wroblica_cwir_cwir
31.05.09, 01:42
Mam kuzyna, który wyruszył w świat (do Wielkiej Brytanii) w poszukiwaniu
szczęścia. Jest kelnerem w restauracji hotelowej, w takim markowym hotelu.
Przyleciał ostatnio do Polski w odwiedziny, a że jest chrzestnym jednego z
moich dzieci, to i nasza rodzina znalazła się w planie wizyty.
Zaprosił dzieci (oraz mnie i Wróbla) na lody do kawiarni.
Moja czteroletnia córeczka zalicza się do tych żywych dzieci, które usiedzą w
miejscu maksimum 10 minut, więc ciężko mi było utrzymać ją w jakimś
cywilizowanym zachowaniu i ledwo skończyła swoje lody, wyszłyśmy na zewnątrz.
Wracając do domu, westchnęłam kuzynowi, że jestem na razie skreślona w tej
kawiarni, a on popatrzył na mnie dziwnie i powiedział: "Przecież się starałaś".
Od słowa do słowa, opowiedział mi, jak to wygląda od strony personelu, bo jego
hotel jest nastawiony na rodziny z dzieckiem. W restauracji są wysokie
krzesełka dla maluszków i poza kartą mają czekoladę na gorąco.
I powiedział mi tak: jak rodzice pozwalają, żeby dziecko robiło syf przy
stole, albo żeby łaziło po całej sali, to oczywiście nic nie mogą zrobić (poza
zwróceniem uwagi, że łażenie może być DLA DZIECKA niebezpieczne, bo noszą
gorące rzeczy), ale zapamiętują. Ale jak rodzice próbują jakoś nad dzieckiem
zapanować i widać, że jest im głupio, że mają dzikusa/łazęgę/bałaganiarza, to
personel jest taki, że do rany przyłóż. I pomoże w miarę możliwości. A takim,
co myślą, że jak płacą, to dziecko może wszystko, nie ułatwiają niczego.
"Gorąca czekolada?" - "Przykro mi, akurat nie ma, może jutro". I inne
drobiazgi. Wszystko zgodnie z procedurą. Ale jak rodzic raz ruszy się za
maluchem, który wywędruje, to co drugi raz może posiedzieć, bo obsługa go zastąpi.
Powiem, że mi ulżyło trochę, jak to usłyszałam.