malgosia192002
13.12.06, 10:52
Jestem z mężczyzną, którego bardzo kocham. On mnie również, chociaż z
pewnością zbyt rzadko mi to okazuje. Zaczęliśmy być razem gdy moja córeczka
miała jakieś osiem miesięcy. Był do niej bardzo ciepło i opiekuńczo
nastawiony. Oboje bardzo zaangażowaliśmy się uczuciowo, momentalnie
zapragneliśmy jaszcze jednego dziecka. Po 10 miesiącach urodził sie synek.
Przez okres ciąży M. szkolił się, by uzyskać pracę. To był bardzo nerwowy dla
mnie okres. Byłam w ciąży, zajmowałam się roczną córką i miałam cały dom na
głowie, do tego do 7 miesiąca pracowałam zawodowo. On nie mógł nic robić,
mówił że się uczy i może się skupic tylko i wyłącznie na tym. Krzyczałam,
błagałam, płakałam niewiele to pomagało. Za każdym razem obiecywał poprawę,
potem o tym zapominał. ZYcie toczyło sie dla mnie dalej. Po narodzinach synka
ten stan sie utrwalał, co prawda M. obiecał ze jak tylko prace dostanie to
wszystko sie zmieni, ja po nieprzespanych nocach w ciąży, nieprzespanych
nocach w połogu, z nadmiarme obowiązków domowych, zazdrosną córeczką, wpadłam
w depresję poporodową. Nie chciałam karmić piersią synka, po
miesiącu "przekazałam" go niani sama zajęłam się córką (co akurat na dobre
wyszło, ja trochę odetchnęłam, córka się przyzwyczaiła do nowej sytuacji). Po
dwóch miesiącach zajmowania się dziećmi, nie wytrzymałam tego napięcia. Przy
braku wsparcia ze strony M. postanowiłam zatrudnić nianię drugą i wrócić do
pracy. Pomogło zachować równowagę. Dzień mój wyglądał tak: 5.00 rano budzi
się córka na mleko, zasypia, 5.30 syn budzi się na mleko i zabawę, zasypia o
7. O 7 wstaje córka - bawimy się do 9. O 10.00 jestem w pracy. O 16.30 z
powrotem w domu, zdejmuję żakiet i biegnę z córką na plac zabaw. Po powrocie
troche zabawy z synkiem, kąpiele i spanie. W nocy 3-4 pobudki. I tak
cocdziennie, w weekendy zajmuję się dziećmi sama lub sama z pomoca niani. M.
prace dostał, po stresach musiał odpocząc. Odpoczał, ale zaczął pracować.
Zatem musiał się wysypiac w nocy i relaksowac sie w dzien, głównie przed TV.
Kłótnie narastłąy i narastaja zreszta w dalszym ciągu. Co udało mi sie
wywalczyc to od 6 m-ca zycia syna wstaje i robi mu mleko, karmię ja. Poniewaz
od dwóch miesięcy pracuje w innym miescie (1,5h jazdy) zdarza sie ze z 1 lub
2 razy w tygodniu zajmie się synkiem przez 1/2h rano. Traz mój dzień wygląda
tak wstaje o 5 - bawię się z synem, zaraz potem wstaje córka. Ubierania,
przebieranie. 6.30 jest niania, ide sie kapac, ubierac, jade do pracy.
Wracam, zabieram sie za córkę lub o ile uda mi sie wrocic wczesniej za corke
i synka. W nocy w dalszym ciącu mam od 2 do 4-5 pobudek. W weekendy dalej
zajmuje dziecmi juz bez niani. Najgorsze jest to ze nawet jak mam delegacje
lub naprawde ciezka podróz za soba to M. nie wzrusza i tak ja wstac musze, bo
jemu nie pozwala na to jego "fizyczność". Krzyczy ze moze sie zajmowac
dziecmi cały dzien ale nie rano. Wdzien jest zniecierpliwiony, nie chce mu
sie chodzic z nami na spacery, uczestniczyc w zabawach, najchetniej siedzi w
internecie lub przed TV. NIe gotuje, nie sprząta, nie ma zadnych obowiązków
poza pracą (1,5 tygodnia w miesiącu ostatnio jakby zliczyć, ma większość dni
wolnych) i od czasu do czasu robi zakupy. Większość spraw " do załatwienia"
tez zrzuca na mnie. Rachunki, parking, opieka nad dziećmi, listy zakupów,
zakup mieskzania itd. Zarabiam więcej od niego - moze to go teraz tak
frustruje ze zaczął bardzo duzo jesc i wrzeszczy, ze na wstawanie rano nie
pozwala mu jego fizycznośc. Czuje sie jak cyborg, zwłaszcza ze jak mu krzycze
ze potrzebuje tez wypocząc - on mi na to jednym zdaniem "ty nie umiesz
wypoczywać". JEstm juz załamana, dzieci cierpią bo robie sie coraz bardziej
nerwowa, w zasadzie to chyba juz mam nerwice. I pytamn czy to w ogóle
możliwe, żeby wytłumaczyc mężczyżnie ze dzieci to nie zabawki, ze ciezar
opieki nad nimi jest nasz obopólny. Jestem atrakcyjną kobietą, mam świtną
pracę i zarobki i..... nie radze juz sobie z tym wszystkim. Boje sie, ze
przez moje nerwy skrzywdzę dzieci. Zastanawiam si enad pomoca u psychologa.
Czesto łapię się na tym, że cieszę się jak go nie ma w domu bo przynajmniej
wtedy nie czuje zalu gdy widze jego wylegujacego sie na fotelu, podczas gdy
ja czesto nie mam czasu na zrobienie siku. Dodam, ze jak mam czas to robie
dla całej rodziny pyszny obiad i dbam o siebie. Wiec o co tu chodzi? Czy ja
chce za wiele? Czy powinnam zacisnac zeby i dla dobra dzieci zyc tak dalej?
NO rzygac sie chce!