Gość edziecko: Rena27
IP: *.*
14.07.02, 08:34
Poznalismy się w czerwcu 2001 roku. W kwietniu 2002 okazalo się ze jestem w ciazy. Pod koniec maja zaczelismy zalatwiac slub i przyjecie weselne. Kiedy ustalilismy miejsce, zarazerwowalismy termin slubu na 3 sierpień u Urzedzie we Wielkiej Wsi. Kiedy bylam w 3 miesiacu ciazy – 22 czerwca 2002, poltora miesiaca przed slubem, oznajmil mi ze nie chce mieć dziecka, ze nie dojrzal do tego żeby mieć dziec i nie ma zamiaru brac slubu . Kiedy to uslyszalam zamarlam, nie moglam uwierzyc w to co slysze i skad ten zwrot, ponieważ od roku znajomosci był to pierwszy sygnal. Nie byliśmy pokloceni. Pomyslalam: jak on sobie to wyobraza ze może teraz odejsc? Roztrzeslam się, zaczelam plakac, pytac co się nagle stalo. Jednak nie uslyszalam nic pokrzepiajacego, raczej poplynely z jego ust najbardziej gorzkie slowa w zyciu jakie kiedykolwiek uslyszalam. Powiedzial, ze co do mojej ciazy, to mogę ja usunac. Ze nie zyjemy w sredniowieczu i mogę to zrobic, i ostrzegl mnie zebym zrobila to z glowa bo jest to obecnie karane. A ja dalej nie wierzylam ze to się dzieje naprawde. Strasznie plakalam, nie moglam się uspokoic, nie moglam pojac, ze może to mowic do mnie, która zna już rok , a nie miesiac, z która widywal się codziennie. Szlochajac zaczelam prosić o wyjasnienia tego czego zupelnie nie rozumialam, zaczelam rozpaczliwie probowac znalesc w nim choc odrobine ciepla, żeby mnie uspokoil, ze nie mogę się denerwowac. Na nic takiego nie można było liczyc, był coraz bardziej zimny, krzyczal, mowil ze wyskoczy przez okno jak się nie odsune od drzwi, ze chce natychmiast isc. Powiedzialam zeby ze mna zostal bo boje się sama zostac, ze sobie cos zrobie. Odparl, ze na pewno nic sobie nie zrobie, ze mam na to zbyt silny instynkt samozachowawczy i ze swietnie sobie poradze, ze jestem silna i ze mam silna psychike. Krzyczal, zebym mu dala spokoj, ze natychmias chce wyjsc, zebym mu tego wszystkiego nie utrudniala. Nie wierzylam ze wlasnie proponuje mi usuniecie ciazy, najbardziej przerazila mnie oschlosc i zimjno tego czlowieka, bo takich cech w nim nigdy się wczesniej nie dopatrzylam. Drmatyczna dla mnie rozmowa trwala około godzine, powiedzial na koniec ze zadzwoni do mnie za pare dni zapytac jaka podjelam decyzje co do usuniecia ciazy. Dodal ze on dzieckiem po urodzeniu nie będzie się zajmowal. I ze jak nie usune ciazy to tez sobie jakos bardzo dobrze poradze. A ze on ma przeczucie ze dziecka i slubu nie chce. A co do chwili obecnej, to to ze na USG na zdjeciu widac zarodek, swiadomosc tylko ze ma być cos czego jeszcze nie ma- ze to do niego nie przemawia. Zabral pierscionek zareczynowy, który mu zwrocilam. Plakalam i plakalam, wreszcie poszedl do domu.Swiat sie dla mnie zawalil, powoli docieraly do mnie jego slowa. Pytalam siebie co teraz, co dalej. Wbrew jego twierdzeniom, nie wytrzymalam.Cztery godziny po tym, dostalam krwawienia i bole brzucha. Kolezanka zawiozla mnie do szpitala i trafilam na oddzial ginekologiczno-polozniczy w szpitalu im Zeromskiego z zagrozeniem poronieniem. Slowa które powiedzial, jego zachowanie, cale ponizenie z jakim mnie potraktowal, spowodowaly u mnie stres, ktorego nie moglam zniesc. Ze szpitala wyszlam lacznie po 2 tygodniach, przez ten czas nie odwiedzil mnie w szpitalu. Moja ciaza jest dla mnie dlugim rejsem do portu przeznaczenia, przaez krajobraz pelen dolin i wzniesien. Mam wrazenie, ze grunt osunal mi się spod nog. Zdana jestem tylko na siebie, zawiodlam się na nim i jego rodzinie, w szpitalu sama, w domu po wyjsciu sama. 25 letni mezczyzna zachowywal się jak by miał 13 lat. Po wyjsciu ze szpitala, nie powiedzial ze mu przykro z tego powodu co się stalo, nie przeprosil, był raczej zadowolony z siebie sadzac po zachowaniu. Potrzebowalam wiele wiele ciepla i spokoju. Lekarze powiedzieli, ze musze się uspokoic, ze to podstawa leczenia, ze bez spokoju trafie do nich na oddzial z powrotem.Nie wiem co będzie dalej ze mna, uciekam od wszystkiego i zamknelam się w sobie.