kromba
05.12.08, 13:10
Dziewczyny,
zazwyczaj jestem niepisująca na forach, ale dzisiaj wybitnie potrzebuję
świeżego spojrzenia i wygadania się. Najlepiej Wam, matką.
Dzisiaj w nocy umarła moja babka. Nie widzę w tym wielkiej tragedii, była
dobrze po 80-ce, choroby się jej nie imały, śmierć miała lekką. Pogrzeb
odbędzie się w poniedziałek w mieście oddalonym od mojego aktualnego miejsca
zamieszkania o ponad 200 km.I tu zaczynają się schody. Jestem bowiem w 7
miesiącu ciąży, brzuchol mam już wielki, córa w nim dokazuje, dodatkowo jesien
i ciąża powodują u mnie totalną ospałość i zmęczenie. Od kilku tygodni jestem
na zwolnieniu, czuję w sobie totalny brak chęci i sił. Ot starcza mi ich na
tyle, żeby dowlec się do biblioteki ew. zajęcia na uczelni, skrobać magisterkę
i zgotować obiad. Najchętniej przespałabym całą ciążę. Lekarz mówi, że
wszystko ze mną i dzieckiem ok, ot taki ze mnie typ depresyjno-melancholijny a
i porę mamy też nieciekawą teraz.
Dzisiaj rano zadzwoniła do mnie matka z informacją, że babcia nie żyje. Padło
pytanie o to kiedy przyjadę. Mówię, że nie wiem czy dam radę przyjechać, że
się średnio czuję przede wszystkim psychicznie, że nie wiem czy mój współspacz
dostanie w tym dniu wolne, a pociągiem i dwoma autobusami tłuc się nie będę. I
się zaczęło, że ja wyrodna jestem, że współczucia we mnie nie ma, że to tylko
ciąża, a nie choroba, że jej matki nie szanuję itp. Najniższa linia oporu.
Powiedziałam jej, że w taki sposób rozmawiać z nią nie będę i się rozłączyłam.
Od tamtej pory przysłała mi trzy sms-y, nie przeczytałam, nie chcę się
wściekać jeszcze bardziej.
Teraz siedzę i na spokojnie wszystko analizuję- do babki miałam stosunek
obojętny, widywałyśmy się kilka razu w roku, szanowałam ją, ale o miłości nie
mogę tu mówić. Z matką mam od lat przeboje, bo nigdy nie spełniałam wizji,
który uknuła sobie w głowie. Poza tym kilka lat temu stała się bardzo gorliwą
katoliczką, ja w między czasie dokonałam apostazji, konflikty narosły. Od
tamtej pory staram się odwiedzać ją kilka razy w roku na w miarę neutralnej
stopie. Raz lepiej, raz gorzej, ale udawało się. Nie pojadę na pogrzeb to
będzie totalna obraza ciągnąca się w nieskonczoność. Przerabiałam już kiedyś
podobny scenariusz. Gdyby chodziłoby tylko o mnie nie miałabym oporu. Zbyt
długo walczyłam o siebie, żeby nie zaczęła po mnie spływać jak po kaczce
toksyczność mojej matki. Ale ja będę miała dziecko, które będzie jej wnukiem.
Dziecko, które chciałabym, aby miało babcię. A wiem, że matka mimo wszystkich
swoich wad babcią potrafi być świetną.
I co ja mam z tym wszystkim zrobić?
Pomóżcie jakoś się pozbierać.