Moment śmierci związku

26.08.09, 22:16
Chodzi mi o jeden moment, sytuację
kiedy poczułyście, że "tego" związku nic już nie uratuje
taką kroplę, która przepełniła szklankę
u mnie to było paradoksalnie
kiedy kolega kupił mi kwiaty
bo wiedział że lubię
a mnie na nie stać
i wtedy do mnie dotarło
że mąż by nigdy tego nie zrobił
i nie warto
    • dorisw1978 Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:25
      żartujesz chybawink

      opuszczałabym męża już 128 razy...
      • epistilbit Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:29
        e nie żartuje
        w naszym związku bardzo kiepsko było
        nie mieszkaliśmy razem nie sypialiśmy razem itp
        chodziliśmy na terapię która nic nie dawała
        zawsze moment rozstania przesuwałam o te 2-3 miesiące
        bo może coś lub ktoś się zmieni
        i ta głupia pierdoła dała mi do myślenia że nic absolutnie nic się nie zmieni
        • fabryka.lodow.napatyku Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:34
          a jakby Ci te kwiaty kupil, to zwiazek by nie umarl
          farmazonisz
          • epistilbit Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:39
            mozliwe big_grin
            ja zawsze potrzebowałam impulsu do dzialania
            inaczej trwałabym w tej chorej sytuacji do konca swiata
            a na to zycia szkoda
            jakby kupil to by dostal kolejne 2-3 miesiace i tak w kolko
            wink
            • dorisw1978 Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:43
              no i dobrze, wolnaś, niezależnaś, u mnie to już po ptokach, 2 dzieci
              przy boku, czasem to bym tego mego małża razem z tymi skitranymi w
              czystych ciuchach skarpetami za drzwi wystawiła (ale tego nie
              zrobię, bo bardzo go kocham, choć kwiatów nie kupuje, za to książki
              owszemsmile
            • latoya25 Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 11:32
              Moment śmierci związku

              Jak nie chciał wstać w nocy do Dziecka smile smile)
          • brak.polskich.liter Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 10:53
            fabryka.lodow.napatyku napisał:

            > farmazonisz

            NIE farmazoni.
            Te cholerne kwiaty to byla kropla, ktora przepelnila czare czy tam inne wiadro.
            Pstryk, blysk, moment jasnosci, ze krol jest nagi.
            Bywa i tak.
            • triss_merigold6 O toto 27.08.09, 11:21
              Moment w którym uświadamiasz sobie, że już NIC się nie zmieni i
              można w kanale tkwić albo ewakuować się natycmiast.
        • agazagie Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 11:48
          Mój pierwszy poważny związek trwał 7 lat (od III klasy LO do końca studiów). Na
          każde spotkanie kwiatki, czekoladki i tym podobne duperelki. Na studiach
          mieszkaliśmy razem i rodzina już od dawna nasłuchiwała kościelnych dzwonów. No
          ale... On miał wizję powrotu na stare śmieci (malutkie miasteczko - wcale nie
          urokliwe), rozmnożenie i względna egzystencja. To nie było po drodze z moją
          wizją - na dzieci byłam za młoda, wolałam zostać w większym mieście (a właściwie
          to od zawsze moim marzeniem była przeprowadzka do Poznania). No i kiedy zostałam
          sama na studiach (on skończył rok wcześniej i wedle własnego planu wrócił do
          rodzinnej miejscowości) to zrozumiałam, że jak z nim zostanę to wyląduję na
          zadupiu, bez szans na jakikolwiek rozwój, z dzieciakami u spódnicy i stanę się
          zgorzkniałą, zrzędliwą i nieszczęśliwą babą.
          Cztery lata czekałam na swoją prawdziwą miłość. I mimo, że kwiatów mi nie
          przynosi (twierdzi, że to takie nieromantyczne iść do kwiaciarni i że będzie mi
          przynosił kwiatki jak spotka jakąś kwiaciarkę po drodze, to będzie taki impuls,
          takie "szaleństwo" - pomijam juz fakt, że o tych kwiatkach by nie pomyślał nawet
          jakby się o tę kwiaciarkę potknął) to i tak wiem, że to jest TO. No i mieszkam w
          Poznaniu wink
      • shellerka Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:05
        hehesmile dokładniesmile
        jakby mój związek miał umierać za każdym razem jak się jakiś "kolega" przypałęta
        z romantycznymi bądź też czysto erotycznymi propozycjami, to nie wiem, czy
        wogóle dalibyśmy radę do ślubu dociągnąćbig_grin

        mnie tam tacy koledzy potrzebni jak tlen wprost. i wg mnie bardzo dobrze
        działają na jakość związku, bo wprowadzają ducha konkurencjiwink
    • lisbeth25 Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:44
      Hmmm, zaraz Cię zakrzyczą... bo na tym forum jest tradycja trzymania
      faceta rękami, nogami i tyłkiem. Zdradza, nie dba, pije- nieważne,
      byleby był.
      • verdana Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 22:57
        A ja uważam, ze to co napisałas daje do myślenia. Końcem zwiazku
        wcale nie musi byc awantura, zdrada, mordobicie, tylko uswiadomienie
        sobie - chocby wlasnie po takim drobnym gescie kolegi - że moglo by
        byc inaczej. I że nie będzie.
        Czasem nawet zdrade można jakos przebaczyć. A nagła swiadomość, ze
        mąż nigdy nie pomysli, żeby zrobic żonie najdobniejsza przyjemność -
        to definitywny koniec.
        • mamaemmy Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:08
          verdana napisała:


          > Czasem nawet zdrade można jakos przebaczyć. A nagła swiadomość, ze
          > mąż nigdy nie pomysli, żeby zrobic żonie najdobniejsza przyjemność -
          > to definitywny koniec.

          oto to!
          Moge się podpisac rękami,nogami,wszystkim smile
          Pod kwiatami tez...
      • lila1974 lisbeth25 27.08.09, 08:11
        To my chyba jakieś dwa różne fora czytamy tongue_out
    • 18_lipcowa1 Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 23:04
      ciezko stwierdzic
      w ostatnim moim zwiazku przed malzenstwem
      to byl moment kiedy pan po raz kolejny olal mnie w rozmowie
      banalne
    • cielecinka Re: Moment śmierci związku 26.08.09, 23:12
      Wiem o co Ci chodzi smile
      U mnie takim zapłonem do zerwania był bowling.
      Mój eks namiętnie grał w kręgle. Problem polegał na tym, że nie miał prawa jazdy
      i zmuszał mnie żebym go na te kręgle woziła (bo kule ciężkie plus osprzęt itd)
      Dodam, że obydwoje pracowaliśmy na kontraktach nie widując się po 3-4 miesiące ,
      wracaliśmy do kraju gdzie spędzaliśmy razem 2-3.5 miesięcy wakacji razem ,a
      potem znów do pracy.
      No i kiedyś mi przedłużyli kontrakt, jemu skrócili w efekcie miał sam siedzieć w
      domu czekając na mnie miesiąc.Dzwonie do niego i mówię ,żeby może ten miesiąc w
      takim razie jakoś wykorzystał, poszedł zrobił kurs ( w pracy go męczyli , bo
      chcieli go awansować , a brakowało mu jednego papierka) , albo jeszcze lepiej
      niech prawo jazdy zrobi.
      A on mi na to,że nie. On jedzie do domu i ten cały miesiąc zamierza spędzić
      doskonaląc swoje umiejętności gry w kręgle. Na kręgielnie będzie dojeżdżał
      taksówkami. I wtedy do mnie dotarło ze żyję nie z facetem, ale z chłopcem.
      Pojawiła mi się wizja , jak mam 70 lat i dalej go wożę na te cholerne kręgle ,
      bo on nie ma czasu prawka zrobić, ani cokolwiek innego. Nigdy nie mamy dzieci,
      bo on sam jest dzieckiem wiec jak się rozmnożymy to ja będę się musiała zajmować
      dzieciakiem i nim. Bo on miał wizje tylko dobrej zabawy, a reszta była mu obojętna.
      Spędziliśmy razem 5 lat. Naprawdę było super, nie chciał mi wierzyć,ze roztajemy
      sie z powodu kręgli smile



      https://i39.tinypic.com/2dtsndg.gif
      • panna.w.paski Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 04:05
        To była jedna z wielu sytuacji, rozstanie przyszło jakiś czas później.
        Miałam jakiś ciężki dzień, napisałam wieczorem - ok. 22 sms-a do swojego
        ówczesnego faceta i do mojego dobrego znajomego. O tym, że jest mi do dupy, że
        potrzebuję pociechy/przytulenia itp. (oczywiście, do faceta jednak bardziej
        osobisty sms, opatrzony dwukropkami i gwiazdkami, do znajomego nie).
        Dźwięk przychodzącej wiadomości rozległ się niespełna 5 minut później. Parę
        słów, coś dowcipnego, co sprawiło, że od razu poczułam się lepiej.
        Najgorsze było to, że w momencie, gdy sięgałam po telefon, wiedziałam, że
        odpisał ten mój znajomy, a nie mój facet.I że on nie odpisze ani teraz ani jutro
        - nie dlatego, że mnie nie wspiera, ale dlatego, że nie wspiera mnie w ten
        sposób, którego ja potrzebuję od mężczyzny. Nie pisze sms-ów, nie kupuje
        kwiatów, rzadko mówi,że kocha.
        Kocha i wspiera na swój sposób a mi to nie wystarcza.Mimo wielu prób nie jestem
        w stanie tego zmienić - i zgodnie z zasadą "żyj i daj żyć innym" dalsze trwanie
        w takim związku nie ma sensu.
        Możliwe, że kobiety z większym doświadczeniem związkowym skrzywią się i
        stwierdzą, że to nie jest najważniejsze na świecie. Nie jest - ale mi cholernie
        potrzebne.

        Ten ból, który poczułam wtedy i ..to gorzkie uświadomienie sobie tego faktu, że
        to NA PEWNO NIE ON w jakimś stopniu przyczyniło się do tego, że nie jesteśmy już
        razem.

        I..

        Po wielu zawirowaniach z owym "znajomym" weszłam na wyższą stopę zażyłości - i
        poza wieloma innymi rzeczami mam wreszcie te swoje sms-y, kwiaty i czułe słówka.
        Dopięłam swego wink
        • annie_laurie_starr Re: Moment śmierci związku - panna w paski 27.08.09, 09:06
          Oj gdyby wszystkie kobiety mialy takie momenty jasnosci w zwiazku nie byloby
          tylu nieszczesliwych zwiazkow - gratuluje dobrej decyzji.
      • lila1974 cielęcinko 27.08.09, 08:13
        gratuluję refleksu smile
        • cielecinka Re: cielęcinko 27.08.09, 13:07
          A dziękuję smile
    • gacusia1 A ja Cie doskonale rozumiem 27.08.09, 04:07
      Bo te kwiaty to tylko taki symbol,taki "znak". Fakt,u mnie to byl
      raczej bardzo namacalny znak,podparty obdukcja lekarska,no
      ale...
    • morgen_stern Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:00
      Kiedy wyobraziłam sobie, że żyję z tym właśnie facetem, tym jedynym, na wsi,
      gdzie sobie wymarzyliśmy i zobaczyłam swoje życie takie, o jakim rozmawialiśmy i
      jakie niby miało być, nagle uderzyło mnie, że to wszystko bujda, to nie jestem
      ja, mnie tu w ogóle nie ma, tylko jakieś jego wyobrażenie mnie i że nie dam rady.
      No i bez kobiet? smile No way smile
      • annie_laurie_starr Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:10
        Nie wiem czy jak to jest, bo ja jestem taka uparta, ze chyba nawet w momencie
        śmierci związku probowalabym reanimacj na IOMIE.
        • joanna35 Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 11:11
          W ktorymś momencie(po 3, 5, 10, 15 próbie reanimacji) nachodzi
          reaminującego refleksja, że kolejna nie ma sensu, że trzeba ratować
          siebie, jeżeli chce się jeszcze dobrze żyć.
        • triss_merigold6 Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 11:28
          Super ale po co? W pewnym momencie już po prostu szkoda czasu i
          cennej energii, trzeba zadbać o siebie.
    • shellerka Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:20
      pierwszy poważny narzeczony - w momencie kiedy ja wybierałam się na studia i
      planowałam wielką karierę, oznajmił mi, że jemu tytuł technika wystarczy -
      będzie pracował w sanepidzie i brał łapówki, dzięki czemu zapewni nam super byt.
      I torpedował moje plany pięcia się w górę....
      Podziękowałam, mimo ogromnego żalu - rozsądek zwyciężył.

      drugi poważny narzeczony - ja kończyłam licencat, on w tym samym czasie bronił
      tytułu mgr, byliśmy piękni, młodzi, oboje mieliśmy dochody, on jedynak mieszkał
      z mamą w dość dużym domu, ja od jakiegoś czasu - zdaje się od zaręczyn -
      proponowałam wspólne wynajęcie mieszkania na tzw. okres sprawdzenia się w roli
      przyszłej żony. wykręcał się samotną rodzicielką, że jej by było przykro, że
      jeszcze nie. ja chciałam już rodzinę, dziecko, plany itp., on ciągle się wahał..
      w końcu oznajmił mi, że nie możemy na razie się pobrać, bo on wybiera się na
      kolejne studia - dziennikarstwo - gdyż jego marzeniem jest pisanie artykułów do
      gazet motoryzacyjnych.
      dość szybko zabrałam więc swoje zabawki i oddaliłam się na swoje podwórko.
      byłe małżeństwo - no cóż związek nawet nie zdążył się dobrze narodzić, więc
      śmierć przyszła naglebig_grin
      reszta związków raczej od początku skazana była na porażkę i nie traktowałam ich
      jako coś trwałego, mimo że trwały po kilka - kilkanaście miesięcy.

      małżeństwo obecne raczej objawów umierania nie wykazuje. odpukać.
      • a.nancy Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:27
        > będzie pracował w sanepidzie i brał łapówki, dzięki czemu zapewni nam super byt

        to jest cudne
        pierwsze miejsce w kategorii "romantyczne planowanie wspólnej przyszłości"
        big_grin
        • mamaemmy Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:44

          a.nancy napisała:

          > > będzie pracował w sanepidzie i brał łapówki, dzięki czemu zapewni nam sup
          > er byt
          >
          > to jest cudne
          > pierwsze miejsce w kategorii "romantyczne planowanie wspólnej przyszłości"
          > big_grin

          Przebije!

          Mój jeden eks stwierdził,że .."przeprowadzimy się do Szwajcarii bo tam jest
          dobry socjal "big_grinDDDDDDDD

          >
          • annie_laurie_starr Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 10:17
            Chyba jednak sanepid i lapowki jest lepszy niz Szwajcaria. Szwajcaria i socjal
            to zyciowy pragmatyzm, a lapowki to ryzyko kryminalu.
    • echtom Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:54
      " - Kiedy powód zrozumiał, że żona go już nie kocha?
      - To było tak: poślizgnąłem się i spadłem do piwnicy, a ona
      krzyknęła, żebym przyniósł ziemniaki, jak już tam jestem."
      • koralik12 echtom 27.08.09, 11:40
        Dawno mnie tak żaden żart nie ubawił big_grin big_grin
        • wimperga Re: echtom 29.08.09, 22:16
          koralik12 napisała:

          > Dawno mnie tak żaden żart nie ubawił big_grin big_grin


          mnie też, dziękismile
    • anmoko Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 09:57
      Bylam z facetem lacznie 5 lat, w tym prawie 3 razem mieszkalismy.
      Przeprowadzilam sie do neigo, do innego miasta, inni znajomi, praca,
      itd. Szczerze mowiac od poczatku fajnie nam bylo glownie na
      wakacjach, ale myslalam sobie wtedy, ze moze ja jestem taka zimna i
      cos jest ze mna nie tegos... smileOd kochal strasznie, oswiadczal sie
      kilkakrotnie, marzyl o wspolnej przyszlosci. Wahalam czy go
      zostawic czy nie.(Decyzja nie byla latwa rowniez z przyczyn
      organizacyjnych) Kres przyszedl nagle: kiedy on wrocil pijany z
      meskiej imprezy i zrobil mi awanture, ze go oszukuje, nie kocham
      itd. Wtedy naprawde przejrzalam na oczy, doslownie jakby mi jakies
      klapki opadly i w nocy, kiedy wreszcie padl postanowilam, ze
      wyjezdzam.
      Aha, wszystko jest jednak ze mna jak najbardziej ok, obecnego meza
      pokochalam miloscia wielka i zapragnelam przezyc z nim zyciesmile
    • broceliande Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 12:11
      Nie mam takich doświadczeń. Nadal jestem w pierwszym poważmym
      związku.
      Mamy znajomego, który szybko się zakochał, szybko ożenił, a potem
      szybko przestali się dogadywać.

      Spotkaliśmy go kiedyś w parku. Nie był smutny. Powiedział "Już mi
      się z nią nawet nie chce gadać". I mnie zmroziło. Żadna złość, żal,
      tylko taka obojętność.
    • zebra12 U mnie to była... 27.08.09, 12:26
      ... trzecia ciąża...
      Wciąż mu dawałam szansę, prosiłam by pogadał z psychologiem. A on nic i nic.
      Dziećmi się nie interesował, czasem nie widział się z nimi miesiąc. Był coraz
      częściej agresywny, groził. Przebąkiwałam raz po raz o rozstaniu. On nie chciał
      o tym słyszeć. Gdy on przychodził do domu, ja wychodziłam, bo nie chciałam z nim
      być, gadać i znów być zmuszaną do seksu. W końcu pewnego dnia stało się: byłam w
      domu, dzieci u babci... Nie będę się wdawać w szczegóły. W każdym razie była z
      tego ciąża, a on, gdy tylko się dowiedział, oświadczył z triumfem: teraz ode
      mnie nie odejdziesz...
      Wtedy się we mnie zagotowało, puściły nerwy, poczułam się mocna i pewna swego.
      Wiedziałam już, że NA PEWNO odejdę i to najszybciej jak się da. W grudniu
      urodziłam córeczkę, a w styczniu już byłam u prawnika pisać pozew. Równe dwa
      lata od urodzenia się Basi, dostałam rozwód smile
      • gryzelda71 Re: U mnie to była... 27.08.09, 12:29
        To po co z nim ciągle jesteś?
        • zebra12 Jestem nie z znim, tylko obok 27.08.09, 12:36
          On jest ojcem moich dzieci. Staram się, by miały z nim dobry kontakt i by pan
          tatuś też mógł się wykazywać. I wykazuje się duuuuuuużo lepiej niż, gdy byliśmy
          razem. Dlatego stosunki między nami uległy poprawie.
      • shellerka Re: U mnie to była... 27.08.09, 12:31
        o kurde... długo się ciągnął ten rozwódsad
        dobrze mu tak wink
    • ala.81 Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 13:06
      ja reanimowałam X razy
      trwało to łącznie 6 lat

      pewnego dnia mój pan nie pojechał ze mną na wesele kuzynki, bo "nie miał
      garnituru" hehhe, no super wymówka wink nie miał go rzeczywiście, bo "wyrósł" z
      poprzedniego ale gdyby bardzo chciał ze mną jechać to by sobie nawet pożyczył od
      kumpla - no ok, nie miał i nie jechał, spoko czoko smile

      no i na tym weselu właśnie poznałam innego pana, lovelasa i bajeranta,
      zatańczyliśmy ze 2 razy aż tongue_out póżniej pan zniknął gdziesz w tłumie innych pań.
      Ja o panu zapomniałam na imprezie i bawiłam się z innymi panami. A rano po
      weselu od nowego pana dostałam sms-a o takiej treści, że o mało nie padłam z
      wrażenia. Ten sms uświadomił mi że z moim starym panem nie chcę już być, feeee
      ja nie chce go widzieć - ale jeszcze miałam na tyle rozumu by powiedzieć mu to w
      4 oczy. Wiedziałam, ze ze starym panem nie bede na pewno, niezaleznie czy ten
      nowy bedzie mnie chcial czy nie.
    • princy-mincy Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 13:49
      gdy facet, z ktorym od jakiegos czasu prowadzilam dlugie dyskusje na
      temat ilosci i czestosci spozywania alkoholu, przyszedl sobie do
      mnie do domu po 2 piwach (przyjechal samochodem) nie widzial w swoim
      postepowaniu niczego niewlasciwego i jeszcze na mnie nawrzeszczal,
      ze mu problem wmawiam

      a ja zobaczylam go oczami wyobrazni jak z radosci upija sie po
      narodzinach naszego dziecka i albo nawalony przyjezdza do szpitala
      nas odebrac albo nie pojawia sie wcale bo tak sie cieszyl ze sie w
      trupa zalal uncertain

      nigdy nie zalowalam tej decyzji
      • ala.81 Re: Moment śmierci związku 27.08.09, 14:17
        na położnictwie widziałam 2 takie elementy uncertain
        • dorisw1978 Re: Moment śmierci związku 28.08.09, 00:33
          byłam kiedyś z facetem, od którego cieżko było mi odejść z paru
          względów, o których nie będę się tu rozpisywać...

          takim momentem były święta Bożego Narodzenia - miał przyjechać do
          mnie w drugi dzień świąt, a ja chcialam go sprawdzić, zadzwoniłam i
          mówię:"Aaa, może nie przyjeżdżaj, tak śnieg sypie, po co będziesz
          się tłukł w taką pogodę"
          na co mój pan:"no rzeczywiscie, nie chce mi sie ruszać, takie
          warunki na drodze"

          i juz wiedziałam, że pozamiatanesmile
    • lejla81 Re: Moment śmierci związku 28.08.09, 14:29
      Z byłymi to nie pamiętam, a z obecnym rozstaję się już ponad pół
      roku, bo naszego syna mi żal. Pierwszy raz pomyślałam, że nic z tego
      nie będzie już po trzech miesiącach chodzenia, bo odkryłam, że
      strasznie flirtuje przez Internet. Ale człowiek, jak się zakocha, to
      taki durny jest, zaślepiony, wszystko wybacza... Na podstawie
      zachowań mojego, to można by poradnik napisac - jak nie należy
      postępowac ze swoimi kobietami. Nie ma ani kwiatów, ani pomocy w
      domowych obowiązkach, ani seksu, za to często złośliwości, przykre
      słowa, a nawet coś więcej. A ja jak głupia reanimuję i reanimuję.
      Ale już sobie powiedziałam (i jemu też), jeszcze raz usłyszę, że
      jestem "jeb...ta", to to już będzie koniec. I tak szczerze, wyznam
      Wam, że mam nadzieję, że to powie.
    • agaguru Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 00:28
      Jak przestalam plakac. Cos we mnie peklo i obojetnie co by zrobil
      albo czego by nie zrobil nie poleciala mi ani jedna lza. Nawet jak
      mi bylo bardzo smutno i na maksa chcialam bardzo sie wyryczec nie
      moglam.
    • ollele Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 00:43
      a ja cały czas mam nadzieję, że ta kropla nie spadnie
    • swie-tlik przy myciu zębów 29.08.09, 18:29
      kiedyś stałam sobie jak zawsze wieczorem w łazience myjąc zęby i coś mnie tknęło...
      spojrzałam na niego, siedział w wannie z książką

      pomyślałam wtedy, że nigdy nie chciałabym aby ten facet był ojcem moich dzieci -
      i to był moment w którym "odeszłam" od niego

      mieszkaliśmy razem jeszcze 0,5 roku, on myślał, że ma dziewczynę a ja już byłam
      sama...
    • mvszka Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 18:41
      o ja miałam taki moment. Jedno zdanie usłyszałam ( nic obrazliwego
      ani wulgarnego) od pana jak leżeliśmy w łóżku wieczorem. Po prostu
      zamilkłam, bo już wiedziałam ,że koniec. A on wyczuł ,na drugi dzień
      kwiaty, łzy (jego). A ja nic- po tym co usłyszałam-spakowałam się i
      bye.
      Przy czym dodam ,że nie bardzo między nami było już od pół roku
      wcześniej
    • nangaparbat3 Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 18:55
      Wyjeżdżalam z dzieckiem wcześnie rano pociagiem, jeszcze wieczorem umowilismy
      godzinę, o ktorej mam byc na dworcu - jechalam jako opiekunka z uczniami na
      oboz i powinnam zjawic sie na dworcu jako pierwsza, a on się guzdral, guzdral,
      na moje prosby reagowal obrazą (cieżką), ja byłam potwornie zdenerwowana i
      zawstydzona, ze sie spoxniam - pomyslalam wtedy, że nie majac męża wezwalabym
      taksówkę i wyjeżdżala z radoscią, nie w stresie.
      To bylo calkiem podobne do Twojej historii z kwiatami, takie nic - a jednak.
      Po rozwodzie jeżdżę wlasnym samochodem, a on jesli ma nas gdzieś powieźc, jest o
      wiele bardziej punktualny i uprzejmywink
    • setia Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 21:20
      chyba właśnie nadszedł. reanimuję ten związek już od 5 lat (od narodzin starszej
      córki), a może i dłużej, bo znalazłam dziś jakieś zapłakane zapiski jeszcze z
      okresu ciąży i ciągle jest źle, albo jeszcze gorzej.
      niedawno mieliśmy bardzo trudną sytuację i mąż nagle wyjątkowo stanął na
      wysokości zadania; przez chwilę był tak czuły, opiekuńczy i przyjazny, że wydało
      mi się, ze to on z dawnych lat, że jeszcze może być nam tak dobrze jak dawno
      temu. taka radość mnie ogarnęła, ze nie mogłam w nocy spać. a tu rano jak gdyby
      nigdy nic (czyli jak co dzień) mąż wyskoczył na mnie z paskudnymi inwektywami o
      jakąś bzdurę. takiego rozczarowania chyba w zyciu nie przeżyłam sad
    • niiikaa Re: Moment śmierci związku 29.08.09, 21:57
      Kiedy dotarło do mnie, że małż nie jest mi już do niczego potrzebny.

      Zawsze przejmowałam się jak gdzieś wyjeżdżał i nie dzwonił, że dojechał (była w
      rodzinie nieciekawa historia związana z wyjazdem i od tamtej pory stałam się
      nerwowa), że nie informował, że się spóźni ( a ja nie znoszę niepunktualności),
      że nie zajmuje się Młodym, że zmęczony, że go głowa ( ewentualnie coś innego
      boli). I pewnego dnie powiedził mi coś co sprawiło, że to wszystko nie miało już
      znaczenia.
      • przepio Re: Moment śmierci związku 30.08.09, 01:48
        Poważny narzeczony, ja zakochana na maxa i on nagle wyskakuje z propozycją,żeby
        tak bardzo poważnie nie traktować naszego związku- mamy być razem, ale jakby
        osobno. To było pierwszym krokiem. Pół roku później miał zadzwonić i ja, jak
        zwykle, czekałam przy telefonie, a on nie dzwonił. Zadzwonił za to dobry kolega,
        który wczesniej zapowiedział,że to zrobi. To był drugi krok. W tym momencie
        pomyślałam,że moje życie będzie zawsze czekaniem i niepewnością. Wczoraj
        obchodziłam z owym dobrym kolegą 17-tą rocznicę ślubu...
        • volta2 Re: Moment śmierci związku 30.08.09, 10:19
          to u mnie było dosłownie jak w tytule wątku...
          przyjechał tata do domu w piątek rano, i powiedział, że mój ówczesny
          m nie żyje. i to był moment śmierci naszego związku...

          rozpaczałam długo, ale w sumie życie ułożyło mi się fajnie całkiem.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja