ada828
22.07.08, 21:45
Chociaż dzisiaj "ostatecznie" postanowiłam odejść od męża i ojca
moich dzieci, nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że nie zrobiłam
wszystkiego aby nam wyszło.
Dziś z mojej inicjatywy byliśmy umówieni do psychologa, ale on znów
zrejterował (to była druga próba).
Moją samotną wyprawę do psychologa potraktował, jak wizytę w
warsztacie naprawczym celem zlikwidowania moich wad.
Nie mogę znieść faktu, że wulgarnie się do mnie odnosi, kiedy - co
mi się zdarza, ze znierpliwienia - podnieść głos. Poza tym jest, jak
trzecie moje małe dziecko, ale "nie bije i nie pije" . Dłuzej w
ciągu dnia ode mnie pracuje, wiecej zarabia, ale w domu pomaga mi
(tak proszę o to) tylko wóczas, gdy mu to odpowiada. Nawet trawnik w
ogródku muszę kosić aby dzieci miały się gdzie bawić.
Właściwie nie wiem, po co to piszę. Moje życie, moje decyzje. Z
drugiej strony strasznie mi żal, że nam nie wychodzi, a ja już nie
wiem z czego musiałabym zrezygnować by było dobrze. Liczę, że
forumowiczki (czasami też mi sie to zdarza) z paru słów odpowiednio
sformułowanych odnależć clou problemu.
Pracuje zawodowo, ale ponizej kwalifikacji, które zdobyłam
wychowując dzieci i pracując zawodowo.Właściwie musiałabym
wykorzystać te kwalifikace i poswiecic czas przeznaczony dla dziecie
by spełnić swoje marzenia.Ale czy nie moge potraktować wychowywania
dwójki dzieci małą róznicą wieku jako swojego sukcesu? Czy naprawdę
za to mi się nic nie należy: szacunku, dumy drugiego człowieka i
czasami próby podjęcia wykonywania wymarzonego zawodu (nie stać mnie
samodzielnie w tej chwili by utrzymać się i rozpoczynać wykonywanie
zdobytego zawodu).
Gdy wychodziłam za mąż wiedział że nie nadaję się wyłącznie do
kuchni, sprzatania i dzieci. Chce zebym znalazła nową pracę, ale co
z dziećmi i z domem? Poza tym mimo ze jestem dumna z siebie jako
matki, to pozostałe istotne kwestie: absolutny brak pewnosci siebie.