tepsa_5
31.07.05, 22:26
MOże jakiś facet (mąż) mnie oświeci, bo nie wiem. Mój mąż odkąd awansował
potrafi mówić tylko o pracy. Słyszycie? Mówić nie rozmawiać. I my w naszym
małżeństwie tylko do siebie MÓWIMY nie ROZMAWIAMY. Czy w każdym małżeństwie z
13-letnim stażem tak jest. Ale od początku!:
Gdy się pobieraliśmy w 1992 roku byłam pełna obaw. Nie potrafiłam sprecyzować
tak do końca swoich uczuć. Mąż mnie kochał-to wiem na pewno. Uczucia
sprecyzowały się bardzo konkretnie. Pokochałam Go szczerze za to jakim był
człowiekiem. Dobrym, uczuciowym, wrażliwym na krzywdę innych i zawsze gotowy
do pomocy innym ludziom. Był moim PRZYJACIELEM. Przez wiele lat nie mieliśmy
dzieci. Latał na te wszystkie badania, testy, robił wszystko co mu kazałam,
ja i lekarze. W 2003 roku urodziła się Córcia, a 3 miesiące temu Synuś. Od
urodzenia Córci już coś zaczynało być "nie halo". Nie potrafiłam się z Nim
dogadać, mieliśmy inne poglądy na wychowanie dzieci. Jak byłam w 5 miesiącu
ciąży, w dniu pogrzebu Babci z którą mieszkaliśmy potraktował mnie jak
śmiecia. Nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć o co poszło (chyba mi
się włączyła jakaś psychiczna blokada). Pamiętam tylko straszny ból w duszy,
swój płacz i spazmy. W 2004 roku awansował na wyższe stanowisko. I od tej
pory mój mąż zmienił się nie do poznania. Praca tylko na noce. Przychodził
rano zmęczony, kładł się spać. Spać w dzień nie mógł, bo nie był
przyzwyczajony. Wstawał zmęczony i ... naburmuszony. Jak o coś go
poprosiłam,żeby pomógł przy Małej robił to z wielką łaską i miną udzielnego
księcia. Jak pytałam co się dzieje zawsze słyszałam burknięcie "NIC..".
Kurczę, czy normalny, kochający facet nie powinien powiedzieć "nic, kochanie
jestem po prostu zmęczony" albo jakoś tak. Nie wspomnę, że wogóle przestał
się interesować dziećmi, tym jak im (nam) minął dzień, co robiliśmy. Miałam
do kitu wyniki po drugim porodzie (nadżerka, torbiel i takie tam). Wiedział,
że ide do gina, który mi powie co dalej. Nawet słowem się nie zapytał. Co i
rusz rozwalał mnie na łopatki jakimś swoim tekstem. A na drugi dzień, jakby
nie zdawał sobie sprawy, że sprawił mi przykrość chciał się kochać.
Przedwczoraj miałam naprawdę fatalny dzień. Mały ryczał pół dnia-nie
wiedziałam co się z nim dzieje, ten straszny upał, Mała miała atak złości
dwulatka. Jak mąż przyjechał z pracy ja trzymałam ryczącego Małego na rękach
i sama ryczałam. Wszedł zapytał co się stało. Naprawdę nie byłam w stanie
odpowiedzieć, bo miałam ogromną gulę w gardle. Córcia odpowiedziała "Jobać,
tatko,płacią", na co mój ukochany mąż powiedział "to niech płaczą" i wyszedł.
Normalnie mnie zastrzelił!! Ależ było mi przykro. CZy nie powinien podejść,
przytulić, dopytać? A ja tak chętnie bym się schowała w jego ramionach!
Następnego dnia miał lepszy humor no i chciał się kochać, na co ja
oczywiście, pamiętając wczorajszy tekst, się nie zgodziłam. I nie chodzi w
tym momencie o karę. Ja po prostu nie chciałam się z nim kochać, bo mnie
zranił, bo sprawił mi przykrość, bo gdyby mnie NAPRAWDĘ kochał inaczej by
zareagował na tę sytuację. Kobiety tak mają-jak nie gra psychika to i fizyka
do bani.
Już od kilku dni zbierałam się na rozmowę o naszym małżeństwie. Dosyć mam
niedomówień i żalów do Niego. Dzisiaj zapytałam czy możemy chwilę porozmawiać
czy idzie spać. "Idę spać" burknął i ...poszedł. A mnie zatkało! CZy
kochający mąż nie powinien chociaż zapytać o czym chcę porozmawiać? Kiedyś
jak zapytałam dlaczego nie chce ze mną porozmawiać na jakiś teamt
usłyszałam "nie, bo nie" (!?). Boję się, że tym razem też to usłyszę.
Ech, rozpisałam się. Przepraszam. Ale może ktoś mi doradzi jak nauczyć
Starego Męża ROZMAWIAĆ?! Jak mówić, żeby rozumiał? Panowie, jak z Wami gadać?
A Panie-może miały jakieś podobne doświadczenia? Poradźcie! Pozdrwaiam