0galia
05.03.09, 12:45
Dziewczyny, ja zasadniczo z tych podczytujących jestem, dzisiaj chciałabym jednak wygadać się.
Sprawa wygląda tak: mieszkam na obrzeżach jednego z większych polskich miast z mężem i córką w czteropokojowym mieszkaniu. Jeden pokój jest naszą sypialnią, drugi to tzw. pokój dzienny, trzeci to pokój młodej, czwarta klitka licząca ok. 8 metrów kwadratowych to taki gabinecik z dwoma kompami, biblioteczką i małym wyrem, w którym z racji charakteru pracy rezyduję głównie ja. Dodam, że bardzo silnie przywiązuję się do miejsc, muszę mieć poczucie autonomii i czegoś naprawdę swojego, co wynika najprawdopodobniej z tego, że w rodzinnym domu (mimo że jest bardzo duży) nigdy nie miałam swojego stałego pokoju, później przyszedł czas wynajmowanych mieszkań i dopiero cztery lata temu dorobiłam się czegoś naprawdę swojego. Ta mała klita daje mi właśnie takie poczucie i być może to śmieszne, ale jest to dla mnie miejsce niemalże święte.
Trzy lata temu zmarł mój ojciec, rok później mój brat wyniósł się na studia na drugi koniec Polski, moja matka została sama w wielkim domu, który częściowo jest zaadaptowany na pensjonat. Widzę jak się męczy, nie potrafi nad tą powierzchnią sama zapanować, sprzedać jednak go nie chciała argumentując to tym, że cytuję: "jest to jej i ojca spuścizna". Sytuacja się jednak zmieniła jakiś miesiąc temu. Spuścizna spuścizną, ale matka nasłuchawszy się wiadomości o rzekomej ogromnej wartości ziemi w okolicy, postanowiła dom sprzedać. Tu wchodzą jeszcze kwestie tego kto komu ile pieniędzy przy podziale, ale to mało istotne w tym temacie. Namówiłam ją, żeby rozejrzała się za kawalerką lub dwupokojowym mieszkaniem w swojej okolicy, bo przecież ma tam pracę, znajomych, część rodziny. I tu podniosła się histeria, bo moja mama doszła do wniosku, że przecież może zamieszkać z nami w mojej klicie, że kasa się nam przyda, że ona będzie opiekować się młodą, że milion innych że, które sprawią, że jej przeprowadzka to będzie cud i malina.
Zaoponowałam. Mąż zresztą też. Oberwało się nam, że jesteśmy egoistami, że to wszystko obróci się przeciwko nam itd. Wynikła z tego ogromna kłótnia, ona mi wyrzucała, że od zawsze byłam egoistką, że ona się tak starała, że myślała, że mnie wychowała na w miarę normalnego człowieka, który jej na starość przynajmniej szklankę wody poda... A to nie prawda. Z dzieciństwa pamiętam głównie jej chłód, podśmiewanie się ze mnie, kłótnie o pierdoły z ojcem, paplanie o moich najbardziej intymnych sprawach z dalszą rodziną, przerzucanie z pokoju do pokoju, bo mój pokój można było "letnikom" wynająć. Dziesięć lat spędziłam na poukładaniu się jako tako, wybaczyłam jej, o części rzeczy zapomniałam. Zresztą sama nigdy nie byłam ideałem, kawał zołzy ze mnie.
Do tej pory pomagałam, przyjeżdżałam do niej raz na dwa tygodnie, jakoś to funkcjonowało mimo większych czy mniejszych potknięć. Różni nas praktycznie wszystko, sposób wychowania dziecka, religia, albo też jej brak, co jest najczęstszym powodem awantur, nasz sposób życia. Matka zawsze miała tendencje do tego, żeby układać mi życie. Nie dałam się. Gorzej z moim bratem, który podporządkował się jej w sposób niemal absolutny.
I teraz nastała cisza, która mnie absolutnie cieszy. Ale to wszystko wróci. I tu rodzi się pytanie: co dalej? Ok, możemy się do siebie nie odzywać przez rok, czy dwa, wcześniej też bywały takie sytuacje. Ale co później? Przecież przyjdzie w końcu taki czas, że matka zrobi się niedołężna, ktoś będzie musiał jej pomóc. Kto? Ja, egoistka w ramach tego, że chcę mieć zdrowe, normalne małżeństwo i żyć po swojemu nie pozwolę sobie na to, żeby matka z nami mieszkała. Mój brat zaczyna wychodzić na prostą, samodzielnie uczy się żyć i myśleć w czym staram się mu pomagać. Tak, myślę o domu starców.
Szkoda mi po prostu tego wszystkiego. Szkoda mi jej, szkoda mi siebie, a najbardziej szkoda mojej młodej. Cieszę się, że przynajmniej teściową mam normalną. Taką, z którą z przyjemnością idzie się do knajpy i na wernisaż, która bryka z młodą po parku i robi najpiękniejsze kasztaniaki w cały mieście.
Przykro mi z powodu mojej matki. Mam nadzieję, że nie spieprzę nigdy w taki sposób relacji z moją córką.