pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie

01.01.07, 13:01
Moi drodzy, pisze tekst-poradnik dla mężczyzn, którzy towarzyszyli swoim
kobietom w czasie porodu. Czy moglibyście się ze mną podzielić swoim
doświadzczeniem w tym względzie? Co Wam pomogło się do tego przygotować? Co
sprawdziło się w praktyce? W jaki sposób radziliście sobie z lękiem i
niepokojem? Co najlepiej - z tego co robiliście - pomagało Waszym kobietom?

Z góry bardzo dziękuję za pomoc, czekam na maile - justyna.dabrowska@agora.pl
i pozdrawiam Noworoczniesmile)
    • gorgiii Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 01.01.07, 14:11
      nic nie robilem
      kupilem gazete usiadlem na fotelu pocekalem az sie akcja zacznie
      wykupilem lekarza i polozna zeby sie zajela mloda mama i wszystko nie bylo
      jakiegos specjalnego przygotowania (jestem, dosc dziwnym czlowiekiem)ale gdy
      doszlo do samego porodu ciecia pepowiny itd to troche "zmieklem" w nogach smile
      ale doswiadczenie i odczucia trzymajac mlodego na rekach owinietego w kocyk juz
      po calej kosmetyce nie da sie tego opowiedziec to trzeba przezyc samemu po
      prostu
    • p-iotr Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 01.01.07, 14:59
      Poszukaj na tym forum wątków o wspólnym porodzie, szkołach rodzenia itp. Były
      wałkowane na wszystkie strony - sam wypowiadałem się wiele razy. Gdybyś miała
      konkretne pytania - proszę o kontakt na mail gazetowy.

      Pzdr
    • grochowy_tato Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 11.01.07, 08:11
      Jasne, bardzo chętnie. Współuczestniczenie w porodzie było najwspanialszą
      rzeczą, jaką przeżyłem. Chętnie udzielę wszystkich informacji. prosze o kontakt
      na mkoralewski@gmail.com
      • rodzacy_tata Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 11.01.07, 22:23
        ja też mogę coś na ten temat powiedzieć
        rodzacy_tata@gazeta.pl

        pozdrawiaM.
      • ramka2 Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 24.01.07, 19:32
        No to żal mi Ciebie.
    • bronkiewa Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 16.01.07, 10:55
      odpowiem na maila..
      bo trochę to zbyt intymne...

      pzdr
      • blat11 Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 19.01.07, 16:59
        Nie byłem w szkole rodzenia, nie byliśmy z żoną do tego przygotowani.. dużo czytaliśmy i rozmawialiśmy z naszymi znajomymi o wszystkim co związane z ciążą i porodem, a także o tym co po porodzie.
        Obce miasto - nasze rodziny daleko, więc zdani byliśmy tylko na siebie.
        Wody odeszły o 8 rano - wybierałem się do pracy. Torba była spakowana i gotowa od kilku tygodni. Szpital oddalony o 1km. Zadzwoniłem spokojnie po taksówkę, jednak taksiarz spanikował jak powiedzieliśmy gdzie i po co jedziemy i omal nas nie pozabijał, bo się bał że żona urodzi mu w aucie ( chociaż zapewnialiśmy że to jeszcze jest sporo czasu..).
        W szpitalu poszliśmy na izbę przyjęć, gdzie dłuuuga kolejka była. Pani kazała nam czekać, jednak nie długo, bo po 10 minutach zabrała żonę na oddział.
        I jak mi żonę zabrali - pomyślałem, że zeświruję (co jej będą robić?). Poprosiłem o oddziałową - zapytała prosto z mostu, czy chcę być przy porodzie?
        Wtedy już nie było wyjścia - gdybym się nie zgodził, nerwy by mnie zjadły przez te 2-3 godziny.
        Mojej żonie robiono badania. A mnie zaprowadzono do pokoju rodzinnego, tam miałem czekać na żonę. Pokój był bardzo przyjemny. Były w nim piłki, materace..
        Wtedy myślałem też o położnej - przecież podobno trzeba jej zapłacić. Jednak nie wiedziałem, która jest tą położną. Przyszła żona, przebrana w koszulę, a razem z nią położna. Powiedziała nam co mamy robić i doradziła żonie żeby jak najdłużej "utrzymała" pozycję pionową. Porozmawiała z nami chwilę i powiedziała, by przyjść po nią gdy się coś będzie działo. No i zostaliśmy sami.
        Żona nie mogła sobie znaleźć miejsca. To materac, to piłka (różne pozycje). Mierzyliśmy skurcze - patrzyłem na zegarek i obliczaliśmy czas pomiędzy skurczami. Żona cierpiała gdy miała skórcze, chwila wytchnienia była "pomiędzy".
        Byłem bezsilny. Nie mogłem w niczym jej pomóc. Dzięki pomiarom skurczy, mówiłem jej ile czasu ma "wytchnienia" do następnego.. Oczywiście czas się skracał.
        Namawiałem ją do tego co mówiła położna i najwięcej czasu spędziliśmy na bujaniu na piłce. Trzymałem ją za ręce - by mogła utrzymać równowagę.
        Po pół godzinie przyszedł doktor i zabrano żonę na badania (byliśmy obcy - z innego województwa - może dlatego tak do nas podeszli, a może że ja byłem). W tym czasie przyszła też położna, zapytać mnie jak sobie ja radzę. Chciałem jej dać pieniądze - miałem przyszykowane. Położna powiedziała, że zapewne my sami nie mamy tyle by się dzielić kasą i nie dlatego ona tam pracuje. Coś mnie zcisnęło - do dzisiaj wspominamy ją jak matkę - nikt lepiej by się nami nie zajął.
        Widziałem inne dziewczyny, kobiety chodzące po korytarzach i samotnie znoszące swój ból. Było mi ich szkoda. Cieszyłem się, że tam jestem, chociaż miałem lęk przed tym co nas czeka.
        Żona wróciła do pokoju rodzinnego i opowiedziała mi że sprawdzano rozwarcie i że debatowało nad nią parę osób (robiono jej dodatkowe badania bo zasygnalizowała, że ma problemy z sercem i wzrokiem).
        Potem przyszła chwila, że skurcze były dość częste, żona powiedziała że już nie wytrzyma dłużej. Udało mi się jeszcze namówić ją na "wytrzymanie" przez jakieś 15 minut, po czym poszedłem po położną.
        Położna zabrała żonę na salę porodową, a po kilku minutach przyszła po mnie.
        Założyłem płaszcz ochronny.
        Gdy wszedłem na salę uderzyło mnie to, że położne zachowuja się tak jakby były w domu, piją kawę śmieją się rozmawiają, podczas gdy kobiety krzyczą z bólu.
        Na sali było 3 kobiety rodzące, natomiast miejsc około 10 - oddzielonych parawanami.
        Żona leżała na łóżku z podkulonymi nogami. Dostała zastrzyk na coś tam.. (wiedziałem wtedy, że to dobrze, chociaż nie wiedziałem o co chodzi..)Położna była przy nas. Kazała mi trzymać nogę żony, tak by była dociskana do ramienia (nie wiem czy jasno się wyraziłem). Natomiast żonie kazała przeć i podczas parcia zamykać oczy.
        Byłem opanowany - może dzięki temu, że położna taka była, a może poprzez atmosferę na sali porodowej (jak gdyby nic się nie działo). Między parciami zapytałem położną dlaczego żona ma zamykać oczy podczas parcia ( w tej chwili nie pamiętam odpowiedzi, ale chodziło o wadę wzroku i ciśnienie).
        Przyszedł lekarz. Był w moim wieku lub trochę młodszy (mam 33lata). Powiedział żonie jak należy przeć i jak oddychać, sprawdził na jakim etapie jest poród.
        Jemu też zadałem pytanie i miedzy nami nawiązała się krótka rozmowa.
        Żona opisywała potem tą sytuację tak: "Ja tu cierpię w bólach, a oni sobie gadają jak starzy znajomi".
        Po kilku parciach w końcu ujrzałem głowę dziecka. Położna wzięła ją i obróciła kilka razy w prawo i lewo. Przestraszyłem się, że coś dziecku zrobi (że ukręci mu kark), tym bardziej że były to ruchy zdecydowane. Ale pomyślałem, że przecież zna się na tym co robi i że ma to swoje uzasadnienie. Potemm dowiedziałem się że ma to uzasadnienie (jakie już nie pamiętam - mam kiepską pamięć). Jeszcze 3-6 parć i cały tułów wyszedł.
        Spojrzałem na dziecko i patrzyłem czy wszystko ma.. i czy oddycha..
        Ale zaraz zostało zabrane przez położną (drugą) do zbadania i zmierzenia.
        Żona nic nie widziała, skupiła się na parciach i na swoim bólu.
        Dziecko było brzydkie, obślizgłe.. i tym bardziej zdziwiły mnie słowa żony: "Jaka ona śliczna" - gdy dziecko położone zostało jej na piersiach..
        Myślę, że raczej to były słowa wyrażenia miłości, niż piękna..
        Pamiętam tylko, że kilka sekund po "wyjściu" dziecka ta chwila wydała mi się mocno długa i przerażająca, ponieważ nie słyszałem płaczu dziecka, ani oddechu.
        I by nie patrzeć na to co robi położna z dzieckiem, spojrzałem na żonę. Wtedy się bałem..
        Dziecko miało 7 punktów w skali APGAR i miało wszystko na swoim miejscu (a ten lęk o to czy ma wszystko, wynikał raczej z wielu opowieści z radia, telewizji i od znajomych, jakie to się dzieci rodzą).
        Córka ważyła 3510g, 65cm wzrostu (wszyscy dziwili się, że taka "dłuuga", obwodu główki nie pamiętam.
        Potem zostałem poproszony o wyjście z sali. Żona była "szyta". A dziecko zabrane do sali noworodków.
        Aha pamiętam jeszcze, że musiałem mocno się skupiać na odpowiedziach, bo pielęgniarka pytała mnie o imię dla dziecka i jakieś tam jeszcze informacje. Całe szczęście pomogła mi w tym żona (a i ona musiała przejść test wcześniej, bo pytano ją o taki dziwne sprawy jak pierwsza miesiączka - kiedy ją dostała - były to niektóre pytania jak z kosmosu, ale z drugiej strony komuś przydatne).
        I jeszcze jedno - żona była cała "obnażona"od pasa w dół i wszystkie pielęgniarki, lekarze obok przechodzili, zaglądali itp. Było to dla niej krępujące. Współczułem jej, jednak uważałem, że tylko w ten sposób można było sprawdzić czy wszystko jest na dobrej drodze.
        Po kilkunastu minutach żona wywieziona została na korytarz. Wtedy mogliśmy sobie porozmawiać swobodnie. Czuła się dobrze, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
        Podziawiałem ją za tak wielką siłę i wytrwałość. Nigdy sobie nie wyobrażę bólu jaki towarzyszy kobiecie przy porodzie i nawet nie chcę. Ale wiem, że jest ogromny.
        Podczas gdy żona leżała na korytarzu, poszedłem do sklepu po drożdżówkę - była ogromnie głodna - nie zjedliśmy przecież śniadania.
        Kupiłem też słodycze i kawę, herbatę dla położnej - w podziękowaniu za jej "serce". Właściwie to oboje do dzisiaj nie pamiętamy lekarza, pamiętamy tylko ją - położną, jako troskliwą i opiekuńczą osobę, która zajęła się zupełnie obcymi sobie ludźmi..
        Wtedy był też czas na telefony do rodziny, znajomych.. oddalonych od nas o 150km.
        Potem żona została zawieziona na salę dla młodych matek, a ja musiałem dać jej odpocząć. Dziecko było na sali wśród noworodków i pomyślałem, że nawet jak płacze to i tak musi teraz poczekać, aż jego matka wypocznie. Bezwzględnie zaufałem siostrom ze szpitala. Poszedłem do domu, ale nie mogłem sobie znaleźć miejsca.
        Mieszkamy w mieście, gdzie nie mamy żadnych znajomych, poza znajomymi z pracy. Kumple i koleżanki z paczki są daleko. Ale o nich wszystkich jakoś wtedy nie myślałem. Poszedłem do żony (zadzwoniła do mnie). Wszedłem do ładnego dwuosobowego pokoju, dostosowanego do potrzeb młodych matek. Żona karmiła na
        • blat11 Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 19.01.07, 17:00
          sorki za wcześnie mi się wkleiło...
          Nie byłem w szkole rodzenia, nie byliśmy z żoną do tego przygotowani.. dużo czytaliśmy i rozmawialiśmy z naszymi znajomymi o wszystkim co związane z ciążą i porodem, a także o tym co po porodzie.
          Obce miasto - nasze rodziny daleko, więc zdani byliśmy tylko na siebie.
          Wody odeszły o 8 rano - wybierałem się do pracy. Torba była spakowana i gotowa od kilku tygodni. Szpital oddalony o 1km. Zadzwoniłem spokojnie po taksówkę, jednak taksiarz spanikował jak powiedzieliśmy gdzie i po co jedziemy i omal nas nie pozabijał, bo się bał że żona urodzi mu w aucie ( chociaż zapewnialiśmy że to jeszcze jest sporo czasu..).
          W szpitalu poszliśmy na izbę przyjęć, gdzie dłuuuga kolejka była. Pani kazała nam czekać, jednak nie długo, bo po 10 minutach zabrała żonę na oddział.
          I jak mi żonę zabrali - pomyślałem, że zeświruję (co jej będą robić?). Poprosiłem o oddziałową - zapytała prosto z mostu, czy chcę być przy porodzie?
          Wtedy już nie było wyjścia - gdybym się nie zgodził, nerwy by mnie zjadły przez te 2-3 godziny.
          Mojej żonie robiono badania. A mnie zaprowadzono do pokoju rodzinnego, tam miałem czekać na żonę. Pokój był bardzo przyjemny. Były w nim piłki, materace..
          Wtedy myślałem też o położnej - przecież podobno trzeba jej zapłacić. Jednak nie wiedziałem, która jest tą położną. Przyszła żona, przebrana w koszulę, a razem z nią położna. Powiedziała nam co mamy robić i doradziła żonie żeby jak najdłużej "utrzymała" pozycję pionową. Porozmawiała z nami chwilę i powiedziała, by przyjść po nią gdy się coś będzie działo. No i zostaliśmy sami.
          Żona nie mogła sobie znaleźć miejsca. To materac, to piłka (różne pozycje). Mierzyliśmy skurcze - patrzyłem na zegarek i obliczaliśmy czas pomiędzy skurczami. Żona cierpiała gdy miała skórcze, chwila wytchnienia była "pomiędzy".
          Byłem bezsilny. Nie mogłem w niczym jej pomóc. Dzięki pomiarom skurczy, mówiłem jej ile czasu ma "wytchnienia" do następnego.. Oczywiście czas się skracał.
          Namawiałem ją do tego co mówiła położna i najwięcej czasu spędziliśmy na bujaniu na piłce. Trzymałem ją za ręce - by mogła utrzymać równowagę.
          Po pół godzinie przyszedł doktor i zabrano żonę na badania (byliśmy obcy - z innego województwa - może dlatego tak do nas podeszli, a może że ja byłem). W tym czasie przyszła też położna, zapytać mnie jak sobie ja radzę. Chciałem jej dać pieniądze - miałem przyszykowane. Położna powiedziała, że zapewne my sami nie mamy tyle by się dzielić kasą i nie dlatego ona tam pracuje. Coś mnie zcisnęło - do dzisiaj wspominamy ją jak matkę - nikt lepiej by się nami nie zajął.
          Widziałem inne dziewczyny, kobiety chodzące po korytarzach i samotnie znoszące swój ból. Było mi ich szkoda. Cieszyłem się, że tam jestem, chociaż miałem lęk przed tym co nas czeka.
          Żona wróciła do pokoju rodzinnego i opowiedziała mi że sprawdzano rozwarcie i że debatowało nad nią parę osób (robiono jej dodatkowe badania bo zasygnalizowała, że ma problemy z sercem i wzrokiem).
          Potem przyszła chwila, że skurcze były dość częste, żona powiedziała że już nie wytrzyma dłużej. Udało mi się jeszcze namówić ją na "wytrzymanie" przez jakieś 15 minut, po czym poszedłem po położną.
          Położna zabrała żonę na salę porodową, a po kilku minutach przyszła po mnie.
          Założyłem płaszcz ochronny.
          Gdy wszedłem na salę uderzyło mnie to, że położne zachowuja się tak jakby były w domu, piją kawę śmieją się rozmawiają, podczas gdy kobiety krzyczą z bólu.
          Na sali było 3 kobiety rodzące, natomiast miejsc około 10 - oddzielonych parawanami.
          Żona leżała na łóżku z podkulonymi nogami. Dostała zastrzyk na coś tam.. (wiedziałem wtedy, że to dobrze, chociaż nie wiedziałem o co chodzi..)Położna była przy nas. Kazała mi trzymać nogę żony, tak by była dociskana do ramienia (nie wiem czy jasno się wyraziłem). Natomiast żonie kazała przeć i podczas parcia zamykać oczy.
          Byłem opanowany - może dzięki temu, że położna taka była, a może poprzez atmosferę na sali porodowej (jak gdyby nic się nie działo). Między parciami zapytałem położną dlaczego żona ma zamykać oczy podczas parcia ( w tej chwili nie pamiętam odpowiedzi, ale chodziło o wadę wzroku i ciśnienie).
          Przyszedł lekarz. Był w moim wieku lub trochę młodszy (mam 33lata). Powiedział żonie jak należy przeć i jak oddychać, sprawdził na jakim etapie jest poród.
          Jemu też zadałem pytanie i miedzy nami nawiązała się krótka rozmowa.
          Żona opisywała potem tą sytuację tak: "Ja tu cierpię w bólach, a oni sobie gadają jak starzy znajomi".
          Po kilku parciach w końcu ujrzałem głowę dziecka. Położna wzięła ją i obróciła kilka razy w prawo i lewo. Przestraszyłem się, że coś dziecku zrobi (że ukręci mu kark), tym bardziej że były to ruchy zdecydowane. Ale pomyślałem, że przecież zna się na tym co robi i że ma to swoje uzasadnienie. Potemm dowiedziałem się że ma to uzasadnienie (jakie już nie pamiętam - mam kiepską pamięć). Jeszcze 3-6 parć i cały tułów wyszedł.
          Spojrzałem na dziecko i patrzyłem czy wszystko ma.. i czy oddycha..
          Ale zaraz zostało zabrane przez położną (drugą) do zbadania i zmierzenia.
          Żona nic nie widziała, skupiła się na parciach i na swoim bólu.
          Dziecko było brzydkie, obślizgłe.. i tym bardziej zdziwiły mnie słowa żony: "Jaka ona śliczna" - gdy dziecko położone zostało jej na piersiach..
          Myślę, że raczej to były słowa wyrażenia miłości, niż piękna..
          Pamiętam tylko, że kilka sekund po "wyjściu" dziecka ta chwila wydała mi się mocno długa i przerażająca, ponieważ nie słyszałem płaczu dziecka, ani oddechu.
          I by nie patrzeć na to co robi położna z dzieckiem, spojrzałem na żonę. Wtedy się bałem..
          Dziecko miało 7 punktów w skali APGAR i miało wszystko na swoim miejscu (a ten lęk o to czy ma wszystko, wynikał raczej z wielu opowieści z radia, telewizji i od znajomych, jakie to się dzieci rodzą).
          Córka ważyła 3510g, 65cm wzrostu (wszyscy dziwili się, że taka "dłuuga", obwodu główki nie pamiętam.
          Potem zostałem poproszony o wyjście z sali. Żona była "szyta". A dziecko zabrane do sali noworodków.
          Aha pamiętam jeszcze, że musiałem mocno się skupiać na odpowiedziach, bo pielęgniarka pytała mnie o imię dla dziecka i jakieś tam jeszcze informacje. Całe szczęście pomogła mi w tym żona (a i ona musiała przejść test wcześniej, bo pytano ją o taki dziwne sprawy jak pierwsza miesiączka - kiedy ją dostała - były to niektóre pytania jak z kosmosu, ale z drugiej strony komuś przydatne).
          I jeszcze jedno - żona była cała "obnażona"od pasa w dół i wszystkie pielęgniarki, lekarze obok przechodzili, zaglądali itp. Było to dla niej krępujące. Współczułem jej, jednak uważałem, że tylko w ten sposób można było sprawdzić czy wszystko jest na dobrej drodze.
          Po kilkunastu minutach żona wywieziona została na korytarz. Wtedy mogliśmy sobie porozmawiać swobodnie. Czuła się dobrze, jak gdyby nic się nie wydarzyło.
          Podziawiałem ją za tak wielką siłę i wytrwałość. Nigdy sobie nie wyobrażę bólu jaki towarzyszy kobiecie przy porodzie i nawet nie chcę. Ale wiem, że jest ogromny.
          Podczas gdy żona leżała na korytarzu, poszedłem do sklepu po drożdżówkę - była ogromnie głodna - nie zjedliśmy przecież śniadania.
          Kupiłem też słodycze i kawę, herbatę dla położnej - w podziękowaniu za jej "serce". Właściwie to oboje do dzisiaj nie pamiętamy lekarza, pamiętamy tylko ją - położną, jako troskliwą i opiekuńczą osobę, która zajęła się zupełnie obcymi sobie ludźmi..
          Wtedy był też czas na telefony do rodziny, znajomych.. oddalonych od nas o 150km.
          Potem żona została zawieziona na salę dla młodych matek, a ja musiałem dać jej odpocząć. Dziecko było na sali wśród noworodków i pomyślałem, że nawet jak płacze to i tak musi teraz poczekać, aż jego matka wypocznie. Bezwzględnie zaufałem siostrom ze szpitala. Poszedłem do domu, ale nie mogłem sobie znaleźć miejsca.
          Mieszkamy w mieście, gdzie nie mamy żadnych znajomych, poza znajomymi z pracy. Kumple i koleżanki z paczki są daleko. Ale o nich wszystkich jakoś wtedy nie myślałem. Poszedłem do żony (zadzwoniła do mnie). Wszedłem do ładnego dwuosobowego pokoju, dostosowanego do p
          • blat11 Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 19.01.07, 17:03
            cd...
            Mieszkamy w mieście, gdzie nie mamy żadnych znajomych, poza znajomymi z pracy. Kumple i koleżanki z paczki są daleko. Ale o nich wszystkich jakoś wtedy nie myślałem. Poszedłem do żony (zadzwoniła do mnie). Wszedłem do ładnego dwuosobowego pokoju, dostosowanego do potrzeb młodych matek. Żona karmiła naszą córkę. Córka była ubrana w ubranka szpitalne - brzydkie body w mocno spranym kolorze czerwonym. Pampersy były też szpitalne, specjalnie dostosowane dla noworodków z wycięciem na kikut pępkowy (szukałem potem ich w sklepach ale nie mogłem znaleźć - dopiero jak nie były już potrzebne, znalazłem je).
            Porobiłem sporo zdjęć córce i żonie. Wziąłem po raz pierwszy córkę na ręce.
            Nie potrafiłem określić swoich uczuć do dziecka, trudno mi było znaleźć się w roli rodzica. Raczej podziwiałem swoją żonę, że wie co ma robić.. i to mi odpowiadało. Starałem się raczej pomóc żonie, gdyż ciężko było jej np. chodzić.
            O dziecko raczej byłem spokojny.
            Nie mogłem sobie nigdzie znaleźć miejsca.
            Po 3 dniach żona i córka przyjechały do domu. Od lekarza dostałem zwolnienie z pracy - jako opieka nad żoną i dzieckiem. Ponadto wziąłem z pracy urlop - łącznie byłem na urlopie około 1,5 miesiąca.
            W domu mieliśmy już przygotowane łożeczko i wszystko co było potrzebne.
            Skontaktowałem się z przychodnią i pielęgniarką środowiskową, by przyszła do nas i pokazała jak pielęgnować dziecko. Chociaż żona wszystko doskonale widzieła, opiekowała się kiedyś młodą matką za granicą jako "au pair".
            Pielęgniarka środowiskowa podzieliła się z nami wieloma praktycznymi poradami, a w szczególności zajęła się też żoną, pokazując jej jak powinna sobie radzić z jej dolegliwościami poporodowymi, typu obolałe piersi, bóle krzyża itp.
            Potem zaczeły się nieprzespane noce, obserwacje ciała (krosteczki), obserwacje kupki itp... i oczywiście brak wiedzy nakażdy z tych tematów.
            Jednak nie byliśmy przewrażliwieni. Potrafiliśmy spokojnie podejść do krosteczek i poczekać na pielęgniarkę.
            Zapisaliśmy małą do pediatry i chodziliśmy na standardowe wizyty i szczepienia.
            Przeszliśmy kilka miesięcy kolki jelitowej. A dzisiaj się borykamy z problemami wychowawczymi.
            Mamy śliczną niebieskooką blondynkę - dzisiaj mogę już tak powiedzieć. Jest zdrowa i rośnie jak na drożdżach. Ma 2,5 roku i sprawia nam ogromnie dużo radości. Żałujemy tylko, że wychowuje się sama, bo widzimy jak bardzo potrzebuje kontaktu z rówieśnikami.
            Żona jest wg mnie najwspanialszą matką na świecie (i najpiękniejszą).
            A ja nawet nie wiem kiedy poczułem miłość do swojego dziecka - przyszło kiedyś tam.. i rozwija się z każdym dniem..

            Jacek
    • xiv Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 19.01.07, 19:19

      > Czy moglibyście się ze mną podzielić swoim
      > doświadzczeniem w tym względzie?

      1. Wziac komórke z grami - mozna z nudów umrzec czekajac, a oczywiscie wyjsc
      nie wolno
      2. Wziac butelke z woda - predzej dla siebie niz dla zony
      3. Posiadac jednorazówki majtki w odpowiednim rozmiarze (a nie kupione 6
      miesiecy wczesniej) bo sie konczy tak: "idz, kup nowe! gdzie idziesz? no, idz!"
      4. Pilnowac gdzie stoja buty, aby przez przypadek akcja zwrotna nie pokryla je
      wpolprzetrawionym jedzeniem
      5. Byc uprzejmym i milym, ale jednoczesnie pilnowac personelu (np. aby zamknely
      okno!)
      6. Wiedziec co gdzie jest w torbie, która zostala przygotowana oczywiscie pol
      roku temu.
      7. Nie robic zdjec zonie po porodzie - obrazi sie. Zrobic je natomiast dziecku.
      8. Przekonac zone, ze bieganie w koszuli nocnej to taki sobie pomysl. Koszula
      do porodu i do wyrzucenia, a do szpitala normalna pidzama "meska" z rozpinana
      gora
      9. Przygotowac na przyjscie zony kwiatki w domu. W szpitalu roznie z nimi bywa,
      a szampana i tak sie nie napije.
      10. Cieszyc sie cala gemba, wyslac wszystkim SMSy ze zdjeciami.

      > Co najlepiej - z tego co robiliście - pomagało Waszym kobietom?
      Zapewnienia, ze nie krzyczala az tak glosno smile)) Ale to juz po. Nie ma
      znaczenia co sie robi - wazne, zeby tam byc.
    • breuszek Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 20.01.07, 17:45

      Nie miałem zbytnio ochoty rodzić z żoną, a jednak zdecydowałem się gdyż mnie
      mocno o to prosiła. W sumie do czasu wyjścia dziecka na świat radziłem sobie
      nieźle i wydaje mi się że pomogłem jednak żonie przetrwać te 2-3 godz przed
      porodem. A po wyjściu na świat maleństwa, a właściwie jakieś kilka minut
      później, po wyjściu z pokoju niestety rozkleiłem się.
      A Martynka jest tutaj, za 3 godziny będzie miała na koncie już 2 dni życia smile
      video.google.com/videoplay?docid=-6267235256473640468&hl=pl
      • dyrgosia Re: pytanie do facetów, którzy byli przy porodzie 21.01.07, 11:20
        Śliczna smile
Pełna wersja