wyrodna-matka
15.08.07, 16:28
Mam prosbe do obecnych tu mam aby wypowiedzialy sie w kwestii czy wg
nich wygoda matki moze byc wystarczajacym argumentem za tym aby
karmic dziecko butelka, nie piersia. Czy same zdecydowalybyscie sie
na taki krok tylko dla wlasnej wygody, z powodu braku cierpliwosci i
bycia uwiazana do dziecka? Czy znacie kogos takiego? Jak oceniacie
takie osoby?
Tyle pisze sie tu o tolerancji, a z drugiej strony na forach
dotyczacych karmienia zwolenniczki butelki walcza z mammi
piersiowymi i na odwrot. No i tak sie zastanawiam, OK 'wybaczamy'
matkom ktore nie karmia piersia bo maja realne problemy z laktacja,
czy zdrowotne czy depresje i po prostu nie daja sobie rady. No ale
co z tymi, ktore przechodza na butelke (lub od niej zaczynaja) bo
chca sie wysypiac, bo chca miec czas na zajecie sie soba i domem
etc. Gdzie jest ta granica pomiedzy faktycznymi trudnosciami i
nieradzeniem sobie a zwyklym(?) zmeczeniem i checia normalnego
funkcjonowania? Co usprawiedliwia bycie mama butelkowa a co nie?
Pytam ogolnie i takze dla siebie. Od miesiaca jestem mama,
planowalam karmic piersia i wydawalo mi sie to oczywiste i
naturalne. Liczylam sie z jakimis trudnosciami, ale nie mialam
zadnej wiedzy na ten temat... wydawalo sie to takie oczywiste, ze
skoro tyle matek daje rade karmic miesiacami to i ja dam. Moje
dziecko ma miesiac, a ja mam dosc karmienia go, zmuszam sie do tego
dla jej dobra. Owszem dziecko umie ssac piers, przybiera malo, ale w
granicach dolnej normy, tyle ze mogloby ssac non-stop a jak nie to
placze i denewuje sie. A ja kazdego dnia zastanawiam sie jak dlugo
jeszcze pociagne... spie po kilka godzin na dobe, bo corka jest
aktywna w nocy, a w dzien z kolei nie potrafie po prostu wypoczac.
Chwilowo dziele dom z 2 wpollokatorow, i mimo tego, ze mam sporo
przestrzeni, czuje sie skrpowana, bo nie mam czasu i sily czesto sie
jakos porzadniej ubrac czy umalowac, czy ulozyc wlosow, a tu
ktos 'obcy' w domu... ponadto, poniewaz bardzo duzo i czesto karmie,
wkurza mnie po prostu to, ze np. ktos cos ode mnie chce i np. stuka
do drzwi, a ja siedze spocona z wydzierajacym sie niemowlakiem pod
pacha... choc ten niemowlak to moja ukochana corka.
Przyznam, jestem osoba niecierpliwa, ale tez przekorna i potrafiaca
sie zmotywowac, jak trzeba. W tym przypadku jednak moje kilkakrotne
akcje mobilizacyjne trwaly krotko i konczylo sie na kolejnym wybuchu
nerwow. Najbardziej w karmieniu piersia przeszkadza mi to, ze musze
praktycznie byc dostepna i gotowa non-stop. Nie moge spokojnie
sprzatnac, ugotowac obiadu, wykapac sie bo corka albo chce jesc albo
placze bo jest glodna... a to przeciez nie jedyne obowiazki przy
niej. Owszem, sa momenty, kiedy ladnie je, najada sie i jest OK...
ale to rzadkosc. Efekt jest taki, ze zaczynam miec powoli dosc
calego tego karmienia, mysle tylko zeby przestawic ja jak
najszybciej na butelke. Z drugiej strony jednak wiem, ze otoczenie
uzna mnie za wyrodna matke, bo niemal wszystkie kobiety jakie znam
wykarmily swoje dzieci naturalnie. Wyjdzie na to, ze wybralam butle
tylko z wygodnictwa - a juz sama nie potrafie ocenic czy to
faktycznie TYLKO wygodnictwo czy tez rzeczywiscie - za wiele stresu
dla mnie. No i bije sie z myslami co robic, staram sie patrzec na to
wszytsko racjopnalnie, ale moja psychika juz powoli siada

((