Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!!

08.08.08, 21:24
Dostałam przed chwilą na skrzynkę od znajomego:

"Dorastałaś w latach siedemdziesiątych
osiemdziesiątych ?

Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!!

Samochody nie miały
pasów bezpieczeństwa,
ani zagłówków,
no i żadnych airbagów!!!

Na tylnym siedzeniu było wesoło,
a nie niebezpiecznie.

Łóżeczka i zabawki były kolorowe
i z pewnością polakierowane
lakierami ołowiowymi
lub innym śmiertelnie groźnym gównem.

Niebezpieczne były puszki,
drzwi samochodów.
Butelki od lekarstw i środków czyszczących
nie były zabezpieczone.

Można było jeździć na rowerze bez kasku.

A ci, którzy mieszkali
w pobliżu szosy na wzgórzu
ustanawiali na rowerach rekordy prędkości,
stwierdzając w połowie drogi,
że rower z hamulcem
był dla starych chyba za drogi...

Szkoła trwała do południa,
a obiad jadło się w domu.

Niektórzy nie byli dobrzy w budzie
i czasami musieli powtarzać rok.

Nikogo nie wysyłano do psychologa.
Nikt nie był hiperaktywny
ani dysklektykiem.

Po prostu powtarzał rok
i to była jego szansa.

Wodę piło się z węża ogrodowego
lub innych źródeł,
a nie za sterylnych butelek PET.

Wcinaliśmy słodycze i pączki,
piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem

i nie mieliśmy problemów z nadwagą,
bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni.

Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli
i nikt z tego powodu nie umarł.

Nie mieliśmy Playstations,
Nintendo 64,
X-Boxes,
gier wideo,
99 kanałów w TV,
DVD i wideo,
Dolby Surround,
komórek,
komputerów
ani chatroom'ów w Internecie...
... lecz przyjaciół !

Mogliśmy wpadać do kolegów
pieszo lub na rowerze,
zapukać i zabrać ich na podwórko
lub bawić się u nich,
nie zastanawiając się, czy to wypada.

Można się było bawić do upojenia,
pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.

Nie było komórek...

I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
Nieprawdopodobne!!!

Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!!
Całkiem bez opieki!
Jak to było możliwe?

Graliśmy w piłę na jedną bramę,
a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny,
to się wypłakał i już. Jego mama
nie robiła z tego tytułu awantury.

Nie był to koniec świata ani trauma.

Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie,
złamane kości, czasem wybite zęby,

ale nigdy, NIGDY,
nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI.

Nie baliśmy się
deszczu, śniegu ani mrozu.

Nikt nie miał alergii
na kurz, trawę ani na krowie mleko.

Mieliśmy wolność i wolny czas,
klęski, sukcesy i zadania.

I uczyliśmy się dawać sobie radę!

Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???

A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???

Też jesteś z tej generacji?"

Żeby było jasne, nie popieram jeżdżenia bez kasku
na rowerze.
Ale oranżada faktycznie była super, taka landrynkowa
w smaku.
Była jeszcze oranżada w proszku, sypaliśmy
ją sobie w dłonie i pluliśmy, pieniła się i fajnie
syczałasmile
    • prologica Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:30
      jest rozsylane w wersji z obrazkami - fajniejszy efekt smile
    • pikum Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:31
      Dobre!Mnie udało się przeżyć.Wspaniałe wspomnieniasmile
    • dlania Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:33
      No, z tą jazdą bez kasku to niewiele brakowało, z 2 godziny nieprzytomna byłam,
      ale ostatecznie przezyc sie udałowink Cała reszta - bezproblemowowink
      www.slideshare.net/maisi/w-polsce-ludowej-bylo-lepiej
    • mathiola Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:33
      Znam... czytam z łezką w oku, choć oczywiście w wielu punktach mam
      ochotę powiedzieć: "tak, ale...".
      Natomiast co do oranżady w proszku nigdy nie plułam sobie na rękę!
      Po prostu wsypywało się całość do buzi i ona wtedy, ta oranżada
      zapychała buzię kwaśno-słodką masą piany smile)
      • dlania Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:51
        Na rękę to sie wysypywało Visolvit. Albo mleko w proszku, jak ktos miał młodsze
        rodzeństwo i podprowadzał z domuwink
        • semida Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:54
          A my Vivovit albo mleko po młodszek.A Mama się póXniej dziwiła że Młoda tak mało mleka pije,a tak duzo idziesmile
        • mathiola Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:57
          ja mleko w proszku miałam jeno u babci. A ona nie miała małych
          dzieci tylko dziadka wink))
        • nenia1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 22:12
          Oranżada w proszku w przypadku moim i moich koleżanek
          to była na pewno. Visolvit tak nie syczy.
          Oranżada na ręce po dodaniu śliny cudownie się pieni
          i ma taki kwaskowaty posmak, najlepiej wyczuwalny samym
          koniuszkiem języka.
        • emwu55 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 09:38
          mleko w proszku takie w niebieskim opakowaniu z bobasem to się
          łyżeczką jadło, oranżade pło sie z worczka albo z saturatora wodę z
          sokiem, chleb był pyszny i zanim doniosło sie go do domu to połowa
          znikała w paszczy , zwyczajna kiełbasa zawinięta w szary papier,
          telewizor Neptun albo jakiś ruski bez pilota, bajki dla dzieci miały
          sens, morał i spac po nich można było spokojnie.Ubrania były może
          szare i mało kolorowe ale w dobrym gatunku. Oj i wiele innych
          spraw......
          • dlania Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 09:42
            Ja raz wypiłam cała smietanę w drodze do domu. A mam mnie własnie i tylko po ta
            smietane wysłała...
            • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 11.08.08, 18:20
              ja teżsmile) ale taką "prawdziwną" od krowy..babcia mnie po nią wysłała
              do swojej siostry, bo nasze krowy miały cielaki i nie doiło się
              ich..babcia z tej radości, ze ja, miastowy niejadek wypiłam całą
              kwaterkę wysłała mnie jeszcze raz..doniosłam połowę tej drugiejsmile)
          • beata-to-ja Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 22:50
            A kolejki do sklepów pamiętacie?Jak stawało się po kilka razy w
            ogonku za kawą bo bez kartek była? Albo słone masło...A nauczyciel w
            szkole miał poważanie i nie bał się rozwydrzonych gó..arzy.Najwyżej
            linijką po lekcji przyrżnąłsmilei mleko w butelkach z aluminiowym
            kapslemsmile
      • jusytka Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 10:48
        He he ja tez ją uwielbiałam wink
        • zales239 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 11:04
          Mój małż też wypijał śmietanę w drodze powrotnej do domu i pożerał
          chleb z tą śmietaną.
          Do domu nie dochodził tylko rodzice musieli go poszukiwać wieczorową
          porą.Nikomu nie przyszło do głowy powiadamiać policję,tv i nie
          wiadomo co jeszcze.
    • semida Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 08.08.08, 21:34
      Pośmieliśmy się z mężem że masakrasmile
      • semida Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 21:35

        • agatar-m Re: Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 21:37
          no ja też straszliwie, strasznie prawdziwie

          kurka jak kolega latał zna nami po korytarzu z nozyczkami to kurka
          nie było "uwagi" i nikt o nas reportarzu nie zrobił wink
          • semida Re: Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 21:53
            Natomiast jak mój kolega(za moją namową)kopnął koleżankę w tyłek-trafił w plecak-i wbił jej cyrkiel w dupę-też"Uwagi"nie byłosmile
            • andaba Re: Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 22:21
              Zawsze to powtarzam, że jakby wszystko byłoby takie szkodliwe i
              niebezpieczne, to nie było by nas tutaj, bo ludzkość wyginęłabo
              wieki temu.
              Swoja drogą, to większość tych rzeczy robię nadal (poza zlizywaniem
              oranżady z ręki) oraz robią moje dzieci i żyjemy.
              • phantomka Re: Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 22:41
                ech i do smiechu i do placzu, bo te nasze dzieci to maja jednak
                przekichane. A one sobie pewnie mysla "jaka nedze mieli ci starzy,
                jak byli dziecmi"smile
                • zales239 Re: Pośmialiśmy n/t 08.08.08, 23:27
                  Macie rację nasze dzieci-dziewczyny nie będą miały na przykład
                  listów z wojska od narzeczonego,mnóstwo listów,tylko te komórki i
                  komórki i komp.
                  Żadnej pamiątki,a czytać takie listy,które przeleżały dwadzieścia
                  lat-bezcennesmile
                  • mathiola Re: Pośmialiśmy n/t 09.08.08, 09:46
                    a ja właśnie wczoraj z kuzynką przez gg gadałam... wspominałyśmy
                    czasy kiedy pisałyśmy do siebie jeszcze listy metodą tradycyjną.
                    Obydwie te wszystkie nasze listy jeszcze mamy. A teraz maile, gg....
                    kasuje się i znikają.
                    • arioso1 Re: Pośmialiśmy n/t 09.08.08, 10:29
                      wyjadaliśmy ziemniaki z parnika dla swinek-takie malutkie w
                      skórkach, oraz mleko w proszku w bryłkach dla cieląt,piłam mleko
                      dosłownie prosto od krowy i wypijałam jajka jeszcze ciepłe robiac
                      wydmuszke o widły,zjadaliśmy nie umyte owoce prosto z drzew,spaliśmy
                      w stodole,nie raz nie dwa baran mnie pobłód ,ugryzł pies
                      sasiada,albo szło sie na grandę i nikomu sie nie skarzyło, nikt sie
                      nie trząsł .Gdybym zyła w ówczesnych czasach i robiła to co robilam
                      moja matka nie wychodziła by ze szpitala-raz tylko wpadłam pod
                      samochód na sankach , i raz pogotowie odrywało mój jezyk od rynny.
                      Ech...szkoda tamtych lat.
                      • mathiola Re: Pośmialiśmy n/t 09.08.08, 10:51
                        właśnie... ziemniaki z parnika... jajko wypijane na surowo, przez
                        dziurkę... mleka prosto od krowy nie lubiłam nigdy, obrzydzała mnie
                        ta ciepła piana, ale piłam, bo wszyscy pili i mówili: mmmmmmm...
                        pyyyychaaaa wink
                        • yadrall Re: Pośmialiśmy n/t 09.08.08, 11:06
                          Do mleka zawsze mialam awersje-do dzis mi to zostalo-nie lubie i
                          tyle,ale cala reszta-super!!!
                          I te wszystkie gry i zabawy na podworku czy trzepaku-jakos nie poza
                          poobijanymi kolanami i lokciami (ale wtedy kazda mama umiala
                          opatrzyc skaleczenie-nie raz pomagaly mi mamy kolezanek) nam nie
                          bylo... Na dworze od poludnia do wieczora (a w wakacje od rana) bylo
                          mnustwo dzieciarni i zawsze bylo co robic... I fakt, jak sie ktos
                          mia okazje wychasac na dworze to potem nie mial szans byc
                          nadpobudliwy,bo niby jakim cudem???

                          Ps. co do dyslekcji to byla i niestety ja przez nia strasznie sie
                          nacierpialam... Duzo za pozno zostala rozpoznana,a szkoda,bo nerwow
                          kosztowala mnie wiele...
                          • dlania A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:17
                            I na furze z sianem? Dzis by mnie pewnie opieka społeczna zwinęła - a nas na
                            tych kołach zawsze cała banda ściśnięta jechała...
                            • kali_pso Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:24
                              A mnie to akurat nie bawi- nie po przeczytaniu wywiadu z profesorem
                              z Lublina, który corocznie przyszywa obciete nogi, ratuje życie
                              amputując rączki zmiażdzone w maszynach rolniczych itp.

                              To, że przeżylismy różnego rodzaju niebezpieczne zabawy czy prace na
                              polu to tylko łut szczęścia- swgo czasu wóz z sianem,na którym wiózł
                              mnie mój dziadek( miałam kilka lat) przewrócił się do rzeki, miałam
                              farta bo nie zsunełam się w nurt tylko siano przykryło mnie na
                              skarpie..nie chcę myslec, co by było gdybym do niej wpadła....moi
                              rodzice tez nie mieli wyobraźni, ale ja żyję i jestem pełnosprawnawinkP
                              • dlania Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:27
                                Mnie to tez kalipso nie bawi. Ja wspominam, jak było, tym bardziej że tej fury
                                to sie bałam, bo pod górke częściowo było - ale jak wszyscy jechali, to wstyd
                                było sie wyłamaćwink Wiekszośc moich wakacyjnych zabaw z kuzynostwem, jesli
                                zobaczyłabym ją w wykonaniu moich dzieci, przyprawiłaby mnie o zawałwink
                              • jowita771 Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:42
                                Mnie też nie do końca bawi. Ja mam miłe wspomnienia, łezka się w oku kręci, ale
                                jednak dużo farta w tym było, że jestem cała, bo było i jeżdżenie na kole i
                                skakanie ze skarpy, gdzie był wydobywany piach i przechodzenie przez ostro
                                zakończony płot i palenie świeczki na sianie i zabawa taką maszyną do cięcia
                                siana. Ja mam cudowne wspomnienia, ale znam kobietę, której taka maszyna obcięła
                                dwa palce, resztę ma dzięki przytomności umysłu starszego brata. Znam też mamę
                                chłopca, którego przysypał piach na takiej samej skarpie, z jakiej ja skakałam.
                                Ta pani spędza długie godziny nad grobem syna, a minęło juz kilkanaście lat.
                                I podniosło mi się ciśnienie, jak przeczytałam o bezpiecznym tylnym siedzeniu,
                                bo mój teść tak mówi. I dlatego boję się zostawić z nim córkę. Facet jest
                                wielepkiem i nic do niego nie dociera, wiem, że ma w poważaniu fotelik i
                                argument, że teraz samochodów jest dużo więcej i jeżdżą szybciej.
                                Cieszę się, że miałam takie dzieciństwo, jakie miałam, ale na połowę rzeczy,
                                które robiłam, nie pozwoliłabym mojej córce.
                                • kali_pso Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:46
                                  Cieszę się, że miałam takie dzieciństwo, jakie miałam, ale na połowę
                                  rzeczy,
                                  które robiłam, nie pozwoliłabym mojej córce.


                                  Dobra puentawinkP
                                  • arioso1 Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 11:56
                                    ja jeszcze pamietam lizaki z cukru na łyżce i placki z blachy jak
                                    babcia makaron robila
                                    • mathiola Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 13:31
                                      to maca była wink I przypiekane wprost na kuchni ziemniaki gotowane...
                            • mathiola Re: A kto jeżdzil na traktorze "na kole"? 09.08.08, 13:29
                              na kole to nie, ale na ogromniastej furze z sianem, na furmance
                              majtając z tyłu nogami.... Bosszzze przez was płakać mi się
                              zachciało wink
                            • ciociacesia jezdziło sie jezdziło 11.08.08, 10:23
                              na traktorze. na furze z sianem raczej nie - moj pradziadek jakos
                              rok przed moimi narodzinami spadł z takej fury i władze w nogach
                              stracił, i jakos u nas był zakaz jazdy na furze. a z okazji jazdy na
                              kole moja siostra o mało zycia nie straciła...
            • queen_elizabeth Re: Pośmialiśmy n/t 12.08.08, 15:52
              semida napisała:

              > Natomiast jak mój kolega(za moją namową)kopnął koleżankę w tyłek-
              trafił w pleca
              > k-i wbił jej cyrkiel w dupę-też"Uwagi"nie byłosmile

              Semida! Naprawdę nie zdaża mi się opluc monitora ze śmiechu. Jednak
              dziś to zrobiłam...
              • queen_elizabeth Re: Pośmialiśmy n/t 12.08.08, 15:59
                Dżizas krajst!!!!!!! ZDARZA!!!!!!!!!!!!!
    • zebra12 Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 09.08.08, 13:27
      Wychowałam się w bloku, na dużym osiedlu. Bawiliśmy się głównie między
      niewykorzystanymi w budowie płytami i szkieletami nowych bloków. Było super!
      Budowaliśmy tam swoje bazy. Często goniliśmy po piwnicach. Czasem na wakacje
      jechałam do "przyszywanej cioci" na wieś. Nikogo innego na wsi nie miałam. Obie
      babcie mieszkały w blokach w Krakowie. Ale tam na wsi to było świetnie. Pasłam
      krowy, karmiłam króliki...
      Niestety wbrew temu, co jest napisane w poście tytułowym, MIAŁAM ALERGIĘ NA
      TRAWY I SIANO. To mnie znacznie ograniczało. Wybór leków przeciwalergicznych był
      mierny. Był tylko zaditen, zwany potem ketotifenem. I tyle. A ja miałam często
      takie spojówki, że lądowałam z tym na pogotowiu.
      Obiady ZAWSZE jadłam na stołówce, bo mama pracowała w szkole, a taty też nie
      było całymi dniami. Siedziałam więc dużo na świetlicy, albo łaziłam z kluczem
      koło bloku.
      Do 4 klasy rodzice nie wypuszczali nas samych na dwór. Strasznie zazdrościłam
      dzieciom biegającym całymi dniami przed blokiem.
      Oranżada była rzeczywiscie pyszna! Wisolvit do dziś zjadam paluchem i dzieci tak
      nauczyłam smile
      Uwielbiałam wodę z saturatora z sokiem malinowym. Nigdy po niej nie byłam chora.
      A ten smak, był niepowtarzalny!
      Super były Święta, bo jadło się to, czego cały rok nie było. A jaki to wtedy
      miało smak....
      Teraz nie ma różnicy, szynka jest zawsze, inne frykasy też.
      Co by nie powiedzieć o tamtych czasach, to bardzo podobało mi się, że:
      1. Każdy miał pracę
      2. Mieszkania były ogólnie dostępne, dla każdego! - to było najlepsze!
      3. Były organizowane wyjazdy dla dzieci na kolonie za grosze i wczasy pracownicze

      W sumie nie były to takie najgorsze czasy.......
      • mathiola Zebra 09.08.08, 13:32
        a wiesz że ja nawet dzisiaj, obierając pomarańczę, mam skojarzenia
        ze świętami Bożego Narodzenia? smile
        • jowita771 Re: Zebra 09.08.08, 13:40
          To samo miałam napisać. Minęło tyle lat od kiedy pomarańcze są dostępne, a mnie
          ten zapach nadal kojarzy się ze świętami.
          • arioso1 Re: Zebra 09.08.08, 13:47
            a w tv to jedynie w soboty w był program dla dzieci o 14 bajka i
            film,była BONANZA,był tik-tak, był teleranek ale taki inny niz
            teraz,a pamiętacie wode kolorową w woreczku z rurką?czerwona była
            pycha,a cukierki łezki w pudełeczku, i kukuruku -gymy donald a potem
            turbo, i ten zapach papieru,ksiażek był inny niz teraz-wszystko
            było inne
            • luccio1 Re: Zebra 23.08.08, 17:36
              Za to był przed południem "Program dla szkół" - anonsowany melodyjką piosenki
              "Wyszły w pole kurki trzy...".
              Od czasu do czasu szliśmy całą klasą do auli, Pani otwierała drzwi szafy,
              włączała telewizor - i jedna, czasem dwie lekcje z głowy...

              No i przed "Bonanzą" królował "Zorro" (tu mogę się mylić - w tym czasie w domu
              nie było jeszcze telewizora, znałem jedno i drugie głównie ze słyszenia).
            • basik761-2 Re: Zebra 26.08.08, 14:51
              przypomniały mi się po przeczytaniu -cukierki łezki ,super były ..
          • luccio1 Re: Zebra 18.08.08, 21:14
            Oczywiście - pamiętam pomarańcze obierane pod drzewkiem w pierwszy i drugi dzień
            Bożego Narodzenia.
            I wcześniej - jak Tato przyniósł. W szarej, papierowej torbie.

            A na samym drzewku mieliśmy zawsze prawdziwe świeczki, zapalane na wieczorne
            śpiewanie kolęd. Świeczki były zawsze - przez kilkanaście lat współistniały z
            lampkami elektrycznymi, które były zawsze upchane głębiej, bliżej pnia (Tacie
            udało się kupić komplet łączony równolegle, z transformatorem).
            Kiedy zapalaliśmy świeczki na kolędowanie, elektryczność na drzewku wyłączaliśmy.
            Świeczki są na moim drzewku i dzisiaj. Elektryczności nie ma - komplet z domu
            rodzinnego dawno już odmówił posłuszeństwa.
            • luccio1 Re: Zebra 18.08.08, 21:21
              A pamiętacie nieśmiertelne zdanie, powtarzające się w relacjach o Bożym Narodzeniu:
              "Tato poszedł stanąć za rybami".
              • luccio1 Re: Zebra 18.08.08, 22:54
                Był też taki moment, kiedy Tato postanowił zrobić samemu elektryczny komplet do
                oświetlania drzewka. Razem kupowaliśmy wszystkie części składowe: oprawki na
                żarówki w kształcie lichtarzyków, przewód w zielonej izolacji (niestety, już
                tworzywo sztuczne, a nie oplot jedwabny), żaróweczki (były rozmaite: latarenki,
                grzybki, świecówki groszkowane, świecówki gładkie różnych kolorów - i kilka
                zwykłych białych kuleczek) - w sklepie elektrycznym w miejscu, gdzie ulica
                Dominikańska wybiega z placu Dominikańskiego i sprowadza w dół pod kino "Wanda"
                - jeszcze kilka lat temu była w miejscu tego sklepu restauracja grecka, potem
                piekarnia francuska, a co jest dzisiaj, nie zarejestrowałem - te rzeczy
                zmieniają się zbyt szybko...
                Kolega z pracy polutował wszystko w szereg...
                Niestety, komplet chciał świecić tylko "na ręku" - rozpięty na drzewku, ani rusz
                - zawsze gdzieś rwał się jakiś styk.
                Zostały mi z niego dwie świecóweczki gładkie: czerwona i zielona, oraz
                groszkowana fioletowa.
            • babcia47 Re: Zebra 19.08.08, 13:38
              u nas tez bardzo długo były świeczki na choince, nawet kiedy
              pojawiły się już elektryczne lampki, bo dawały klimat nie do
              zastapienia..ale do czasu..jak w tym dowcipie:
              -Mamo choinka sie pali..
              -nie mówi się pali tylko świeci..
              -Mamo, firanki tez już się świecą...smile
              ..choinka wraz z firankami wylądowała, wyrzucona przez balkon przez
              przytomnego ojca, na zaśnieżonym trawniku pod oknem gdzie się
              spokojnie "doświeciła"
              • luccio1 Re: Zebra 19.08.08, 14:22
                Aby uniknąć sytuacji jak opisana, wystarczyła znajomość podstawowych
                reguł rozmieszczania i "obsługi" świeczek:
                - świeczka zawsze musi trzymać idealny pion (dlatego Tato
                podwiążywał gałęzie do pnia drutami, żeby opadały tylko same końce,
                i ja robię to samo - wtedy w miarę usychania drzewka i wyginania się
                końca gałęzi wystarcza na początku przesuwać lichtarzyki stopniowo w
                stronę pnia - jakoś po Trzech Królach ten proces się kończy);
                - gdy drzewko stoi w kącie - świeczki tylko po stronie pokoju, a nie
                pod oknem i przy firance;
                - bezpośrednio nad świeczką nie może być gałązki (jeśli nie da się
                inaczej, trzeba jedną czy drugą gałązkę wyciąć - przyda się, np. do
                ozdoby talerzyka z opłatkami), ani żadnej ozdoby z papieru, słomki
                etc.; świeczki zasadniczo nie godzą się ani z "włosami anielskimi",
                ani z watą naśladującą śnieg na gałęziach;
                - gdy się śpiewa kolędy i świeczki się palą, zawsze jeden pilnuje;
                nie wolno wtedy robić przeciągu, żeby płomyki nie poszły gdzieś na
                bok - tak samo nie wolno wtedy biegać i gonić się blisko drzewka -
                robi się podobny efekt.
                • luccio1 "Instrukcja obsługi świeczek" - c.d. 19.08.08, 14:58
                  - świeczki umieszczać tylko tam, dokąd można wygodnie sięgnąć stojąc
                  na podłodze - wyżej nie!;
                  - dzieci lubią (i ja też lubiałem) zabawę w dopalanie świeczek "do
                  oporu", kiedy zostaje maleńki błękitny płomyczek pełgający na
                  resztce knota - jeśli bawić się w to, to tylko na jednej-dwu
                  świeczkach, tam, gdzie lichtarze mają talerzyki (inaczej może się
                  zdarzyć, że knot, nie mając już oparcia po wytopieniu całej
                  świeczki, a płonąc jeszcze pełnym płomieniem, przewróci się na
                  gałązkę - ale zawsze może być i tak, że i sucha gałązka zapali się
                  od gorąca);

                  - tzw. "zimne ognie" są zimne tylko z nazwy. Należy je sobie
                  zdecydowanie odpuścić.
                  • babcia47 Re: "Instrukcja obsługi świeczek" - c.d. 19.08.08, 15:06
                    ..i nie stawiać choinki w poblizu grzejnika..co niestety w
                    jednopokojowym mieszkaniu bywa niewykonalne..a ciepłownia
                    wtedy "zaszalała" na okoliczność swiąt i przychajcowali tak, że
                    choinka zaczeła sie sypać jeszcze przed Sylwestrem..a wtedy to juz
                    niewiele trzeba by zmieniła się w pochodnię..ale sama teraz chetnie
                    bym umiesciła swieczki na choince..jednak specjalne (co do rozmiaru)
                    świeczki i przypinane do gałęzi podstaweczki sa praktycznie nie do
                    zdobycia..chyba, żeby pokombinować...
                    • luccio1 Re: "Instrukcja obsługi świeczek" - c.d. 21.08.08, 21:56
                      To był świerk, czy jodła?
                      • babcia47 Re: "Instrukcja obsługi świeczek" - c.d. 21.08.08, 21:59
                        nie pamietam..a raczej chyba wtedy jeszcze nie rozróżniałam..dla
                        mnie to była..choinka..smile
                    • luccio1 Re: "Instrukcja obsługi świeczek" - c.d. 21.08.08, 22:02
                      > specjalne (co do rozmiaru)
                      > świeczki i przypinane do gałęzi podstaweczki są praktycznie nie do
                      > zdobycia..chyba, żeby pokombinować...

                      Spróbuj na "Targach Bożonarodzeniowych" (mnie się udawało kupować na takich
                      targach na Rynku Głównym; także na Starym i Nowym Kleparzu; takie rzeczy miewają
                      też kwiaciarnie; działa fabryka takich właśnie małych świeczek w Szprotawie).
      • ib_k Zebra ale z ciebie żartownisia 09.08.08, 13:32
        zebra12 napisała:
        > 2. Mieszkania były ogólnie dostępne, dla każdego! - to było
        najlepsze!
        hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahahgahahahahahahahahahahahahahah
        ahahahahahahaha....
        moja droga dowcip stulecia!
        • zebra12 Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 09.08.08, 13:51
          Jeśli się ktoś starał, uczciwie pracował, to nie ma opcji, żeby nie dostał!
          Nieraz przechadzając się po osiedlu myślę sobie: wszystkie te bloki powstały za
          tej przebrzydłej komuny... Ilu z tych ludzi, którzy tam mieszkają nie byłoby
          dziś stać na takie mieszkanie? Na dodatek lokatorzy mogli je teraz wykupić za
          parę złotych. To co? Źle?
          Ja marzę o takim dachu nad głową. W czasach komuny mieszkanie bym dostała na
          bank. Taką mam pracę i taką sytuację. Ale było minęło.
          • ib_k Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 09.08.08, 14:08
            tak , tak i Nową Hutę zbudowaliśmy i Ursynów, no po prostu miodzio.
            A samotna matka z 3 dzieci to mieszkanie w wielkiej płycie by
            dostała bo się należy , a co! i przedszkole za darmo i obiady w
            stołówce z funduszu pracowniczego a jakże.
            KOMUNO WRÓĆ!

            Powtórzę za samą sobą Zebra
            Nie kompromituj się!


          • chicarica Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 10.08.08, 19:36
            Znam kilkoro, którzy się starali, uczciwie pracowali i nie dostali. Z tym, że
            oni trafili już na moment, kiedy wojewódzkie spółdzielnie praktycznie przestały
            cokolwiek budować. Ale mam pianę na ustach jak słyszę, jak to za peerelu było
            świetnie, bo każdy miał mieszkanie.
            • luccio1 Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 19.08.08, 14:30
              Pierwszy dom rodzinnybył mieszkaniem zakładowym. Aby je dostać, Tato
              musiał uciec się do zagrywki pokerowej: złożyć wypowiedzenie. Wtedy
              dyrektor zaraz przyniósł "w zębach".
              Był to w tamtych czasach swoisty "autotest" własnego znaczenia dla
              zakładu. Sposób dziś już nie do użycia.
              • weronikarb Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 20.08.08, 14:46
                Luccio Moja mama tak "zdobyla" mieszkanie smile - duze 3 pokoje (72m)
                za psi czynsz smile
        • mallina Re: Zebra ale z ciebie żartownisia 10.08.08, 01:09
          mieszkania dostepne dla kazdego??

          hehe naprawde super dowcip
      • mathiola Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 09.08.08, 13:33
        2. Mieszkania były ogólnie dostępne, dla każdego! - to było
        najlepsze!

        taaa.... nawet jeśli miałoby to polegać na dokwaterowaniu do rodziny
        Kowalskich bo mieli 10 metrów za dużo na łeb.
        • zebra12 10 metrów... 09.08.08, 13:44
          Dziś jest przewidziane 5 metrów na osobę. I musi ich być poniżej 5, żeby np
          starać się o mieszkanie socjalne!
          A ja mieszkałam w bloku i nie znałam ani jednej rodziny, gdzie by dokwaterowano
          kogoś! Tu były mieszkania od 20 do 67 metrów. I czasem mieszkały 3 osoby na 67 i
          nikt im nikogo nie dorzucał do lokalu.
          Może było coś takiego, ale nie w blokach! W jakichś dużych kamienicach, czy
          domach. Osobiście nie znam takich przypadków!
          • ib_k Re: 10 metrów... 09.08.08, 13:50
            Zebra , nie kompromituj się i porzuć ten temat...
          • mathiola Re: 10 metrów... 09.08.08, 19:13
            > A ja mieszkałam w bloku i nie znałam ani jednej rodziny, gdzie by
            dokwaterowano
            > kogoś! Tu były mieszkania od 20 do 67 metrów. I czasem mieszkały 3
            osoby na 67
            > i
            > nikt im nikogo nie dorzucał do lokalu.

            no to musieli nieźle kombinować. U nas też kombinowali - meldowali
            siostrzeńców, bratanków.... Były dokwaterowania i dla mnie to jeden
            z najbardziej hańbiących i poniżających procederów stosowanych w
            PRL. Nie przeżyłabym gdyby w moim domu miał mieszkać jakiś obcy
            człowiek.
            • luccio1 Re: 10 metrów... 16.08.08, 19:57
              mathiola napisała:
              U nas też kombinowali - meldowali siostrzeńców, bratanków...

              Było tak.

              Jeden z moich bliskich kolegów szkolnych miał siostrę z orzeczoną I grupą
              inwalidztwa (trudności z chodzeniem po Heine - starsza od nas, przyszła na
              świat, zanim weszła szczepionka).
              Kiedy jego dwaj bracia jeden po drugim "dochodzili" do spółdzielczego przydziału
              lokatorskiego, to każdy kolejno - w odstępie kilku lat - zgłaszał siostrę do
              wspólnego zamieszkania i dzięki temu miał "M" o numer, a nawet o dwa numery
              większe (uprawnienie niepełnosprawnego do osobnej izby - niezależnie od praw
              innych współmieszkańców). Potem po roku, dwóch latach - siostra przemeldowywała
              się ponownie do domu rodzicielskiego (w konkretnym przypadku taki "powrót" był
              do przeprowadzenia); faktycznie nie ruszała się z miejsca, w ośrodku zdrowia
              zmiany adresu nie musiała w ogóle zgłaszać...

              Drugi przypadek moich znajomych - już z połowy lat 80.:
              późne małżeństwo; oboje w chwili ślubu mieli już mieszkania spółdzielcze: on
              jakieś dwa pokoiki, ona garsonierę z aneksem kuchennym w przedpokoju. Znaleźli
              mieszkanie 4-pokojowe z dużą, widną kuchnią, z łazienką z oknem... - dom
              podlegał kwaterunkowi, był w administracji PGM.
              Żeby zamiana mogła dojść do skutku, tj. aby "pokryli powierzchnię mieszkania, w
              którym zamierzali osiąść, było konieczne
              1) począć dziecko - i wziąć od lekarza zaświadczenie ciążowe z uwagą, że jest to
              ciąża wysokiego ryzyka z uwagi na wiek matki;
              2) jedno i drugie - wydobyć każde ze swego zakładu pracy zaświadczenie, że
              charakter pracy wykonywanej podpada pod przepisy dające prawo pracownikowi nauki
              do dodatkowej osobnej izby niezależnie od uprawnień współmieszkańców;
              3) pani namówiła swoją przyjaciółkę, osobę samotną, mieszkającą od czasów
              studenckich ze starszą panią (stancja czasu studiów stała się mieszkaniem na
              resztę życia - tak działo się w Krakowie często), aby zgodziła się wymeldować od
              tejże staruszki i zgłosić do wspólnego zamieszkania z nią w charakterze "pomocy
              domowej" przy osobie chorej.

              Wszystkie trzy punkty zagrały. Znajomi mieszkają tam, gdzie się wówczas starali.
              Mają dwie córki (oczywiście starsza - to "gwarantka" uzyskania obecnego
              mieszkania). Dom jest we władaniu miasta - właściciela nie ma, spadkobiercy nie
              ujawnili się dotychczas - więc z tej strony wygląda, że nic nie grozi.
              Przyjaciółka zdążyła zameldować się z powrotem u swojej starszej pani (czy
              mieszka tam nadal, nie wiem).
          • mallina Re: 10 metrów... 10.08.08, 01:12
            ja za to znam takie przypadki. moi sasiedzi wiele lat mieli takiego
            dokwaterowanego, a inni dzielili sie z druga rodzina mieszkaniem "po polowie"
            owszem byly to duze mieszkania, ale co z tego?
            zaden powod by pokoj odstepowac komus obcemu i dzielic z nim lazienke.
          • titta Re: 10 metrów... 23.08.08, 21:32
            Byly, chyba glownie we wczesniejszym PRL-u. Kiedy sie urodzilam, moi
            rodzice zajmowali maly pokoik, w dwupokojowym mieszkaniu z inna
            rodzina. Na szczescie samodzielne dalo sie zalatwic dosc szybko.
      • wieczna-gosia Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 09.08.08, 21:19
        Co by nie powiedzieć o tamtych czasach, to bardzo podobało mi się, że:
        1. Każdy miał pracę
        2. Mieszkania były ogólnie dostępne, dla każdego! - to było najlepsze!

        i to ze ktos KAZAL ci gdzies pracowac- niewazne czy akurat tam praca ci pasuje,
        czy nie i czy akurat taka- trzeba sie bylo zglosic i pracwoac.
        mieszkanie bylly ogolnie dostepne dla kazdego hehe. byly nie twoje, nie mozna
        ich bylo dziecku zapisac czy cos. I czekalo sie na nie latami, a zprzydzial
        zdobywalo przez lapowki.

        no ogolnie czasy byly suuuper smile
        • zebra12 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:07
          Kazał? Pracę można było sobie zmienić. Ale była. A z tym czekaniem na mieszkanie
          to idiotyczny argument! Co z tego, że się czekało? Ile lat? Choćby i 10, to
          warto! Ja już 15 lat czekam....i co? No nic, bo mnie nie stać... I jeśli nie
          odziedziczę po rodzicach i komunistycznego M ( na spółkę z bratem) to nie będę
          mieć dachu nad głową. Takie to fajne czasy! Uczciwie pracujący człowiek, nie
          moze na mieszkanie zarobić, ani nawet na kredyt na nie! To chore!
          • gryzelda71 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:09
            Zebra,skoro uczciwie pracujący nie moze na mieszkanie zarobić,to ci co je kupuja
            kradną?
            • kali_pso Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:46
              he, he..Zebra snuje spiskowe teorie dziejów, sa w nich ONI, którzy
              kradną, więc nieuczciwi, ale majacy własne mieszkania i ONA samotna
              nieszczęśnica, która narzeka na czasy w których przyszło jej zyc,
              zamiast męzusia przycisnąc, który to pierwszy powinien miec
              obowiązek w stosunku do swoich dzieci, a nie państwo, co powinno dac
              za darmo, bo się należywink
            • luccio1 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 16.08.08, 13:31
              Ci, co teraz kupują mieszkania, to tacy, którzy

              1) są zatrudnieni na stałe z wynagrodzeniem wystarczającym, by mieć "zdolność
              kredytową" - i w miarę pewni swej stałości w tym zatrudnieniu (tu wchodzą
              urzędnicy państwowi i samorządowi szczebla średniego - ci których nie wymienia
              się przy każdej kolejnej zmianie politycznej na szczycie);

              2) poszli we własną działalność i udaje im się "wychodzić na swoje";

              3) pewna część - to istotnie złodzieje i rozmaici kombinatorzy.

              Różnica między PRL a czasami obecnymi jest taka:
              wówczas, raz dostawszy mieszkanie z przydziału kwaterunkowego, wolno było
              sądzić, że posiada się je na wieczność [prawniczo: "posiadanie" to pojęcie
              znacznie szersze niż "własność"] - przydział był wydawany bezterminowo;
              wówczas dawało się pokombinować w ten sposób, że można było, odpowiednio
              podchodząc do urzędników, uzyskać skupienie dużej rodziny na obszernym
              kilkupokojowym mieszkaniu, na zasadzie: jeden przydział - dwa pokoje - rodzice z
              dziećmi + teść emeryt + teściowa, która całe życie spędziła "przy mężu"; drugi
              przydział - ciocia, osoba samotna - trzeci pokój; trzeci przydział - druga
              ciocia, wdowa - czwarty pokój (używalność kuchni, WC, łazienki - wspólna);
              potem bywało tak, że dziadek, potem babcia, umierali; potem odchodziła jedna
              ciocia, druga ciocia - i "podstawowa" część rodziny, tj. rodzice z coraz większą
              ilością dzieci, drogą kolejnych przybliżeń uzyskali w końcu nowy przydział na
              całość mieszkania (tu walnie pomagały świadectwa ciążowe przedstawione w
              odpowiednim momencie) - zwykle było to już w latach 70., gdy już nie
              dokwaterowywano, tylko, jeśli powierzchnia była zbyt duża na liczbę osób, kazano
              płacić nadmetraż; jeszcze można było zdążyć dokonać zmiany pokoleniowej, np. we
              wczesnych latach 80. - rodzice umarli, któreś z dzieci zostawało nowym głównym
              lokatorem na podstawie nowego przydziału, wydanego na podstawie postanowienia
              sądu (sprawa o "ustalenie stosunku najmu").

              A potem państwo wyparło się decyzji o przydziałach - decyzje administracyjne z
              czerwonymi pieczęciami (odciskanie pieczęci w czerwonym wosku - od średniowiecza
              prerogatywa królów) stały się nagle świstkami papieru...
              gdy równocześnie nie można ruszyć np. emerytur ubeckich, bo to "prawo dobrze
              nabyte"...
          • mathiola Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:18
            tak Zebro. I właśnie dlatego w moim - do tej pory 10 tysięcznym
            miasteczku mieszka obecnie chyba dwa razy więcej, a ich liczba
            podwoiła się w ciągu ostatnich kilku lat. Tak ludzi nie stać na
            mieszkania, że powstały u nas dwa ogromne nowe osiedla, w których
            mieszkania zostały wykupione na pniu (teraz zarabiają na nich ci
            najbardziej przedsiębiorczy, sprzedając je z drugiej ręki w cenie
            duużo wyższej). W miejscu, gdzie do niedawna były pola i łąki, stoją
            pięęęękne kolorowe (nie szarobure klocki gierkowskie) domy domki i
            wille.

            Otrząśnij się Zebra i rozejrzyj się wokół. Porównaj sobie w jakich
            warunkach dorastali nasi rodzice a w jakich warunkach mamy szanse
            wychowywać nasze dzieci. Czasy są dobre dla tych, którzy są zaradni.
            • gryzelda71 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:21
              Masz rację,trzeba byc zaradnym.Zebra jednak uważa,ze samo powinno przyjść.
          • morgen_stern Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 10:36
            > warto! Ja już 15 lat czekam....i co? No nic, bo mnie nie stać... I jeśli nie
            > odziedziczę po rodzicach i komunistycznego M ( na spółkę z bratem) to nie będę
            > mieć dachu nad głową.


            Ja myślałam, że nie masz mieszkania, bo nie wiedzieć czemu mężowi je oddałaś,
            ale popraw mnie, jeśli się mylę..
            • wieczna-gosia Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 14:06
              morgen- ty to jednak taka pamietliwa sucz jestes jak ja smile)))
              • morgen_stern Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 14:47
                Wiesz co, aż tak dobrze forumowych historii nie pamiętam, ale ta mi zapadła w
                pamięć. Byłam zaszokowana, że matka nie walczy o mieszkanie dla swoich dzieci.
          • wieczna-gosia Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 13:48
            Zebra, jesli pamiec mnie nie myli- ty masz dom. Na spolke z mezem. Za czasow
            komuny bylabys dokladnie w tej samej sytuacji gdyz dawali jedno mieszkanie na
            malzenstwo. Postanowilas nie walczyc o twoja wlasnosc- twoj wybor, ale nie
            opowiadaj bajek...
            • gryzelda71 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 16:34
              Hehe dodam jeszcze,ze Zebra chce swoją część darować bratu,bo nie ma ochoty
              "droczyć" sie o własne lokum z mężem.
            • zebra12 Wieczna Gosiu i Gryzeldo 10.08.08, 20:27
              Dom, to za dużo powiedziane. To ruina, w której NIE DA SIĘ MIESZKAĆ. Do
              wyburzenia lub generalnego remontu. Od 2 czy 3 lat nikt tam nie był. Mąż tam
              ponoć kiedyś jakieś dziury zrobił, żeby się dom wietrzył.... Pewnie mieszka już
              tam cała fauna z łąki i lasu. Dach jest dziurawy, zamiast podłóg klepisko,
              dziury w ścianach, brak fundamentu, brak wody, brak łazienki, elektryka w
              opłakanym stanie, wychodek na zewnątrz. Ale warta cokolwiek jest działka. Mąż
              nie zgadza się jej sprzedać i nie chce podzielić się pieniędzmi. Grozi, że jeśli
              wniosę sprawę do sądu, to on mi się wprowadzi do mieszkania.... A ja tego
              bardzo, bardzo nie chcę! Na dodatek, mój tata, który bawi mi dzieci, gdy ja
              pracuję, zaznaczył, że nie będzie się nimi zajmował, jak mój mąż znów tu będzie
              mieszkał.
              To wszystko nie jest takie proste. A działki nie chciałam się spisać bratu,
              tylko brat wywalczył by ją dla mnie. Tyle. Ja nie mam już siły psychicznej! Czy
              to tak ciężko pojąć. Mam problemy na tle nerwowym z sercem, mam astmę, robi mi
              się nagle słabo z nerwów. Nie mam siły. Nie jestem silna. Nie dlatego, że nie
              chcę, ale dlatego, że nie mogę!
              • gryzelda71 Re: Wieczna Gosiu i Gryzeldo 10.08.08, 20:32
                A jakim cudem mąż moze sie wprowadzić powiedz mi?
          • dlania Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 19:26
            zebra12 napisała:

            > Kazał? Pracę można było sobie zmienić. Ale była. A z tym czekaniem na mieszkani
            > e
            > to idiotyczny argument! Co z tego, że się czekało? Ile lat? Choćby i 10, to
            > warto! Ja już 15 lat czekam....i co? No nic, bo mnie nie stać... I jeśli nie
            > odziedziczę po rodzicach i komunistycznego M ( na spółkę z bratem) to nie będę
            > mieć dachu nad głową. Takie to fajne czasy! Uczciwie pracujący człowiek, nie
            > moze na mieszkanie zarobić, ani nawet na kredyt na nie! To chore!

            Zebra12, śmiem twierdzić, że jestem uczciwym człowiekiem, mój maż tez, nie mamy
            nawet bogatych rodziców i jakoś "dorobilismy sie" kredytu. Troche przeginasz z
            takim ocenianiem, obrażasz uczciwych ludzi.
            Owszem, ludziem niezaradnym, leniwym i przeciętniakom za PRL_u znacznie lepiej.
            Ale ja osobiście chrzanie takie lepiej. Zresztą kto cie trzyma - wyemigruj na
            Kube, na Białoruś, do Chin, do państw, które dbaja o swoich obywateli. I napisz
            nam stamtąd (jak ci akurat netu nie odetną), czy ci dobrze.
            • zebra12 Dlania, nie chcę nikogo obrażać 10.08.08, 20:12
              Takie są moje spostrzeżenia. Mam wielu znajomych i nikogo na kredyt nie stać.
              Może ja się obracam w takim gronie? Nie wiem. Poza tym, jeśli masz zaradnego
              męża, to wszystko jasne! Mój mąż był artystą malarzem, który nigdy nigdzie nie
              pracował. Tylko malował. Raz więc pieniądze były raz nie. A ja pracuję od dawna,
              ale co da moja pracowitość i zaradność? No co da? To tylko jedna skromna pensja
              z budżetówki. A dzieci troje. Przepraszam, że poczułaś się urażona. Ja czuję się
              bezradna, bo mimo mojej pracy i poświęcenia nic więcej nie mogę zrobić! Wciąż
              myślę, co mogłabym zmienić. Ale jakoś niczego nie mogę wymyślić.
              • dlania Re: Dlania, nie chcę nikogo obrażać 10.08.08, 20:23
                Zebra, ja tez jestem budżetówka. Mąż zaradny - hie, tak sobie, raczej
                sympatycznywink)) Zarabia mniej ode mnie, sporo mniej. Wiesz, ja nie pamietam,
                gdzie ty mieszkasz, bo jesli w duzym mieście to pewnie faktycznie trudno o
                kredyt. Ja wiem, że teraz jest ci bardzo trudno, bo dzieci są małe.
                Nie wiem, czy cie to pocieszy, ale jeszcze 3 lata temu pracował tylko mój mąz,
                ja dorywczo, po opłaceniu rachunków zostawało nam jakieś 300-400 zl na miesiąc
                zycia w trójke.... O kredycie mozna bylo pomarzyć tylko. A niedawno własnie
                kupilismy pierwsze własne, małe mieszkanko. Sytuacja życiowa czasem może się
                bardzo szybko zmienić, ale trzeba dawać szanse losowi - do czego cie namawiam i
                czego ci zyczęwink
              • gryzelda71 Re: Dlania, nie chcę nikogo obrażać 10.08.08, 20:25
                zebra12 napisała:
                Wciąż
                > myślę, co mogłabym zmienić. Ale jakoś niczego nie mogę wymyślić.

                Sorki Zebra,ale może trzeba zamiast ciągle czuć się bezradną zacząć działać.Jak
                masz kiepskiego prawnika poszukać innego,nie oddawać chaty bo mąz tak chce,no i
                jak nie dajesz już rady udać sie po pomoc do specjalisty.
                • zebra12 Na razie nic mu nie dałam 10.08.08, 20:50
                  Czekam na rozwód, potem dalej będę myśleć. Prawnika mam z polecenia. Wzięłam
                  pożyczkę z pracy, żeby go spłacić. W sumie okazuje się, że jest zbędny.
              • mathiola Re: Dlania, nie chcę nikogo obrażać 10.08.08, 20:37
                A ja ci Zebro powiem, że z 8 lat mojego małżeństwa jakieś 6 to było
                prawdziwe klepanie biedy. Wynajmowaliśmy nędzne mieszkania z
                nędznymi meblami, nie starczyło na jedzenie a co dopiero mówić o
                ciuchach i całej reszcie potrzeb... Nie było mowy o żadnym kredycie,
                nikt o zdrowych zmysłach nawet by nam go nie dał.
                Ale ja w przeciwieństwie do ciebie wierzyłam w to, że los się
                odwróci. Bo zazwyczaj się odwraca i w życiu człowiek przechodzi
                przez lata chude po to, żeby potem nastały tłuste. Z tymże nie można
                usiąść i płakać tylko wziąść się w garść i wierzyć. I robić
                wszystko, żeby tak się stało.
                Wierzę, że możesz mieć dość i że brakuje ci siły psychicznej.
                Dziewczyny nie raz sugerowały ci, żebyś poszła do psychiatry, który
                wyciągnąłby cię z depresji? Zrobiłaś to? Jeśli zrobisz ten pierwszy
                krok i znajdziesz lekarza, który doda ci sił do walki, wywalczysz
                to, co należy ci się jak psu buda. I będziesz miała swoje mieszkanko
                (ze sprzedaży ziemi chociażby). Tylko przestań usuwać się ciągle w
                kąt i oddawać wszystko walkowerem. Tak nie wyjdziesz z biedy i
                marazmu. Weź kobieto walcz, a nie spędzasz czas na rojeniu sobie,
                jak to za komuny było wszystkim dobrze. Bo nie było. Z takim stanem
                ducha za komuny byś nic nie osiągnęła.
          • chicarica Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 10.08.08, 19:41
            Widzisz, jestem uczciwie pracującym człowiekiem i kupiłam - na kredyt
            oczywiście, bo nigdzie na świecie nie kupuje się powszechnie mieszkań za gotówkę.
            Z kolei za peerelu moi rodzice musieli mieszkać z dziadkami, bo nie czekali ani
            5, ani 10, ani 15 lat na mieszkanie - czekali wiecznie i g... dostali - 7 lat
            temu odebraliśmy 10 tys wkładu mieszkaniowego z książeczki, a wpłacony był pełny
            wkład na mieszkanie w spółdzielni, którego nigdy nie zbudowano.
        • luccio1 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 16.08.08, 20:02
          wieczna-gosia napisała:
          > i to ze ktos KAZAL ci gdzies pracowac- niewazne czy akurat tam praca > ci
          pasuje, czy nie i czy akurat taka- trzeba sie bylo zglosic i
          > pracowac.

          Ściśle:
          "nakaz pracy" trzeba było odrobić przez 3 lata we wskazanym miejscu. Potem można
          było się zwolnić i próbować szczęścia samemu.
          Z biegiem lat stopniowo coraz to nowe kierunki studiów i specjalizacje uwalniano
          spod nakazów pracy - w latach 70., kiedy studiowałem, była już od nich wolna
          historia, historia sztuki, i bodaj większość kierunków humanistycznych.
      • ll66 Re: Kurcze, ja wielu z tych rzeczy nie robiłam! 11.08.08, 19:02
        > Co by nie powiedzieć o tamtych czasach, to bardzo podobało mi się, że:
        > 1. Każdy miał pracę
        > 2. Mieszkania były ogólnie dostępne, dla każdego! - to było najlepsze!
        > 3. Były organizowane wyjazdy dla dzieci na kolonie za grosze i wczasy pracownic
        > ze
        >
        > W sumie nie były to takie najgorsze czasy..

        1. za ktore dostawal gowniane pieniadze
        2. chyba po 30 latach czekania na nie
        3. oczywiscie jak byles z rodziny robotniczej hehe ja jakos sie niegdy na cos
        takiego nia zalapalem
    • marcelina4 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 15:32
      oj piękne to były czasy smile
      z koleżankami grałam namiętnie w gumę, albo graliśmy w dwa ognie nasze podwórko
      kontra sąsiednie, bawiliśmy się w podchody, w wakacje całe dnie spędzało się na
      podwórku, wieczorem bylismy tak padnięci, że nikt nie miał siły rozrabiać w
      domu, pojęcie ADHD nie bylo znane smile

      fajne były dobranocki : Bolek i Lolek, Reksio, Pszczółka Maja, z wypiekami na
      twarzy podglądałam przez dziurkę od klucza jak rodzice oglądali w sobotę kino
      nocne smile

      Zgadzam się z Wami, że najfajniejsze były święta, zawsze był śnieg i mróz,
      przygotowania do świąt ruszały miesiąc wcześniej, były wielkie porządki domowe (
      do dziś pamiętam zapach pasty do podłogi ) i polowanie w sklepach, świętami się
      żyło. cała rodzina zbierała się w wigilię, sklepy były pozamykane, nikt nie
      latał po galeriach handlowych w drugi dzień świąt.
      Fajnie było, naprawdę, ale to se ne wrati sad
      • sylwia06_731 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 20:46
        Chodziłam do szkoły sama od pierwszej klasy.Mama mnie tylko na początek roku szkolnego zaprowadziła po to,zeby wiedzieć czy jestem w klasie a,b czy c i chciała poznać wychowawczynię.Na drugi dzień juz poszłam z koleżankami.Na podwórko chodziłam sama i bez opieki jeździlam tramwajami i autobusami do miasta i do babci do miasta obok.Chodziłam mamie do"baby" po żur i po drodze połowę żuru wypijałam,chociaż kobita to w niezbyt sterylnych warunkach produkowała.Chodziłam z kolezankami na basen bez mamusi czy tatusia.Mieliśmy basen w szkole i można było popływać w soboty.Na stawiki też chodzilismy sami.Mleko w proszku wyjadałam chociaż moja babcia się bała,ze zapcham sobie kiszki.Żułam gumy Donald i zbieralam obrazki.Piłam napoje z woreczka,które się przebijało słomką.Jedną oranżade z butelki piło kilka osób po łyku.Piliśmy płyn Lugola po wybuchu w Czernobylu.
        • e_r_i_n Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 10.08.08, 19:12
          A Twoje dziecko też tak bez mamusi i tatusia zasuwa po mieście?
        • sylwia06_731 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 10.08.08, 20:33
          Tak.Jeździ do szkoły do miasta obok.Jest to szkoła,którą ja skończyłam i uważam,ze jest ok.Syn już teraz zdał do 2 klasy gimnazjum i chwali sobie pomimo dojazdu.Na podwórko chodził sam od pierwszej klasy.Jego koledzy też i zyją.
          • e_r_i_n Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 11.08.08, 11:10
            Cóż, ja 20 lat temu w pierwszej klasie nie chodziłam sama do szkoły. Moje
            dziecko tym bardziej nie będzie.
      • zales239 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 21:13
        Pamiętam to wszystko było cudnie,bawiliśmy się pod blokiem non stop
        itd,itp.
        Racja to se ne wrati.
      • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 18.08.08, 13:43
        marcelina4 napisała:
        > ...najfajniejsze były święta, zawsze był śnieg i mróz...

        Jakbym czytał wspomnienia lwowskie Jerzego Janickiego:
        całą zimę mróz, pełno śniegu na ulicach, nigdy nie tającego - i do
        tego dzień w dzień słońce i błękitne niebo... i "nie było czegoś
        takiego jak szarugi styczniowe..."

        Byłem we Lwowie całe 3 tygodnie w styczniu 1996. Wjeżdżałem do
        miasta - najpierw na dworzec autobusowy na Persenkówce (tj. na
        samych południowych okrajach obecnego "Wielkiego Lwowa"), stamtąd
        trolejbusem i tramwajem do miasta - w zamieci śnieżnej.
        Kilka dni później mogłem przeżywać szarugę - dzień ciemny jak w
        Krakowie, w dodatku bardzo wcześnie się kończący (na polskim zegarku
        o 15.30 już pełna noc - za to wstać łatwiej - o 6 już świta), a
        potem efekt działania wiatru halnego: w ciągu niecałych 24 godzin
        najpierw skok temperatury z -20° do +10°, więc całe miasto w wodzie,
        bo nikt nie odgarniał śniegu ani nie odbijał lodu, i kratki ściekowe
        nie zdążyły odmarznąć; potem znów w ciągu kilku godzin od +10° do
        -25° i w całym mieście ślizgawka (w Krakowie działanie halego
        rozciąga się na 2-3 dni).
    • galela Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 21:51
      Wspomina się cudownie ale jak sobie przemyślę, co wyprawialiśmy, to
      zgroza mnie bierze. Kąpaliśmy się w stawie z kuzynostwem chodząc do
      pierwszych klas podstawówki. Na staw szło się ze 3 km i nie było tam
      nikogo poza nami. Skakaliśmy ze znajomymi z torów na hałdy piachu
      (kilkanaście metrów), jeździliśmy rowerami bez kasków po drogach
      szybkiego ruchu, niekiedy we troje naraz jak był jeden rower.
      Bawiliśmy się na budowach wszelakich, jeździliśmy na furach z sianem
      tak że zrywało się czereśnie z drzew rosnących obok, robiliśmy różne
      niebezpieczne rzeczy i niestety nie wszyscy z nas przeżyli.
      • beata-to-ja Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 09.08.08, 22:59
        i pachty były, i nikt nie dzwonił na policję, bo komórek nie było.
        Nie bali się rodzice że ktoś mi kosę ożeni, albo że samochód
        rozjedzie, bo aut bylo mało. Po ulicy mojej jeździły rzadko, całą
        paczką na ulicy bawiliśmy się w "kręconkę", albo skakaliśmy w
        gumę...Po szkole można było isć na dwór i bawić się z dziećmi a nie
        tylko patrzeć w monitorsmile
        • a_gurk Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 10.08.08, 00:02
          Wspinałam się na drzewa i przeróżne ogrodzenia, nasze osiedle
          walczyło na kamienie z sąsiednim, obrywaliśmy niedojrzałe owoce w
          opuszczonych sadach (wkrótce na tym miejscu wybudowali bloki), do
          szkoły od drugiego dnia 1 klasy chodziłam sama, przechodząc z innymi
          przez ruchliwą jak na tamte czasy ulicę, własnie w 1 klasie
          nauczyłam się czytać i pisać (w przedszkolach wtedy tego nie
          uczono), w lecie jadałam trawę, w zimie śnieg, stałam w kolejkach na
          zmianę z resztą rodziny, czekolada była świętem, skakanie na
          skakance i przez gumę codziennością. A pamiętacie "czarną wołgę"?
          Wszystkie dzieciaki się jej bały. Ja wychowałam się w mieście, wśród
          szarówki i bloków, betonowych spiral, po których chodziliśmy i na
          których biliśmy sięb i oczywiście placów budowy nowych osiedli.
          Drzewa były nieliczne i małe, krzaki non stop łamaliśmy (boisk też
          było mało). Ja dużo chorowałam i w odróżnieniu od dzisiejszych
          czasów, kiedy raczej odchodzi się od nagminnego podawania
          antybiotyków na rzecz inhalacji, szczepionek itp., mnie leczono
          głównie antybiotykami i skutki odzczuwam do dziś- każdy katar to
          początek poważnego przeziębienia (conajmniej).
          • a_gurk Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 10.08.08, 00:08
            Dodam jeszcze, co dziś wspominam z łezką w oku, gościnność, którą
            okazywano niemal wszystkim gościom (Polska północno-zachodnia).
            Jeżeli przychodziło się w porze obiadu, dawano Ci obiad, w porze
            kolacji kolację, jeśli pomiedzy zawsze coś tam szykowano i zawsze
            czymś do jedzenia poczęstowano, pomimo najczęściej wpadania "nie w
            porę" (telefony były rzadkością, czekało się na nie po 10 lat i
            dłużej). Chociaż czasy były ciężkie i w sklepach pustki. Teraz
            cieszę się, jeżeli ktoś mi cokolwiek do herbaty lub kawy zaproponuje
            (chociaż na spotkania się zawsze umawiam).
            • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 23.08.08, 20:08
              a_gurk napisałasuspicious
              > Jeżeli przychodziło się w porze obiadu, dawano Ci obiad, w porze
              > kolacji kolację, jeśli pomiedzy zawsze coś tam szykowano i zawsze
              > czymś do jedzenia poczęstowano, pomimo najczęściej wpadania "nie w
              > porę".

              Mnie tłumaczono, abym dobrze zapamiętał, w którym domu zaprzyjaźnionym o której
              godzinie podają zwykle obiad -
              - i chcąc tam wpaść bez zapowiedzenia się, wybierał każdą inną porę!
    • deodyma Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 08:58
      i sie je przezylosmile wspaniale mialam dziecinstwo i z wieloma osobami
      zaluje, ze te czasy juz nigdy nie wrocasad co mysmy wtedy wyrabiali,
      to glowa mala. od rana do wieczora biegalam po podworku, umorusana
      od stop do glowy, roztrzepana. wygladalam, jak dziecko ulicysmile mnie,
      kolegom i kolezankom, nigdy sie nie nudzio. a te pololenie ktore
      rosnie obecnie, to juz niestety, nie to.
      • lola211 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 09:48
        a te pololenie ktore
        > rosnie obecnie, to juz niestety, nie to.

        A o twoim pokoleniu , pokolenie rodzicow zapewne mowi to samo.
        Ja tam sie ciesze,ze nasze dzieci nie zyja w szarym socjalizmie, ze
        moga wyjezdzac za granice, swiat poznawac, ze zamiast pod trzepakiem
        moga spedzac czas konstruktywniej.
        Maja dziecinstwo kolorowe, radosne, optymistyczne.
        • gryzelda71 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 09:51
          Moje dzieciństwo też było radosne,kolorowe i optymistyczne,bo jak dziecko
          inaczej na pewne sprawy patrzyłam i juz.
        • zebra12 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 10:12
          moga wyjezdzac za granice, swiat poznawac, ze zamiast pod trzepakiem
          > moga spedzac czas konstruktywniej.

          Hahahaha, dobre! Pobudka, otwieramy oczka! Mogą, mogą, ale TYLKO nielicznej
          grupy ludzi, których na to stać!
          A ja właśnie za komuny najwięcej wyjeżdżałam na granicę: NRD, Czechosłowacja,
          Bułgaria...
          Potem już nigdzie nie byłam. No, w czasie studiów w Izraelu (ale tam
          pracowałam!!!) Tyle. Teraz, tak jak wielu ludziom, ledwo mi wystarcza do
          pierwszego! Albo i nie wystarcza...
          • mathiola Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 10:37
            bo wtedy dali a teraz nie dają?
            Bułgaria, NRD, Czechosłowacja, dooobre smile) A na majorce byłaś za
            komuny? Nie dali wczasów na Majorkę?
            To ja wolę sama zarobić i pojechac tam gdzie chcę, a nie tam, gdzie
            dają.
            • zebra12 Mathiola! 10.08.08, 13:32
              Ja też wolę sobie zarobić! Ale jakoś płacą mi tylko 1500. I nie chcą więcej. Draby!
              Cieszę się, że byłam w NRD czy Czechosłowacji. Dziś mnie na to nie stać!
              Tych, ci co ich wtedy było stać, to i wtedy mogli pojechać. Pieniądze zawsze
              drzwi otwierają.
              • triss_merigold6 Re: Mathiola! 10.08.08, 14:28
                To zmień zawód albo branżę. Albo poszukaj czegoś lepiej płatnego w
                edukacji. 1500 zł to można lekkim twistem z samych weekendowych
                (sobotnich) kursów wyciągnąć. Albo córki wychowaj na zaradne.wink
                • zebra12 Triss, wierz mi, ze się staram 10.08.08, 20:04
                  I mam nadzieję, że będą zaradne. Niestety kursy weekendowe odpadają, bo nie mam
                  takich możliwości. Po pierwsze z powodu nauczanego przedmiotu, po drugie, dzieci
                  nie miałyby w ogóle matki, po trzecie nie stać mnie na dodatkową opiekę dla nich.
          • mathiola Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 10:47
            A po za tym nawet gdybym miała resztę życia spędzić w kraju i nie
            zobaczyć ani NRD ani Czechosłowacji, to nikt mi nie odbierze tego,
            że mogę iśc do sklepu i w godzinę wyjść z niego z pralką,
            telewizorem, komputerem, czy co tam mi potrzebne. Że nie musze stać
            nocami w kolejkach i zapisywać się w durnowatym komitecie
            kolejkowym. Że nikt mi nie wydziela ile szynki mam kupić dla swoichg
            dzieci i ile wódki dla siebie. Że jak chcę napić się dobrego wina,
            to idę o 22 wieczorem i je kupuję. Że mogę kupić swojemu dziecku sto
            par rajstopek jeśli będę miała takie życzenie, a nie jedną na 6
            miesięcy bo tak wymyślił jakiś kretyn z zakutą pałą.
            A to, że w piątek robię iprezę na kilkanaście osób nie oznacza, że
            już w marcu musiałam zacząć zbierać zapasy żywnościowe, żeby czymś
            ugościć towarzystwo.
          • marcelina4 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 10:47
            ja też się cieszę, że moje dziecko nie będzie żyło w komunie, tylko w wolnym
            kraju, będzie miało większe ode mnie możliwości, ale tamte czasy pod wieloma
            względami były dobre.

            Przede wszystkim żyło się wolniej, bez ciągłej gonitwy za pieniędzmi i choć w
            sklepach nic nie było, to człowiek umiał docenić to co ma, szanowało się swoje
            rzeczy, pamiętam, że jak dostałam pierwsze prawdziwe jeansy, to się prawie ze
            szczęścia posikałam, na komunię dostawalo się zegarek albo rower, a dzisiaj?
            komórka to juz byle co, dzisiaj daje się laptopy i inne bajery.

            ludzie więcej czasu poświęcali rodzinie, w niedzielę sklepy były zamknięte,
            chodziło się z rodzicami do parku, albo do ZOO, to był czas dla dzieci, wspólne
            wakacje z rodzicami, a dzisiaj? rodzice pakują maleńkie dziecko w fotelik
            samochodowy i jazda na rajd po galeriach handlowych i szal zakupów, tak wygląda
            dzisiaj niestety rodzinne spędzanie czasu.

            Do szkoły dzieci chodziły ubrane normalnie, nie było rewii mody, nikt nikogo nie
            poniżał za to, że ma gorsze ciuchy, dzieci nie kradły sobie komórek, dziewczynki
            wyglądały jak dziewczynki, a nie jak wymalowane laski, farbowanie włosów albo
            makijaż w wieku 14 lat był nie do pomyślenia. nikomu nie przychodziło do głowy
            nawymyślać nauczycielowi albo go uderzyć, była dyscyplina i poszanowanie dla
            osób starszych. ja sama nie raz dostałam drewniana linijką po łapach za
            przeszkadzanie na lekcji i moja mam nie straszyła szkoły sądem, tylko jeszcze mi
            karę wlepiła za brak dyscypliny.
            W autobusach normalne było, że ustępuje się miejsca starszej osobie, czy
            kobiecie w ciąży, młodzież w wieku szkolnym nie pila piwka na ławkach w parku.
            jakoś udało mi się przeżyć bez wszystkich dzisiejszych "udogodnień" i wyszłam na
            ludzi, o ile lata osiemdziesiąte były tragiczne dla Polski jako kraju i narodu,
            to dla ówczesnej młodzieży i dzieci wcale nie były złe.
            • gryzelda71 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 10:57
              marcelina4 napisała:
              wspólne
              > wakacje z rodzicami, a dzisiaj?

              No przyznam się,ze nigdy nie byłam z moimi rodzicami na wakacjach,ani jak
              maluch,ani jako starsze dziecko,w przeciwieństwie do moich dzieci,które
              zabieramy w różne miejsca

              nikt nikogo nie
              > poniżał za to, że ma gorsze ciuchy,

              Zawsze były osoby które wyróżniały sie np tym,ze ze względu na rodzinę w
              stanach,miały i lepsze ciuchy i lepsze gadżety.

              ja sama nie raz dostałam drewniana linijką po łapach za
              > przeszkadzanie na lekcji

              I serio uważałaś,że nauczyciel postąpił słusznie?Chciałabyś,zeby twoje dzieci
              były tak stawiane do pionu?

              młodzież w wieku szkolnym nie pila piwka na ławkach w parku.

              Piła,piła,może nie piwo,ale piła...
              • mathiola Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 11:11
                No przyznam się,ze nigdy nie byłam z moimi rodzicami na
                wakacjach,ani jak
                maluch,ani jako starsze dziecko,w przeciwieństwie do moich
                dzieci,które
                zabieramy w różne miejsca

                ja w dzieciństwioe w ogóle nigdzie nie byłam na wakacjach bo moich
                rodziców nie było na to stać. No, oprócz obozu harcerskiego. A ojcu
                prędzej by ręce uschły, niż je wyciągnął do władzy po wakacje w NRD
                i Czechosłowacji ;P
                • kropkacom Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 14:14
                  A ja byłam w dzieciństwie dwa razy w Bułgarii ale nikt nam tych wczasów nie dał.
                  Komu dawali?
                  • mathiola Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 19:52
                    No nie wiem, chyba komus dawali skoro Zebra twierdzi że wtedy mogła
                    jeździć a teraz nie. Bo w powszechny dobrobyt za peerelu jakoś nie
                    wierzę.
              • marcelina4 Re: gryzelda 10.08.08, 11:15
                uważasz, że w porządku jet sytuacja kiedy uczeń zwraca się w wulgarny sposób do
                nauczyciela i kiedy dostanie uwagę, to mamusia leci do dyrektora ze skargą i
                straszy szkołę sądem i robi aferę, bo jej "niewinne' dziecko zostało skrzywdzone ?

                uważasz, że jest ok kiedy małolaty siedzą do późnej nocy na ławce przed blokiem,
                piją piwko, palą, klną i wydzierają się, a próby zwrócenia uwagi kończą się
                lecącymi w stronę okiem butelkami po piwie, a rodzice dzieci kwitują całe
                zdarzenie wzruszeniem ramion?

                uważasz, że jest ok, kiedy dziecko w szkole jest poniżane i gnębione (tzw fala )
                przez świetnie ubrane i przez to bardzo "lubiane" koleżanki, bo ma gorsze
                ciuchy? czy to fajnie kiedy takiemu dziecku spuszcza się wodę na głowę w
                toalecie, albo publicznie się je obnaża, bo fajny jest "ubaw"

                spotkałaś się kiedyś z takimi sytuacjami kiedy sama byłaś dzieckiem?
                niestety dziecko mojego brata tego właśnie doświadczyło i ja najchętniej takie
                gó..ary to wytrzaskałabym łbem o ścianę.
                Prawda jest taka, że dzisiejsza młodzież ma bardzo mocno przesunięte granice
                swobody i brakuje jej normalnego wychowania, boję się pomyśleć jacy dorośli z
                nich będę w przyszłości.
                • gryzelda71 Re: gryzelda 10.08.08, 11:23
                  Powiedz mi tylko kim są rodzice dzisiejszej młodzieży?Ni są to przypadkiem osoby
                  co dostawały linijka po łapie?
                  I owszem spotykałam się z gnębieniem gorzej ubranych i biedniejszych osób,tylko
                  nikt tego w wiadomościach nie pokazywał.
                  • marcelina4 Re: gryzelda 10.08.08, 11:31
                    masz rację, rodzicami dzisiejszej młodzieży są ludzie z naszego pokolenia, ale
                    oni nie zajmują się dziećmi, bo robią kariery, zarabiają pieniądze na kolejny,
                    lepszy samochód, a dzieciom dają wolną rękę, bo uważają, że w ten sposób ich
                    dzieci będą miały lepsze dzieciństwo niż oni sami. tylko czy tamto dawne
                    wychowanie wyszlo im na złe? czy rodzice owych rozwydrzonych dzieciaków wpadliby
                    na pomysł, żeby nie lubianej koleżance z pracy porysować samochód gwoździem?

                    Nie wiem dokąd zaprowadzi te dzieci brak wychowania i wpajania normalnych zasad
                    współżycia społecznego, jacy ludzie z nich wyrosną.

                    w wiadomościach może nie mówią co dzień o fali w polskich szkołach, ale nie
                    znaczy to, że jej nie ma , bo jest i czasem naprawdę w drastyczny sposób się
                    objawia.
                    • lola211 Re: gryzelda 10.08.08, 16:42
                      Akurat.
                      Zachowania, ktore opisujesz dotycza glownie mlodziezy z nizin
                      spolecznych, blokersow, nie majacych zadnego pozytywnego przykladu z
                      gory.To wlasnie bieda i brak wzorcow sa głowna przyczyna, a nie jak
                      piszesz ,kariera rodzicow.Znam mnostwo mlodych ludzi z rodzin
                      zyjacych na dobrym poziomie- ta mlodziez jest wyksztalcona, dobrze
                      wychowana, rokujaca pozytywnie.W odroznieniu od holoty hodowanej w
                      domach, gdzie wiecznie brak pieniedzy, gdzie leje sie wóda.
                      • gryzelda71 Re: gryzelda 10.08.08, 16:49
                        Mam bardzo podobne obserwację.
                      • e_r_i_n Re: gryzelda 11.08.08, 11:41
                        Dokładnie. Owszem, dzieci z dobrych domów też bywają patologiczne, ale bzdurą
                        jest, że dzisiejsi rodzice generalnie o dzieci nie dbają.
                        Ja twierdze, że jest wręcz odwrotnie - to teraz większą uwagę przykłada się do
                        rozwoju dziecka, do jego uczuć, dziecko staje się partnerem, a nie, zgodnie z
                        zasadą, głosu nie ma.
                        I dokładnie - te dzieci wychowują te 'szczęśliwe dzieci komuny'. Widać lanie
                        linijką po łapach i zasada 'nauczyciel ma zawsze racje' dobrych plonów nie zbiera.
                • wieczna-gosia Re: gryzelda 10.08.08, 14:04
                  > uważasz, że w porządku jet sytuacja kiedy uczeń zwraca się w wulgarny sposób do
                  > nauczyciela i kiedy dostanie uwagę, to mamusia leci do dyrektora ze skargą i
                  > straszy szkołę sądem i robi aferę, bo jej "niewinne' dziecko zostało skrzywdzon
                  > e ?
                  >
                  > uważasz, że jest ok kiedy małolaty siedzą do późnej nocy na ławce przed blokiem
                  > ,
                  > piją piwko, palą, klną i wydzierają się, a próby zwrócenia uwagi kończą się
                  > lecącymi w stronę okiem butelkami po piwie, a rodzice dzieci kwitują całe
                  > zdarzenie wzruszeniem ramion?
                  >
                  > uważasz, że jest ok, kiedy dziecko w szkole jest poniżane i gnębione (tzw fala
                  > )
                  > przez świetnie ubrane i przez to bardzo "lubiane" koleżanki, bo ma gorsze
                  > ciuchy? czy to fajnie kiedy takiemu dziecku spuszcza się wodę na głowę w
                  > toalecie, albo publicznie się je obnaża, bo fajny jest "ubaw"
                  >
                  > spotkałaś się kiedyś z takimi sytuacjami kiedy sama byłaś dzieckiem?

                  marcelina gdzies ty zyla?????
                  oczywiscie ze mialam na podworku towarzycho siedzace do poludnia i wagarujace. I
                  wymuszajace kase. Oczywiscie ze moi koledzy miewali "mamuski" zalatwiajace
                  wszystko od skargi nauczuciela po promocje na koniec roku metoda lapowek,
                  koniaczkow i czekoladek. Oczywiscie ze w moich szkolach byly "nietylakne dzieci".
                  W podstawowce bylo zaciaganie dziewczyn do kibla. Na koloniach byly "kocowy".
                  Pamietam jak wyladowalam w pokoju z dziewczynami starszymi o 4-5 lat i bylam
                  przez 3 tygodnie mniej lub bardziej gnojona (akurat nie jestem typel kozla
                  ofiarnego, wiec raczej mniej bo umialam sie odwinac, wiec raczej mniej, ale
                  zawsze...)
                  • triss_merigold6 Re: gryzelda 10.08.08, 14:19
                    Marcelina chyba pod kloszem żyła...
                    Ja pamiętam takie kwartały na dzielnicy na które się nie chodziło,
                    bo każde blokowisko miało swoj rewir. I pamiętam wielkie ustawiane
                    bijatyki międzyosiedlowe oraz ze skinami. Kozły ofiarne były zawsze,
                    w każdej klasie w podstawówce, na każdych koloniach.
                    Get real kobieto, tamte lata nie były psiejskie czarodziejskie,
                    wręcz przeciwnie.
                  • marcelina4 Re: wieczna-gosia 11.08.08, 10:48
                    gdzie żyję? na warszawskim blokowisku i nie twierdzę, że wszystkie dzieciaki są
                    zepsute do szpiku kości, ale niestety akurat te dzieci o których pisałam wcale
                    nie pochodzą z rodzin patologicznych. to są dzieci twz.porządnych ludzi, tyle
                    tylko, że ci ludzie odpuścili sobie kwestie wychowania dzieci, brak
                    zainteresowania i czasu rekompensują im całkowitą swobodą, kupowaniem gadżetów i
                    ciuchów i trudno się dziwić, że te dzieci zachowują się tak, a nie inaczej
                    • lola211 Re: wieczna-gosia 11.08.08, 13:35
                      Takie rodziny byly zawsze, sa i beda.To wcale nie jest znak naszych
                      czasow.
                • e_r_i_n Re: gryzelda 11.08.08, 11:38
                  Ale to nie jest kwestia czasów, tylko rodziców.
                  Mam uwierzyć, że za komuny nie było przestępstw i patologii?
                  Raczej była, może nawet większą, tylko nie tak widoczna i nagłaśniana i piętnowana.
            • mathiola Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 11:10
              > Przede wszystkim żyło się wolniej, bez ciągłej gonitwy za
              pieniędzmi

              myślę, że to nie możemy tego wpisać w zasługi komunizmu

              pamiętam, że jak dostałam pierwsze prawdziwe jeansy, to się prawie ze
              > szczęścia posikałam, na komunię dostawalo się zegarek albo rower,
              a dzisiaj?

              nie cieszysz się, że masz więcej niż jedną parę dżinsów? Albo że
              twoje dziecko ma więcej niż zegarek na rękę?

              > komórka to juz byle co, dzisiaj daje się laptopy i inne bajery.

              To już wina ludzi a nie systemu.

              nie było rewii mody, nikt nikogo ni
              > e
              > poniżał za to, że ma gorsze ciuchy,

              była. I poniżali. Były peweksy dla bogatych i zwykłe ciuchy dla
              biednych.

              > wyglądały jak dziewczynki, a nie jak wymalowane laski, farbowanie
              włosów albo
              > makijaż w wieku 14 lat był nie do pomyślenia. nikomu nie
              przychodziło do głowy
              > nawymyślać nauczycielowi albo go uderzyć, była dyscyplina i
              poszanowanie dla
              > osób starszych. ja sama nie raz dostałam drewniana linijką po
              łapach za
              > przeszkadzanie na lekcji i moja mam nie straszyła szkoły sądem,
              tylko jeszcze m
              > i
              > karę wlepiła za brak dyscypliny.


              a tu się zgadzam.

              > młodzież w wieku szkolnym nie pila piwka na ławkach w parku.

              piła, piła ;P
              • luccio1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 17.08.08, 20:44
                mathiola napisała:
                > > pamiętam, że jak dostałam pierwsze prawdziwe jeansy, to się prawie > > ze
                szczęścia posikałam...

                Jeszcze wakacje między liceum a studiami przechodziłem w komplecie dżinsowym z
                "Odry".
                Pierwsze prawdziwe dżinsy "Levi Strauss" kupiłem w r. 1981 w Wiedniu.

                Wcześniej widziałem dżinsy "oryginalne" ("Rifle") na kolegach z klasy licealnej
                - pierwszym, który je założył do regulaminowej granatowej marynarki, był syn
                profesora medycyny...
            • wieczna-gosia Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 14:00
              na komunię dostawalo się zegarek albo rower, a dzisiaj?
              > komórka to juz byle co, dzisiaj daje się laptopy i inne bajery.
              >

              wiekszosc ze znajomych mi dzieci dostala wlasnie rower lub zegarek, wzglednie
              komorke czy MP3. Od czasu do czasu laptop. A laptopy w tej chwili to wydatek
              rzedu 1400 zlotych- mama, tata, chrzesni, dziadkowie razy dwa- no nie wiem czy
              po 200 zlotych skladki wyjdzie... mp# to wydatek rzedu 150- 200, aparat na
              klisze za 100 moizna kupic a najprostrzy cyfrowy to ze 200 kosztuje. A zegarek-
              swatch bajera 200 zlotych kosztuje. Moze ja jestem rozrzutna ale uwazam ze
              prezent rzedu 200 zlotych na Komunie to dosc normalna suma bez przegiec. A zloto
              jakie tanie- piekny medalik mozna kupic za 70 zlotych z lancuszkiem.....

              > Do szkoły dzieci chodziły ubrane normalnie, nie było rewii mody, nikt nikogo ni
              > e
              > poniżał za to, że ma gorsze ciuchy, dzieci nie kradły sobie komórek, dziewczynk
              > i
              > wyglądały jak dziewczynki, a nie jak wymalowane laski, farbowanie włosów albo
              > makijaż w wieku 14 lat był nie do pomyślenia.
              terefere- chodzilam do szkoly z dziecmi "badylarzy"- oni dzinsy z pewexu (owszem
              pod stylonowym fartuchem), ja spodnie z dzianiny i juniorki. A piorniki i inne
              akcesoria?? a te gumki pachnace?
              • triss_merigold6 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 14:09
                No dokładnie. Dzieci badylarzy miały ciuchy z Rembertowa a
                dziewczynki lakierki z Chmielnej oraz turecki jeans.
                Dzieci na wsi zap... w obejściu i przy żniwach a nie miały sielskie
                wakacje.
                Fartuchów nie nosiłam od IV klasy podstawówki, po powrocie z USA
                odmówiłam noszenia tego badziewia, w szkole mogli mi skoczyć, bo się
                dobrze uczyłam.
                Pamiętam falę kradzieży kurtek jeansowych, właśnie w podstawówce.
                Kradli sami uczniowie i opychali fanty na Różyckim.
                • mama_kotula Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 12.08.08, 09:48
                  > Pamiętam falę kradzieży kurtek jeansowych, właśnie w podstawówce.
                  > Kradli sami uczniowie i opychali fanty na Różyckim.

                  Bo kradzieże były tak samo, jak i dzisiaj - tylko że przedmioty pożądania się zmieniały.
                  Teraz nikt by nie podpieprzył jaskraworóżowej czapki "z kangurkiem" czy NRD-owskiego piórnika z wyposażeniem.
              • luccio1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 18.08.08, 14:00
                wieczna-gosia napisała:
                > nikt nikogo nie poniżał za to, że ma gorsze ciuchy, dzieci nie
                > kradły sobie komórek...

                Kiedy nie było komórek, orzedmiotem oożądania mogły być zwykłe
                kredki.
                Pamiętam: rok 1961 kolonie prywatne (były takie!) w Rabce; kolonie
                prywatne - zatem grono uczestników powinno było prezentować jakiś
                tam poziom...
                Wziąłem na te kolonie pudełko kredek jeszcze przedwojenej produkcji
                Majewskiego w Pruszkowie - "Harcerz": piękny obrazek na wierzchu
                pudełka z grubej tektury - tytułowy harcerz w pełnym mundurze przy
                ognisku, nad ogniskiem na trójnogu wisi kociołek, woda w kociołku
                wre...
                oczywiście zaraz: pożycz! pożycz!
                "oddaj" już nie było. Kredki i pudełko mi połamano, i jeszcze
                zrobili mi coś jakby "sąd społeczny" - że jestem sobek, nieużyty, bo
                się dopominam zwrotu...

                Potem do szkoy nosiłem w piórniku tylko podstawowe kolory i kredki
                różnego stopnia zużycia, różnych firm (Hardtmuth, Turan-Polycolor,
                Sunpearl) - i też było ciągle pożycz! pożycz! - tylko że wtedy po
                każdej lekcji twardo obchodziłem klasę i zbierałem. Inaczej zaraz
                pierwszego dnia wróciłbym z pustym piórnikiem.
            • lola211 Re: Raczysz zartowac? 10.08.08, 16:35
              > komórka to juz byle co, dzisiaj daje się laptopy i inne bajery.

              To wynika z postepu.Komorki sa dostepne dla wszystkich, stad niby
              dlaczego maja byc traktowane jak dobro luksusowe? W sumie to smutne,
              ze byly czasy gdy zwykly rower byl na wage złota.

              > ludzie więcej czasu poświęcali rodzinie, w niedzielę sklepy były
              zamknięte,
              > chodziło się z rodzicami do parku, albo do ZOO, to był czas dla
              dzieci, wspólne
              > wakacje z rodzicami, a dzisiaj? rodzice pakują maleńkie dziecko w
              fotelik
              > samochodowy i jazda na rajd po galeriach handlowych i szal
              zakupów, tak wygląda
              > dzisiaj niestety rodzinne spędzanie czasu.

              Ja tam z dzieckiem spedzam duzo wiecej czasu niz moja matka ze
              mna.Pracowala, miala mnostwo domowych obowiazkow, ktore wowczas byly
              duzo bardziej czasochlonne, czas spedzala w kolejkach.
              Ja uwazam, ze dzis jest pod tym wzgledem o niebo lepiej.

              > Do szkoły dzieci chodziły ubrane normalnie, nie było rewii mody,
              nikt nikogo ni
              > e
              > poniżał za to, że ma gorsze ciuchy, dzieci nie kradły sobie
              komórek, dziewczynk
              > i
              > wyglądały jak dziewczynki, a nie jak wymalowane laski, farbowanie
              włosów albo
              > makijaż w wieku 14 lat był nie do pomyślenia. nikomu nie
              przychodziło do głowy

              To jakis zart czy zanik pamiecismile? Jka najbardziej dzieci ocenialy
              sie poprzez pryzmat posiadanych przedmiotow, ciuchow, wygladu.Dzieci
              ubrane byle jak byly dyskryminowane jako biedne.Ja sama majac 14 lat
              mialam niezle przejscia w szkole z powodu makijazu i kolorowych
              ciuchow.A, i pamietam jeszcze jak pol klasy palilo papierosy w
              obecnosci nauczyciela.W klasach zawsze znalazl sie jakis wyrzutek
              pijacy, wachajacy klej, z ktorym nikt nie mogl sobie poradzic.
              W szkole byla przemoc, mlodziez dzielila sie na normalna i
              patologiczna.
              W zyciu nikt mnie nie przekona, ze za naszych czasow to bylo tak
              wspaniale.Za dobra pamiec mam.
              • luccio1 Re: Raczysz zartowac? 17.08.08, 20:47
                lola211 napisała:
                > W sumie to smutne,
                > ze byly czasy gdy zwykly rower byl na wage złota.

                Z drugiej strony przykro, że "Romet" padł.
            • dlania Marcelina 4 10.08.08, 19:30
              Gdzie ty mieszkasz? Rozumiem, że opisujesz swoje zycie (ta gonitwa za
              pieniadzem, niedziele galerii handlowej)? Z moich osobistych doświadczeń wynika,
              że nie trzeba wracać do komuny, aby ciekawie spędzać weekendy i żyć spokojnie i
              szczęśliwie. Wystarczy się wyprowadzić na prowincjęwink
              • mathiola Re: Marcelina 4 10.08.08, 20:05
                Dlania. Nie trzeba wyprowadzać się na prowicję, by nie fundować
                swojej rodzinie weekendów w galerii handlowej. Naprawdę. Myślący
                ludzie potrafią zorganizować sobie i dzieciom wspaniale czas, nie
                zapędzając ich na zakupy i frytki smile
                • dlania Re: Marcelina 4 10.08.08, 20:13
                  Ale na prowincji pewnie łatwiej, jak sie ma do najbliższej galerii 80 kilosówwink))
                  • mathiola Re: Marcelina 4 10.08.08, 20:39
                    no w sumie niby racja, nie kusi człowieka wink
                    • e_r_i_n Re: Marcelina 4 11.08.08, 11:46
                      Ja tam stwierdzam, że te galerie to bardziej kuszą właśnie tych, co ich w
                      pobliże nie mają. W weekendy raczej 'obce' niż warszawskie rejestracje widuje
                      się na parkingach przy molochach handlowych.
                      To właśnie ludzie z dużych miast uciekają na weekendy gdzieś w zieleń i spokój.
            • e_r_i_n Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 11:37
              Jak rozumiem jeśli nauczyciel teraz walnie Twoje dziecko linijką po łapach, bo
              gada na lekcji, to nie zareagujesz? Albo raczej - dodatkowo walniesz linijką w
              tyłek? Dziecko oczywiście.
              Uwielbiam to 'jak to było dobrze'.
              Wcale nie było dobrze.
              Szczęściem było mieć rodzinę za granicą, bo można było mieć porządne wyposażenie
              do szkoły (właśnie przy okazji zaopatrywania mojego dziecka do pierwszej klasy
              naszło mnie i moją mamę na wspomnienia). Albo można było poznać smak czekolady.
              Byliśmy zacofani, zahukani i bez dostępu do nowoczesności.
              I płacimy za to wysoką cenę do dzisiaj.
              • nenia1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 12:07
                Przykro mi erin, ale twoja wypowiedź, jest typową wypowiedzą skostniałej, zasadniczej dorosłej, czyli jak to się dzisiaj mówi, mugol z ciebiewink

                Dzieci nie są zacofane ani zahukane, dzieciom nie trzeba najnowszych
                gadżetów, drogich zabawek, markowych ciuchów. To świat dorosłych.
                Dzieciństwo to swiat magii, cudownej naiwnosci i beztroski, gdzie wiele rzeczy jest pełne baśni i niespotykanej już później niezwykłosci.
                To pasja i radość zycia. Dzieci są czasem bezwzględne, czasem pełne radości, ale jednoczesnie są niezwykle autentyczne.
                Potem idą do szkoływink.
                Moje dzieciństwo to czerwone szkiełko, które staje się cennym skarbem, to pachnąca trawa i ciepła, łagodnie patrząca krowa, to płatek sniegu na języku, to kapsel zalany woskiem, który mozna wygrac wyścig pokoju, to telesfor, teodor i niewidzialna ręka, to taplanie boso w kałży rozgrzanego błota, to bogate zycie podwórkowe z koleżankami i kolegami na tak tu pogardzanym trzepaku. Pełnia szczęściasmile.

                Czy czułam się zacofana, czy myslałam o zelaznej kurtynie?
                Dziwne, ale niesmile.

                Absolutnie nie jest sednem mojego wątku udawadnianie, że za komuny to było lepiej.
                To wątek o magicznym dzieciństwie, które udało mi się przeżyć.

                To piszę do tych zasadniczych, zawsze zaradnych, powaznych,
                odpowiedzianych i realistycznych matek.

                Polecam "Dzieci z Bullerbyn". Wspaniała książka dla dzieci i tych dorosłych, którzy zapomnieli jak to jest samemu być dzieckiemsmile
                • lola211 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 13:34
                  Dzisiejsze dziecinstwo tez ma w sobie magie, wiec wcale nie jest
                  gorsze od twojego. A dodatkowo ma szanse byc CIEKAWSZE.
                • e_r_i_n Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 17:12
                  Ja oceniam swoje dzieciństwo z perspektywy dorosłej osoby - chyba nie w tym
                  niczego dziwnego.
                  Też pamiętam różne podwórkowe przygody, zabawy, których teraz nie ma. Co nie
                  znaczy, że należy to oddzielić od realiów tamtych czasów.
                  Wolę, żeby moje dziecko miało mniej 'kolorowe' dzieciństwo (chociaż wcale nie
                  uważam, że tak jest, IMO ma je dużo ciekawsze, niż ja - bo ja mam więcej
                  możliwości uatrakcyjnienia go, niż mieli moi rodzice), ale by żyło w wolnym kraju.
          • lola211 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 10.08.08, 16:19
            > Potem już nigdzie nie byłam

            A do kogo pretensje? Jak sobie poslalas, tak sie wysypiasz.

            Widze, ze mentalnosc nadal komunistyczna- panstwo ma dac i zapewnic.
        • deodyma Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 09:44
          lola211 napisała:

          > a te pololenie ktore
          > > rosnie obecnie, to juz niestety, nie to.
          >
          > A o twoim pokoleniu , pokolenie rodzicow zapewne mowi to samo.
          > Ja tam sie ciesze,ze nasze dzieci nie zyja w szarym socjalizmie,
          ze
          > moga wyjezdzac za granice, swiat poznawac, ze zamiast pod
          trzepakiem
          > moga spedzac czas konstruktywniej.
          > Maja dziecinstwo kolorowe, radosne, optymistyczne.
          >

          mimo wszystko obecne pokolenia bardzo rozni sie od naszego. teraz
          dzieci nie potrafia juz sie tak bawic i chyba nie chcialabym teraz
          wlasnie sie urodzic. zreszta nie kazdego rodzica nawet w ty6ch
          czasach stac na to, by dzieci wyjezdzaly za granice. wiele wiec
          dzieci, chce czy nie chce, spedza czas na podworku, pod trzepakiem.
          • lola211 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 13:39
            Ludzie tak juz maja, ze swoja przeszlosc postrzegaja wylacznie
            pozytywnie, zapominajac jak bylo naprawde.Dlaczego niby tamte zabawy
            sa lepsze od obecnych? Dzis dzieci maja nowoczesne place zabaw,
            baseny, aquaparki, tez jezdza na rowerze, rolkach, lyzwach, sankach.
            Ja pamietam z dziecinstwa brudne podworko, polamane hustawki i gre w
            grzyba pilnikiem bez trzonka.Nie, no super rozwijajaca zabawa.
            A pokolenie naszych rodzicow tez pewnie uwazalo, ze ich dziecinstwo
            bylo super, bo grali w "zośke", a ich dzieci nie.
            • nenia1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 14:01
              Mnóstwo ludzi nie postrzega swojej przeszłości pozytywnie, chocby
              ty.
              Z dzieciństwa pamiętasz brudne podwórka, połamane huśtawki i pilnik bez trzonka.
              Nigdzie nie piszę, że tamte zabawy i dzieciństwo było LEPSZE.
              Tak ci się tylko wydaje, bo to ty nieustannie wartościujesz, np. pisząc że teraz dzieci mają ciekawsze dzieciństwo, więc wydaje ci się, że i ja to robię.

              Było inaczej, zawsze jest inaczej bo czasy się zmieniają.
              Ale mój tata nie miał super dzieciństwa, bo była wojna,
              pamieta jak ukrywał się w piwnicy, i jak uciekał z babcią
              przed Niemcami. Jaki strach wywoływał warkot samolotu.

              Ty uważasz, że twoje dziecko ma ciekawsze dzieciństwo od mojego dzieciństwa, bogacz latający po swiecie prywatnym odzutowcem wraz
              ze swoimi dziecmi, będzie uważał, że twoje dziecko musi mieć okropne dzieciństwo w zapyziałej, brudnej Polsce.
              Tak to już jestsmile.
              • lola211 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 14:48
                > Mnóstwo ludzi nie postrzega swojej przeszłości pozytywnie, chocby
                > ty.

                Alez skad.Ja tylko postrzegam je OBIEKTYWNIE.Pamietam fajne zabawy,
                ale pamietam i warunki, w jakich sie zylo.
                • dlania Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 16:25
                  Lola, to ty jesteś chyba ewenementem na skale wszechświatowąwink Bo przeciętnemu
                  czlowiekowi dostepne jest li tylko subiektywne postrzeganie rzeczywistościwink
                • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 19:09
                  to czego mi brak z dzieciństwa, to smaku domowego chleba z skórka
                  pracowicie wysmarowana przez bacie czosnkiem i smalcem z cebulką
                  wytopionym własnorecznie przez babcię..mniaaam..brak mi młodego
                  groszku zjadanego prosto z krzaka, poziomek zbieranych na polanie w
                  lesie, jajecznicy z własnorecznie nazbieranymi kurkami i barszczu z
                  młodym bobem..każdy by powiedział, ze to jedzenie żebraków..a ja bym
                  zapłaciła kazde pieniadze gdyby to było do kupienia..ale nie jest :
                  (..te substytuty, które mozna kupic w sklepie nie maja tego smaku i
                  aromatu..
                  Za moich czasów owszem były pewexy, zagraniczne paczki, ciuchy i
                  dzinsy..ale wiekszą zazdrośc budziła oryginalna, uszyta
                  własnoręcznie modna bluzeczka czy wydziergany z resztek
                  sweter..czesto właśnie taki "ciuch" budził wiekszy podziw, dlatego,
                  ze był nie do kupienia nawet w pewexie..a kupione dzinsy i tak się
                  przerabiało..
                  • syriana Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 19:26
                    brak mi młodego
                    > groszku zjadanego prosto z krzaka, poziomek zbieranych na polanie w
                    > lesie, jajecznicy z własnorecznie nazbieranymi kurkami i barszczu z
                    > młodym bobem..każdy by powiedział, ze to jedzenie żebraków..a ja
                    > bymzapłaciła kazde pieniadze gdyby to było do kupienia..ale nie
                    >jest : (..te substytuty, które mozna kupic w sklepie nie maja tego
                    > smaku i aromatu..


                    ee.. jakaś nam wybuchła elektrownia jądrowa w sąsiedztwie i skaziła florę spożywczą?

                    wszystkie rzeczy które wymieniłaś, są dostępne dzisiaj na wyciągnięcie ręki za
                    małe pieniądze albo za darmochę zupełną
                    jadłam je w tym sezonie, własnoręcznie zebrałam z krzaka albo przytargałam z lasu
                    • arioso1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 20:11
                      > brak mi młodego
                      > > groszku zjadanego prosto z krzaka, poziomek zbieranych na
                      polanie w
                      > > lesie, jajecznicy z własnorecznie nazbieranymi kurkami i
                      barszczu z
                      > > młodym bobem..każdy by powiedział, ze to jedzenie żebraków..a ja
                      > > bymzapłaciła kazde pieniadze gdyby to było do kupienia..ale nie
                      > >jest : (..te substytuty, które mozna kupic w sklepie nie maja
                      tego
                      > > smaku i aromatu..
                      >
                      >
                      > ee.. jakaś nam wybuchła elektrownia jądrowa w sąsiedztwie i
                      skaziła florę spoży
                      > wczą?
                      >
                      > wszystkie rzeczy które wymieniłaś, są dostępne dzisiaj na
                      wyciągnięcie ręki za
                      > małe pieniądze albo za darmochę zupełną
                      > jadłam je w tym sezonie, własnoręcznie zebrałam z krzaka albo
                      przytargałam z la
                      > su
                      >

                      dokładnie tak-a kurek tyle ze i zamarynowłam a groszek od babci z
                      ogrodu i poziomki tez z lasu -wystarczy tylko ruszyc sie kawałek za
                      miasto i ten zapach maciejki ......
                    • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 20:47
                      ło mamo i nie wystraszyłaś sie bąblowca czy inszej zarazy?..no i
                      włąśnie te wszystkie zakazy, bo to pewnie zkażone albo
                      zanieczyszczone "nie wiadomo czym"..przynajmniej te zebrane
                      własnoręcznie lub kupione przy szosie..a te w marketach to tylko
                      wygląd mają i zabójczą cenę..
                      • syriana Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 20:52
                        o matko, strasznie tragizujesz
                        Twój wiek chyba tylko może być usprawiedliwieniem do tego pędu ku przeszłości

                        naprawdę, aż żal czytać gdy ludzie, którzy kawał dorosłego życia w komunie
                        spędzili dzisiaj tak jej bronią rękami i nogami i do śmieszności idealizują
                        każdą dziedzinę życia ówczesnego
                        • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 21:00
                          hmm..nie wiedziałam, ze kurki i poziomki mają zwiazek z komuną...a
                          tak sie składa, że nikt mnie nie pytał czy mam ochote sie urodzić i
                          wychowac w tych własnie czasach..to co robili ludzie było zupełnie
                          oderwane od "izmów"..inne były obyczaje inne nastawienie na ludzi..i
                          miało to raczej zwiazek z swego rodzaju tradycją niz z
                          polityką..dzieki temu pewnie udało nam sie ten system
                          zmienic..Polacy zawsze wyznawali zasade "róbmy swoje"!
                          • syriana Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 21:13
                            > hmm..nie wiedziałam, ze kurki i poziomki mają zwiazek z komuną..

                            no ja też nie, dopóki nie przeczytałam Twojego sakramentalnego "a kiedyś to
                            rosły kurki i poziomki, a dziś tylko szajs marketowy"

                            ja rozumiem, że na poziomie czysto psychologicznym to jest normalne, że tak się
                            w jasnych barwach swoją młodość widzi, ale argument, że te dziesiąt lat temu to
                            nie było tego, tamtego, Niemcy zza krzaka wyglądali, pomarańcze widziało się raz
                            w roku, a mimo to wszyscy żeśmy wyrośli na porządnych Polaków, jest kiepskim
                            argumentem i zdradzającym niestety mentalność lekko martyrologiczną

                            było jak było, inaczej nie mogło
                            pewne aspekty życia społecznego z uwagi na opiekuńczość państwa daleko posuniętą
                            oczywiście z dzisiejszej perspektywy lepiej sie prezentują

                            ale za możliwość integracji z sąsiadami w kilkudniowych kolejkach, dwuletnią
                            służbę wojskową, poniżającą panie domu twórczość kuchenną pt. "placki z serka
                            homo pożywną kolacją dla całej rodziny" i kolor różowy, który dane mi było tylko
                            w peweksie oglądać, chyba podziękuję
                            • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 21:31
                              Ty masz jakiś problem z tymi czasami komuny, bo z zasady
                              przypisujesz kontekst do najniewinniejszego tematu..a ze żarełko
                              było inne..no było i co ja na to poradzę..wędliny obecne smakują
                              głównie solą i wszystkie jednakowo..insze były technologie, to i
                              inne smaki..kiełbasa zrobiona przez babcie wisiała w komorze
                              miesiacami nie tracąc smaku i nie psujac sie..spróbuj zrobic tak z
                              którąś zrobioną obecnie, chleb sie piekło raz na tydzień..i do konca
                              był swierzy mimo, że bez żadnych ulepszaczy..mam tez wrazenie, że
                              warzywa i owoce miały zupełnie inny smak, choćby z tego powodu, że
                              mniej nawozów było uzywanych do ich produkcji..a jak juz to
                              naturalne..tak pamietam te czasy..pamietam też inne podejscie ludzi
                              do siebie i to niezależnie od miejsca zamieszkania, bo podobne było
                              zarówno na wsi jak i w jednym z wiekszych miast..i nie wpływał na to
                              system tylko ludzie..To ja i moje pokolenie moglibysmy mieć schizy
                              na punkcie komuny, z wszystkim to kojarzyć..w Twoim wydaniu brzmi to
                              trochę śmiesznie..W rezultacie mysmy ta komunę "obchodzili bokiem"
                              nauczylismy sie z nia żyć i na ile sie dało normalnie pomimo niej..a
                              smak groszku czy świerzo upieczonego chleba, albo smalcu wytopionego
                              z zabitego świniaka nie ma z nią nic wspólnego..
                              • syriana Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 21:41
                                dobrze w takim razie

                                uznajmy, że dwa i pół pokolenia Polaków miało świetną zabawę w "obchodzenie
                                komuny", prucie po wielokroć wełnianych sweterków i przerabianie je na nowe,
                                dokonywanie logistycznych akrobacji by zdobyć watę do majtek, wykwintnie
                                smakowało domowe szynki (nic, że tylko raz w roku jak dobrze poszło), wysyłało
                                sygnały społecznej empatii naokoło siebie ( nic, że ta empatia i szczęście
                                kilkanaście razy do roku odgórnie była wymuszana przez władze), a młodsze
                                pokolenie, które tej ścieżki chwały nie przeszło, teraz ma problem z komuną

                                dobrobytem zepsute zapewne
                                • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 22:06
                                  wiesz..jak słońce przygrzeje czy mróz przymrozi..to jakos sobie
                                  trzeba z tym radzić..i robic swoje..trzeba żyć a nie siąść i płakać.
                                  Czy sie bawiliśmy..czasem tak, ale efekty nie sa zbyt korzystne, bo
                                  do dziś mamy "we krwi" obchodzenie prawa i tzw. "kombinowanie",
                                  przypadłoscią powszechną jest brak szacunku dla dobra wspólnego..bo
                                  to "nie moje", potępienie dla współpracy z słuzbami, bo to pachnie
                                  donosicielstwem..ale to nie znaczy, że trudy życia pochłaniały nas
                                  całkowicie i cierpielismy..zreszta nawet nie wiedzielismy, że mozna
                                  życ inaczej (o to sie postarano skutecznie). Nasze zycie i tak było
                                  o niebo lżejsze i łatwiejsze niz naszych rodziców w okresie między..
                                  i wojennym..szczególnie tych, którzy wychowywali sie w
                                  wielodzietnych rodzinach na wsi lub mieli ciężkie przezycia zwiazane
                                  z okresem wojennym. Mozliwe, że to, ze zycie było dużo bardziej
                                  skomplikowane wymagało wiekszej życzliwości i współpracy..to
                                  pozwalało podnieśc komfort życia. Nawet jeszcze w latach 80-tych
                                  trzymałysmy sie razem z koleżankami..cześć pilnowała dzieci na
                                  podwórku, część w tym czasie zajmowała się pracami domowymi
                                  (gotowałyśmy po kolei obiadki hurtem dla wszystkich maluchów)..inne
                                  latały po sklepach z wspólnymi kartkami..i tak na zmiane..kazde
                                  czasy wymagają okreslonych zachowań..choć niektóre przydały by sie
                                  nawet i teraz
                                  a młodsze
                                  > pokolenie, które tej ścieżki chwały nie przeszło, teraz ma problem
                                  z komuną
                                  nie wiem czy ta ściezka ma cos wspólnego z chwałą..ale że Ty masz
                                  problem to niestety widać..pewnie masz taki sam w odniesieniu do
                                  zaborów..to też dramatyczny okres naszych dziejów..bawi mnie gdy nad
                                  czymś unosi się ktos kto tego nie doświadczył bezposrednio (bo
                                  pewnie to Twoi rodzice odczuli ciężar tych czasów)prawie Ci
                                  współczuję tej martyrologii
                                  • ania.silenter Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 22:17
                                    babcia47 napisała:

                                    >
                                    > bawi mnie gdy nad
                                    > czymś unosi się ktos kto tego nie doświadczył bezposrednio (bo
                                    > pewnie to Twoi rodzice odczuli ciężar tych czasów)prawie Ci
                                    > współczuję tej martyrologii

                                    martyrologii czy nie - do dziś pamiętam stanie w kolejkach za mięsem, cukrem,
                                    masłem czy innymi butami. I stan wojenny też pamiętam i internowanie moich
                                    nauczycieli też. Sprawy Pyjasa nie, za mała byłam ale moja mama znała jego
                                    rodzinę. Martyrologia dotykała też zupełnie zwykłych ludzi, niestety.
                                    A co do ludzi to są tacy sami jak wtedy. Moją teściową i mojego męża teść lał,
                                    mało ich nie zabił a "dobrych" sąsiadów nic a nic to nie obchodziło.
                              • e_r_i_n Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 22:23
                                babcia47 napisała:

                                > spróbuj zrobic tak z którąś zrobioną obecnie

                                Ja spróbowałam. Świetnie się wysuszyła. Wszystko się rozbija o to, gdzie się
                                taką kiełbasę kupuje smile
                      • kali_pso Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 20:53
                        Zaraz się okaże, że kiedyś żyło się lepiej bo nauka nie była tak
                        zaawansowana, coby móc ostrzegać ludzi przed grożącymi im różnymi
                        niebezpieczeństwami- człekowi nieświadomemu żyje się lżej, tylko czy
                        życie to jest dłuższe?
                        • babcia47 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 21:04
                          coś w tym jest..bo skonczyło się na wylewaniu dziecka z
                          kąpielą..fakt, ze 1 osoba na sto tysiecy zachoruje lub ulegnie
                          wypadkowi spowodowało, ze wielu rzeczy się nie robi lub nie je..to
                          jak z celiakią czy skaza białkową..promil dzieci ma z tym faktycznie
                          problem, ale wszystkie są na diecie..
                  • e_r_i_n Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 11.08.08, 20:47
                    Zawsze mnie zadziwia to sentymentalne 'kiedyś dzieci wiedziały, jak krowa
                    wygląda, a dzisiaj krowy nie uświadczysz'. No w centrum Wwy pewnie nie wink
                    Ja do dzisiaj jadam domowy smalec (robiony przez mojego tatę), groszek prosto z
                    krzaka (na działce babci). Poziomki muszę umyć wink.
                    Jak się chce, to można wink
                  • wieczna-gosia Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 12.08.08, 09:02
                    brak mi młodego
                    > groszku zjadanego prosto z krzaka, poziomek zbieranych na polanie w
                    > lesie, jajecznicy z własnorecznie nazbieranymi kurkami i barszczu z
                    > młodym bobem..każdy by powiedział, ze to jedzenie żebraków..a ja bym
                    > zapłaciła kazde pieniadze gdyby to było do kupienia..ale nie jest :
                    > (..te substytuty, które mozna kupic w sklepie nie maja tego smaku i
                    > aromatu..

                    ale co to za problem skoczyc do lasu poziomek czu kurek nazbierac? Bo nie rozumiem?

                    > Za moich czasów owszem były pewexy, zagraniczne paczki, ciuchy i
                    > dzinsy..ale wiekszą zazdrośc budziła oryginalna, uszyta
                    > własnoręcznie modna bluzeczka czy wydziergany z resztek
                    > sweter..czesto właśnie taki "ciuch" budził wiekszy podziw, dlatego,
                    > ze był nie do kupienia

                    tez sie tak pocieszalam, ale tak to chyba dopiero w liceum bylo i na studiach- a
                    zreszta teraz jest inaczej? W podstawowce i gimnazjum sie chodzi na jedno kopyto
                    raczej a w liceum co rusz widze zjawiska w autorskich kreacjach smile i bardzo mi
                    sie to podoba. Co wiecej dzieki temu ze jest wybor orginalnie ubrac sie moze
                    kazdy, cos zalozyc nie na ta strone, cow namotac i zeby powiewalo. I jeszcze
                    bardziej mi sie to podoba.
                  • mama_kotula Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 12.08.08, 09:54
                    > brak mi (...) poziomek zbieranych na polanie w lesie

                    Nie dalej jak przedwczoraj w lesie (Rudawy Janowickie) napchaliśmy się po brzegi
                    jeżyn, malin i jagód smile
                    Jakbyśmy mieli w co zbierać, to i do domu byśmy przynieśli.
                    • triss_merigold6 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 12.08.08, 10:16
                      Chciałam zauważyć, że o polanę w lesie w środku miasta stołecznego
                      Warszawy było równie trudno w latach 80-tych jak i obecnie. Polan w
                      lesie z czymkolwiek należy szukać zasadniczo poza aglomeracjami
                      miejskimi.
                      • luccio1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 15.08.08, 23:06
                        triss_merigold6 napisała:

                        > Chciałam zauważyć, że o polanę w lesie w środku miasta stołecznego
                        > Warszawy było równie trudno w latach 80-tych jak i obecnie. Polan w
                        > lesie z czymkolwiek należy szukać zasadniczo poza aglomeracjami
                        > miejskimi.

                        W Krakowie są na dystans dojścia piechotą z centrum miejsca, w których można
                        zbierać maliny i ostrężyny - dawne pola, dziś już nie uprawiane, na Sikorniku za
                        Kopcem Kościuszki.
                        • luccio1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 20.08.08, 12:24
                          Bardzo piękne.
                          Styczeń 1982 - zima stanu wojennego.
                          Stoję w kolejce "normalnej" w spożywczym - najpierw bardzo, bardzo
                          długo na ulicy, dzięki czemu wewnątrz jestem jako trzeci czy czwarty
                          przy ladzie do rzutu popołudniowego.
                          Oczyiście jest i druga kolejka - "uprzywilejowana", obsługiwana na
                          przemian z normalną w stosunku 1:1.
                          Dwie osoby przede mną starsza pani bierze śmietanę - ostatnią
                          butelkę 1/2 l, "na sklepie" był tylko jeden transporter...
                          W tym momencie wyskakuje jakiś dziadek z kolejki uprzywilejowanej,
                          wyrywa tej pani śmietanę z ręki (jeszcze nie zdążyła za nią
                          zapłacić) - i na cały sklep, że należy jemu, bo on inwalida...
                          Nie wiem, co robić - w pierwszym momencie staję jak słup soli, inni
                          ludzie też; chwilę potem myśl: wziąć butelkę 2 l z mlekiem i rąbnąć
                          gościa w łeb - za to, że odważył się podnieść rękę na kobietę...
                          zaraz potem druga myśl: czemu akurat teraz nie ma w pobliżu żadnego
                          patrolu ZOMO - zeby gościowi zabrali siatkę ze wszystkim, co kupił,
                          pałą przez plecy, kopa w d... i na zbity pysk na ulicę...

                          Ostatecznie sam wybiegłem ze sklepu, nie kupując niczego.
                          • luccio1 Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 22.08.08, 13:34
                            Jeszcze jedno wspomniene z tych "zajefajnych" czasów:

                            Jesień 1983 (1984?).

                            Towarzyszę Promotorce mego doktoratu w jednodniowym wypadzie z
                            Krakowa do Warszawy i z powrotem.
                            Ze sprawami służbowymi uporaliśmy się szybko i sprawnie, potem
                            wspólny obiad, potem marsz w kierunku Dworca Centralnego z licznymi
                            odwiedzinami sklepów po drodze - a nuż "upolujemy" coś, czego w
                            Krakowie ze świecą szukać... - jeszcze jakaś herbatka, bo dzień
                            chłodny...
                            Na Centralnym jesteśmy ponad pół godziny przed pociągiem, moja Pani
                            pilnie potrzebuje skorzystać z toalety (wcześniej nie bardzo było
                            gdzie) -
                            znajdujemy jedną zamkniętą na kłódkę, szukamy innej błąkając się po
                            przejściach kondygnacji nad peronami - nie możemy znaleźć:
                            oznaczenia mylne, odpowiedzi pytanych ludzi jeszcze bardziej
                            zaciemniają sprawę;
                            Pani dobiegała podówczas 70. (stosunek wieku między nami w sam raz
                            matka-syn), w ogóle chodziła nie najlepiej, w drogę wybrała się w
                            kostiumie, kapeluszu i koniecznie w pantoflach na szpilkach, więc
                            każdy krok to ból...
                            W końcu, nie mając już innego wyjścia, bez szans na dotrwanie do
                            chwili, gdy znajdziemy się już w pociągu, Pani z tytułem profesoskim
                            musiała oddać mi swoją torebkę i siatki "do potrzymania", poczym
                            kucnęła pod ścianą przejścia podziemnego i załatwiła się na
                            posadzkę - przy mnie i przy innych ludziach...
        • fartika Re: lata osiemdziesiate:) piekne to byly czasy:) 22.08.08, 14:57
          każde pokolenie ma własny czas każde pokolenie chce zmienić świat.
          to prawda
          • luccio1 Piękne lata 70. 22.08.08, 21:38
            Czerwiec 1978 - obóz inwentaryzacyjny w ramach programu studiów historii sztuki
            (do zaliczenia po III roku).
            Bazujemy w Sandomierzu, mając do dyspozycji autobus (jelcz "ogórek") do
            jeżdżenia po okolicy.
            Pewnego dnia w programie objazdu są Kurozwęki - przy kościele parafialnym
            kaplica kopułowa Kurozwęckich i ich następców Popielów - w krypcie mikroklimat
            powodujący naturalną mumifikację zwłok.
            Ksiądz wespół z kościelnym odsunęli nam kamień, po kolei schodzi nas ze
            dwadzieścioro, a gdy wszyscy są już na dole, koledzy nagle rzucają się zwalać
            wieka z trumien - oczywiście żeby obejrzeć nieboszczyków...
            robi się nagle gwar, krzyki, piski dziewczyn - całkiem jak na podwórku czy placu
            zabaw wokół piaskownicy.
            Tak trwa chyba kwadrans.
            Nie jestem do końca pewien, jak to się skończyło - prawdopodobnie to jednak ja
            podałem komendę: wychodzimy!

            Kiedy sobie przypominam, ciągle "coś" mnie uwiera...
    • triss_merigold6 Ciekawe... 10.08.08, 14:04
      Niektórym się nie udało. Wspominając z perspektywy lat wakacje na
      wsi widzę potworną bezmyslność w kwestii bezpieczeństwa dzieci, nie
      mówiąc już o higienie. Dzieci potopione w gliniankach, stawach,
      okaleczone przez maszyny rolnicze, pogryzione przez nieszczepione
      psy. Przejmowano się bachorami mniej niż nowym ciągnikiem.

      Alergie na mleko były. Kuzynka chodziła do wieku nastoletniego cała
      w czerwonych swędzących plamach, dziś zdiagnozowanoby AZS na dzień
      dobry. Rzygała po mleku jak ktoś ale kazali pić, bo zdrowe.
      Jak kolega ułamał sobie górne jedynki to chodził tak dopóki jako
      dorosły facet nie zarobił na protetyka.
      Sporo nastolatków piło wódę i tanie wina po krzakach, w zawodówkach
      męskich przychodzenie na lekcje podpitym było normą. Fala też była,
      a jakże.
      Miałam b. ok dzieciństwo, z wyjazdami na wakacje i ferie, z jeansami
      z Pewexu, książkami spod lady i szynką na co dzień ale cieszę się,
      że moje dziecko żyje w innych czasach.
    • morgen_stern Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 11.08.08, 10:17
      Oczywiście, że tamte czasy miały sporo uroku, ale nie przesadzajmy.

      Były dzieci lepiej i gorzej ubrane. Na Górnym Śląsku rządzili ci,
      którzy dostawali "pakety z efu", czyli paczki od rodziny z RFN ze
      słodyczami (te niemieckie czekolady..) i ciuchami. Jako nie-
      ślązaczka nie należałam do tych wybrańców, ale i tak miałam lepiej,
      niż niektórzy - ojciec górnik, a w związku z tym fajne wczasy,
      sklepy górnicze i wypasione paczki na Mikołaja smile

      A co młodzieży.. bez jaj.. Były narkotyki, palenie fajek po kątach,
      szybki seks, szkolne ciąże, picie jaboli w parkach (to zaliczyłam
      nie raz). Oczywiście nie jakoś bardzo powszechnie, ale się zdarzało.
      A gnojenie, prześladowanie? Na porządku dziennym.

      A w szkole? Dobre oceny za "niemiecką kawę", nauczyciel historii
      walący chłopaków kijem po plecach, ech.. i te fartuszki, brrr,
      nienawidzilismy ich. W klasach nie było NIC, żałosne pracownie
      pamiętające chyba jeszcze lata 60-te, dopiero na początku lat 90-
      tych zaczęło się coś zmieniać.
      Jak patrzę na moją nastoletnią siostrzenicę to jej życzliwie
      zazdroszczę tej komórki, kolorowych zeszytów, fajnych ciuchów,
      dobrze wyposażonej szkoły, wyjazdów zagranicznych, perspektyw -
      szczęściara wink

      Oczywiście, że istnieje jeszcze Polska B na wschodzie. Tam dzieciaki
      mają trochę przewalone i gorszy start w przyszłość, ale poradzą
      sobie. Bo MOGĄ.
    • ania.silenter jedna sprawa to sentyment od czasów dzieciństwa 11.08.08, 10:58
      te gumy Donaldy, godziny spędzone przy trzepaku i na graniu w gumę a z drugiej
      czasy, kiedy to miało miejsce (lata komuny). Nie tęsknię za tamtymi czasami,
      dopiero wtedy można było mówić o nierówności społecznej (grupy uprzywilejowane -
      milicja, wojsko, górnicy itp.). Pamiętam stan wojenny, kolejki, pustki w
      sklepach, kartki, ogólną biedę. Owszem, jeździliśmy na wczasy do Bułgarii (za
      które moi rodzice płacili ciężkie pieniądze jak na ówczesne czasy), ale jakież
      to porównanie z dzisiejszymi możliwościami? Kiedy myślę o moich rodzicach to
      zwyczajnie mi ich żal - wyjeżdżać za Żelazną Kurtynę nie mogli (moja kuzynka
      bibliotekarka z zawodu właśnie gości u naszej ciotki w RI, USA, zachciało się
      jej wizyty to pojechała), na dom ich nie było stać (my z mężem wybudowaliśmy
      domek w ciągu 3 lat od ślubu). A propos domu i równości społecznej w czasie
      komuny - moi rodzice gnieździli się po różnych wynajętych mieszkaniach podczas,
      gdy w kamienicy moich dziadków w innym mieście mieszkali lokatorzy. Z resztą
      mieszkają do dziś. Także reasumując - czasy dzieciństwa wspominam z sentymentem,
      o epoce lat 80 wolałabym zapomnieć i z całego serca cieszę się, że moje dzieci
      żyją w normalnych warunkach.
      • chicarica Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 11:48
        Co do cen - kiedyś w Wyborczej czytałam fajne zestawienie, co można było kupić
        za Gierka przy średniej pensji 2500 zł a co teraz, gdy pensja też wynosi około
        2500 zł. Podawali ceny różnych rzeczy: produktów żywnościowych, ubrań, sprzętu
        domowego. Zapamiętałam cenę pralki - 12 tys (oczywiście zapisy, talony, kredyty
        dla MM), podczas gdy w tej chwili idziesz do sklepu i za 700 zł masz pralkę,
        która jest może bez bajerów, ale pierze.
        • mathiola Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 11:52
          mój tata za pierścionek zaręczynowy dla mamy musiał zapłacić kilka
          swoich pensji smile
      • mathiola Aniu 11.08.08, 11:51
        Bo tęsknota za komuną u większości przypadków polega na tęsknocie za
        własną młodością...
      • black.rojek Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 11:52
        myślę, że prawda leży gdzieś po środku, lata osiemdziesiate to był czas biedy,
        stanu wojennego i represji, dzisiaj jest czas wielkich możliwości, swobodnego
        podróżowania i pełnych sklepów. Zarówno w tamtych, jak i obecnych czasach byli i
        są ludzie, którym żyło się lepiej i tacy, którym łatwo nie było.
        Prawda jest jednak to, że w dzisiejszych czasach obserwuje się znaczny wzrost
        agresji u nastolatków, łatwiejszy jest dostęp do narkotyków, dzieci korzystają z
        dobrodziejstw postępu technicznego ( telewizja, internet ) co nie zawsze odbywa
        się z korzyścią dla nich. Ja osobiście uważam, że dzisiejsze granice swobody dla
        dzieci sa jednak zbyt daleko posunięte, nie podobają mi się 14-latki wymalowane,
        ubrane wyzywajaco i idące na dyskotekę i nie dlatego, że mnie samej takich
        rzeczy robić nie wolno było, to po prostu jest dla nich niebezpieczne, na
        dorosłość przyjdzie jeszcze czas.

        nie podoba mi się to, że wieczorami ludzie ma moim osiedlu boją się wychodzić z
        domu, bo nie chcą się spotkać z bandą wyrostków, dla których pobicie lub zabicie
        człowieka dla komórki lub 10 zł. to pestka. Kiedyś takich sytuacji było
        zdecydowanie mniej i nie piszcie proszę, że wtedy był terror i milicja
        wszystkich pałowała, bo wolę, żeby pałowali chuliganów, a nie mnie pałowali
        chuligani.
        • derena33 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 12:10
          Mniej sie wtedy pisalo i mowilo o przestepczosci bo ona nie miescila
          sie w kanonie panstwa socjalistycznego, gdzie wszyscy z zalozenia
          byli dobrzy i nie popelniali przestepstw.
          Natomiast gdy sie czytalo gazety i ogladalo dziennik telewizyjny to
          mozna bylo sie napatrzec na zlo, wojny, napady ogladajac relacje z
          tego przestepczego swiata jakim byl zgnily zachod.
          • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 19:26
            kiedy miałam 19-20 lat miewałam kaprys na wyjście na spacer o
            północy a nawet zdarzało mi sie o 3 nad ranem..i niekoniecznie po
            głównych ulicach..fakt, że mieszkałam w nieduzym miescie powiatowym
            ale jakos nawet moi rodzice nie byli tym faktem
            przerażeni..oczywiscie przezyłam, a nawet bywałam legitymowana przez
            patrol milicji..bo wtedy takowe po ulicach nocą chodziły! Z
            tym "medialnym nagłaśnianiem" to czesto powtarzany mit..prawdą jest,
            ze ludzie bardziej sie znali,żyli w stadzie.. wiedzieli z kim maja
            do czynienia i niebezpieczne osobniki były pod szczególnym nadzorem
            nie tylko tzw. władz ale całego otoczenia..trudniej było w takiej
            sytuacji o realizacje jakiś dewiacji czy niekontrolowaną
            agresję..nawet człowiek bijący własną zone mógł sie spodziewać, ze w
            pracy mu narobią "koło pióra"..bo i takie były obyczaje, że
            nieodpowiednie zachowanie zgłaszało się u pracodawcy. Dzieci były
            karcone na pewno surowiej niz obecnie..ale do katowania na taką
            skale jak obecnie nie dochodziło!..o tym by sie po prostu
            niedyskretnie plotkowało..nawet dzieci by opowiadały mamom (a te
            sasiadkom), gdyby zauwazyły cos takiego u kolegi..presja otoczenia,
            które na codzień zagladało do każdego domu (bo taki był styl życia)
            była dużo silniejsza i chyba to powstrzymywało ludzi skuteczniej niz
            obecnie nawet najsurowsze prawa
            • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 19:33
              ps. wcześniej mieszkałam w Poznaniu i było podobnie! Na sąsiadów
              mozna było liczyć np. kiedy ojca nie było a mama trafiła do szpitala
              sasiadka mną sie zajmowała przez ponad tydzień..kiedy wracałam ze
              szkoły a mamy jeszcze nie było zawsze mogłam pójść do jakiejś
              sąsiadki kiedy byłam głodna albo sie skaleczyłam..zawsze ktoś z
              dorosłych petał sie po podwórku lub wygladał z nudów przez okno i
              zwracał uwage na obcych..dzieci mogły bawić się bezpiecznie..nawet
              jak gdzies nas poniosło poza podwórko to ktos wiedział gdzie mniej
              wiecej jesteśmy..o tym, że bez problemu mozna było pójśc do kogoś
              sie pobawić z jego dziećmi, że dostało sie jakis poczęstunek juz nie
              wspomnę..teraz jak rozmawiam z synową..to kazdy sobie..
            • syriana Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 19:34
              oj babciu.. chyba mocno Cię sentymenta ponoszą..

              > ludzie bardziej sie znali,żyli w stadzie..
              bo byli na nie skazani może?
              mało albo wcale rozrywek, dwa programy w telewizorze, to sąsiedzi zostawali do zabicia czasu

              > niebezpieczne osobniki były pod szczególnym nadzorem nie tylko tzw. > władz ale całego otoczenia
              w jaki sposób?

              > trudniej było w takiej sytuacji o realizacje jakiś dewiacji czy
              > niekontrolowaną agresję..
              był tu kiedyś wątek o osiedlowych zboczeńcach
              wpisów i opowieści autobiograficznych od groma się pojawiło

              > nawet człowiek bijący własną zone mógł sie spodziewać, ze w
              > pracy mu narobią "koło pióra"..bo i takie były obyczaje, że
              > nieodpowiednie zachowanie zgłaszało się u pracodawcy.
              szczytne wyjątki, a nie reguła obawiam się

              > ale do katowania na taką skale jak obecnie nie dochodziło!.
              jakimi statystykami się posługujesz?
              • verdana Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 20:24
                Przypomina mi to "Noce i dnie" Dabrowskiej, gdzie pewna chłopka
                plakala, gdy wspominala, jak to pięknie było za
                pańszczyzny "niepomna , ze nie pańszczyznę, a swoją mlodość
                wspomina".
                I pewien drobiazg - ci, ktorym się nie udało przezyc, bo potopili
                się w gliniankach, otrucli niebadanym miesem (jak panna mlofa na
                znanym mi weselu), wpadli pod traktor itd raczej tu się nie
                wypowiedzą.
                Mojej mamie udalo sie przezyć getto i obóz koncentracyjny, co raczej
                nie oznacza, ze tam było fajnie i dało się żyć.
                • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 20:56
                  moja co prawda uciekłą Ukraińcom spod siekiery i przezyła 2 lata w
                  ziemiance w lesie, przeszła tyfus bez żadnych leków, buty pożyczały
                  sobie z siostrami.. ale wychowana tak jak w poscie autorki i mnie
                  wychowała w ten sam sposób..a ja swoje dzieci, równiez spore mamy i
                  ojca rodzeństwo tak się wychowało i wychowało w ten sposób swoje
                  dizeci..statystycznie sto kilkadziesiąt osób dozyło pełnoletnosci
                  mimo ewidentnych zaniedbań w nadzorze nad dziecmi..do tego wyrosli w
                  znakomitej wiekszosci na zaradnych i porządnych ludzi..
                • nenia1 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 22:07
                  A mnie się wydawało, że tekst "jak udało ci się przeżyć" jest
                  tekstem żartobliwym, z przymrużeniem oka, pokazującym dzieciństwo
                  swobodne, czasy, gdzie prawie wszystkie dzieci biegały po podwórku
                  i nie oznaczało to automatycznie, że są z patologicznej rodziny, było dużo fizycznego ruchu, zespołowych gier i zabaw, które nie wymagały drogich zabawek, wystarczał kawałek kredy, guma do skakania, kapsel i dziecięca wyobraźnia.

                  Nikt tu się chyba nie natrząsa z dzieci, które w tamtych czasach ginęły w wypadkach.
                  Jak również zupełnie nie chodzi o udawadnianie, że drzewiej lepiej bywało, a teraz nie ma już nic pozytywnego.
                  Zupełnie nie o to.

                  Szczęśliwe dzieciństwo może być również wtedy, gdy nie stać nas na wczasy za granicą, nawet gdy nie stać nas na drogie zabawki, gdy czasem jakieś dziecko nadepnie naszemu na grabki, albo nie chce
                  zejść z huśtawki, wtedy gdy nasze akurat chce na nią wejść, gdy nie mieszkamy w domu z ogródkiem, tylko w bloku, o zgrozo, nieogrodzonym i bez monitoringu - to jeszcze nie znaczy, że nasze dziecko jest skazane na nieszczęśliwe dzieciństwo.

                  Szczęśliwe dzieciństwo powinno chyba mieć coś z łobuzerii
                  i przygody.
                  Od tego się nie umiera. Przynajmniej nie wszyscywink
                  • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 22:39
                    > Szczęśliwe dzieciństwo może być również wtedy, gdy nie stać nas na
                    wczasy za gr
                    > anicą, nawet gdy nie stać nas na drogie zabawki, gdy czasem jakieś
                    dziecko nade
                    > pnie naszemu na grabki, albo nie chce
                    > zejść z huśtawki, wtedy gdy nasze akurat chce na nią wejść, gdy
                    nie mieszkamy w
                    > domu z ogródkiem, tylko w bloku, o zgrozo, nieogrodzonym i bez
                    monitoringu - t
                    > o jeszcze nie znaczy, że nasze dziecko jest skazane na
                    nieszczęśliwe dzieciństw
                    > o.
                    >
                    > Szczęśliwe dzieciństwo powinno chyba mieć coś z łobuzerii
                    > i przygody.
                    > Od tego się nie umiera. Przynajmniej nie wszyscywink
                    To jest jakaś paranoja naszych czasów..że jak nie zje na kolacje
                    kawioru, wakacji nie spedzi na Karnarach, a zabawka nie kosztuje
                    ponad 100,- to juz bida z nedzą i szare dzieciństwo..a mój wnuk
                    spośród wielu drogich zabawek wybrał tekturowe pudełko (opakowanie
                    od zabawki) i bębnił w nie z taką rozkoszą aż miło było patrzeć...
                  • deodyma Re: zgadzam sie z Toba nenia:) 12.08.08, 08:41
                    nenia1 napisała:
                    > Szczęśliwe dzieciństwo może być również wtedy, gdy nie stać nas na
                    wczasy za gr
                    > anicą, nawet gdy nie stać nas na drogie zabawki, gdy czasem jakieś
                    dziecko nade
                    > pnie naszemu na grabki, albo nie chce
                    > zejść z huśtawki, wtedy gdy nasze akurat chce na nią wejść, gdy
                    nie mieszkamy w
                    > domu z ogródkiem, tylko w bloku, o zgrozo, nieogrodzonym i bez
                    monitoringu - t
                    > o jeszcze nie znaczy, że nasze dziecko jest skazane na
                    nieszczęśliwe dzieciństw
                    > o.
                    >
                    > Szczęśliwe dzieciństwo powinno chyba mieć coś z łobuzerii
                    > i przygody.
                    > Od tego się nie umiera. Przynajmniej nie wszyscywink
                • luccio1 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 16.08.08, 12:48
                  Za to "zaraz po wojnie":

                  ruszył Fundusz Wczasów Pracowniczych - głównie na bazie poniemieckich pensjonatów w Karkonoszach, na terenie nie tkniętym działaniami wojennymi -
                  - jadąc tam, miało się bez przekraczania granicy polskiej (nowej) złudzenie bycia za granicą;

                  FWP stwarzał okazję do niespodzianego zetknięcia się dwojga ludzi, z których jeden zostawił żonę, druga zostawiła męża w przeciwnym końcu Polski -
                  - nic nie stało na przeszkodzie, by przeżyć dwa tygodnie fascynującej przygody - z założenia bez dalszego ciągu

                  (jeśli czasem słyszy się w powtórkach, w audycji "radio-retro" czy podobnej, piosenkę Marty Mirskiej [Alicji Nowak-Reinberg] "Pożegnanie z morzem" - z własnym tekstem piosenkarki:
                  "Zachodni wiatr spienione goni fale,
                  w oddali gdzieś zawisnął mewy krzyk [...]
                  Fale biją o plażę z łoskotem [...]
                  Nie wrócimy tu nigdy z powrotem,
                  rozstaniemy się wnet - Ty i ja..." -

                  to tekst daje się zrozumieć tylko pamiętając o całym wspomnianym kontekście).
              • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 20:43
                > > niebezpieczne osobniki były pod szczególnym nadzorem nie tylko
                tzw. >
                > władz ale całego otoczenia
                > w jaki sposób?
                w końcu skądś sie wzieło powiedzenie:"wiedzą sąsiedzi kto na czym
                siedzi"...
                > mało albo wcale rozrywek, dwa programy w telewizorze, to sąsiedzi
                zostawali do
                > zabicia czasu
                ..hmm..jezeli TV dla kogos to szczyt rozrywki..to pewnie były to
                przaśne czasy..ja mam teraz kilkaset programów..ale rzadko
                korzystam..
                > był tu kiedyś wątek o osiedlowych zboczeńcach
                > wpisów i opowieści autobiograficznych od groma się pojawiło
                wyobrażasz sobie np. dystyngowanego sąsiada, który obnaża się przed
                znajomymi?..i że mógłby niezauważony dopuscic się swojego procederu
                w okolicy gdzie kazdego obcego sledzi "na dzień dobry" kilka par
                oczu?..mi sie też taki cudak kiedyś objawił, ale w duzym miescie na
                odludnym terenie..tam gdzie nikt na niego nie zwracał uwagi..
                > > ale do katowania na taką skale jak obecnie nie dochodziło!.
                > jakimi statystykami się posługujesz?
                ..kiedys było skuteczniejsze źródło masowej informacji: stugębna
                plotka!..jeżeli o czymś "ludzie" nie wiedzieli..to na pewno nie wie
                o tym teraz prasa czy inne media..a kiedys w odróżnieniu od obecnych
                czasów ludzie chcieli wiedzieć i wiedzieli a nie zamykali sie w
                czterech scianach i nie zatykali oczu i uszu nawet na sprawy
                oczywiste, na krzyki zza sciany czy widoczne siniaki..jak sie
                kobieta pojawiła z kolejnym w ciagu miesiaca od razu zosało to
                publicznie skomentowane..w sumie zawsze uważałam plotkarstwo za
                wadę, ale w dobie kiedy nikt nic nie widzi, nie słyszy, nie chce się
                wtracać, nie reaguje na krzyki zza sciany..czasem zaczynam się
                zastanawiać czy się nie myliłam..maltretowane kobiety i ich dzieci
                mogły wtedy liczyc nawet na przygarnięcie na noc przez sasiadów, na
                nakarmienie a nawet na tto, że sasiad przeprowadzi sasiedzka
                pogadankę z krzywdzicielem ,czasem za pomocą pieści, co sama
                pamietam jak sasiedzi gościa spacyfikowali, kiedy przesadził, bo na
                milicje liczyc w tej sprawie nie mozna było..ale do tego trzeba było
                zżytego i solidarnego otoczenia..
                > > nieodpowiednie zachowanie zgłaszało się u pracodawcy.
                > szczytne wyjątki, a nie reguła obawiam się
                moja mamę niedawno musiałam powstrzymywac przed taka interwencją,
                tłumacząc, ze to juz nie te czasy..niestety,
                • verdana Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 21:36
                  Kiedys widoczne siniaki u dzieci wzbudzały nie oburzenia, ale
                  aprobate - dopiero co czytałam o dziewczynie, ktorej w latach 60-
                  tych matka zakazywala wkladac do szkoly dlugich rekawów, zeby
                  wszyscy widzieli, ze została ukarana i ma siniaki.
                  Podobnie podreczniki dla dzieci promowały aź do lat 60-tych lanie
                  dzieci jako karę wlasciwa.
                  Czyli - sasiedzi widzieli, ale nic nie robili, bo uwazali, ze tak
                  trzeba. A kobiety "Jak chłopo baby nie bije, to jej watroba gnije" -
                  to powiedzenie nie wzięło się z powietrza, tylko z nastawienia
                  sasiadow...
                  • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 21:45
                    to ja chyba mieszkałam na innej planecie...owszem dzieci dostawały w
                    skórę za przewinienia..ale na tyłek..siniaki były niedopuszczalne!
                    Aprobaty dla bicia małżonki nigdy nie zauważyłam..męża znajomej,
                    który znecał sie nad nią obili milicjanci..ale prywatnie, bo
                    słuzbowo nie mieli prawa interweniować..a ony nie miał do kogo się
                    poskarżyć..smilebo nikt nie zeznawałby gdyby nawet wniósł skargę
                    • verdana Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 11.08.08, 23:35
                      Szkoda, ze nie czytałas podrecznikow - trcoche wprawdzie
                      wczesniejszych, gdzie bicie dzieci, a wręcz katowanie ich było
                      zalecane. Moi koledzy miewali siniaki, chwalić się nie chwalili, ale
                      było jasne, ze jak rodzić spral, to mial i prawo i rację.
                    • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 08:52
                      Błagam kobieto, menopauza nie skutkuje chyba zanikami pamięci.
                      Na warszawskich blokowiskach mieszkałam, pełny przekrój społeczny.
                      Bicie dzieci było normą, u alkoholików znęcanie się na porządku
                      dziennym. Ówczesna milicja melinami z bimbrem była zainteresowana a
                      nie przemocą domową, sąsiedzi się nie wtrącali w rodzinne klimaty.
                      Dzieci z siniakami od bicia przychodziły do szkoły po każdej
                      wywiadówce. Na wsi przemoc w rodzinie była normą, zwłaszcza jak
                      chłop pochlał.
                      • andaba Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 10:19
                        Sama pamiętam licytacje po wywiadówce, kto bardziej w skórę dostał.
                        Może nie był to powód do dumy, ale do skarżenia się też nie, było to
                        traktowane jak naturalna konsekwencja olewania szkoły.
                        Wbrew pozorom, wszyscy są normalnymi ludżmi, na bandytę (bo przemoc
                        rodzi przemoc) nikt nie wyrósł.
                        • morgen_stern Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 10:22
                          Ręce opadają...
                        • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 10:26
                          No pacz pani a ja znam takich co owszem na bandytów wyrośli albo na
                          panienki, które weszły w związki z przemocowymi alkoholikami.
                        • wieczna-gosia Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 10:29
                          ja to bez wywiadowki z kija dostawalam. Slady bylo widac, nie raz na WFie ie
                          cwiczylam. Nikt mi nigdy nie zadal pytania o sytuacje w domu. Za to pamietam jak
                          z pierwszym dzieckiem, szczylowa poszlam na szczepienie i dziecko mialo sinak na
                          policzku. lekarka przyjela tlumaczenie ze sie dziecko uderzylo a nastepnego dnia
                          mialam w domu opieke spoleczna. Mialam tez jazde z policja kiedys ze niby
                          patologia i dzieci bez opieki chodza smile- dla wyjasnienie- dzieci byly ze mna a
                          ja jeszcze pare lat temu wygladalam jak ich starsza siostra smile- policja
                          przyjechala po paru minutach na wezwanie, wiem ze prosili o opiie np. szkoly
                          moich dzieci.
                          Poza tym jesli chodzi o klase z podstawowki- faktycznie wiekszosc na bandytow
                          nie wyrosla, ale ci ktorzy rokowali- wyrosli a jeden to sie nawet zacpal....
                        • lola211 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 12:21
                          > Wbrew pozorom, wszyscy są normalnymi ludżmi, na bandytę (bo
                          przemoc
                          > rodzi przemoc) nikt nie wyrósł

                          Skutki przemocy to nie tylko jej dalsze powielanie.To takze problemy
                          emocjonalne w doroslym zyciu, zakompleksienie, nałogi, brak pewnosci
                          siebie.Az dziw bierze, ze niektorym sie wydaje, iz bicie nie wywiera
                          zadnych niekorzystnych skutkow.
                      • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 14:32
                        > Na warszawskich blokowiskach mieszkałam, pełny przekrój społeczny.
                        > Bicie dzieci było normą, u alkoholików znęcanie się na porządku
                        > dziennym.
                        na Warszawce świat sie nie kończy..polan to sie również szuka w
                        lesie a nie w srodku wspomnianej warszawki..jednak wracajac do
                        jedzenia płodów i runa prosto z krzaka..jak się czyta te wszystkie
                        ostrzezenia przed zanieczyszczeniami, zakażeniami bąblowcem i innymi
                        zarazami..to strach zbierac, kupić i wstyd zaproponować
                        rodzinie..wnuka juz tym na pewno nie nakarmię..a sama wcinałam aż
                        miło i żyję
                        • verdana Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 16:55
                          Bo bablowca wtedy nie bylo, tzn. byl, ale mniej powszechny. Nie było
                          tez AIDS. Tylko co z tego?
                          • 4-mexx Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 20:12
                            boze drogi, coniektore lata 80 wspominaja jako bajeczne czasy.Przeciez to byly
                            tragiczne czasy!
                            Narod i wszystkie mozliwe mozliwosci(ktorych nie bylo wogole)!byly ograniczone
                            calkowicie!
                            Owszem, lata 80 to czas dziecinstwa-beztroski i zabawy-tutaj wiekszosc z nas ma
                            pewnie mile wspomnienia, ale nie wyobrazam sobie wychowywac dziecka w takich
                            czasach, jakie wtedy panowaly!
                            • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:11
                              Naród to w wieku 10 lat miałam zasadniczo gdzieś. Po powrocie z
                              dłuzszego pobytu w kolorowym zachodnim państwie do szału
                              doprowadzały mnie granatowo szare szmaty, syf, niedostatki
                              normalnego żarcia, brak basenu i beznadziejna podstawowka. I
                              agresywna zazdrość innych dzieci o kolorowe ciuchy, fajne przybory
                              etc.
                              • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:34
                                biedne dziecko z Ciebie było..ja w wieku 10 lat cieszyłam sie
                                swobodą, koleżankami i kolegami..zabawami na podwórku i nie tylko..a
                                ciuchy i inne bajery miałam głęboko w ciemnościach..bardziej mnie
                                zajmował "hazard" w grze w korale pstrykane do dołka..
                                • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:43
                                  Ja też się cieszyłam swobodą na podwórku. Aż za bardzo, bo lekcje
                                  były np. na 13-14. Niemniej wolałam podwórku z kolorowego
                                  zachodniego kraju - czysty plac zabaw, różne i NIEZNISZCZONE sprzęty
                                  basen, korty, boiska do siatkówki i koszykówki.
                                  Kontrast, rozumiesz? 10-letnie dzieci znakomicie odróżniają porządne
                                  adidasy od juniorków i ladne estetycznie rzeczy od burych szmat czy
                                  jeansów Odra. Moja matka na szczęście dbała o estetykę.
                            • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:20
                              noo "nagimnastykować się" trzeba było..ale przynajmniej w moim
                              mieście to jakoś ludzi cementowało..przy tym pamietam moją "dziką
                              radość" jak wracałam kiedyś do domu z butelką oleju i kostką sera w
                              siatce..czułam sie jak mysliwy, który upolował mastodonta..w sumie
                              wtedy niewiele trzeba było, żeby człowieka uszczęśliwić..miało to
                              też swoje pozytywne strony jak widaćsmile teraz na taką radochę trzeba
                              wydac krocie, bo mi sie te emocje skojarzyły z skokiem na linie lub
                              lotem na lotni..a umiejetnośc zrobienia "czegoś z niczego" lub
                              ugotowanie "zupy z gwoździa" przydała się na lata i swiadomość, że
                              dobrą zupą "z wkładką" za psie pieniadze można tak samo i z taką
                              samą korzyscia dla organizmu się najeść jak najbardziej wyszukanym
                              daniem..i ta pierwsza może byc nawet smaczniejsza..
                              • wieczna-gosia Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:44
                                czułam sie jak mysliwy, który upolował mastodonta..w sumie
                                > wtedy niewiele trzeba było, żeby człowieka uszczęśliwić

                                prawda? och jakie to super byly czasy ze olej i ser byly czyms nieoczywistym.....

                                > ugotowanie "zupy z gwoździa" przydała się na lata i swiadomość, że
                                > dobrą zupą "z wkładką" za psie pieniadze można tak samo i z taką
                                > samą korzyscia dla organizmu się najeść jak najbardziej wyszukanym
                                > daniem..i ta pierwsza może byc nawet smaczniejsza..

                                nie no teraz to inaczej.

                                Teraz drogie panie czlek nie zna smaku zycia. Kiedys- oooo kiedys to byly czasy,
                                ludzie milsi, jacys tacy serdeczniejsi, mniej bylo, kasy miec to nikt nie mial
                                oprocz partyjnych, swiat byl prostszy jak ktos kase mial to wiadomo ze komuch i
                                nakradl, no nie?

                                Ja oczywiscie bylam wtedy dzieckiem i to szczesliwym, ale sama dzieci wole
                                wychowywac w czasach, gdy nie musze wybierac czy poczytac ksiazke czy postac z
                                ta ksiazka w kolejce....

                                watek starych tetryczek po prostu....
                                • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:52
                                  Qrde to ja wolę być konsumentem. Zarabiam, wybieram model rozrywki i
                                  pasujący do glazury papier toaletowy.
                                  • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 22:15
                                    a skąd wiesz, ze w przyszłosci Twoje dzieci nie skrytykują Cię za
                                    wybrany model rozrywki jako przyziemny, prymitywny itd.? Ja
                                    osobiscie też sie dziwiłam kiedys jak w domy moze nie być kibelka
                                    czy łazienki..teraz sie dziwie jak może być tylko jedna..kazdy czas
                                    ma swoje wady, niedogodnosci i w porównaniu do późniejszych
                                    czasów "prymitywizmy", to co teraz dla Ciebie jest naturalne kiedys
                                    było szczytem luksusu i superudogodnieniem..trafił nam sie po drodze
                                    kryzys lat 80-tych, ale i tak był to czas cud-malina w porównaniu z
                                    wojną..a ta jeszcze może sie trafić..i wtedy się dowiesz jaką
                                    radoscia jest mieć jakikolwiek papier..a nie tylko w kolorze glazury
                                • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:56
                                  Gosia sarkazm zupełnie niepotrzebny..czasy były siermiężne,
                                  niezależne od nas i trzeba było sobie radzić..z ta martyrologią,
                                  szczególnie do czasów lat 60-70 tych to najczęściej się
                                  przesadza..no wielu zdobyczy technicznych nie było, bo nie było..i
                                  kropka..z latami 80-tymi też jakos kazdy dał sobie radę na swój
                                  sposób..fakt, że takie a nie inne zycie zaowocowało
                                  tzw. "wspomnieniami z dzieciństwa" jak np. zapach świąt kojarzony z
                                  zapachem cytrusów..czy to aż tak źle? Powiem Ci, że wtedy one mi
                                  smakowały..może dlatego, ze były od swieta..teraz, kiedy są dostępne
                                  na codzień rzadko je kupuję..bo mi juz tak nie smakują..że żyło się
                                  trudniej? właściwie ja np. tego nie odczuwałam bo dla mnie to była
                                  normalośc..owszem teraz z perspektywy lat sama czasem sie
                                  zastanawiam jak nam sie to udało..ale wyobraź sobie, że nagle
                                  wzrasta nam obecnie poziom zycia (tak jak to miało miejsce na
                                  początku lat 90-tych)..ze kazdą wolna chwilę możesz spedzić na
                                  antypodach lecąc tam własnym samolotem..jak myslisz? co Twoje dzieci
                                  (a przynajmniej Rodzynek, bo mały) pomyslą o latach Twojego
                                  dzieciństwa i kiedy Ty je wychowywałaś??..no nic tylko bida z nędzą
                                  i skrajna patologia..
                                  • wieczna-gosia Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 13.08.08, 11:54
                                    ale wyobraź sobie, że nagle
                                    > wzrasta nam obecnie poziom zycia (tak jak to miało miejsce na
                                    > początku lat 90-tych)..ze kazdą wolna chwilę możesz spedzić na
                                    > antypodach lecąc tam własnym samolotem..jak myslisz? co Twoje dzieci
                                    > (a przynajmniej Rodzynek, bo mały) pomyslą o latach Twojego
                                    > dzieciństwa i kiedy Ty je wychowywałaś??..no nic tylko bida z nędzą
                                    > i skrajna patologia..

                                    no i co z tego wlasciwie ze tak pomysla? Ja- uwierz mi- mialam szczesliwe
                                    dziecinstwo. Ale doceniam to, ze moje dzieci maja inne. Tak naprawde korzystam z
                                    masy rzeczy, z ktorych korzystalam jako dziecko- kolonie i obocy- byly wtedy sa
                                    i teraz, wakacje pod namiotem, mundurki jak na ironie (w szkole moich dzieci sa
                                    ladne i naprawde trwale i nijak sie maja do stylonowych koszmarkow), np. cytrusy
                                    na swieta musza byc smile i zupa mleczka z ryzem i cukrem sie zdarza w ramach
                                    przysmaku i smakuje tak samo jak mi kiedys smile. Ale wiesz co babcia- WYBOR- to
                                    jest kluczowe slowo. Moja mama go nie miala. Ja moge uzywac pampersow, a moge
                                    tez w ramach trendu ekooogicznego, bardzo modnego na zachodzie i w USA jechac na
                                    tetrze, oge jechac pod namiot na biebrzanskie bloda a moge ten sam namiot
                                    postawic gdzies w Alpach. Moge dawac dzieciom slodycze raz na tydzien bo tak
                                    wybieram a nie dlatego raz na tydzien udaje mi sie je kupic. Moje nauczyc swoje
                                    dzieci kazdej religii, pokazac im kazdy odcien swiata. I byc moze faktycznie one
                                    beda latacx do Australii na weekend. Mam nadzieje ze matke staruszeczke kiedys
                                    zabiora wraz z proszkami na serce smile) I super- dlaczego ma mnie martwic ze
                                    uznaja ze w porownaniu z mozliwosciami ktore maja- moje mozliwosci wypadaja blado?
                                    • babcia47 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 13.08.08, 16:14
                                      Ale wiesz co babcia- WYBOR- to
                                      > jest kluczowe slowo. Moja mama go nie miala.
                                      i o to właśnie chodzi, ze nie miałyśmy wyboru..ale jak wynika z
                                      wypowiedzi coniektórych rozmówczyń to całkowicie wyklucza możliwość,
                                      byśmy miały prawo do jakichkolwiek dobrych wspomnień z tamtych
                                      czasów..a jeżeli juz to obowiązkowowynika to z tesknoty za PRL-em
                                      czyli prawie zdrada narodowa..dyskusja zboczyła z torów a z drugiej
                                      strony obraz wykreowany z opowiesci "starszych" w waszej wyobraźni
                                      wykreował czarno-białą wizje tamtych czasów..dla każdego wówczas
                                      dorosłego lub dziecka (lata 60-70) musiała to byc mordęga,
                                      szarzyzna, ogólnie obraz nędzy i rozpaczy..ale tak jak kazdy czas ma
                                      swoje mroczne strony tak kazdy ma i swoje jasne. Ludzie nie
                                      przestaja żyć tylko dlatego ze czasy sa ciężkie..nawet w czasie
                                      okupacji ludzie się żenili, rodziły się dzieci, nawet żeglowano i
                                      jeżdżono na "letniki" czy narty ... życie toczyło się swoim torem
                                      • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 13.08.08, 16:24
                                        IMO jest różnica między dobrymi wspomnieniami a porównywaniem
                                        tamtych czasów na niekorzyść obecnych. Dobre wspomnienia mam,
                                        owszem, ale zdecydowanie wolę wychowywać dziecko a aktualnych
                                        realiach. PRL był przede wszystkim głównie brzydki. Epoka
                                        nieestetyczna, zapyziała, z dziwacznym językiem oficjalnym, wybitnie
                                        niesprawiedliwa społecznie, z urawniłowką.
                              • triss_merigold6 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 12.08.08, 21:47
                                Tiaaa...wzruszam się jak wspominam spotykanie znajomych w
                                kilometrowej kolejce po chleb do jedynej piekarni na osiedlu.wink A
                                teraz wolę iść do delikatesów i mieć wybór X rodzajów bułek, chleba
                                czy innego pieczywa, bez łaski, bez czekania.
                              • lola211 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 13.08.08, 11:12
                                Babciu, to wszystko kwestia potrzeb.Jak ktos ma male, to cale zycie
                                spedzi w chatce na zadupiu zywiac sie zsialym mlikiem z kartoflami i
                                bedzie szczesliwy, jesli zas ktos od zycia wymaga wiecej, to
                                ograniczenia socjalizmu, jego szarosc i beznadzieja sa po prostu
                                koszmarem.
                            • luccio1 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 16.08.08, 17:42
                              4-mexx napisała:
                              > Owszem, lata 80 to czas dziecinstwa-beztroski i zabawy-tutaj
                              > wiekszosc z nas ma pewnie mile wspomnienia, ale nie wyobrazam sobie
                              > wychowywac dziecka w takich czasach, jakie wtedy panowaly!

                              Pamiętam dobrze ulicę Kremerowską w samym centrum Krakowa - niegdyś "moją
                              ulicę". Kącik przy ślepej ścianie kamienicy narożnej,
                              stojącej przy Karmelickiej - wystarczyło tylko skręcić za róg i przejść
                              kilkanaście kroków, by znaleźć się pod osłoną kiosku "Ruchu".
                              W tym miejscu mogłem w szczytowych latach kolejek: 1981, 1982 i później, oglądać
                              niemal codziennie o dowolnej porze dnia scenkę rodzajową "Matka Polka na zakupach":
                              obok kiosku, wówczas świecącego pustkami, stał głęboki wózek
                              dziecinny, obładowany dodatkowo siatami do granic możliwości, przy nim
                              przytupywało dwoje-troje dzieci starszych, zaś mama, osłonięta kioskiem i
                              wózkiem zaledwie symbolicznie, kucała na chodniku pod wspomnianą ślepą ścianą,
                              eksponując większość bielizny - łącznie z całą konstrukcją podtrzymującą
                              pończochy: "żabkami", podwiązkami...

                              Jeśli ktoś chce, może powiedzieć:
                              ile problemów z głowy... znając takie miejsce, mama na zakupach nie musiała się
                              w tamtych czasach kłopotać, gdzie w potrzebie znaleźć toaletę, ani pytać na
                              darmo o nie istniejącą, ani kombinować, jak i dokąd ewentualnie wjechać z
                              wózkiem - nie potrzebowała nawet schodzić z chodnika...

                              (W rzeczywistości tamtych czasów i tamtego miejsca:
                              kobieta była wraz z dziećmi już kilka godzin poza domem, albo w drodze z jednej
                              kolejki do drugiej, albo też wyszła z kolejki na chwilę i powinna była jak
                              najszybciej tam wracać. Do najbliższej podówczas czynnej toalety publicznej - w
                              Rynku Głównym, w Sukiennicach - miałaby pół godziny marszu, albo i więcej
                              [samochodu nie miała], a tam w Sukiennicach kilkadziesiąt schodów w dół, potem
                              te same schody pod górę - z wózkiem? z dziećmi? a jeśli samej, to jak zostawić
                              dzieci choćby na chwilę?
                              Pytanie zaś w tamtych czasach o możliwość skorzystania z toalety w lokalu
                              kończyło się zazwyczaj oświadczeniem: "toaleta tylko dla konsumentów!" - i
                              palcem wskazującym drzwi z powrotem na ulicę).
                      • 4-mexx trissowna 12.08.08, 20:17
                        triss_merigold6 napisała:

                        >
                        > Dzieci z siniakami od bicia przychodziły do szkoły po każdej
                        > wywiadówce. Na wsi przemoc w rodzinie była normą, zwłaszcza jak
                        > chłop pochlał.

                        a skad Ty masz takie dane?Z wlasnego doswiadczenia?
                        Jakos dziwnie zapamietalam, ze bardzo czesto operujesz w swoich wypowiedziach
                        tematem chlopa- pijaka, rodzin patologicznych na wsiach itp.
                        Ty nie masz przypadkiem jakies traumy z dziecinstwa?Bo wiesz, to o czym piszesz,
                        to nie byla norma.
                        • triss_merigold6 Re: trissowna 12.08.08, 21:07
                          Wakacje we wczesnym dzieciństwie na podkrakowskiej wsi spędzałam,
                          pamięć mam dobrą. Właśnie dlatego tak pamiętam, że mnie to szokowało
                          i wydawało się niewiarygodne. Inny świat zupełnie. Blokowisko na
                          Bródnie + dzieci z głównie robotniczych rodzin, melina na klatce
                          schodowej, jak się klientom poj... w nocy to do wszystkich drzwi
                          pukali. Dzieci alkoholików w klasie, z ubogich nawet jak na tamte
                          czasy rodzin. Z pręgami na nogach na wf-ie. Potem inne blokowisko,
                          też praskie. Opowieści dorosłych już znajomych z naprawdę mocno
                          patologicznych klimatów też słyszałam i jaka była skala przemocy.

                          Ja nie mam traumy w sensie osobistych doświadczeń, wystarczająco
                          chore było to co widziałam, nawet jeśli w skali np. całej klasy była
                          to mniejszość dzieci.
                          • babcia47 Re: trissowna 12.08.08, 21:27
                            ja spedzałam po conajmniej 3-4 miesiace co roku najpierw na
                            lubelszczyźnie, potem na kielecczyźnie i na dolnym ślasku..i jakoś
                            pomijając oczywiscie własną, wiejską rodzinę która mogłam obserwowac
                            na bierząco nie odnotowałam wrzasków niosacych się wieczorami po wsi
                            ani nagminnego pijaństwa. Pomijam juz, ze każdy mógł wejść do
                            każdego domu, o każdej porze praktycznie nawet bez pukania, drzwi
                            sie nie zamykało..cóż albo ja miałam szczęście do normalnych ludzi
                            albo ty pecha do patologii..
                            • triss_merigold6 Re: trissowna 12.08.08, 21:49
                              Och, wchodzenie w obejście bez pukania to owszem pamiętam. Niby w co
                              można było pukać? W siatkę? Sorry, wolę domofon, telefon i umawianie
                              się na spotkanie i swoją świętą miejską anonimowość.
                              • babcia47 Re: trissowna 12.08.08, 22:07
                                cały czas podkreślasz co Ty wolisz..a ja wolałam czasy kiedy ludzie
                                mogli i chcieli być dla siebie pomocni, kiedy kazda sasiadka
                                zwracała uwage na to co się dzieje w okolicy domu..mozna było dzieci
                                bezpiecznie wypuscic na dwór, gdzie zarzywały zabaw i swobody, kiedy
                                status materialny i stan posiadania moze był przedmiotem cichej
                                zawiści dorosłych, ale my dzieci na to nie zwracalismy uwagi,
                                bo "lepszy" był ten kto potrafił wymyslic i poprowadzic ciekawa
                                zabawę.. Też mielismy takiego Stasia w podstawówce, który czesto
                                wyjeżdżał na placówki za granicę z rodzicami..chwalił sie
                                później "gdzie to nie był" i przynosił do szkoły różne "dobra"
                                samobiezne zabawki i pachnące gumki..ale pozatym był drętwy i
                                zarozumiały..szybko go spacyfikowalismy..bo moze nie należeliśmy do
                                najubozszych, mieszkalismy w wiekszości na "słuzbowym osiedlu" i
                                mielismy podobny status majatkowy, ale koleżanka, którą mama
                                wychowywała samotnie (+ brata) i była naprawdę w kiepskiej sytuacji
                                finansowej była o niebo ciekawszą towarzyszką zabaw..a do dobrej
                                zabawy często wystarczyła plansza narysowana patykiem na ziemi i
                                kamyk..albo podchody na sąsiednich uliczkach..
                                • mama_kotula Re: trissowna 13.08.08, 10:17
                                  >kiedy status materialny i stan posiadania moze był przedmiotem
                                  >cichej zawiści dorosłych, ale my dzieci na to nie zwracalismy uwagi,
                                  >bo "lepszy" był ten kto potrafił wymyslic i poprowadzic ciekawa
                                  >zabawę..


                                  Święte dzieci, panie dzieju, święte!!!
                                  Znaczy się "my dzieci", do których należałaś, Babciu, to jakiś fenomen na skalę
                                  kraju.

                                  Bo tak, liczyło się przecież to, co kto ma w głowie, a zazdrości i zawiści o
                                  rzeczy materialne nie było W OGÓLE. Ciekawa jestem w takim razie, kto mi 3 razy
                                  z rzędu zapieprzył niemiecki piórnik, adidasy i - tadaaam - strój gimnastyczny
                                  made in NRD, odbiegający nieco wyglądem i jakością od bawełnianych czarnych
                                  majtek i białych podkoszulków z pedetu.
                                  • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 16:04
                                    mi tylko bluzkę z czarnego lureksu "zaiwaniono", w połowie lat 70-
                                    tych były akurat szałem sezonu..nawet wiem mniej więcej
                                    kto..niemiecka siatkarka w NRD-ówku!!!, rozbierałyśmy sie z ich
                                    druzyną w jednej szatni na gościnnych występach w
                                    Reinchenbach..szatnia została otwarta tylko po to by tamta druzyna
                                    (odpadły z rozgrywek) mogła się przebrać..ale niemiaszki miały
                                    porutę!! w drodze przeprosin zaproszono nas do zamknietego Klubu
                                    (juz wtedy takie mieli)na wystawny poczęstunek..ja niestety musiałam
                                    paradować w przepoconej koszulce drużynowej..sad
                                    • verdana Re: trissowna 13.08.08, 16:31
                                      Czyli Gomulka, dobry wodz dobrego spoleczeństwa racje miał - Polacy
                                      to był dobry, cichy, spokojny, niezawistny narod, a Niemcy od razu
                                      okradli. Bo podli z natury.
                                      Babciu, zlituj się, może już pora poczytac cos innego niz wstepniaki
                                      z "Trybuny"?
                                      • triss_merigold6 Re: trissowna 13.08.08, 16:34
                                        Nienienie, ona musi być projektem artystycznym o głęboko ukrytym
                                        celu. Qrde jeśli na starość się tak ludziom robi to się
                                        autoodstrzelę sanitarnie tuż po menopauzie.
                                        • verdana Re: trissowna 13.08.08, 17:07
                                          Triss, ja tez mam się odstrzelic? Przeciez ja w podobnym wieku
                                          jestem!!!!!!
                                          Chociaz, jak za pare lat cos takiego mi się porobi, to może i trzeba
                                          będzie.
                                      • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 17:10
                                        mnie ta sytuacja raczej ubawiła..bo to Polacy mieli opinię
                                        złodzieji, bandytów, krętaczy..a tu taaaka siurpryza...Nawiasem
                                        mówiąc mieszkałam juz wtedy w miescie przygranicznym i sporo Polaków
                                        było zatrudnionych po drugiej stronie granicy..i to właśnie my
                                        mieliśmy opinię tych solidnych, pracowitych..choć przemyt tez kwitł
                                        na dużą skale, ale kazdy kombinował jak mógł co niestety było
                                        powszechnie tolerowane i usprawiedliwiane..do dziś jeszcze musimy
                                        sie otrząsać z tych ówczesnych "przyzwyczajeń" i co gorsza rzutuje
                                        to na opinię całego narodu
                                • wieczna-gosia Re: trissowna 13.08.08, 12:01
                                  Też mielismy takiego Stasia w podstawówce, który czesto
                                  > wyjeżdżał na placówki za granicę z rodzicami..chwalił sie
                                  > później "gdzie to nie był" i przynosił do szkoły różne "dobra"
                                  > samobiezne zabawki i pachnące gumki..ale pozatym był drętwy i
                                  > zarozumiały..szybko go spacyfikowalismy..bo moze nie należeliśmy do
                                  > najubozszych, mieszkalismy w wiekszości na "słuzbowym osiedlu" i
                                  > mielismy podobny status majatkowy

                                  kurcze babciu w propagandzie robisz? Ach jakie to typowe ze dziecko jezdzace na
                                  placowki jest bogate ale dretwe, prawda? ale jakby Stas byl dziany, gdzie to nie
                                  byl ale poza tym byl inteligentny, swietnie sie uczyl, dawal sciagnac, gumy
                                  przynosil i mial swietne pomysly, komputer jako pierwszy w klasie albo video,
                                  chodzilo sie do niego ogladac po szkole.... no ja akurat takich znajomych po
                                  placowkach mialam- naprawde byli swietni......
                                  I tak jak moja mama wtedy, tak ja swoim dzieciom musze czasami pokazac ze fakt
                                  ze nie jezdzimy na wakacje za granice co roku, ze nie lece w gadzety
                                  (nadmiernie, bo nie ukrywam ze sa gadzety, ktore sama lubie miec). Czy moje
                                  dzieci beda snobami i zadufancami, czy beda zakompleksione- tak jak wtedy-
                                  zalezy w duzej mierze ode mnie. Snob to nie zasobnosc portfela, to stan umyslu.....
                                  • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 16:27
                                    ale jakby Stas byl dziany, gdzie to ni
                                    > e
                                    > byl ale poza tym byl inteligentny, swietnie sie uczyl, dawal
                                    sciagnac, gumy
                                    > przynosil i mial swietne pomysly, komputer jako pierwszy w klasie
                                    albo video,
                                    > chodzilo sie do niego ogladac po szkole.... no ja akurat takich
                                    znajomych po
                                    > placowkach mialam- naprawde byli swietni......
                                    gdyby Staś był tego typu to nie wymagałby pacyfikacji..niestety
                                    jedyna w jego mniemaniu jego zaletą i powodem do dumy była zamozność
                                    rodziców, drętwy był, żadnej własnej inicjatywy czy ciekawych
                                    pomysłów ale chciał się rządzić, kiepsko się uczył i próbował
                                    sciągać za kolorowe gumki..niestety chodziłam do eksperymentalnej
                                    szkoły gdzie nie dało się ukryc swoich faktycznych braków w wiedzy i
                                    inteligencji, bo to dzieci podzielone na zespoły prowadziły lekcje,
                                    kazdy miał przez lidera wyznaczoną role i obowiazki, reszta klasy
                                    oceniała a nauczyciel był tylko od nadzoru i ewentualnego
                                    korygowania nieścisłości lub uzupełniania tego co nie zostało
                                    powiedziane..Staś był "biedny", bo nikt nie chciał tyrac za niego,
                                    zresztą się nie dało, bo i tak to on musiał poprowadzić część
                                    lekcji.. ewentualnie proponowało mu sie pomoc w nauce czy
                                    przygotowaniu do zajęć..a na to nie miał ochoty. Komputery i wideo
                                    do nas jeszcze nie dotarły (przełom lat 60/70)jedyne czym próbował
                                    epatować to zabawki, donaldy i kolorowe przybory..ale te cieszyły
                                    sie zainteresowaniem tylko przez chwilę..i potem zostawała pustka
                                    • triss_merigold6 Re: trissowna 13.08.08, 16:32
                                      Rozumiem. I na tej podstawie uparcie lansujesz tezę, że dzieci z
                                      nieco zamożniejszych rodzin są aspołeczne, niedostosowane, nie znają
                                      prawdziwej radości dzieciństwa i należy im współczuć.
                                      • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 17:11
                                        ..cóż..czym skorupka za młodu nasiąknie...tongue_out
                            • morgen_stern Re: trissowna 12.08.08, 22:01
                              Oj, babciu, te twoje rzewne wspomnienia PRL-owskiej sielanki to już się stają
                              powoli niesmaczne, a już na pewno żenujące.
                              • babcia47 Re: trissowna 12.08.08, 22:26
                                a gdzie napisałam, ze to była sielanka? czasy były inne, w
                                niektórych aspektach duzo gorsze ze wzgledów politycznych i poziomu
                                zycia..to chyba normalne? z innych powodów wspominam je dobrze..a
                                nawet lepiej niz obecnie..inny był stosunek ludzi do siebie,
                                częsciej wspólnie z sasiadami lub znajomymi spędzało się czas (no
                                fakt, TV praktycznie nie było, te dwa programy pod koniec lat 70-
                                tych.. i jakoś trzeba było sobie zapewnić rozrywkę), można było
                                liczyc na ludzi..ale to, że były to czasy PRL-u to skutek uboczny,
                                bo po prostu w tych czasach żyliśmy..i pewnie gdyby był to czas
                                galopującego kapitalizmu..było by tak samo..myslę, ze to o czym
                                piszę sprawiało, ze były to czasy pod wieloma wzgledami
                                bezpieczniejsze..i my jako dzieci moglismy dlatego swobodnie bawić
                                sie bez opieki dorosłych na podwórku, buszować po okolicy, chodzic
                                samodzielnie od 1 klasy do szkoły i do sklepów (ja od ok 3-go roku
                                zycia)
                                • triss_merigold6 A za Franciszka Józefa... 13.08.08, 09:50
                                  A za świętej pamięci cysorza to ludzie jeszcze bliżej siebie żyli,
                                  baby pierze darły bając baśnie, z kurami się spać chodziło i ze
                                  słonkiem wstawało, ludzie panietentego po siedemnaścioro dzieci
                                  mieli w jednej izbie i nie narzekali a teraz w głowach się
                                  poprzewracało etc.
                                  Żenada. Już wiem czemu mam alergię na pewne typy z pokolenia moich
                                  starych.
                                  • luccio1 Re: A za Franciszka Józefa... 15.08.08, 23:27
                                    "Skala stemplowa" (= taryfikator opłat skarbowych), określona kwotowo według
                                    trzech schematów (weksle, pokwitowania wszelkiego rodzaju, wynagrodzenia) ustawą
                                    w r. 1876, przetrwała bez zmian aż do pierwszych lat I wojny światowej - zanim
                                    nie ruszyła inflacja.
                                    Tylko na przełomie XIX/XX w. po przejściu z guldenów na korony (przelicznik: 1
                                    reński = 2 korony) kwoty wyrażone w "krajcarach" czyli "centach" zastąpiły ich
                                    dwukrotności wyrażone w halerzach.

                                    Od lat 70. XIX w. bułka "kajzerka" kosztowała 1 centa; po reformie walutowej ta
                                    sama bułka - "centowa" - była do dostania
                                    za 2 halerze...

                                    Ale jak wojna trwała i trwała, a Franciszka Józefa zastąpił pod koniec r. 1916
                                    Karol I, zwany od początku "Ostatnim" (ten, co został świętym jeszcze za życia
                                    JP II - nie mogę zrozumieć, z jakiej racji, skoro w ostatniej instancji
                                    odpowiada za bratobójczy rozlew krwi we Lwowie w listopadzie 1918!) - inflacja
                                    ruszyła z kopyta...
                                    • luccio1 Re: A za Franciszka Józefa... 16.08.08, 12:13
                                      Zapomniałem dodać:
                                      bułka "kajzerka" w r. 1910 - to nie była bułka "kajzerka" z r. 1880...
                            • andaba Re: trissowna 13.08.08, 09:44
                            • andaba Re: trissowna 13.08.08, 09:46

                              babcia47 napisała:

                              Pomijam juz, ze każdy mógł wejść do
                              > każdego domu, o każdej porze praktycznie nawet bez pukania, drzwi
                              > sie nie zamykało..


                              Owszem. Sąsiadce wlazł do domu pijany chłop, połozył się na jej
                              łóżku i powiedział, że nigdzie nie idzie. Sąsiadka musiała się
                              wynieść do innego pokoju. Poszedł jak wytrzeźwiał, czyli rano.
                              • morgen_stern Re: trissowna 13.08.08, 10:22
                                Aaaa, i jeszcze dzieci takie bezpieczne na ulicach były.. to nic, że
                                mnie pod samym blokiem kiedys pedofil zaczepił i prosił, żebym mu
                                pokazała "jak się idzie na ogródki działkowe"... W ogóle przeciez
                                pedofilów nie było, ani powszechnego złodziejstwa, ani zawiści,
                                ludzie tacy otwarci i życzliwi byli, raj, panie.
                                Może nadmierne idealizowanie czasów młodości można leczyć?
                                Bo ty, babciu, ZA MŁODOŚCIĄ swoja tęsknisz, a nie za PRL-em...
                                • wieczna-gosia Re: trissowna 13.08.08, 12:03
                                  no wlasnie babcia- inaczej wspominam czasy mojej mlodosci z perspektywy dziecka
                                  a zupelnie inaczej, gdy naloze na to, co wiem jako matka.

                                  Tez spotkalam pedofila i zboczenca i prawie mnie facet zgwalcil jak mialam ze 12
                                  lat.....
                                  • verdana Re: trissowna 13.08.08, 12:43
                                    Babicu - sadzac z daty to taka o wiele starsza ode mnie nie jesteś -
                                    z 10 lat. Może jednak czas do lekarza ?
                                    Sasiedzka życzliwość można sobie obejrzeć w IPN-owskich teczkach. W
                                    szkole - jak dzis pamietam te stare dobre czasy - dzieci smialy się
                                    ze mnie, ze mam spodnice przerabiane z mamy (a biedni nie bylismy),
                                    PEKAO, a potwm EWEX byly rajska kraina, a licytacja kto ma z nich
                                    jakie ubranie czy zabawke przewyzszala o niebo licytacje w szkolach
                                    moich współczesnych dzieci.
                                    Podreczniki szkolne i "Płomyczek" z tych pelne sa czytanek o tym,
                                    jak nie nalezy wysmiewac biedniejszych, a szczególnie dzieci ze wsi.
                                    Chyba bylo to masowe, skoro przebilo się przez cenzurę.
                                    Z sielskich-anielskich lat pamiętam tez strach moich rodziców w 1968
                                    roku przed utrata srodkow do życia i to, co działo się w szkole.
                                    Oczywiscie byly to czyste przejawy zyczliwosci....
                                    Na klatce schodowej jakis obcy facet włozył mnie, 10-latce lapy pod
                                    spódnice, pewnie UFO, przybysz z przyszlosci.
                                    Pamiętam tez to, co mnie dolegalo bardziej niż brak mięsa i pralki -
                                    brak - a własciwie skrajny niedostatek - książek i tlumaczeń obcej
                                    literatury. I filmy pojawiające się z wieloletnim opóźnieniem, albo
                                    wcale. No, ale to piekne czasy byly, nie?
                                    • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 17:01
                                      ja akurat byłam jedynaczka i z tzw inteligenckiej rodziny..rodzice w
                                      pewexie mnie nie ubierali a najwieksza furore robiłam własnoręcznie
                                      wydzierganymi i uszytymi ciuchami, pierwsze "dziny" dostałam jako 15-
                                      latka..a i te przerobiłam na ciasne rurki..Moi rodzice, a
                                      przynajmniej ojciec wolał mi kupować ksiązki i polowaliśmy na nie po
                                      ksiegarniach i antykwariatach..potem sporo zdobywałam z nielegalnego
                                      obiegu..Jak wygłodniałe psiaki rzucalićmy sie na każdy film w kinie
                                      przepuszczony przez cenzure czy przemycony i mozliwy do obejrzenia
                                      na prymitywnych wówczas wideo (szpulowych jeszcze)
                                      Braki w zaopatrzeniu wtedy tez miałam głęboko w ciemnościach, bo to
                                      był okres mojego dzieciństwa i nie to mnie zaprzątało..na pewno żyło
                                      się gorzej mojej mamie, bo na nia spadały przez to uciążliwości
                                      zycia codziennego. Jednak nie miałabym odwagi potępiać jej, że i w
                                      tamtym okresie miała swoje dziedziny życia, które ją cieszyły czy
                                      które wspomina z rozrzewnieniem.
                                      Twoje wspomnienia z roku '68 wynikają z własnej historii, moje
                                      wiązały się z tym, ze ojciec był wtedy w wojsku i stacjonował z
                                      swoim plutonem czołgów na granicy Czechosłowackiej w oczekiwaniu
                                      rozkazu wejścia do walki..przeżyłyśmy z mamą koszmar bojąc się, ze
                                      dojdzie do wojny i że ojciec w niej zginie..i te krążące całymi
                                      dniami mysliwce po niebie..kazdy ma swoje wspomnienia i swoje
                                      traumy..pamietam też jednak jakie piekne lato było wtedy, pieska
                                      znalezionego w rowie (ktoś chciał go utopić), wychowanego przeze
                                      mnie i nasze wielokilometrowe, samodzielne!! wędrówki po lasach w
                                      okolicy Milicza, gdzie spędzałam wakacje u ciotki..
                                      • verdana Re: trissowna 13.08.08, 17:12
                                        ja tam też bylam jedynaczka z inteligenckiej rodziny, też kupowano
                                        mi książki. Szkoda tylko, ze upolowac można bylo te tlumaczone, a
                                        bylo ich baaardzo niewiele i to tylko te, ktore przeszły przez
                                        cenzurę.
                                        Wideo to chyba trochę później, co - niz Twoje i moje dziecinstwo. Za
                                        naszego dzieciństwa, o ile mnie skleroza nie zeżarla, to pojawiały
                                        sie czasrno-bial telewzory. W latach 60-tych o wideo NIKT nie
                                        słyszał, a wlatach 80-tych do my bylysmy dorosłe.
                                        No i o ile dobrze zrozumiałam datę - to w momencie inwazji nie bylas
                                        już w zadnym stopniu dzieckiem. Ja jakos z pieknego lata
                                        zapamiętalam - jako dziecko nie pieska w rowie, ale ludzi
                                        sluchajacych Bańskiej Bystrzycy, ktora nagle zamilkła. I pamiętam
                                        wstyd.
                                        • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 17:33
                                          pierwsze wideo mieliśmy w szkole (to najprymitywniejsze, szpulowe)
                                          gdzieś w '73-'75..znajomy nauczyciel miał prywatne i był z tych
                                          młodych i "niepokornych", moglismy u niego wybrana paczka pooglądać
                                          przemycone "nowości"..potem ten "cud techniki" zaczął byc bardziej
                                          popularny..W czasie inwazji miałam 8 lat..Wypadki marcowe pamietam
                                          jak przez mgłę, niewiele z tego rozumiałam, szczególnie, że dotykały
                                          znajomych mi ludzi, których uważałam za porządnych, normalnych
                                          sasiadów. Inwazję pamietam dokładniej, bo jak pisałam dotknęła nas
                                          osobiście..chyba wtedy zaczęłam sie interesować tym co się dzieje
                                          w "świecie dorosłych"
                                          • luccio1 Re: trissowna 15.08.08, 23:37
                                            babcia47 napisała:

                                            > pierwsze wideo mieliśmy w szkole (to najprymitywniejsze, szpulowe)
                                            > gdzieś w '73-'75..znajomy nauczyciel miał prywatne i był z tych
                                            > młodych i "niepokornych", moglismy u niego wybrana paczka pooglądać
                                            > przemycone "nowości"..

                                            Tamte lata to mój koniec liceum i początek studiów (matura 1973). Żadnego video
                                            z tamtych czasów nie pamiętam - szczytem był szpulowy Kasprzak czterościeżkowy
                                            na licencji Grundiga (w domu nie było).
                                            Do lat 90. używałem gramofonu WG 56 (oczywiście mono), przy którym wzmacniaczem
                                            był odbiornik radiowy - aż szlag nie trafił wkładki
                                            (UK 8, z dwiema igłami szafirowymi - jedna na płyty 78 obrotów).
                                            Było wielkim wydarzeniem, kiedy Mama w r. 1976 kupiła adapter stereo - dla mojej
                                            młodszej Siostry.
                                            • babcia47 Re: trissowna 16.08.08, 00:24
                                              ZK 140T..sama byłam szczęśliwą posiadaczka, choc nie dam głowy czy
                                              juz w tamtym roku ..ale gdzieś w latach 74-76 na pewno..nie byłam
                                              pionierką, moi koledzy i kolezanki posiadali duzo wczesniej, choc w
                                              wiekszosci jeszcze dwusciezkowe..pierwsze wideło szpulowe widziałam
                                              na własne oczeta przed '72-gim, przywiezione z zagranicy, a po tym
                                              roku mieszkałam juz na terenie przygranicznym i rózne nowinki
                                              trafiały do nas dość wcześnie, do tego sponsorem(jak to sie obecnie
                                              nazywa) naszej szkoły były zakłady elektroniczne i czasem nawet
                                              fajne rzeczy nam fundowały..gramofon stereło, polskiej produkcji,
                                              zakupiony na przełomie lat 70/80 słuzy nam do dziś do
                                              odtwarzania "winyli" z stroboskopową regulacją obrotów zresztą..a
                                              wkładki faktycznie trzeba juz "zdobywać"
                                        • paszczakowna1 Re: trissowna 14.08.08, 00:28
                                          Ja (rocznik 1973, więc znacznie późniejszy) pamiętam grudzień 1981, wojsko na
                                          ulicach i strach rodziny. I całkowicie puste półki w sklepach. I, co dla mnie
                                          jako dziecka było naprawdę ciężkie do zniesienia, to poczucie ciągłego
                                          rozdźwięku między opisem rzeczywistości a stanem faktycznym, wiecznej podwójnej
                                          mowy (chyba jedna Musierowicz opisywała świat w sposób, który uznawałam za
                                          prawdziwy).

                                          To naprawdę nie było tak, że dla dzieci rzeczywistość polityczna nie miała
                                          znaczenia. Miała. Dzieciństwo miałam szczęśliwe, ale z dzieckiem urodzonym 20
                                          lat później bez problemu bym się zamieniła. Tak samo, jak sądzę, że mój ojciec
                                          (ojciec, nie matka, z racji tego samego zawodu), chętnie zamieniłby się datami
                                          urodzenia ze mną. I nie tylko dlatego, że jako dziecko przeżył dwie okupacje +
                                          "wyzwolenie", ale że perspektywy, które ja mam obecnie są zupełnie
                                          nieporównywalne z tymi, które on miał.
                                          • babcia47 Re: trissowna 14.08.08, 00:52
                                            paszczakowna1 napisała:

                                            > Ja (rocznik 1973, więc znacznie późniejszy) pamiętam grudzień
                                            1981, wojsko na
                                            > ulicach i strach rodziny.
                                            Dzieciństwo miałam szczęśliwe,
                                            Ty tu takich herezji nawet nie pisz! jak juz zyłaś w tych czasach
                                            to nie masz prawa pisać o szczęśliwym dzieciństwie!
                                            Ja o 2-giej w nocy wracałam z imprezy, w ciąży zresztą, holowałam z
                                            letka szanownego małzonka bo panowie siedzieli nad butelka a ja nad
                                            półmiskiem wspaniale pikantnych ogórków z papryka, po które qmpel
                                            latał kilkakrotnie do piwnicy..noc była piękna, lekki mrozik,
                                            cichutko..tylko rano nie było teleranka..moja ciąża zagrozona, małż
                                            konczył studia, nawet nie wiedział co sie ze mna i młodym dzieje
                                            kiedy wrócił na uczelnię..trzeba było mieć specjalna przepustke od
                                            komendanta miasta, zeby przemieszczać się między miastami, telefony
                                            nie działały poczatkowo..kurna jak sie uprzec to był to dla mnie
                                            najpiekniejszy okres zycia, bo na wiosnę urodziłam ukochanego syna,
                                            choć nie bez problemów (2 pkt. appgara)..i nawet nie miałam głupiej
                                            oliwki zeby go wysmarować, bo po CC schodziła z niego skórka jak z
                                            węża, zdobyłam olej parafinowy i byłam szczęśliwa jak stąd na Alaskę
                                            (ale o tym psssyt, nie wolno wspominac)
                                            • wieczna-gosia Re: trissowna 15.08.08, 09:12
                                              > paszczakowna1 napisała:
                                              >
                                              > > Ja (rocznik 1973, więc znacznie późniejszy) pamiętam grudzień
                                              > 1981, wojsko na
                                              > > ulicach i strach rodziny.
                                              > Dzieciństwo miałam szczęśliwe,

                                              babcia, nie udawaj ze nie kumasz skad ta napasc na ciebie. Dzieci maja to do
                                              siebie ze szczesliwe dziecinstwo potrafia iec w cieniu czolgow.
                                              • babcia47 Re: trissowna 15.08.08, 21:03
                                                > babcia, nie udawaj ze nie kumasz skad ta napasc na ciebie. Dzieci
                                                maja to do
                                                > siebie ze szczesliwe dziecinstwo potrafia iec w cieniu czolgow
                                                ..co do dzieci to ja jak najbardziej rozumiem..powiem
                                                wiecej..rozumiem, ze w takich czasach i dorosli potrafia miec swoje
                                                szczęśliwe chwile i dziedziny zycia..ale to chyba jest niepoprawne
                                                politycznie, bo ja osobiscie za taki poglad zostałam odsadzona od
                                                czci i wiary, okreslona jako teskniąca za PRL-em itd. tak jakby
                                                mozna było porównac szczęście rodzinne do pustych półek czy szarych
                                                ciuchów..szczęśliwym mozna byc także wcinajac chleb ze smalcem i
                                                cebulą i grunt by było ciepło w d.pkę nawet jeżeli zapewnia to szary
                                                ciuch..oczywiscie lepiej jest byc zamożnym ..ale to jest pojęcie
                                                bardzo względne..i niekoniecznie gwarantujące szczęśliwe życie
                                                • wieczna-gosia Re: trissowna 15.08.08, 21:11
                                                  e w takich czasach i dorosli potrafia miec swoje
                                                  > szczęśliwe chwile i dziedziny zycia..ale to chyba jest niepoprawne
                                                  > politycznie,

                                                  jak sie czyta wspomnienia wojenne to tez widac ze tez dorosli mieli tam
                                                  szczesliwe chwile (z naciskiem na chwile jak sadze) i chyba nikt nie postuluje
                                                  ze warto bysmy doswiadczyli wojny bo wszak mozna sie przekonac jak wielkim
                                                  szczesciem jest zeschniety chleb i smierdzaca woda ze o miesie konskim nie
                                                  wspomne. I te chwile spedzane z rodzina w czasie zaciemnienia....

                                                  i chyba tylko o to tu chodzi- by babciu droga plusy wynikajace z doswiadczen
                                                  osobistych nie przyslonily ci kanalu jakim byly te czasy. Owszem zdobywane cudem
                                                  cytrusy mialy uroczysty smak, ale czy to znaczy ze tradycje swiateczne nalezy
                                                  stwarzac utrudniajac im maksymalnie zycie i ograniczajac wybor produktow w
                                                  sklepie, gdyz wtedy docenia?
                                                  • babcia47 Re: trissowna 15.08.08, 21:23
                                                    Owszem zdobywane cude
                                                    > m
                                                    > cytrusy mialy uroczysty smak, ale czy to znaczy ze tradycje
                                                    swiateczne nalezy
                                                    > stwarzac utrudniajac im maksymalnie zycie i ograniczajac wybor
                                                    produktow w
                                                    > sklepie, gdyz wtedy docenia?
                                                    nie to tylko osobista refleksja..czasem mam w zwiazku z tym
                                                    wrażenie, ze nie tylko dzieci dotyczy opinie, że owoc zakazany
                                                    (niedostepny) najbardziej smakuje..smile to, że wspomina sie
                                                    niegdysiejsze swięta w powiazaniu z zapachem niedostepnych cytrusów
                                                    to rodzaj ówczesnego folkloru a nie postulat bu uczynic je dla
                                                    uczczenia świat niedostepnymi..
                                                    by babciu droga plusy wynikajace z doswiadczen
                                                    > osobistych nie przyslonily ci kanalu jakim byly te czasy.
                                                    nikt bardziej ode mnie tego nie wie, bo byłam członkiem zarządu
                                                    miejskiej organizacji młodziezowej..takiego "przedszkola
                                                    Solidarnosci" do pażdziernika '81..potem problemy z ciążą zmusiły
                                                    mnie do zrzeczenia sie funkcji i zajecia swoimi problemami
                                                    zdrowotnymi i przyszłym potomkiem..nie mam powodu tesknic za PRL-
                                                    em..zreszta trochę sie przyczyniłam do jego obalenia..ale wartoscia
                                                    Polaków zawsze było to, ze nmimo cięzkich czasów czy to w czasie
                                                    zaborów, wojny, komunizmu czy stanu wojennego zawsze potrafiliśmy
                                                    sobie radzic i oddzielać zycie rodzinne od sytuacji politycznej,
                                                    chroniąc je i swoje dzieci..potrafiliśmy ocalić drobiny szczęścia
                                                    nawet w najtragiczniejszych momentach i za to nas wiele nacji
                                                    podziwia..jak to śpewał Młynarski umiemy "robić swoje" wbrew
                                                    paskudnym okolicznosciom..i oby tak nam zostało
                                                  • wieczna-gosia Re: trissowna 15.08.08, 21:35
                                                    > nawet w najtragiczniejszych momentach i za to nas wiele nacji
                                                    > podziwia..jak to śpewał Młynarski umiemy "robić swoje" wbrew
                                                    > paskudnym okolicznosciom..i oby tak nam zostało

                                                    oby ta umiejetnosc przestala nam byc potrzebna.
                                                  • babcia47 Re: trissowna 15.08.08, 21:40
                                                    lepiej by nasze dzieci się jej jednak nauczyły..tak na wszelki
                                                    wypadek..
                                                  • luccio1 Re: trissowna 17.08.08, 21:07
                                                    wieczna-gosia napisała:
                                                    > ...mozna sie przekonac jak wielkim
                                                    > szczesciem jest zeschniety chleb i smierdzaca woda ze o miesie
                                                    > konskim nie
                                                    > wspomne. I te chwile spedzane z rodzina w czasie zaciemnienia...

                                                    Opowiadanie Taty o "wyzwoleniu" Krakowa w styczniu 1945:
                                                    wczesny wieczór, prądu nie ma, mama (czyli ta z moich Babć, której nie zdążyłem
                                                    zobaczyć) z trojgiem dzieci w kuchni przy piecu - na szczęście jest co włożyć
                                                    pod płytę...
                                                    mama przepowiada prawie szeptem po kolei wszystkie znane bajki, potem wszyscy
                                                    śpiewają półgłosem po kolei znane kolędy, potem jakieś wspomnienia, jakaś
                                                    rozmowa o przeczytanych książkach...
                                                    - i ciągłe dziękowanie Bogu, że mieszkanie jest na II piętrze, a nie na parterze...
                                                    Za oknem co i rusz jakieś strzały, jakieś krzyki... i - tak kilka pierwszych dni
                                                    po 18 I 45, aby tylko stanąć twarzą w twarz z nową rzeczywistością jutro - nie
                                                    dziś...
                                                  • babcia47 Re: trissowna 17.08.08, 21:36
                                                    mój ojciec do śmierci nie jadł ogórków surowych i żeberek..wychował
                                                    się na Kieleccyźnie i jako mały chłopak trafił do "spacyfikowanej"
                                                    przez SS wsi..dzieci, małe niemowlaki zamkniete na stojaco miedzy
                                                    podwójnymi oknami "na stojąco" z ogórkiem wcisnietym w usta, zeby je
                                                    dodusić..spalone zwłoki dorosłych..pachnące i kojarzace mu sie całe
                                                    życie z pieczonymi lub gorowanymi żeberkami..ale pamietał też jak
                                                    bawił się z rodzeństwem przy pasieniu, jak podkradali
                                                    z "niemieckich" pól ziemniaki i brukiew a potem piekli na ognisku,
                                                    jak ukrywali przed Niemcami krowy i swinie w lesie by im nie zabrali
                                                    (spora rodzina) i smak zwykłego placka drożdżowego, który babcia
                                                    piekła na święta..i jak wciskali z bratem w '39 dwuletnia siostrę do
                                                    rury melioracyjnej pod droga, zeby nie trafiły jej pociski
                                                    atakujacego samolotu..sam miał wtedy 5 lat i by się nie zmieścił,
                                                    brat miał 8 ale próbowali choć małą uchronić..
                                      • luccio1 Re: trissowna 17.08.08, 18:04
                                        babcia47 napisała:
                                        > ...ojciec był wtedy w wojsku i stacjonował z
                                        > swoim plutonem czołgów na granicy Czechosłowackiej w oczekiwaniu
                                        > rozkazu wejścia do walki..przeżyłyśmy z mamą koszmar bojąc się, ze
                                        > dojdzie do wojny i że ojciec w niej zginie..i te krążące całymi
                                        > dniami mysliwce po niebie.

                                        Całe dzieciństwo minęło w cieniu wojny - która tak jakby się skończyła, ale
                                        skończyła jak mecz przerwany przez sędziego i w każdej chwili do wznowienia.

                                        Ten "cień wojny" to mieszkanie mojej "przyszywanej" Babci, w którym spędziłem
                                        pół dzieciństwa (na zmianę z mieszkaniem Rodziców) - mieszkanie umeblowane
                                        rzeczami absolutnie przypadkowymi, gromadzonymi wyłącznie z myślą o użyteczności
                                        - aby było na czym spać, na czym siedzieć, na czym porozkładać rzeczy (stół miał
                                        w jednym miejscu dziurę w blacie, zamaskowaną obrusem), gdzieś poukładać
                                        pościel, bieliznę, powiesić ubrania - no i w czymś gotować, na czymś i czymś
                                        jeść, z czegoś pić... (dopiero po latach odkryłem wiersz Barańczaka, idealnie
                                        pasujący do sposobu myślenia Babci: "Jeśli porcelana, to jedynie taka, której
                                        nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu..."), mieszkanie konserwowane na
                                        poziomie minimum znośnych warunków egzystencji: prąd w lampach i gniazdkach,
                                        grzejące piece - ale tylko w pokojach, działająca toaleta, w kuchni dwupalnikowa
                                        kuchenka gazowa i woda - ale tylko zimna w umywalce (kuchnia była zarazem
                                        łazienką, obie części przedzielone kotarą - jak się raz popsuła terma gazowa
                                        przy wannie, Babcia już więcej nie naprawiała). Na więcej Babcia nie miała ani
                                        sił, ani chęci - już raz straciła wszystko w Warszawie.

                                        Pamiętam też mieszkających w Krakowie uchodźców ze Lwowa - jeszcze w końcowych
                                        latach 70. byli tacy, którzy mieszkali na zapakowanych skrzyniach, tak jak je
                                        przywieźli, a życie codzienne toczyli wśród jakoś tam "zorganizowanych" nie
                                        swoich sprzętów - no bo trzeba być gotowym na ten moment, gdy już będzie można
                                        wracać, a wtedy nie ma chwili do stracenia...

                                        Co i rusz w rozmowach Rodziców, dalszych Krewnych, Przyjaciół, kiedy tylko rzecz
                                        schodziła na kwestie "urządzania się", inwestowania, sprawienia sobie
                                        czegokolwiek nowego - prędzej czy później padało pytanie: po co?! przecież i
                                        tak będzie wojna i wszystko szlag trafi.
                                        Tato przez lata opowiadał, jak to w październiku 1956 r., dostawszy extra
                                        wypłatę za prace zlecone, kupił dwa jednakowe serwisy stołowe 6-osobowe, i miał
                                        piękny serwis 12-osobowy z podwójnym kompletem waz, sosjerek, cukiernic...
                                        - a wszyscy dookoła pukali się w czoło: było nakupić mąki, kaszy, cukru - póki
                                        jest, nakupić słoniny, przetopić na smalec... - przecież będzie wojna!

                                        Ten cień słabł z latami - nigdy nie zniknął do końca.
                                        • luccio1 Re: trissowna 17.08.08, 20:55
                                          W r. 1968 było słychać w Krakowie wieczorami wojskowe ciężkie samoloty transportowe.
                                          Tato mówił, że jak słyszy, to dostaje gęsiej skórki.
                                          • luccio1 Re: trissowna 18.08.08, 21:43
                                            I jeszcze jeden "cień wojny":
                                            Pani - uciekinierka ze Lwowa. Od czasu pierwszych wywózek w lutym 1940 nie
                                            rozbierała się do spania; po kąpieli nowy komplet bielizny dziennej,
                                            przeznaczony na jutro - na siebie, pończochy wciągnięte na nogi i przypięte,
                                            założona bluzka czy bluzkosweter - w tym na tapczan pod koc, jak zimniej, to pod
                                            dwa koce, jak bardzo zimno, to jeszcze płaszcz na wierzch; spódnica i druga para
                                            majtek (ciepłych) w pogotowiu, przewieszona przez oparcie krzesła - wszystko
                                            tak, aby błyskawicznie być ubraną, gdyby wyrwali ze snu w środku nocy...
                                  • bazylea1 Re: trissowna 13.08.08, 15:01
                                    Też miałam o tym napisać – wiecznie wałęsaliśmy się sami po
                                    warszawskim blokowisku nieopodal popularnego basenu – co lato
                                    wybuchały afery z gwałcicielami i pedofilami. Sama prawie zostałam
                                    zgwałcona w pustej szkole, w windzie facet onanizował się przy mnie
                                    i koleżance (miałyśmy po 7 lat) itp.

                                    A co do alergii, mój mąż do wieku roku był co chwila leczony
                                    antybiotykami na nieistniejące infekcje (które potem okazały się
                                    alergią na mleko – karmiony butlą od urodzenia) – na 1 urodziny
                                    wylądował w szpitalu z zapaleniem wątroby i sepsą.

                                    Ja mając rok uczestniczyłam w wypadku samochodowym oczywiście
                                    siedząc na kolanach mamy – na szczęście z tyłu, ciocia która
                                    siedziała z przodu w wyniku obrażeń powypadkowych zmarła.

                                    Na moim osiedlu część rodziców pracowała w centralach handlu
                                    zagranicznego i ich dzieci wyróżniały się zachodnimi piórnikami,
                                    ciuchami itp. To było jak podział kastowy - na urodziny zapraszało
                                    się tylko dzieci ze „swojego kręgu”. Jak mój ojciec wrócił z RFN i
                                    wyrosłam z zagranicznych ciuchów, skończyły się zaproszenia na
                                    urodziny.

                                    Czasem też sobie myślę że współczesne podejście do bezpieczeństwa
                                    dzieci jest przesadzone, chciałabym zachować zdrowy rozsądek, ale na
                                    pewno nie stosowałabym tamtych standardów bezpieczeństwa ani nie
                                    idealizowała tamtych czasów. mimo, że w sumie miałam fajne
                                    dzieciństwo, choć czasem musiałam postać po 10 rolek papieru
                                    toaletowego.
                                  • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 16:42
                                    i mi sie taka "przyjemność" zdarzyła pod murami klasztoru
                                    Jasnogórskiego ze strony pątników gdy miałam 19 lat ('79)..wyszłam z
                                    klasztoru tylną brama i wracałam do głównej bramy wzdłuż murów,
                                    ścieżka była wówczas dość zarośnieta jakimiś krzakami i zielskiem..
                                    na szczęście miałam w szmaciance połówke czerstwego, komunistycznego
                                    chleba, którym zdzieliłam jednego, drugiego poczestowałam ze szpica
                                    w "nabiał" i dałam drapaka omijając trzeciego..na szczęście przez
                                    lata trenowałam i byłam wicemistrzynią Polski w biegach sztafetowych
                                    młodziczek..panowie byli w czapeczkach pielgrzymowych i mieli
                                    okolicznosciowe chusty..jak widac mozna na takich trafić w
                                    najdziwniejszych miejscach..nawet tam gdzie się by człowiek nie
                                    spodziewał..na terenie miejsca zamieszkania, w niewielkim miescie
                                    mogłam sie jednak czuć stosunkowo bezpiecznie z powodów o których
                                    pisałam wcześniej..a "obcy" od razu zwracał na siebie uwagę i nawet
                                    gdyby jakieś dziecko dało sie namówic na wspólny spacer..zaraz ktos
                                    by interweniował..zreszta bawiliśmy sie zawsze w sporej ciakawskiej
                                    i upierdliwej grupie i niełatwo było by takiemu "wyłuskać"
                                    pojedynczy egzemplarz a ostrzezenia przed "obcymi" mielismy
                                    wtłaczane do łepków od małego
                                    • triss_merigold6 Re: trissowna 13.08.08, 16:54
                                      Jessooo kobieto nie pisz więcej. Nie każdy jest gigantem intelektu i
                                      ma umiejętność krytycznej analizy rzeczywistości ale są jakieś
                                      granice strzelania sobie w stopę.
                                      • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 17:19
                                        czyżbym osmieliła się naruszyć jakiś silnie ugruntowany mit? Tak,
                                        tak..panowie ziali mocno i nie sadzę by było to winko
                                        mszalne..bardzo sie cieszyli, że będą mieli dodatkowa atrakcję..
                                    • morgen_stern Re: trissowna 13.08.08, 17:05
                                      ..na terenie miejsca zamieszkania, w niewielkim miescie
                                      > mogłam sie jednak czuć stosunkowo bezpiecznie z powodów o których
                                      > pisałam wcześniej..a "obcy" od razu zwracał na siebie uwagę i
                                      nawet
                                      > gdyby jakieś dziecko dało sie namówic na wspólny spacer..


                                      To wszystko wali się z hukiem gdy uświadomisz sobie, że większość
                                      aktów i zachowań pedofilskich ma miejsce w rodzinie lub jest to
                                      osoba, którą dziecko dobrze zna.
                                    • mama_kotula Re: trissowna 13.08.08, 17:46
                                      > na szczęście miałam w szmaciance połówke czerstwego, komunistycznego
                                      chleba, którym zdzieliłam jednego, drugiego poczestowałam ze szpica
                                      w "nabiał" i dałam drapaka omijając trzeciego..na szczęście przez
                                      lata trenowałam i byłam wicemistrzynią Polski w biegach sztafetowych
                                      młodziczek..


                                      Querfa, leżę, leżę, leżę i się turlam tongue_outtongue_outtongue_out
                                      Od razu mi się przypomniała podobnie cudowna historia ze "Sposobu na
                                      Alcybiadesa", o niejakim sztangiście Mnożku, który prał spodnie w benzynie i ze
                                      względu na swoją siłę sztangisty tak mocno tarł, że się zajęły ogniem tongue_outPPP
                                      I tak samo jak Mnożek prał spodnie i je zapalił, tak Babcia47, wicemistrzyni
                                      Polski młodziczek zbiegła z olimpijską prędkością spod fiuta gwałcicieli tongue_out
                                      • babcia47 Re: trissowna 13.08.08, 18:13
                                        poturlam sie chetnie wraz z Tobą..choć wtedy do śmiechu mi nie
                                        było..adrenalina zrobiła swoje i chyba zrobiłam "życiówkę" na setkę
                      • luccio1 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 16.08.08, 14:33
                        triss_merigold6 napisała:

                        > Ówczesna milicja melinami z bimbrem była zainteresowana a
                        > nie przemocą domową...

                        Była zainteresowana. To były ośrodki "pracy operacyjnej"
                        (= wyłuskiwania z gadaniny w mniej lub bardziej pijanym widzie różnych
                        informacji pojedynczo nieistotnych, ale mogących posłużyć w przyszłości do
                        złożenia całej mozaiki...).
                        Czytałem już koło r. 2000 utyskiwania na to, że policja wraz z powstaniem
                        oficjalnych sklepów oferujących alkohol przez 24 godziny na dobę straciła oczy i
                        uszy - meliny w dotychczasowym kształcie i dotychczasowym zagęszczeniu przestały
                        być potrzebne...
      • luccio1 Re: jedna sprawa to sentyment od czasów dziecińst 16.08.08, 14:44
        ania.silenter napisała:

        > ...moja kuzynka bibliotekarka z zawodu właśnie gości u naszej ciotki > w RI,
        USA, zachciało się jej wizyty to pojechała...

        Gdyby jeszcze Stany zechciały znieść wizy...
    • marynamargaryna Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 13.08.08, 16:35
      oj, cudne czasy, ale tylko beztroskiego dziecińtwa. Rodzice mieli
      przerąbane. Ja nie wiem, do czego tak niektórzy tęsknią. Tylko
      nieroby, co to im ciagle było mało. Bo i wczasy pod gruszą, dodatki,
      wyrównania, paczki zakładowe od ruskich ze słodyczami, kolonie
      bezpłatne, połowa w urzędach to wieśniaki bez kultury. Jeden bank,
      zero świata. Oczywiscie narkomanii nie było, ani alkoholizmu,
      wszystko było, tylko się nie mówiło. Praca była?, jaka praca?, było
      zatrudnienie sztuczne, ale pracy nie było. A teraz część ludzi z
      tego pokolenia, które dobija do emeryturay nie może sie odnaleźć, bo
      nic tak naprawdę nie potrafią. I jakie mieszkania? Trzy rodziny w
      jednym mieszkaniu (częste) w płycie-jedna kuchnia i kibel, w sumie
      czego chcieć więcej. W sumie jedno wielkie GÓWNO zakłamania. Ale Ci,
      co tak tęsknia za komuną, żadnej wiedzy nie posiadaja historycznej,
      aby im się dobrze wiodło. Bo nie zastanawiali się dlaczego ludzie
      giną bez wieści. Chryste!!! Jedno, za czym tęsknie, to trzymanie w
      garści szkolnej gó..arzerii. Nie umiałeś pisać, to debil byłeś, a
      teraz dyslektyk ( bo gamonie już nie czytają książek), nie umiesz
      usiedzieć normalnie, łobuz byłeś i mnóstwo uwag w dzienniczku i za
      ucho od ojca, ale teraz ADHD. Zero respektu przed nauczycielem.
      Dostawałam regularnie klapa od ojca i nic mi nie jest, nie czuje sie
      maltretowana.
      • wieczna-gosia Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 13.08.08, 17:55
        edno, za czym tęsknie, to trzymanie w
        > garści szkolnej gó..arzerii. Nie umiałeś pisać, to debil byłeś, a
        > teraz dyslektyk ( bo gamonie już nie czytają książek), nie umiesz
        > usiedzieć normalnie, łobuz byłeś i mnóstwo uwag w dzienniczku i za
        > ucho od ojca, ale teraz ADHD. Zero respektu przed nauczycielem.
        > Dostawałam regularnie klapa od ojca i nic mi nie jest, nie czuje sie
        > maltretowana.

        o Bosze......
        • mama_kotula Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 13.08.08, 18:00
          wieczna-gosia napisała:


          > o Bosze......

          też tak myślę uncertain
      • kali_pso Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 13.08.08, 18:04
        Bo nie zastanawiali się dlaczego ludzie
        giną bez wieści. Chryste!!! Jedno, za czym tęsknie, to trzymanie w
        garści szkolnej gó..arzerii. Nie umiałeś pisać, to debil byłeś, a
        teraz dyslektyk ( bo gamonie już nie czytają książek), nie umiesz
        usiedzieć normalnie, łobuz byłeś i mnóstwo uwag w dzienniczku i za
        ucho od ojca, ale teraz ADHD. Zero respektu przed nauczycielem.



        Kochana, ile lat w zawodzie nauczyciela pracujesz?winkPPPPPP
        • verdana Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 13.08.08, 18:42
          mój kolega dyslektyk, uwazany za debila, powtarzajacy kazda klasę -
          bo jak to, czytać nie umie - jest teraz profesorem.
          • myelegans Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 14.08.08, 13:49
            Gdybym mogla zaminiec sie na dziecinstwo z pokoleniem w gore, to
            zrobilabym to natychmiast. Dziecinstwo spedzilam w stabilnej
            rodzinie blizszej i dalszej, niczego nam nie brakowalo, bylismy
            beztroscy w graniu w klasy, gume, zbijaka, kapaniu sie w gliniance,
            penetrowaniu poniemieckich bunkrow itd. bo to byl jedyny swiat jaki
            znalismy.
            Za to rodzice spedzali mniej czasu z dziecmi zajeci staniem miedzy
            jedna kolejka i druga, organizowaniu (bo nie mozna bylo po prostu
            isc i kupic). Nawet nie czuje specjalnego sentymenty do TYCH czasow.
            Te "beztroskie" zabawy bez kompletnie zadnego nadzoru zaowocowaly w
            kilku topielcach w gliniankach i w dole po wapnie, urwanej dloni
            przez znaleziony niewypal, i smierc pod kolami wozu z sianem, ktorym
            powozil jeden z dziadkow. Nie, nie wszyscy przezyli.
            O wszelkiego rodzaju onanistach, ekshibicjonistach i pedofilach, z
            ktorymi stykalam sie czesto od 7 roku zycia nie wspomne. Moze bym
            tych widokow nie doswiadczyla, gdbym byla np. odprowadzana do
            szkoly, albo przynajmniej nie puszczona na zywio. Narkomani owszem
            tez byli, chodzili po wsiach, w tym mojej i skupowali slome makowa,
            ktora wszyscy im sprzedawali, i z ktorej robili brudna heroine. O i
            bimber tez sie pedzilo w prawie kazdym domu, zadna tajemnica, czuc
            bylo drozdzami naokolo. A rodziny, gdzie ojciec lal wszystkich tez
            wiedziano, ale nikt sie nie wtracal, bo bylo przyzwolenie spoleczne
            na przemoc. itd. itp. chlopi tez zabijali swiniaki na miesko dla
            miastowych, nieprzebadane, zaliczylam glistnice i tasiemca, a brat
            zatrul sie jadem kielbasianym z tych dobrych wyrobow.
            O ksiazkach juz nie wspomne i dostepnosci do CALEJ swiatowej
            literatury, bo to mnie bolalo najbardziej. Puste polki ksiegarskie z
            dzielami komunistycznymi i jakimis ksiazkami dla dzieci wydanymi na
            ppierze toaletowym.

            Ogladam dokumenty z Iraku i tam tez dzieciaki na bosaka, w
            oberwanych koszulkach graja w noge pilka-szmacianka na tle ruin
            domow i sa usmiechnieci i wygladaja na beztroskich. I co z tego?
            Moze kiedys tez beda z nastalgia wspominac. Dzieci maja to do
            siebie, ze poszukaja radosci nawet w najbardziej beznadziejnych
            czasach.

            "te" czasy to plama na naszej historii, a my mielismy to
            nieszczescie spedzic w nich dziecinstwo.
            • morgen_stern Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 14.08.08, 13:51
              Howgh
            • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 14.08.08, 20:49
              > O ksiazkach juz nie wspomne i dostepnosci do CALEJ swiatowej
              > literatury, bo to mnie bolalo najbardziej. Puste polki ksiegarskie
              z
              > dzielami komunistycznymi i jakimis ksiazkami dla dzieci wydanymi
              na
              > ppierze toaletowym.
              hmm..co by nie powiedzieć to znakomitą wiekszośc swojej biblioteki
              skompletowałam właśnie za tego zgniłego komunizmu..może nie były to
              najswiezsze nowosci, ale to w tych czasach bez uszczerbku w domowym
              budzecie mogłam pójść do ksiegarni co miesiąc i kupić reklamówke
              książek tak z kilka kilo..smile) i nie były to dzieła ojców komunizmu a
              dzieła klasyki literatury swiatowej i to wydane w ładnej twardej
              oprawie, za grosze, literatura iberoamerykańska, która sie swego
              czasu zaczytywałam, Sabato, Cortez, Garcia Lorca, Markez...Albumu
              malarstwa czy architektury, starannie wydane, były dostepne na każdą
              kieszeń, jeżeli kilkadziesiat mam, to zostały kupione w tamtym
              okresie..Moje dziecki, kiedy studiowały filozofie wywiozły mi z domu
              kilkadziesiąt tomów kupionych właśnie w tych czasach przydatnych im
              lektur..Dziś ceny byle czytadła sa takie, że chwała Bogu za
              istnienie antykwariatów..
              • mama_kotula Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 21:21
                Oooo, album o sztuce z czasów PRL-u też u mojej mamy stoi, jako ciekawostka
                ogólnoprzyrodnicza. Bo nie ma w nim ani jednej reprodukcji, znaczy - te
                wszystkie obrazy i rzeźby czytelnik ma sobie chyba wyobrazić tongue_out

                A literatura kupowana za czasów PRL-u leży w piwnicy i chyba pójdzie na
                makulaturę, bo to chłam jakich mało. Pomijając klasyków, których moja sis
                dostawała jako nagrody szkolne.
                • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 21:37
                  a ja mam zakupione w tym okresie Tycjana, Maneta, Moneta, kilka
                  tomów z serii Malarstwo Polskie (bardzo starannie wydane)
                  Podkowińskiego, Kossaka, Kenzo Tange, R. Neutra, Pier Luigi Nerwi
                  itd. ..no faktycznie same dziełą klasyków komunistycznych..za tej
                  wstrętnej komuny kupiłam tez np. dzieła Freuda, Kotarbińskiego,
                  Makiaweliego, Kafki, Schopenchauera i wielu innych równie
                  komunistycznych pisarzy..nie chce mi sie wymieniać autorów, bo
                  będzie tego sporo ponad 5 tys tomów(co zostało po przetrzebieniu
                  biblioteki przez wyprowadzajacych sie młodych) z różnych dziedzin
                  literatury..tongue_out
                  • dlania Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 21:43
                    Babcia, mówisz jak moja teściowa - ona nawet książek nie kupuje, bo twierdzi że
                    wszystko ma. A nie zauważyłaś, o ile piekniej wydane sa współczesne ksiązki? O
                    ile w przypadku tekstów naukowych czy beleltrystyki i tak chodzi o treśc
                    bardziej niz o forme, to z tymi albumami to przeginasz - ja bym tego
                    "reprodukcjami" nie nazwała, no sorki, ale deficytowe farbki i papier z PRL-u
                    nie były w stanie oddac wyglądu dzieła sztuki.
                    • wieczna-gosia Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 21:48
                      dziewczeta,
                      babcia z pewnoscia ma albumy wydane na papierze kredowym, no po prostu tak musi
                      byc i juz.
                      Babciu oj babciu- internet cierpliwy smile ale widze ze lata w komunie rozwinely ci
                      wyobraznie smile
                      • mama_kotula Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 21:57
                        >babcia z pewnoscia ma albumy wydane na papierze kredowym, no po >prostu tak
                        musi byc i juz.

                        Właśnie sobie przypomniałam - też parę takich było. Te z kolei moja ciocia
                        dostawała w pracy jako nagrody jubileuszowe, raz na 5 lat. I faktycznie były na
                        papierze kredowym. I ceny też miały jednak nadwyrężające budżet domowy, nie
                        sądzę, aby co miesiąc reklamówkę takich do domu znosić.

                        Teraz można, na allegro sobie kupić za grosze rozmaite perełki. Ale porządne
                        książki - co tu dużo mówić - drogie są. I właściwie porządne książki zawsze były
                        drogie. Pamiętam jak pojawiły się "Tomki" Szklarskiego w twardych okładkach -
                        cena jednego stanowiła równowartość pieniędzy, które dostałam na kolonię jako
                        kieszonkowe, a dostałam prawie 2 razy więcej niż moje koleżanki.
                      • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 22:08
                        "Tycjan, Tiziano Vecellio" Władysław Tomkiewicz Wydawnictwo "Ruch"
                        Warszawa 1972, druk VEB E.A.Seemann Buch - und Kunstverlag, Lipsk
                        "Edouard Manet", Aleksander Wojciechowski, Arkady, druk j/w
                        "El Greco", Kazimierz Zawanowski, Arkady, druk i oprawa Zakłady
                        Graficzne "Dom Słowa Polskiego"..wymieniać dalej?
                        • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 22:25
                          ps. i w tym wszystkim nie chodzi o gloryfikacje tego systemu, choć
                          trzeba przyznać, ze zlikwidowali w Polsce analfabetyzm i przez lata
                          przynajmniej w kwestii wydawniczej sprzedawali ksiązki chyba po
                          kosztach..chodzi o zachowanie odrobiny obiektywizmu..w innych
                          kwestiach było paskudnie i należało ich pogonić, ale nie miałabym
                          nic przeciwko, gdyby obecne rządy szanując intelektualny rozwój
                          własnego społeczeństwa wzięły z nich przykład (poza cenzurą
                          oczywiscie)
                    • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 15.08.08, 22:00
                      nie o to chodzi w tym wątku..chyba tego "ksiązkowego" nie
                      przesledziłaś..ja jedynie zadaje kłam stwierdzeniu, że literatura
                      wówczas była niedostepna..owszem na pewno były problemy z nowosciami
                      i cenzura również robiła swoje..jednak jezeli ktos lubił czytać i
                      ksiązki stanowiły dla niego wieksza wartość i wolał je miec na
                      półkach zamiast kryształów..to mógł sie temu hobby oddawać bez
                      problemu i za niewielkie pieniadze, bo ten wredny komunizm właśnie
                      tak produkował i sprzedawał książki..gałka lodów kosztowała
                      1,20..ale tom przygód Tomka Wilmowskiego mozna było kupic juz za 5,-
                      ..teraz byle bajeczka dla wnuka kosztuje ok 10,- a wiekszy zbiór
                      zaczyna sie liczyc od 50,-. Nie wiem jakimi albumami z reprodukcjami
                      dysponujesz z okresu PRL-u, te które ja mam sa np drukowane nakładem
                      Wydawnictw Artystycznych i Filmowych, w Jugosławii, na kredowym
                      papierze..niektóre reprodukowane obrazy widziałam w realu..moze ja
                      jestem i "ślepa komenda" ale wówczas miałam jeszcze dobry wzrok i
                      różnic nie widziałam
                      • verdana Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 18:31
                        Babciu, z przerazeniem stwierdzam, ze jestes MŁODSZA ode mnie, a już
                        pamięć szwankuje.
                        Ksiązki, podobnie jak szynka, papier toaletowy i pralki byly towarem
                        spod lady. Owszem, na ksiązce jest wydrukowana cena, ale dostać
                        poszukiwana książke w ksiegarni mozna było jedynie cudem, ew. po
                        znajomosci, czasem tez w malych, zapyzialych miasteczkach,
                        gdzie "rzucano" zachodnie nowosci, a czytelnicy marzyli o ksiązkach
                        kucharskich i "Trędowatej". W Warszawie ksiązki kupowalo sie na
                        specjalnych bazarach (np. na Wolumenie) za ceny wielokrotnie wyższe.
                        To nie byla tania rozrywka, sporo drozsza niż dziś i nigdy nie stac
                        mnie bylo na wiecej niż jedną poszukiwana ksiązke.
                        Pamietam, jak dzis, ze zeby zdobyc Hellera musiałam w szatach nieco
                        skąpych uwodzić ksiegarza. Na oczach matki, ktora za Hellera gotowa
                        byla sprzdac własne dziecię.
                        Oj, Babciu, albo niewiele pamietasz, albo Twoja rodzina miała w
                        ksiegarniach niezłe znajomosci.
                        • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 19:19
                          do roku '72 mieszkałam w Poznaniu potem w niewielkim (35 tys)
                          miasteczku na niemieckiej granicy, gdzie mieszkam do dziś..Książki
                          kupowaliśmy z ojcem wszędzie gdzie się dało, ksiegarnie były jednym
                          z podstawowych miejsc zwiedzania każdej miejscowości, najciekawsze
                          egzemplarze kupiłam w Częstochowie w '79 w antykwariacie..ale w
                          latach osiemdziesiatych kryzys nie polegał na braku kasy, raczej na
                          tym, ze w ciągu miesiaca traciła ona połowę ze swej wartości, i co
                          miesiąc wraz z pensją odbierałam w kasie nową umowę o płacę..o taka
                          kwote zwiększaną. Problemem było to, ze za te pieniadze nic nie
                          mozna było dostać..ale książki były i nie drozały równie szybko jak
                          pozostałe produkty..fakt, ze taki klient jak ja i moje dzieci był
                          znany paniom z ksiegarń, szczególnie tych na uboczu, które
                          regularnie odwiedzaliśmy, ale towarem deficytowym były właśnie
                          książki dla dzieci i poradniki..pozostałe nie cieszyły się takim
                          popytem i mogłam bez problemu raz czy nawet dwa razy w miesiącu
                          wrócic do domu z reklamówką kupionych książek..ale to było juz
                          powiekszanie posiadanej przez nas biblioteki..wczesniej, w latach 70-
                          tych zdążyłam kupić tyle, że przy remoncie, przenosząc je do innego
                          pomieszczenia doliczyłam się 5 tys..a potem juz mi sie znudziło
                          liczenie.. a to tylko moja prywatna biblioteka, ojciec miał
                          własną..Wspominanie tamtych czasów przez pryzmat zamieszkiwania w
                          Warszawie zreszta podobnie jak i dziś nie do końca oddaje to co
                          działo się w tamtych czasach..W Poznaniu mieszkałam na
                          osiedlu "pracowniczym" gdzie pracownicy dostawali mieszkania
                          słuzbowe..co prawda przeważnie jednopokojowe z kuchnia i łazienką
                          (rodziny z 2 dzieci 2 pokojowe)..ale były metrażowo prawie tak duze
                          jak 3 pokojowe, które dostalismy po przeprowadzce!! W starych
                          kamienicach, gdzie przedwojenne mieszkania zajmowały całe lub połowe
                          pietra, rzeczywiscie dzielono je miedzy 2-3 rodziny z wspólna
                          uzywalnością kuchni i kibelkiem na półpietrze. W miasteczku gdzie
                          mieszkam od '72 mieszkania równiez były "słuzbowe" (wielki przemysł)
                          i kwaterunkowe..fakt wielka płyta, czasem slepe kuchnie..no i
                          najgorzej miały tzw. młode małżeństwa, bo oczekiwanie na przydział
                          po zgromadzeniu wkładu w spółdzielniach mieszkaniowych liczyło się w
                          dziesiątkach lat. My na wariackich papierach zdecydowaliśmy sie na
                          budowę domu w roku 84..na wariackich, bo nie starczało nam do
                          pierwszego i drugi syn właśnie miał sie urodzić..dostalismy kredyt
                          pracowniczy, który starczył na stan zerowy, na tej podstawie kredyt
                          dla młodych małżeńśtw na preferencyjnych warunkach w banku (nie
                          musieliśmy go spłacać przed zakończeniem budowy, która trwała prawie
                          7 lat z powodu "zdobywania materiałów" i budowania systemem
                          gospodarczym)..a potem udało nam się go spłacić od ręki..inflacja
                          nam sprzyjała i był to nasz 2 miesięczny dochód..rodzina
                          pomogła..znajomi sie z nas smiali i pukali w głowe kiedy
                          zaczynaliśmy..potem tak jak my zaczęli brac "sprawę" w swoje ręce a
                          nie czekać aż im ktos cos da..moje dzieci teraz też zaczynają brac
                          sprawy w swoje ręce, zarówno w dorabianiu sie jak i w
                          pracy..zakładaja swoje firmy..ale to ja wychowana w tym przaśnym
                          komuniźmie i bez żadnych wzorów przecierałam im szlaki, nie kazdy
                          czekał aż mu wszystko bedzie podane na tacy i nie kazdy bał się
                          zaryzykowac i rzucić na "głęboką wodę"..i to nawet w małych
                          mieścinach..
                          • verdana Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 19:44
                            Zaręczam Ci, ze w Warszawie zdobycie książek było cudem. Nie mówiac
                            o drobiazgu, ze ja bardzo chciałam czytac książki nie tylko te
                            dozwolone przez cenzurę, albo te na ktore starczylo papieru -
                            papier, o ile pamietasz był towarem deficytowym.
                            Trudno tez bylo sobie w dużym miescie zbudowac domek.... Nie mowiac
                            juz o tm, ze Tobie w ogole zabronione bylo zamieszkanie w naszej
                            kochanej stolicy, ktora byla miastem zamknietym - tylko dla stalych
                            mieszkańcow, współmałżonków oraz osób, ktore dostaly ważną dla
                            państwa pracę. Wyprowadzenie sie z Warszawy oznaczało niemożność
                            powrotu.
                            • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 20:13
                              Nie mowiac
                              > juz o tm, ze Tobie w ogole zabronione bylo zamieszkanie w naszej
                              > kochanej stolicy, ktora byla miastem zamknietym
                              to prawda..ale naprawdę Warszawa to nie cała Polska...
                              • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 20:23
                                ps. w małych miescinac,h a nawet w kioskach na wsi mozna było dostać
                                takie perełki, ze byś się zdziwiła..ale to zależało od tego co kto
                                kupował i dlaczego, dla wielu ludzi w regale ładniej wygladały
                                kryształy niz książki, a moja sąsiadka jedyne jakie w swoim domu
                                posiadała to podręczniki szkolne swoich dzieci sad..może
                                statystycznie na Warszawę "rzucano" określona ilośc egzemplarzy z
                                rozdzielnika..ale jak ktos dobrze szukał to mógł je znaleźć i to w
                                takich cenach (wtedy niezmienne, urzedowe), ze serce sie radowało..a
                                z "podziemnego obiegu" tez mi sie zdarzało kupować różne
                                wydawnictwa..
                                • verdana Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 20:54
                                  W Warszawie, tak jak we wszystkich duzych miastach, mozna bylo
                                  czaem "trafic" książke, ale bardzo rzadko. Tak, ze przyzwoitej
                                  biblioteki za male pieniądze skompletowac się nie dało. M.in.
                                  dlatego, ze ksiązki byly wykupywane natychmiast przez handlarzy i
                                  dzieki teu prosperowaly i "panie z ksiegarni", i prywatna
                                  inicjatywa. A i tytułów wychodziła rocznie ąmiesznie mała ilość.
                                  Owszem, na tzw "powincji", gdzie książki kupowała waska grupa,
                                  czasem sie dało cos kupic, ale trudno bylo spędzac życie jeżdżąc po
                                  Polsce w poszukiwaniu lektury.
                                  • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 21:22
                                    do niedawna prowadziłam firme doradztwa finansowego a wczesniej
                                    pracowałam w banku i siłą rzeczy przez lata miałam wgląd w finanse
                                    ludzi z różnych grup wiekowych, społecznych i zawodowych..Pisze to
                                    na bazie niektórych komentarzy w necie np. sprzed 2 lat(szczególnie
                                    ludzi z duzych miast a w tym z Warszawy)jaką to skrajną nędzą jest
                                    zarabiać 1-2 tysiace i jakim cudem tacy nieodpowiedzialni ludzie
                                    odważyli się sprowadzać dzieci na świat itd..sama pewnie trafiłaś na
                                    podobne wątki?..Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia..a czasem
                                    nawet zamieszkania..sama znałam młode małżeństwa z dzieckiem,
                                    których łączny dochód (z zasiłkiem wychowawczym) wynosił wtedy góra
                                    1500,-..a czasem i mniej, młode kobiety pracujace w moim mieście
                                    dostawały wówczas na rękę najnizszą krajową czyli niecałe 750,- a
                                    faceci i to z nadgodzinami 1200,- np. kierowcy PKS..tak zarabiała
                                    większośc populacji w moim miescie..owszem zdarzały sie osobniki
                                    zarabiajace i 3 srednie krajowe, ale ponieważ duzy przemysł padł
                                    takie były realia..ludziom z duzych miast, a z Warszawy w
                                    szczególnosci w głowie sie nie mogło pomieścic, że za takie
                                    pieniadze mozna przezyć.. i że wogóle opłaca sie pracowac..co w tym
                                    czasie działo sie na scianie wschodniej moge sie tylko
                                    domyslać..podobnie zupełnie inne warunki panowały na prowincji w
                                    wcześniejszych dziesiecioleciach, zarówno jeżeli chodzi o poziom
                                    życia, zaopatrzenia, zamieszkania..a nawet jeżeli chodzi o
                                    preferencje w wydawaniu pieniedzy lub mozliwości przezycia za duzo
                                    mniejsze środki..w czasie kryzysu chleb ze smalcem i cebula albo z
                                    pomidorem równie dobrze zaspokajał głód jak chleb z szynką, a
                                    włąsnoręcznie uszyte ciuchy (ja "szyłam" wszystko oprócz bielizny i
                                    butów, materiały były dostepne lub przerabiao sie co sie dało) były
                                    duzo ładniejsze i ciekawsze od tych, które były "dostępne" w
                                    sklepach..moje młode miały "dziny" zanim skonczyły
                                    roczek..przerobione z naszych, z których "wyroślismy" lub sie
                                    miejscami przetarły na wylot..szyłam kurtki, ocieplacze (napy i
                                    zamki mozna było kupić w pasmanterii)swetry z tureckiego moheru, lub
                                    z poprutych naszych ciuchów były też duzo ciekawsze w modnych
                                    kolorach i wzorach..nawet ze smerfami..czego im dzieci w przedszkolu
                                    b.zazdrosciły..
                              • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 17.08.08, 20:28
                                Nie jedna Warszawa była miastem "zamkniętym" w ten sposób. Kraków również.
                                Była w r. 1950 rozpoczęta akcja wysiedlania "elementów reakcyjnych i
                                pasożytniczych" - kilkaset osób wysiedlono (w tym rodzinę nieżyjącego już
                                wówczas prof. UJ, Odona Bujwida) - akcję powstrzymała interwencja kard. Sapiehy.
                                Jeszcze w latach 60. - i to już mogłem słyszeć - krążyły pogłoski o mającym
                                nastąpić rozwożeniu krakowskich emerytów po PGR-ach Ziem Odzyskanych.
                        • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 07:46
                          Z czasów dziecięcych zostało mi trochę literatury - wznowienia
                          Porazińskiej, całe zbiory wierszy Krzemienieckiej, wierszowane bajki
                          Szelburg-Zarembiny - to wszystko Mama jakoś tam skompletowała,
                          podobnie jak cały stos książeczek serii "Poczytaj mi, Mamo!".

                          Pojawiał się też w domu francuski odpowiednik "Misia" - na nieco
                          wyższym poziomie, bo przeznaczony dla dzieci troszkę
                          starszych: "Roudoudou"
                          (koziołek Rududu został sam w domu, zaczął rzucać piłką po pokoju -
                          i rozwalił ulubiony zielony wazon mamy; wziął się kleić klejem
                          uniwersalnym - ale zamiast naprawić wazon, posklejał sobie palce i
                          mało tego, przykleił sobie prawą rękę do nosa)
                          - to miało debit i Mama wiedziała kiedy i do którego kiosku iść po
                          to;
                          nie miały debitu książeczki wydawane przez Disneya, w twardych
                          okładkach z fantastycznie złotym grzbietem - książkowe wersje jego
                          filmów ("Królewna Śnieżka i siedem Krasnoludków" - "Snow White and
                          the Seven Dwarfs" - i in.) - zjawiały się w domu drogą wymiany w
                          kółku mam-rówieśnic, złączonych dodatkowo wspólnym miejscem pracy.

                          Pamiętam też książkę, na której tak naprawdę sam nauczyłem się
                          czytać w I klasie szkoły podstawowej: "Pinokio" - wydanie z
                          ilustracjami Szancera (czarna kreska).
                • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 07:30
                  > album o sztuce z czasów PRL-u też u mojej mamy stoi, jako
                  > ciekawostka ogólnoprzyrodnicza. Bo nie ma w nim ani jednej
                  > reprodukcji...

                  Mam podręcznik akademicki - Adam Bochnak: "Historia sztuki
                  nowożytnej"
                  -wykład od Cimabuego począwszy - bez jednej jedynej ilustracji! (za
                  to we wstępie jest cytat: co Engels sądzi na temat renesansu...
                  - przy tym rok wydania - 1958!).
    • nenia1 Chłopięce wspomnienia - Harsimowicz, Mleczko... 14.08.08, 14:17
      www.kurierlubelski.pl/module-dzial-viewpub-tid-9-pid-59469.html

    • myfanawy Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 14.08.08, 14:54
      Co tam komorek, czasem nie bylo po prostu telefonow! big_grin Zeby zapytac o cos
      kolezanke, trzeba bylo sie do niej przespacerowac. No i wyprawy nad morze
      maluszkiem to bylo to.

      A weekendy na basenach i rowerze Wigry3 zamiast siedzenia w domu (no bo co robic
      z 2 kanalami tv?) + nie bylo tych wszystkich koszmarnych czypsow a do Wedla to
      sie ustawialo w 2godzinna kolejke po cos slodkiego (ale byly tez lekarstwa w
      szafce babci hihi wink
      • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 07:21
        > No i wyprawy nad morze maluszkiem to bylo to.

        I w tym właśnie celu - kanistry pełne benzyny w każdej piwnicy, na
        każdym balkonie. Właściwie całe miasto jak gdyby siedziało na bombie.
        • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 13:40
          albo aparatura do pedzenia bimbru (równie skuteczna)..gdzie pędzicie
          sąsiedzie? jak to gdzie? w piwnicy!
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 16.08.08, 15:44
      Zaczynałem w końcu lat 50. jako grzeczny chłopczyk, wysiadujący wraz z Mamą
      "kółko" na Plantach krakowskich pod pomnikiem Grażyny - wówczas była tam
      piaskownica... Przychodziliśmy (gdy Mama była na L-4) po wczesnym obiedzie, tuż
      po 14, schodziliśmy o 19 lub później - gdy zaczynało się ściemniać. Mama brała
      koszyk z podwieczorkiem - jabłka, ciasto, herbata w termosie, kompot w słoiku -
      który jedliśmy na kilka zawodów; zabawki dla mnie, dla siebie włóczkę i druty.
      Mama "drutowała", ja grzebałem w piasku, usiłowałem coś tam rysować cegłą po
      asfalcie, woziłem się z drewnianym autem ciężarowym, naśladującym z grubsza
      kształt "Stara 20", tam i z powrotem... Ze dwa razy w ciągu popołudnia
      zaliczaliśmy krzaczki, zawsze w tym samym miejscu: ja siusiałem na pień starego
      jesiona, Mama kucała z drugiej strony drzewa i robiła to, co akurat musiała
      (biec do domu w połowie popołudnia, jak również drugą ewentualność: niejedzenie
      i niepicie, bo nie ma toalety - uważała za idiotyzm).

      Pod koniec szkoły podstawowej zacząłem poruszać się po Krakowie sam - stopniowo
      coraz dalej od domu. Jako samotnik z usposobienia, poza niezbędnymi kontaktami z
      kolegami chadzałem własnymi drogami w pojedynkę (pomijałem tylko Nową Hutę - po
      prostu Tato kiedyś powiedział, że nie ma tam po co jeździć - i tego się
      trzymałem). W czasach studiów potrafiłem szybkim marszem zrobić "pętlę": w górę
      Rudawy wałem lewobrzeżnym od końca Alei Focha (wówczas chwilowo: Puszkina) aż do
      Mydlnik - tam na prawy brzeg mostem kolejowym (tor do Balic, którym dziś jeździ
      szynobus - wówczas tylko cysterny z paliwem i inne transporty wojskowe), przez
      Olszanicę do Chełmu, stamtąd przez cały Lasek Wolski obok Kopca Piłsudskiego,
      cały Sikornik obok Kopca Kościuszki, potem Aleją Waszyngtona do pętli
      salwatorskiej i stamtąd zjazd tramwajem do domu...
      Tak wędrując, zdążyłem jeszcze zobaczyć np. chałupy kryte strzechą na granicy
      Dębnik i Ludwinowa, tuż nad brzegiem Wisły, w cieniu wału, w sam raz naprzeciw
      Skałki...

      Tylko co:
      w r. 2001 mogłem przenieść się do większego mieszkania, gdzie mam po raz
      pierwszy pokój wyłącznie dla siebie, gdzie wszedł cały księgozbiór i papiery po
      Rodzicach, łącznie z tym, co w domu rodzinnym musiało się mieścić w piwnicy (i
      czego w ogóle nie znałem)

      - i nagle zniknęła potrzeba wyjścia z domu:
      przedtem czułem przez lata, że coś jakby mnie wyganiało -
      teraz, aby wyjść, muszę się długo zastanawiać, czy rzeczywiście warto, może by
      jednak nie...

      A więc: czy praprzyczyną wszystkich wspaniałych zabaw na podwórku, czy posiadów
      przy piaskownicy, czy też wędrówek krajoznawczych - nie była doskwierająca
      ciasnota, nie była chęć ucieczki jak najdłużej przed sytuacją, w której ludzie
      ocierają się jeden o drugiego - a tego mogą nie wytrzymać na dłuższą metę nawet
      ludzie sobie najbliżsi?
      (zresztą, pamiętam też spacery przymusowe w śniegu z deszczem, kiedy chodziło o
      to, bym zniknął z domu na kilka godzin - bo Siostra przyjmuje koleżanki z okazji
      urodzin).
    • luccio1 Pamięć ogólnego dziadostwa 17.08.08, 17:34
      Co pamiętam z dzieciństwa:

      puste oprawki bez żarówek, sterczące tak
      tygodniami, miesiącami, latami - każdą żarówkę by stamtąd zaraz wykręcili
      (rozgrzeszenie było na zawołanie: w sklepie "nie idzie" dostać);
      same druty sterczące ze ścian w miejscu gdzie powinny być gniazdka wtykowe albo
      wyłączniki (jedno i drugie też trudne do dostania);

      mieszkania-kołchozy u znajomych i przyjaciół rodziny, w których nikt niczego nie
      naprawiał, bo raz: nie wiadomo, kto ile powinien by się na to składać, a po
      drugie po co, skoro przecież niedługo będzie znowu wojna (i wobec tego gospodarz
      musiał odprowadzać gościa
      przez przedpokój z latarką w ręku - ostatni raz spotkałem taką sytuację u kolegi
      u schyłku lat 70.!);

      windy nie jeżdżące od kilku dziesięcioleci (bo kamienica ma zaledwie parter i 4
      piętra, a w takich domach od r. 1945 windy "nie miały prawa" działać i
      zatrzymano je decyzją administracyjną, zabierając części żywotne mechanizmów
      napędowych i plombując maszynownie) - decyzję uzasadniono oczywiście tym, że
      energia elektryczna jest potrzebna dla kopalń, hut, fabryk;

      rzeczy tylko eksploatowane - przy minimum nakładów na konserwację (w ten sposób
      z pierwszych wagonów tramwajowych na normalny rozstaw szyn, sprowadzonych do
      Krakowa w r. 1912, ostatnie egzemplarze dotrwały do połowy r. 1969 - w ostatnich
      latach wewnątrz wagonu podczas jazdy nie dało się rozmawiać - taki był hałas);

      - itd. itp.
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 18.08.08, 21:20
      Rok 1974:
      po chwalebnym zakończeniu I roku studiów - biwak pod namiotami z paczką
      najbliższych kolegów jeszcze z liceum.
      Biwak w Paniszczowie nad Zalewem Solińskim - na terenie zamkniętym Ministerstwa
      Sprawiedliwości (zakład karny działający w warunkach "półwolnościowych").
      Wcześniej przemarsz przez teren ośrodka rządowego w Arłamowie (jakoś nikt nas
      nie zatrzymał).
      • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 23.08.08, 17:52
        Przemarsz z ciężkim plecakiem po dwu spróchniałych belkach - jedynych
        pozostałościach mostu (Bieszczady - r. 1976).
        • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 23.08.08, 23:33
          Tenże r. 1976, lipiec - dojazd do Leska, skąd miał startować obóz wędrowny
          Duszpasterstwa Akademickiego (Kraków, św. Anna).
          Najpierw pospiesznym Szczecin-Przemyśl: od Krakowa do Tarnowa na czyimś wiaderku
          odwróconym do góry dnem, w korytarzu I klasy, potem w przedziale (konduktor w
          ogóle nie przeszedł - nie musiałem dopłacać, mając bilet na II klasę) - w sumie
          pełnia komfortu;
          potem z Przemyśla tranzytem przez Chyrów - dwukrotne przekraczanie "wewnętrznej
          żelaznej kurtyny" i pierwsze widzenie Polski pozostałej za granicą wschodnią -
          na razie z okien wagonu (wtedy jeszcze pozwalali otworzyć okno na tej trasie);
          potem wyjście szlakiem czerwonym (Głównym Szlakiem Beskidzkim) z Ustrzyk Górnych
          przez Tarnicę i Krzemień na Halicz - tam przeżycie znalezienia się na końcu
          szlaku i na końcu świata - świat dalej widać, wiadomo, że tam są nasze góry,
          nasze miasta, nasze wsie, że Główny Szlak Beskidzki, kiedy nosił imię Marszałka
          Piłsudskiego, ciągnął się jeszcze daleko, daleko ku południowemu wschodowi... -
          ale odgradza nas od tego wszystkiego żelazna kurtyna trudniejsza do pokonania
          niż ta, która dzieliła nas podówczas od zachodu; oczywiście na szczycie Halicza
          prześpiewanie wszystkich znanych piosenek lwowskich...
          • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 24.08.08, 19:56
            podróże PKP w okresie wakacyjnym to były przygody same w
            sobie..jeżeli jechało sie z rodzina to ojciec zawsze leciał pierwszy
            i starał sie zająć jakieś miejsce siedzące..czsem trzeba się było
            wedrzec do przedziału przez okno z pomocą życzliwych podróżnych lub
            odprowadzających..wyjazdy młodziezowe, nawet na tzw. OHP-y to często
            koczowanie kilkanascie godzin jazdy na korytarzu, w przedsionku..a
            kiedys udało nam się z qmpelą zaanektować "łazieneczkę" w
            miedzynarodowym pociągu..ona nieco przy kości rozłozyła sie na
            naszycch bagazach zwalonych na podłodze (0,5 metra kw.) ja na
            mikroskopijnej umywaleczce..ale wtedy rozmiarów byłam
            też "mokroskopijnych"..zdarzyło mi sie też jechać na półce na
            bagaze..litościwi podrózni poztawili swoje bagaze na podłodze, na
            nich wyciągnli nogi..a ja sobie lezałam na siatce, na półce..nawet
            wygodnie było smile)..no i kwestia załatwiania sie w takim
            tłoku..czasem nie dało się przepchac do kibelka, ludzie jechali
            sciśnieci jak śledzie z bagazami na korytarzu, okna w lecie
            pootwierane, zeby było czym oddychac..jedna pani pod osłona męza
            wysiusiała się do filiowego woreczka, pan postanowił pozbyc sie go
            wywalajac przez okno..pech chciał, ze wyjatkowo szyby były czyste,
            pan sie zamachnął z odległości pół metra (stali miedzy oknami) i
            walnał woreczkiem w zamknieta szybe..woreczek się rozerwał i wszyscy
            w promieniu metra mieli prysznic...oj, co to siedziało..
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 18.08.08, 21:28
      Rok 1971. Wycieczka z kolegami na Kielecczyznę - w samą Wielkanoc (wróciliśmy do
      domów w sam "Lany Poniedziałek").
      Zeszliśmy z góry Miedzianki - w Rykoszynie (szlak Częstochowa-Kielce) gonimy
      pociąg do Kielc; pięciu nas wskakuje po kolei do tego samego wagonu ruszającego
      pociągu; ja ostatni. Na szczęście wagon "pulmanowski" starego typu, miał na
      każdym końcu z każdej strony po dwoje drzwi (razem 8) - i szeroki stopień pod
      nimi. Poza tym, pociąg prowadzony przez parowóz, nabierał prędkości powoli.
      • in-ca Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 11:24
        Wspomnienia z tamtych czasów mam cudowne, radość i beztroska, ale nigdy w życiu
        nie chciałabym do nich wracać, a wychowywać wtedy Młodego tym bardziej. Wolę
        kupić Mu w każdej chwili to, czego akurat potrzebuje i pojechać tam, gdzie z
        mojej uczciwej pracy będzie mnie stać.
        Ale jedno trzeba przyznać - muzyka to była najlepsza na świecie smile))
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 12:44
      Wakacje w r. 1967.

      Badam - pomieszczenie po pomieszczeniu - sutereny domu, w którym
      mieszkamy. Trafiam na warsztat Pana Domu - nad warsztatem stolarskim
      na ścianie "złota myśl" oprawiona w ramki za szkłem - druk białymi
      kapitałkami na tle zgniłozielonym jak mundur wojskowy, szlaczek z
      wężyka generalskiego i skrzyżowanych buław u góry i u dołu:
      "Idą czasy, których znamieniem będzie wyścig pracy - jak przedtem
      był wyścig żelaza, jak przedtem był wyścig krwi. Józef Piłsudski".

      W tejże suterenie znajduję rower - bez hamulca ręcznego, bez
      świateł, bez tabliczki rejestracyjnej ("dorosłe" rowery wówczas już
      musiały mieć), jeszcze za duży na mnie - i jeżdżę na nim, po raz
      pierwszy i ostatni w życiu, po ulicach którymi normalnie poruszają
      się furmanki, samochody (tylko: o ile mniej ich było, niż dziś...).
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 19.08.08, 22:58
      Jako samotnik z usposobienia, bardzo często budowałem sobie domki w pokoju:
      cztery krzesła - po dwa w szeregu, zwrócone do siebie oparciami, na to deska kreślarska Taty, na to koc, na to narzuta zdjęta z tapczana...
      do środka wciągałem lampę.
      Siedząc tam na jednej-dwu poduszkach, czytałem książki.

      Raz przewróciłem niechcący świecącą się lampę - nie chcąc, aby żarówka gorąca i pod napięciem się stłukła, podstawiłem lewą rękę i tak uchroniłem lampę przed upadkiem i przywróciłem do pozycji stojącej. Potem miałem długo pęcherz na wewnętrznej stronie przegubu.
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 06:57
      Miałem, kiedy tylko zacząłem pamiętać (3-4 lata), drewniane auto
      strażackie. Pamiętam, jak Tato wzbogacił je, montując w reflektorach
      żaróweczki - takie jak w latarce kieszonkowej...
      Całość była zasilana z baterii płaskiej. Nie zabrakło wyłącznika
      (przycisk - typ, jaki można było kiedyś często spotkać w podstawce
      lampki nocnej).
    • 76kitka Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 10:44
      Pamiętam, że starsze dzieci pilnowały młodsze, jak miałam z 10 lat, to sąsiadki pozwalały mi wozić w wózeczkach swoje dzieci. Mama odprowadzała mnie do szkoły tylko przez pierwszy tydzień pierwszej klasy potem, tylko przeprowadzała przez ulicę, a dalej szłam z koleżanką. Nie było worków foliowych, a jednak nie miałam zatłuszczonych zeszytów i książek.
      Dam drugie sto punktów, jesli ktoś odpowie jak nas wychowały nasze mamy bez: słoiczków, pampersów, z pralką franią, tartym mydłem, bo po proszku Cypisek większość dzieci miała wysypkę. Przy pustych hakach w sklepie i kilometrowych kolejkach.
      • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 18:02
        Dam drugie sto punktów, jesli ktoś odpowie jak nas wychowały nasze
        mamy bez: sł
        > oiczków, pampersów, z pralką franią, tartym mydłem, bo po proszku
        Cypisek więks
        > zość dzieci miała wysypkę. Przy pustych hakach w sklepie i
        kilometrowych kolejk
        > ach.
        ..z jaką pralką? przez półtora roku tetrowe pieluchy zapierałam,
        gotowałam i prałam ręcami..potem teściowa zdobyła mi skądś frani z
        odzysku, od ludzi, którym udało się "wystać" automat..a Cypiska
        faktycznie uzyłam raz i wywaliłam, bo nas, dorosłych tez po nim
        wysypało..co do pustych półek..to trenowałysmy rodzaj
        surwiwalu..sztuki przeżycia w skrajnie niekorzystnych
        warunkach..smile ..ale to i tak pryszcz w porównaniu do czasów wojny i
        tuż po wojnie..
    • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 11:13
      Zanim zaistniał "cypisek", delikatne rzeczy, takie jak bieliznę
      przylegającą do ciała czy pieluszki tetrowe, prało się w płatkach
      mydlanych (były gotowe, do kupienia - pakowane do pudełek
      kartonowych, nieco mniejszych niż pudełka proszku do prania).

      Pralka "frania" - służyła w domu rodzinnym od końca lat 50.
      do r. 1987 - raz tylko naprawiana "po drodze".
      Pranie najpierw mokło przez noc w wannie. Potem przepuszczenie
      wszystkiego przez wodę z proszkiem w pralce raz, części rzeczy
      powtórnie przez nową wodę z proszkiem, potem płukanie w pralce raz,
      na koniec płukanie ręczne w wannie i przepuszczenie rzeczy przez
      wirówkę "światowid". Potem można było rozwieszać: pościel i ręczniki
      w suszarni, odzież w łazience i na balkonie - a był też sznurek
      skosem poprzez kuchnię...
      Moją funkcją przy praniu było obsługiwać wyłącznik - i kręcić korbą
      wyżymaczki po każdym zatrzymaniu pralki.
      W r. 1988 zaistniał w domu półautomat produkcji NRD - bez funkcji
      wirowania.
      • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 18:26
        moja mama stała sie szczęśliwa posiadaczka frani gdzieś w połowie
        lat 60-tych..ale pranie odbywało się w blokowej pralni, gdzie był
        potężny kocioł opalany drewnem i korytka kamionkowe, takie z
        przednia ścianka skośna i faktura tarki na tej ściance. Posciel i
        bieliznę moczyło sie w tych korytkach i własnej wannie dzień
        wcześniej, kiedy jeszcze nie było pralki zapierało sie na
        tych "tarkach" (potem ojciec znosił "franię" do pralni) a następnie
        wrzucało do tego kotła i gotowało..potem znów takimi
        drewnianymi "pagajami" przerzucało pranie do tych korytek i prało na
        tarach..potem pracowicie płukało a nastepnie posciel moczyło w
        ugotowanym w domu w duzym garze krochmalu..wszystko potem recznie
        wykręcało..do duzych sztuk potrzebne były dwie osoby, i wieszało w
        sąsiedniej pralni Po wyschnieciu, składało się to wszystko a gdy
        uzbierał sie juz duzy wiklinowy kosz, skrapiało sie wodą, dwie
        osoby "wyciagały" posciel, a potem niosło sie do ręcznego magla,
        gdzie trzeba było odsiedzieć swoje w kolejce, potem pozawijać
        bieliznę rozłożoną na specjalnych lnianych tkaninach i pozawijać na
        drewniane wałki. Magiel to była wielka drewniana skrzynia, wielkosci
        dwuch trzydrzwiowych szaf wypełniona kamieniami..ta skrzynia
        uruchamiana korba przez maglujacego przetaczała sie po tych wałkach
        i prasowała posciel i większe sztuki bielizny..potem juz zostawało
        poskładac do kosza, zanieśc do domu i poukładac na półkach..Firanki
        były robione ręcznie z białego kordonka, trzeba było zapisac sie w
        kolejce u pani, która umiała je wydziergać i dłuugo czekać. Prało
        się je i krochmaliła jak posciel a potem do wyschniecia naciągało na
        specjalną ramę, której rozmiar mozna było zmieniac przez odpowiednie
        jej skręcenie i z haczykami na które się nakładało oczka przy brzegu
        firany,,i tak to trwało gdzieś do lat osiemdziesiatych, kiedy to
        udało sie rodzicom zakupic pierwsza pralke automatyczną..wcześniej w
        latach 70-tych pojawiły sie syntetyczne firany (najpierw takie grube
        jak te z kordonka) a potem juz te delikatne i nie wymagały takich
        zabiegów. Mydło w pudełkach pojawiło sie gdzieś w latach 70-tych,
        wcześniej strugało się szare mydło kupowane w sporych kostkach,
        najpierw do tego kotła do gotowania, potem też do pralki..w latach
        80-tych nie mozna było dostac nie tylko proszku czy mydła w
        kartonie, ale również tego w kostkach..zreszta szare mydło, jako
        najzdrowsze dla włosów było wtedy wykorzystywane przede wszystkim
        zamiast szamponu..jak sie udało je "zdobyć"
        • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 21:14
          Nie mieliśmy niczego takiego, jak wspólna pralnia. Wielkie pranie blokowało
          skutecznie użycie łazienki do innych celów. (Nawet z potrzebą chodziło się
          wtenczas "dokądś", przy okazji zakupów albo krótkiego spaceru - ja najczęściej
          do niedalekiego kompleksu najstarszych i najdostojniejszych budynków UJ, jak
          Collegium Novum, "Collegium Witkowskiego" - dawniej fizyka, za moich czasów
          historia i częściowo psychologia).
          Była tylko suszarnia (przydała się zresztą podczas wyprowadzki - wynosiłem tam
          po kolei paczuszki z książkami, i tylko dzięki temu mogłem się poruszać po
          mieszkaniu podczas pakowania).
          Oczywiście robiłem też z Mamą "wyciąganie" pościeli. Magiel o trzy ulice dalej
          był już nowszego typu, "prasujący". (Przetrwał do końca lat 90.).
          • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 20.08.08, 21:20
            No i część rzeczy podlegała gotowaniu po pierwszym a przed drugim
            przepuszczeniem przez pralkę - do tego służył wielki baniak z grubej blachy
            pocynkowanej. Gotował się na kuchence gazowej, mieszcząc pod sobą wszystkie trzy
            palniki. Do mieszania były dwa kijki - w czasie między praniami "dyżurowały" w
            łazience w kącie za wanną.
            Moją "działką" podczas wielkiego prania było też opróżnianie pralki z brudnej
            wody: stopniowo, na kilkanaście zawodów spuszczanie wody wężem pralki do dzbanka
            - i wylewanie zawartości dzbanka do kibelka
            (dopiero pralka automatyczna zaczęła "wypluwać" swoje samoczynnie - do wanny).
          • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 23.08.08, 17:41
            Magiel starego typu też pamiętam. W Krakowie był rodzaju żeńskiego(!):
            "Magiel Kołowa" (napis wychodzący spod tynku); mówiło się: "idę do magli", "...w
            magli mówiły o tym panie dwie...".
            Tylko ten który pamiętam, był już cokolwiek unowocześniony: napędem nie była
            korba obracana ręcznie, lecz silnik elektryczny.
        • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 21.08.08, 10:07
          babcia47 napisała:
          > moja mama stała sie szczęśliwa posiadaczka frani gdzieś w połowie
          > lat 60-tych..

          My w r. 1958. Z tamtych czasów zostało w archiwum domowym
          zaświadczenie Komitetu Blokowego, że "ob. ... posiada pralkę
          wirnikową do użytku własnego" - niezbędne dla uzyskania
          powiększonego limitu zużycia prądu na mieszkanie
          (były takie limity - za każdą kilowatogodzinę ponad limit płaciło
          się trzykrotną cenę; stałe przekraczanie limitu miesiąc po miesiącu
          mogło ściągnąć rewizję w poszukiwaniu maszyn napędzanych prądem
          i "lewej" wytwórczości na nich).
          • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 21.08.08, 11:49
            limity były..na wode też płaciło sie za 3 metry sześcienne na
            członka rodziny..liczników nie było i to chyba do połowy lat 90-
            tych, bo qmpel taki wariant opłaty za wode wybrał w nowowybudowanym
            domu..miał basen w ogrodzie..i można się było taplać do woli sad
            • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 21.08.08, 13:03
              Już w latach 70.-80 spółdzielnie mieszkaniowe liczyły po 6 m3 wody
              na głowę (bez osobnego licznika w mieszkaniu); są administracje
              potrafiące liczyć i po 9 m3.
        • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 21.08.08, 10:13
          > szare mydło, jako
          > najzdrowsze dla włosów było wtedy wykorzystywane przede wszystkim
          > zamiast szamponu..jak sie udało je "zdobyć"...

          Oczywiście mydło "Biały Jeleń".
          Włosy po nim należało płukać octem.
          To pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa, gdzieś tak przed r.
          1960. Potem pojawił się szampon w zgrzewanych poduszeczkach - w
          sklepie czy kiosku odcinano z taśmy tyle poduszeczek, ile się
          chciało...
          (O zastosowaniu piwa jako szamponu tylko czytałem).

          • babcia47 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 21.08.08, 11:45
            piwo to zamiast lakieru do układania i kręcenia włosów, do dzis
            używam jako płukanki po myciu jeżeli zostanie troche zwietrzałego w
            butelce..a w kryzysie robiło sie napar z korzenia mydlnicy..zioła w
            aptece były i to za psi grosz, te w poduszeczkach też pamietam, mama
            kupowała mi je gdy jechałam na kolonie..a szare mydło (nie tylko ten
            jeleń) zawsze było uwazane za zdrowe dla skóry i włosów, bo było
            produkowane jeszcze "ekologicznie" i nie zawierało żadnych
            alergizujacych dodatków..polecali lekarze i kosmetyczki
            • luccio1 Re: Jak, do cholery, udało Ci się przeżyć???!!! 25.08.08, 19:12
              Pamiętam też mycie włosów samym żółtkiem - a potem płukanie octem...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja