ipola
10.07.09, 09:21
Kiedy urodziła się pierwsza córka, mieliśmy z mężem po 24 lata. Dziś wiem, że
to było bardzo wczesne rodzicielstwo, ale byliśmy po ślubie, wcześniej wiele
lat ze sobą i zostaliśmy też rodzicami. Było mi trudno odnaleźć się w roli
matki - po zagrożonej ciąży, przedwczesnym porodzie i komplikacjach
zdrowotnych wcześniaka. Ale byłam szczęśliwa, że w końcu wszystko dobrze się
skończyło. Dobrze sobie radziłam. Z córką zawsze miałam wspaniały kontakt, tak
jest do dziś, a ma obecnie 12 lat. Problem leży w mężu. Jako bardzo młody
mężczyzna jakoś nie potrafił nawiązać silnej więzi z córką. Dziś sam to widzi,
bo kiedy urodziła się druga córka, oboje byliśmy po trzydziestce i jego więź z
małą jest zupełnie inna. Jest wobec niej bardziej czuły. Starszą córkę ciągle
krytykuje, jest wobec niej oschły, a na skutek jego stosunku do niej, ona też
odwzajemnia tym samym. Widzę to nierówne traktowanie dzieci, choć kocha
obydwie bardzo, troszczy się, ale nie okazuje uczuć starszej. Powiedziałam mu
o tym, a on zdaje sobie sprawę, że zaniedbał kontakty ze starszą córką we
wczesnym dzieciństwie. Powiedział mi, że dopiero, gdy urodziła się druga
córka, poczuł, że dojrzał do ojcostwa, że facet powinien zostawać ojcem
dopiero po trzydziestce. Starsza córka jest wierną kopią swego ojca. Tak się
chciałam wygadać.