sally.may
01.02.09, 23:05
Wiem, wątek, jakich wiele tu....
całą niedzielę miałam zepsutą z nerwów, muszę wreszcie się wyżalić

((
Dziś koło południa zadzwonił brat mojego m. i zapytał, czy nie mielibyśmy
ochoty przyjechać, posiedzieć (chodziło o dzieci- aby się razem pobawili)...
no zaproponowali, ok. Nie często się to zdarza, więc bez słówka przystaliśmy.
Oczywiście za godzinę byliśmy na miejscu. Dzieci zaczęły razem się bawić.
Tamten-3-latek, nasz 11-miesięcy.
Tamten- nagle nie będzie się dzielił zabawkami (bo nie i już). Wyrywał mu z
rączek, skakał nad nim, więc wzięłam małego bliżej siebie, dałam własną
zabawkę i spokój.
Tamten oczywiście wymyśla coraz to nowe metody wkoorwiania i coraz bardziej
podchodzi do małego (znów jak małpa skacząc i wijąc przeszczepami wokół)-
cholera boję się, ze na niego upadnie, uderzy go czymś itd, wzięłam małego na
ręce, mój mąż złapał tamtego w locie (nie wiem na ile kontrolowanym) i
powiedział "chłopcze uważaj bo tu małe dziecko itd" (nic mu nie groził), a
tamten zaczął się rzucać mu w rękach i uderzył mojego męża po głowie jakimś
klockiem.
Na co ojciec tej małpy- w śmiech.
Ja już byłam wkoorwiona po pierwszych podrygach, a to mi jeszcze dolało.
Aha, rodzice małpy non stop prosili go jednak o dzielenie sie zabawkami z
młodszym kuzynem (chociaż wcale nie chciał się bawić tamtego zabawkami).
W nagrodę dostał paczkę ciastek, o które też był błagany, żeby się dzielił (ja
od razu powiedziałam, że małemu nie wolno, więc jadł nie będzie, ale tatuś
małpy nadal go prosił o ciastko dla kuzyna- nie wiem po co...)
W międzyczasie tatuś małpy opowiedział jak to fajnie było, kiedy małpa babci
włosy wyrywała i okulary ściągała ostatnio (widziałam ostatnio jak kopie
babcię i mamę- wcale zabawnie to nie wyglądało)
Kiedy już sytuacja zaczęła być groźna, złapałam go za rękę i powiedziałam
patrząc prosto w oczy "nie będziesz bił mojego........ Rozumiesz????"
Na to on coś w rodzaju "ja tu jestem królem" a ja "ja tu zaraz będę królową".
Ojciec małpy na jego "jestem królem" znów parsknął śmiechem. Agresor po kilku
nieudanych starciach (to ze mną, to z moim m.) stracił na poczuciu pewności i
rozpłakał się, co zostało natychmiast zauważone i został pocieszony.
Mój m. wreszcie sam się wkoor... i poszliśmy (nie myślcie, że z fochem, nie)
Nie pojadę tam więcej, sp......lili mi niedzielę.
Niby dziecko nie jest temu winne, ale no jak się na niego nie wkooooorwić!
Aj, nie chce mi się dalej pisać