agnieszkatk
21.01.09, 15:08
Generalnie staram się nie przeżywać, zresztą stosunkowo rzadko spotykają mnie
takie sytuacje, ale dziś jakoś wszystko się skumulowało i zdenerwowałam się....
Dwa lata walczyłam, żebym mój autystyczny synek powiedział pierwsze słowo.
Dziś jest dzieckiem mówiącym, chociaż mowa ta odbiega poziomem od mowy
rówieśników zarówno pod względem gramatyki jak i zasobu słownictwa,niemniej
jednak rozwija się bardzo. Dlatego cieszy mnie każda z dzieckiem rozmowa,
każda rozmowa syna z kimś obcym - w sklepie,na ulicy. Generalnie ludzie
reagują jak najbardziej pozytywnie, dlatego dziwi mnie reakcja niepozytywna...
Jechałam wczoraj z synem na zajęcia autobusem. Musieliśmy iść do kierowcy po
bilety. Wsiadamy,mały ( prawie 6 lat a tylko 108 cm ) leci do kierowcy i mówi
tak ( cytat ): cześć pani, dlaczego autobus jedzie w kałuży?. Ja podchodzę i
proszę te bilety ( kupuje się je tylko jak autobus stoi). Facet rusza ( za mną
stoi babcia z wnuczką i też chce bilety ) i wydziera się do mnie, że mam
niewychowane dziecko. Ja wiem, że za kierownicą nie siedzi psycholog. Ze moje
dziecko nie ma wypisane na twarzy : jestem chory i z tego powodu kiepsko
mówię. Ale on drze się, że moje dziecko go "tyka". Tłumaczę mu, że to małe
dziecko, do tego niepełnosprawne.Facet dalej swoje, że ( hehehe ) powinniśmy
wysiąść, wsiąść jeszcze raz i "porządnie"się z nim przywitać bo on jest
zdenerwowany. Myślę sobie - idiota, nie wytłumaczę mu, o co chodzi, więc
proszę znowu o bilety - autobus przejechał już sporo, ja stoję, dziecko stoi (
i boję się, że zaraz się przewróci ) a ten dalej swoje. W koncu bilety
dostałam, ale przyznam, że chciało mi się płakać : tyle pracy, tyle starań
żeby syn mówił. Taka radość, jak mówi, takie szczęście, że chce mówić, że
inicjuje rozmowę. I taki brak zrozumienia.
A potem byliśmy w sklepie. Ja jeszcze coś biorę a syn juz stoi przy kasie i
chce podać kasjerce serek. Za synem stoi klientka, ale syn był pierwszy (
dziecko z pieniędzmi nie klient?) Podaje jej ten serek i nabija go na czytnik
( przejechał kodem kreskowym po skanerze na ladzie ) i baba do mnie z japą, że
jej się nabiło. Ja nie widzę problemu, bo przecież i tak by musiała nabić. On
do niej: pani, pani,płacić! A ona do mnie, że mam takie niewychowane dziecko i
mam go pilnować. Ja uważam, ze nie mogę go cały czas pilnować, szczególne, że
nic złego nie zrobił. Nie wdaję się w dyskusję, ale wychodzę nastroszona.
Niby błahe zdarzenia. Może jestem przewrażliwiona... Ale przykro mi było. A
jeszcze maż mnie oświecił, że nie będzie dawał na leki syna bo nie jest chory
( jesteśmy w trakcie rozwodu ) co dobiło mnie ostatecznie.