kawka74
13.05.09, 16:37
i można to dowolnie zniszczyć.
Taką mam refleksję po wieloletniej pracy z dziećmi.
Dzieciątka swoich flamastrów/długopisów/gumki/klocków czy czego tam jeszcze
bronią jak lwy, są gotowi zabić za zgubienie choćby skuwki od pisaka i
skrupulatnie sprawdzają stan piórnika.
Dobra. Rozumiem.
Natomiast własność wspólna, szkolna, może być rozsiewana dowolnie, niszczona,
deptana, porzucana, psuta. Dla dzieci 'wspólne' oznacza 'niczyje', a nie
'nasze'. Żadnego choćby cienia zażenowania z powodu połamanych, podeptanych
klocków czy pisaków. Gdyby ktoś próbował przedziurawić piłkę Stasia, Staś
dostałby spazmów i zadzwonił do matki, ojca, babki i na policję; po jakimś
czasie widzę tego samego Stasia dziubiącego cyrklem w piłce szkolnej.
Żeby to były przypadki osobnicze, ale to dzieci dbające o rzeczy szkolne są
wyjątkami.
Skąd to się, kurna, bierze?