robatchek
29.09.08, 14:06
Sprawa delikatna wielce, bo w zasadzie rodziny zaprzyjaźnione, i głupio tak...
Ale już nie mam sił.
Sąsiadka, młodsza niemal o dychę, śliczna, miła, kulturalna, wykształcona, nie
pracuje. Stan posiadania - córeczka, 16 miesięcy, mąż, ciut od niej starszy
(od sąsiadki, nie córeczki

), pracujący ile wlezie, oraz dziecię mające się
narodzić na początku listopada. Ludzie uczynni i bardzo sympatyczni. Niestety,
małżonka ciągle w domu nie ma, a sąsiadce bardzo się nudzi. I wszystko byłoby
fajnie, bo ja towarzyska dusza jestem i czas na kawę u mnie zawsze się
znajdzie, ale dziewczę nudne jest niesamowicie, bezkrytyczne wobec córeczki i
krytyczne potwornie wobec męża. Ani jedno, ani drugie na zdrowie jej nie
wychodzi, niestety. Niereformowalna, nie da sobie powiedzieć, że krzywdzi
najbliższych. Nie mojej babci buraczki, nie wtrącam się i nie udzielam dobrych
rad, ale słuchać już tych bredni nie mogę, a ona zaszczyca mnie odwiedzinami
niemal codziennie. Na hasło, że jestem zajęta i pracuję, sprzątam, gotuję,
prasuję, piszę, czytam, dłubię w nosie* (*niepotrzebne skreślić) odpowiada, że
poczeka, albo chętnie mi pomoże (no, nie w dłubaniu...). Na spacery wymykam
się chyłkiem i jakby co, ZAWSZE mam coś do załatwienia.
Uważa, że męża trzeba trzymać krótko, wobec czego mąż wymyka się na fajkę do
śmietnika (już chyba nie mają co wyrzucać w tym domu, hihii) ze trzy razy
dziennie. Gdy razem z moim planują wyjście na mecz, albo na narty, najchętniej
jechałaby z nimi, i nie rozumie, że faceci po prostu muszą sobie po męsku
pogadać. Decyduje o kolorze jego koszuli. Dziwi się, że sama wysyłam małżonka
z kumplami i KOLEŻANKAMI z pracy na piwo, bo przecież nic dobrego z tego nie
wyniknie. Nie rozumie, że jak mu zabronię, to zrobi mi na złość, a że ma wolną
rękę w działaniu, to woli w domu siedzieć. Ale satysfakcję ma, że to on
decyduje

Gorzej sprawa ma się z córeczką. Mama, jak pisałam, bezkrytyczna wobec
dziecka, nie widzi, że mała zaczyna naginać wszystkich do siebie. W przypadku
odmowy, rzuca się na ziemię, krzyczy, rzuca czym popadnie i w każdego jak
leci. Przegięła, gdy będąc u mnie rzuciła swoją butelką w telewizor i omal go
nie rozbiła. Po czym zaczęła maczać paluchy w kawie i paćkać mój ukochany
obrus. Sąsiadka z radością w oczach, jakie to ma uzdolnione dziecko,
powiedziała - nie wolno, kochanie - po czym od razu zmieniła temat. Obrus po
wypraniu ma plamy, mi się chce ryczeć, "przepraszam" nie usłyszałam. Nie mam
zamiaru mieć demolowanej chałupy, nie chcę też wszystkiego chować, ściągać,
zabezpieczać. Mogłabym zdjąć obrus - w zamian zniszczy mi ławę... I co,
telewizor też mam chować??
Nie o to chodzi, że miałabym ją wychowywać, zasypywać radami i naukami, o nie!
Jej rodzina, jej mąż, jej dziecko. Skoro się z tym godzą, ich sprawa, może im
z tym dobrze. Ale nie muszę i nie chcę wysłuchiwać tego, że cudowne dziecko
pomalowało ścianę pisakiem i penie zostanie artystką, słuchać jak żyłuje
swojego męża, który coraz bardziej ucieka w pracę ("więc pewnie ma
kochankę")... Nie chcę kolejnych zniszczonych sprzętów, rozlanych kaw,
wysmarowanej chrupkami i bananami tapicerki sofy. Co robić?
Idę pichcić obiadek, póki jej nie ma...