Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - długie

23.01.09, 21:42
Witam,

Mam taką wadę, ze nie zawsze potrafię odpowiedziec właściwie od razu, a kiedyś
to taka zahukana byłam, ze nawet nie rozumiałam, że własna rodzinka traktuje
mnie jak ... nieodpowiednio. Wyżalam się tutaj, bo chwilowo nie mogę iść do
psychologa, zresztą rozmawiałam tez z taką, która po prostu unik zrobiła.

Wiec do rzeczy. Impuls mi dała wizyta mojej siostry z zagranicy. Tak się przez
nią poryczałam, że zamiast wykonywać pracę ryczę na tą swoją klawiaturę,
wklepuję słowa z 2x zwolnioną prędkością, świadomość mi świta że zawalę termin
(taki półtermin) i czuję, zę mam to głęboko w dupie. To chyba oznaka depresji,
a oczywiście jakbym straciła prace, to byłaby wsyzstko moja wina. Mam 4
rodzeństwa i 2 toksycznych starych rodziców. Mój ojciec kocha te dzieci, które
wyemigrowały (bądz wyszły za cudzoziemca), bo on sam chciał wyemigrowac z
Polski, ale mu się nie udało. Tym dzieciom, które go odwiedzają w szpitalu,
zapraszają na Wigilię, lecz nie mają żadnych związków z cudzoziemcami bądź
zagranica obrywa się dosyć boleśnie (np. walę przez pół w-wy odwiedzić go w
szpitalu, odkładając na potem kilka ważnych spraw żeby usłyszeć jako pierwsze
słowo że utyłam. Dodam tonem wyjaśnienia, że mój ojciec zawsze był łakomy, a
schudł dopiero po 80-tce, albo dostaje mi się od głupich polonistek, chociaż
przez całe liceum nigdy się do mnie nie odezwał jak do człowieka, po prostu
przychodził z pracy, kładł się na tapczanie i czytał książkę do wieczora.
Myślę, że miał depresję, ktorej w ogóle nie leczył, podobnie jak moja matka,
tylko że ona urządzała piekielne awantury, codziennie od 14 do 19 roku życia w
takim domu żyłam.

Temat jest długi, ale nie o tym chciałam pisać. Moje relacje z moimi siostrami
pogorszyły się gwałtownie, kiedy urodziłam syna, którego sama wychowuję. Długo
by o tym pisać i słowo daję nie wiem o co mogą one mieć do mnie pretensję.

No więc wczoraj przyjechała ta z zagranicy. Ja już i tak miałam do niej żal o
wiele rzeczy, ale jakoś okazji nie było porozmawiać szczerze. Zresztą myślę,
że nikt (poza mną) nie dąży tu do szczerej rozmowy. W każdym razie ona dzwoni
(dosyć późno), że chce wpaść. Ja na to, że owszem zapraszam. Przychodzi,
rozmawiamy, nie skaczę już do góry z radości jak mała 4-letnia dziewczynka,
skakałam, kiedy przyjechała poprzednim razem, ale tak się zachowała, że się
poczułam z tym skakaniem, jakby mi ktoś w kieszeń nasikał (np. umawiamy się,
że spędzimy razem dzień, nagle ona w trakcie dnia czuje nagłą nieprzepartą
chęć odwiedzenia swojej koleżanki, okazuje się, że koleżanka wcale nie miała w
planie jej widzieć, galimatias z kluczami, ja muszę rezygnować ze swoich
planów, bo przecież muszę jej te klucze oddać, generalnie słowa wyjaśnienia,
kilka razy przyłapałam ją przez przypadek na kłamstwie grubymi nićmi szytym,
jak się po prostu nie chciała ze mną widzieć - uważam, że posługiwanie się
kłamstwem na każdym kroku to jest brak szacunku). No więc przychodzi,
generalnie rozmowa się jakoś toczy i ja ją proszę, żeby została trochę dłużej
(a miała czas), że dzieciak (którego tak się składa - jest ona matką
chrzestną) siedzi chory w domu, opiekunka mi nawaliła, a ja mam roboty na całą
noc. Ale mnie nie posłuchała i rzuciła na odchodnym (kobieta lat 50, matka 2
dzieci), że ona "nie umie" bawić się z dziećmi. Dopiero jak wyszła to mnie tak
zakłuło, bo jak jej dzieci były małe, a ja byłam studentką, to idiotyczne to
było, ale często ją odwiedziałam, tak się do niej garnełam z tego chorego
domu, ona stwarzała taką powierzchownie serdeczną atmosferę, przy czym oni
wychowywali dzieci we dwoje, ona nie pracowała, to była duża presja, żebym się
tymi jej dziewczynkami zajmowała. Ja należę do osób, które nie są dzieciarami,
więc to był naprawdę dla mnie trochę wysiłek, poza tym ma się inne podejście
do dzieci, jak już się miało własne, a inne, jak się jest młodym i specjalnie
za dziećmi nie przepada. Oni nawet ukuli taki wierszyk na temat miny jaką
miałam na zdjęciu, że niby nie lubię dzieci, ja rzeczywiście nie lubiłam się
bawić z 2-latką, ale robiłam to co ona chciała, a z powodu wierszyka było mi
przykro, ale też nie umiałam tego powiedzieć. I teraz ona nas odwiedza,
wszystkiego była może 1 godzinę i wychodzi bo ona "nie umie" (czyt. chyba: nie
chce) bawić się z 6-latkiem.
Po prostu dotarło to do mnie za późno, i jeszcze na to nałożyły się
wcześniejsze rzeczy, aż się poryczałam, co się przełożyło na to, że robiłam to
zlecenie jak w transie.
Chciałam z nią szczerze porozmawiać o wszystkim, ale ona jak tylko wyczuwa, że
jestem poddenerwowana, to nawet nie daje mi szansy i wychodzi na to, że ja
pałam rządzą zrobienia jej awantury. Po prostu obraża się, jak nie słyszy
zachwytu w głosie, że się z nią rozmawia. Jej to zwisa, jej nie zależy na
kontaktach, ona ma dzieci odchowane, albo sobie pójdzie mnie oplotkować do
mojej drugiej siostry. Generalnie, jak człowiek ma dzieci nie takie małe, to
ma trochę więcje wolności. Ja też najchętniej nie oglądała bym ich na oczy,
ale to łatwo powiedzieć odciąć się. Mnie też wychowywała matka, która się w
końcu odcięła, ale mimo, że jak już ja dorastałam to ona zamieniła się w
sekutnicę, to i tak nie wierzę (z rozmaitych półsłówek, które kiedyś rzuciła
tak wnioskuję), że to wszystko była jej wina, tzn. że ona taka konfliktowa
była, a te jej 3 rodzeństwa to takie aniołki. Jest coś takiego jak zmowa, tzn.
grupka kilku osób, gdzie w zasadzie znaczenie ma opinia tylko osób z tej
grupki i nagle pozostałym osobom zaczyna się nie podobać jedna, przy czym nie
zawsze powody są racjonalne i uzasadnione. Jak się człowiek nie potrafi
oboronić przed afrontami to jest tak, że nikt nie chce o nich rozmawiać, a ta
jedna osoba jest coraz bardziej nieszczęśliwa. Pół biedy, jak taka sytuacja
wytwarza się w pracy, a gorzej jak w rodzinie.
Druga moja siostra (ktora dała tamtej z zagranicy popalić, jak sama była żoną
dewizowego cudzoziemca, a ta ubogiego naukowca - to wtedy tak, jej nie lubiła,
a teraz są przyjaciółkami, bo tej z zagranicy się tak dobrze mieszka w jej
160-metrowym mieszkaniu), była tak wspaniałomyślna, że po tygodniu
zastanawiania się zaoferowała mi gościnę, kiedy miałam malowanie w mieszkaniu,
do którego się co dobpiero sprowadziłam. I znowu, ze względu na siebie,
powiedziałabym, że dziękuję ale nie. Ale jest jeszcze dzieciak, któremu
przykro byłoby mieszkać na nierozpakowanych pudełkach. No więc jesteśmy. I od
samego początku lekcje pokory: upominanie, zebym jak się namydlam pod
prysznicem, to zakręcała wodę (dla przypomnienia: 1 m3 wody (= 1000 litrów)
kosztuje 7 złotych, podgrzanie 1 m3 = 4 złote, podkreślenie, że na 2 tygodnie
(nie dłużej) jakieś codzienne podwieczorki w zamkniętym pokoju z piciem wina i
jedzeniem czekolady bez częstowania - tylko kieliszki brudne w zlewie stoją -
żeby nie było: stać mnie na skrzynkę wina i wagon czekolady, nie o to chodzi)i
szereg innych mało fajnych wejść. Ja byłam tak skrępowana, że zaoferowałam jej
pieniądze, za te wszystkie media które zużyłam, no głupstwo zrobiłam, ale jej
rózne tony i miny mnie do tego popchęły i wiecie co? Przyjęła stówę. Jak jej
zaznaczyłąm, że oczekuję reszty to do tej pory na nią czekam.
Przyjmę chętnie wszystkie rady, z góry proszę o darowanie sobie złośliwych
uwag, w necie to wszyscy takie ideały, co do wszystkiego doszli sami, wyrośli
sami jak ta trawa na deszczu, a potem się okazuje, że każdy miał życzliwą
mamusię, która im łaski nie robiła.
    • 18_lipcowa1 Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 23.01.09, 21:50
      olac??????????
      • estelka1 Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 23.01.09, 21:59
        Podpisuję się "obyma ręcami" smile Kochana, a naprawdę musisz sobie
        dawać z nimi radę? Daj sobie, ale spokój... chociaż wiem, że to
        wcale nie jest łatwe. Im bardziej toksyczne towarzystwo, tym
        bardziej się od nich uzależniasz
    • hellious Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 23.01.09, 22:07
      Matko, co za haos... ale popieram- olac sikiem prostymw lewe oko. Wiadomo, kazdy by chcial miec oparcie w rodzinie, ale jak to mowia, rodziny sie nie wybiera. Ja nie jestem z tych, co to na sile musza utrzymywac kontakty, bo to rodzina.. Jak mi krew psuja, to kontakty zrywam, jak z kazdym innym.
      • gacusia1 Hellious ,-) 23.01.09, 22:50
        Chaos,nie Haos ,-) tak czy siak,masz racje.
    • gacusia1 Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 23.01.09, 22:48
      Ale o co chodzi? Co Ty,masochistka jestes czy jak? Jak sie kogos nie
      lubi albo jak nie lubia Ciebie,to sie nie pcha w takie towarzystwo.
    • edittt Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 23.01.09, 22:49
      aj to Ci dziewczyno mimo wszystko polecam wizytę u psychoanalityka - bez
      złośliwości, od takiej toksyczności to się trzeba z czyjąś pomocą mimo wszystko
      leczyć. chociaż wydajesz się mimo wszystko silną babką - odciąć się, wyprowadzić
      na drugi koniec świata (albo Polski przynajmniej) i olać! spokojniejsza będziesz...
      • dlania Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 09:29
        Czy Ty zdajesz sobie sprawę, że nie ma obowiązku utrzymywania kontaktów z
        rodziną? Szczególnie że Twoja jest bardziej popierdzielona niż moja - u mnie
        przynajmniej wszyscy sobie dobrze zycza, a u ciebie - wręcz przeciwnie chyba.
        Masz kase - dlaczego narzekasz na los samotnej matki z dzieckiem? Na niainie cie
        stac chyb, skoro na skrzynke wina i tone czekoladywink
        Nie baw sie w te gierki godzinne, bo aż przykro czytać. Co ty chcesz wyjasniać,
        co chcesz tłumaczyć????? Olej!!!! i zyj swoim życiem.
    • lila1974 Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 09:39
      Może źle oceniam, ale po przeczytaniu Twojego posta jakoś źle sobie
      o tobie pomyślałam ... najbardziej po przeczytaniu samej końcówki
      skierowanej do nas forumowiczek.
      Jak taką postawę prezentujesz na codzień, to jakoś się nie dziwię,
      że ludzie unikają spotkań z tobą.
      • madameblanka Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 10:55
        o matko lila, to samo sobie o niej pomyślałam. Skojarzyła mi się z upierdliwą
        osobą.
    • mama-maxa Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 09:45
      > Przyjmę chętnie wszystkie rady, z góry proszę o darowanie sobie
      złośliwych
      > uwag, w necie to wszyscy takie ideały, co do wszystkiego doszli
      sami, wyrośli
      > sami jak ta trawa na deszczu, a potem się okazuje, że każdy miał
      życzliwą
      > mamusię, która im łaski nie robiła.

      Rada od nieideału, co nie wyrósł jak ta trawa na deszczu - olać
      rodzinkę, bo jesteś dorosła, masz dziecko, więc dasz radę, musiszsmile
      Rodzinki się nie wybiera, a jak nie umiecie sie dogadać (mówię
      musiscie - bo wina zapewne leży po obu stronach, twojej również) to
      zróbcie sobie przerwę w kontaktachsmile
    • triss_merigold6 Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 09:52
      Olać albo znaleźć przyzwoitego psychologa, pochodzić regularnie z
      rok i wkodować sobie, że TO NIE TWOJA WINA i że masz zerowe pole
      manewru.
      Poszukaj oparcia w życzliwych osobach spoza rodziny, chłopa nowego
      znajdź i żyj bez roztrząsania kto komu co powiedział i dlaczego
      zachował się w Twoim odczuciu niemiło/nie fair.
      Z Twojego postu przebija przewrażliwienie, wyczulenie na niuanse,
      które może dla Twoich bliskich są obojętne. Może są bardziej
      gruboskórni a może po prostu mają własne życie na którym się
      koncentrują.
      Ty się opiekowałaś zamiast się wymiksować, Twoja siostra nie
      zechciała, trudno, poziom egoizmu i asertywności jest indywidualny.
      BTW z innych Twoich wpisów też przebija maksimum pretensji do
      świata, otoczenia, pop kultury, wzorców, obyczajów.
    • madameblanka Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 10:53
      Boże kochany chaos to mało powiedziane. Wszystko co napisałaś mogłaś zmieścić w
      paru klarownych zdaniach.
      Ja tez mam siostrę z którą nie zawsze się zgadzam, z którą się kłócę itepe.
      Normalne.
      Podobny mam stosunek do rodziny co hellious.
      Nie wiem jaką radę ci dać bo te rzeczy które opisałaś nie są niczym
      nadzwyczajnym. Zdarzają się w każdej rodzinie.
      Mam wrażenie że kompletnie nie znasz swojej siostry - pretensje o klucze, o
      kłamstewka, o niechęć do siedzenia z dzieckiem. Nagle jej sie charakter
      zmienił?? Pewnie taka była od zawsze.
    • ib_k Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 13:14
      ale co to znaczy "taboretowatą rodziną " bo jakoś w kontekście twojej wy[powiedzi nie rozumiem
      • hellious Re: Jak sobie dać radę z taboretowatą rodziną - d 24.01.09, 14:06
        Taboretowa, czyli nie taka jaka by sobie autorka zyczylatongue_out
Pełna wersja