nihiru
29.04.09, 15:25
dzisiaj robiłam zakupy w praktikerze za męża, bo się bidulek pochorował. no i
się okazało - że nie umiem odróżnić szybkozłączki z autostopem od bez
autostopu, nie wiem nawet jak się nazywa to ustrojstwo, które się wkłada do
ustępu żeby wodę spuszczać i jeszcze kilka innych kwiatków. i tak sobie
pomyślałam: jeżeli ja tego nie wiem, to z jakiej racji miałabym mieć pretensje
do męża, że nie umie odróżnić śmietanki od śmietany?
a refleksja ogólna jest taka: jak byłam młoda (a w każdym razie: młodsza

) to
byłam wojującą feministką, co to uważała że gotowanie i sprzątanie należy
dzielić po równo. małżeństwo trochę mi skorygowało poglądy: zgodnie z teorią
kosztów komparatywnych (kłania się wykształcenie ekonomiczne

)teraz uważam że
niech każdy robi to co umie najlepiej. i siłą rzeczy wyszło tak, że "babskie
roboty" wykonuję głównie ja, a "męskie" głównie on. pilnuję tylko, żeby panu
rączki do tyłka nie przyrosły i nie zapomniał, że koszule same z pralki nie
wychodzą, nie prasują się i nie wieszają w szafie.
czy jestem typem "taniej i niewymagającej żony" powielającej stereotypy, o
której mowa w wątku triss? może tak to wygląda z zewnątrz, ale u nas taki
podział ról się sprawdza najlepiej.
teraz czekam co będzie po pojawieniu siepierwszego dziecka, które podobno
"zmienia wszystk

"
------------------------------------
Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!