olang
27.05.04, 10:21
Chyba jestem z innej epoki, dziewczyny na szkole rodzenia patrzą na mnie jak
na ufoludka: jak to, nie rodzisz z mężem? Dlaczego?
Dzwonię,żeby zapisać się do rzeczonej szkoły i pytam, czy ta szkoła jest z
ukierunkowaniem na poród rodzinny, a pan mi na to,że samotne panie też
zapraszamy! Na litość boską, akurat nie jestem samotna, mam dobrego i
kochającego męża, ale jakoś nie czuję potrzeby pokazywania mu rozprutego
krocza ani też nie odczuwam potrzeby, za przeproszeniem defekacji w jego
obecności (bo przecież wszystko może się zdarzyć), czy to oznacza,że jestem
dziwna? Skąd ta oczywistość rodzenia z mężami? Na litość boską, nie skręcam
szafy, nie naprawiam cieknących kranów i nie obchodzi mmnie który kabel jest
od czego, a mąż nie musi odbierać porodu! To jest babska rzecz, moim zdaniem,
i wcale nie uważam,żeby to, co myślę oznaczało,że mam złe relacje z mężem,
czy też chcę go pozbawić więzi z dzieckiem i zmonopolizować dostęp do
maleństwa. To nieprawda! Myślę jednak,że rodzenie to kobieca tajemnica i tak
powinno pozostać. Mam jednak wrażenie, że tylko ja tak myślę, wszystkie
dziewczyny, które znam i nie miały cesarki rodziły z tatusiami albo
zamierzają, i o dziwo (tego już nie rozumiem, sorry), nawet jeśli łączy je
dość luźna relacja z partnerem , zktórym po prostu wpadły. Czemu to ma
służyć? Zachęcić go? Czy może pokazać sukinsynowi "co mi zrobił"?