egon26
05.11.07, 10:58
Kiedyś znalazłem na portalu z poradami prawnymi pytanie chłopaka o to czy
straci prawo jazdy- miał wypadek w którym zginęła pasażerka może koleżanka
może dziewczyna. Biegli wykazali że jechał 104 km- nie napisał jakie było tam
ograniczenie, ale nie napisał też że nie przekroczył dozwolonej prędkości.
Twierdzi że jakieś auto mu wyjechało chcąc go ominąć uderzył w drzewo, auto
zwiało a on nie jest w stanie udowodnić że tam było.
Zniesmaczyła mnie to pytanie.. ktoś stracił życie, ktoś stracił dziecko, a tu
chłopak martwi się o prawo jazdy. Próbując obwiniać wszystkich ale nie widzi
swojej winy w tym że przekroczył prędkość. Jeśli było to w terenie
zabudowanym- ograniczenia są tak zaplanowane by w razie wkroczenia pieszego na
jezdnie lub wymuszenia pierwszeństwa była realna szansa uniknięcia tragedii.
Niestety takich przypadków jak tego chłopaka znam kilka, ot choćby nasza
słynna pływaczka która obwinia wszystko, drzewo, auta, warunki panujące na
drodze a nie to że przekroczyła prędkość. Czytałem bardzo dużo wypowiedzi
internautów na temat jej wypadku. Głównie panowała opinia że ona nic takiego
przecież nie zrobiła bo to że jechała za szybko to wcale nie jest niczym
strasznym...
Od niedawna kościół głosi że łamanie przepisów też jest grzechem. Myślę że
jest to dobry pomysł, bo z tego co widzę jest takie społeczne przyzwolenie na
tego typu nadużycia, a tragiczne skutki bardzo często są traktowane jako
wypadki a nie suma *małych* wykroczeń. Sam święty nie jestem nogę miałem
ciężką, autem jeździłem dużo już od 11 lat, ale jakoś myśleć by nie zrobić
komuś lub sobie krzywdy na drodze zacząłem dopiero gdy urodził mi się syn.
Wydaje mi się że brakuje tej odpowiedzialności na drogach, nikt nie myśli o
tym że przekraczając prędkość, wymuszając pierwszeństw, wyprzedzając na
zakazie itd. naraża cudze lub własne życie.
Auto to takie dobrodziejstwo naszych czasów lecz wydaje mi się że społecznie
do tego jeszcze nie dorośliśmy.