeby Jemu sie podobało,a ze był
mądrym człowiekiem wiec wychodziło mi to tylko na dobre. Mam 25 lat, niemeża
i 4-letniego synka ale nadal czuje sie dzieckiem. Zawsze w świadomości miałam
to że nawet jak coś mi sie w życiu nie ułoży to ja mam Tatkę i na wszystko
rada sie znajdzie. Był moja opoką, był w zasadzie zaraz po synku
najważniejsza osobą w moim życiu. Chorował długo i tyle samo czasu
przygotowywał mnie na swoje odejście. Rozmawialiśmy o śmierci, o tym czy sie
boi, mówiłam mu że bede go trzymała za rękę i śpiewała, że do końca będę i
przejdę wszystko razem z Nim. Wymusił na mnie obietnicę że umrze w domu, że
nie wezwę karetki i ze nie bede uporczywie podtrzymywać przy życiu.
Obiecałam. I obietnicy dotrzymałam. Byłam z nim cały czas. Wróciłam do kraju
(mieszkam za granica)z synkiem, mąż został. Odłożyłam swoje życie na półke.
Liczył sie tylko Tatuś. Zamieszkałam z Mamą i Tatą i przejełam wszystko na
siebie. W połowie lipca zaczęło sie wszystko walić. Choroba posunęła sie do
tego stopnia że przestał chodzić, leżał cały czas. Wtedy rozmawialiśmy
jeszcze więcej. Napisał testament. Codziennie wołał mnie do pokoju i
mowił : "Właśnie umarłem, co robisz?" a ja musiałam po kolei mowić z jakiego
konta przeleje pieniadze na inne, co zrobie z akcjami itd. Sprawdzał czy
sobie ze wszystkim poradze. Po południu 20 lipca kiedy bylismy sami w domu
dostał ataku, po prostu zaczął umierać. Ciało wykręcił mu niesamowity ból,
krzyczał, rzucał wszystkim co miał pod ręką. Robiłam zastrzyki z morfiny i
dzwoniłam do lekarki. Poleciła wezwać karetke a ja na to ze nie moge bo
obiecałam. Wyję razem z nim, trzymam za rękę, całuję, płaczę i zapewniam że
jestem i będe cały czas. Uspokaja sie, ból maleje. Od tego momentu zaczynamy
drogę na tamtą Stronę. 41 godzin, bólu, krzyku, ale i czasem chwili spokoju,
trzymania za rękę, śpiewania, pytań "Ile godzin juz umieram córeczko?" "Trzy
godziny Tatusiu" "17 godzin Tatusiu". Cały czas jest tak strasznie świadomy,
a ja nie umiem mu pomóc. Decyduje sie dzwonic do lekarza, pytam co mogliby
zrobic gdyby Tata był w szpitalu "prócz morfiny nic" słysze w odpowiedzi.
Tata mimo potwornego cierpienia na dzwiek słowa karetka, dretwieje ze
strachu. Rezygnuje i pogotowia nie wzywam. Umiera w niedziele rano, nie było
chwili zebyśmy przy nim nie były ja Mama i siostra. Wtedy wydawało mi sie że
w końcu przestał cierpieć. Ponieważ do końca żartował ze swojej śmierci i
cierpienia żegnamy sie z nim z uśmiechem. Dzień pogrzebu: ponieważ był dla
mnie najodważniejszym człowiekiem na świecie, decyduję że pogrzeb musi być
niezwykły. Idziemy za trumna, ja Mama i siostra , na cały cmentarz rozlega
sie muzyka "braveheart". Przyjaciele Taty mówią o nim nad trumną, o tym jaki
był i ile zrobił. Niektóre historie słysze po raz pierwszy, uśmiecham sie.
Wszyscy myślą ze jestem na prochach, a ja nie byłam. Myślałam, że tyle
rozmów, życie przez tyle czasu ze świadomością że odejdzie pozwoli mi sie z
tym pogodzic. Że ten stan z chwili kiedy umarł zostanie , że bedę czuła ulge
że juz nie cierpi. Jest coraz gorzej. Przestaję sobie radzić z
rzeczywistością. Nie wiem co mam robic i jak sobie pomóc. Proszę Was
dziewczyny, wiem że wiele z Was przeszło podobne straty, jak długo można
trwać w takim stanie. Wiem że każdy przeżywa inaczej ale ja mam już siebie
dość. Rodzina ma mnie dość. Jak mam sobie pomóc? Tata zostawił mi wiele
nagrań. Ostatnia wola, opisy tego co czuł. Dziennki choroby. Słucham, czytam
i nie moge przestac. Cały czas myśle ze to jakas próba, że zaraz wróci i
powie ze to był żart

(((
Ewa