malakobietka76
08.09.08, 09:04
Chciałam zapytać, jak to jest u Was? Bo uważam, że moi rodzice nie
dorośli do roli dziadków

Ale od początku...
Mam prawie 8-letniego syna. Mieszkamy na jednym osiedlu z teściami
(są na rencie) Moi rodzice mieszkają w sąsiednim mieście (oboje
pracują)Jest jedynym wnukiem i jednych i drugich dziadków. W
niedzielę na zmianę idziemy na obiad raz do jednych, raz do drugich.
I tu jest problem. Syn uwielbia moich teściów. Jak przychodzimy, to
włazi dziadkowi na kolana i sobie rozmawiają a później się bawią na
dywanie. Teść potrafi wymyślić zabawę z głupich pudełek i zająć
dziecko. Z teściową często chodzą razem na spacery. W ogóle nam
zawsze pomagali przy dziecku - przychodzili jak był chory, zabierają
na wakacje na wieś. Zabawki syn dostaje właściwie tylko z okazji
urodzin, czy imienin. Słodycze, gdy babcia idzie po niego do szkoły,
to zawsze coś ma. No i jak na wieś pojadą, to też przygotowana jest,
ale bez przesady.
Natomiast u moich rodziców jest całkiem inaczej. Najważniejszą
rzeczą w domu jest telewizor, który gra na okrągło. Jemy obiad a
telewizor włączony. Nieraz się zdarzyło, że dziecko zamiast jeść
obracało głowę, żeby zobaczyć co jest w telewizji. CZasem po prostu
dochodziłam i wyłączałam go. Niestety, mój tata do niego chyba
przyrósł. Poza tym, czasem jak przyjeżdżamy, tata ...kładzie się
spać. Najpierw wyogląda wszystko w telewizji i się kładzie. Nawet
jak jest jakaś impreza typu rocznica ślubu, imieniny, to się siedzi
przy zastawionym stole oczywiście przed telewizorem. Ja myślałam, że
jak się spotyka z rodziną, to żeby porozmawiać z nimi a nie oglądać
telewizję.
Druga rzecz, to słodycze i zabawki. Po obiedzie zawsze jest kawa i
do niej coś słodkiego. Chociaż "coś" to za mało powiedziane. Mama
nastawia ciastek, cukierków tysiąc pięćset rodzajów, co oczywiście
moje dziecko chce wszystko zjeść. Tyle razy mówiłam, że to nie
potrzebne, że on nie może tyle jeść słodyczy. Tak się nauczył, że u
babci można się najeść słodyczy, że jak jej w końcu powiedziałam
stanowczo, żeby nie dawać, to poszedł do kuchni i przeszukiwał
szafki.
Kolejna rzecz, to zabawki. Dawniej jak jeździliśmy do nich,to co dwa
tygodnie dostawał nową zabawkę. Wyobraźcie sobie przez kilka lat co
dwa tygodnie zabawka. W końcu mój syn sam powiedział, żeby już mu
nie kupowali, bo nie ma miejsca na nie. Prawie się obrazili.
I jeszcze jedna rzecz - komputer. Przyjeżdżamy, zjemy obiad i
dziecko idzie grać na komputerze, bo nikt się z nim nie pobawi, nie
zajmie. Z moimi rodzicami mieszka jeszcze mój 27- letni brat i to on
mu zawsze puszcza gry. Jak powiedziałam mamie, że on na ten komputer
przyjeżdża, to powiedziała, że ja przecież też daję mu pograć.
Ludzie! Ja jestem z nim 24 godziny na dobę, a u nich jesteśmy ze 2
godziny. Tak trudno zająć się przez ten czas dzieckiem? Czasami
bierzemy syna do drugiego pokoju i sami z nim siedzimy i wyciągamy
zabawki. Ale przykre to jest, że moi rodzice chcą go przekupić
słodyczami i zabawkami. Myślą, że tak będą super dziadkami.
Kompletnie nie znają mojego dziecka. Nie wiedzą co lubi jeść, z kim
się przyjaźni, co lubi rysować. Wczoraj jak u nich byliśmy, syn
chciał napić się wody (pije mineralną niegazowaną). A mama pyta jaką
on wodę pije. Teściowie takie rzeczy wiedzą. Może spędzają z nim o
wiele więcej czasu, ale jak moi rodzice mają szanse z nim pobyć, to
tego nie robią. Dawniej byliśmy u nich koło 5 godzin, teraz góra
dwie. Jemy obiad, syn idzie grać na komputerze a rodzice przed
telewizorem, albo tata idzie spać. Później mama robi kawę i nastawia
ciastek, co oczywiście dziecko chce każdego spróbować. Nie lubię tam
jeździć. Już nie raz rozmawiałam z mamą, żeby się z nim pobawili, że
myśli, że jak mu dadzą kilo cukierków i posadzą przed komputerem to
będą super dziadkami. To się obrażają. Po wczorajszym dniu
stwierdziłam, że nie będziemy tam jeżdzić. Powiedziałam mamie, żeby
nic słodkiego nie stawiała i że on tylko po słodycze i na komputer
do nich jeżdzi. Nie wierzyła mi. Więc wczoraj nie naszykowała. Syn
chciał słodycze a mama powiedziała, że ja nie pozwoliłam. Zaczął
szukać w kuchni, a my już chcieliśmy jechać. Nie chciał się przyjść
ubrać. Skończyło się wielkim płaczem. Nie widzę sensu tam jeździć.
Przecież nie chodzi o ten obiad, tylko żeby pobył z dziadkami. A
widzi ich może z 10 minut. Jak do nas rodzice przyjadą na jego
urodziny, to dziecko chce się z nimi bawić i ciągnie do swojego
pokoju. Ale oni wolą siedzieć przy stole.
Spytałam dzisiaj syna, gdzie woli chodzić na obiad. Powiedział, że
do teściów...