Dodaj do ulubionych

gwałty i rabunki na wojnie

24.10.08, 13:46
kontynuacja m. in. tego wątku
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=539&w=62310918&a=62310918
Obserwuj wątek
    • wladca_pierscienii Niemcy 1945 24.10.08, 13:48
      Süddeutsche Zeitung
      wiadomosci.onet.pl/1514346,1292,1,odebrac_godnosc_i_upokorzyc,kioskart.html
      (...)
      Prawdopodobnie nigdy nie zdołamy się dowiedzieć, ile niemieckich
      kobiet zgwałcili sowieccy żołnierze. Norman Naimark wychodzi z
      założenia, że były ich setki tysięcy. Jeżeli doliczyć te, które
      padły ofiarą przemocy podczas ucieczki z Prus Wschodnich, Śląska i
      Sudetów, otrzymamy około dwóch milionów ofiar.

      Jedną z nich była Grete Dalz. Końca wojny doczekała w miejscowości
      Ducherow na Pomorzu Przednim. Odwiedziłam ją w lutym 2003 roku w jej
      lipskim mieszkaniu. W kwietniu 1945 roku miała 24 lata. W stawie w
      jej wiosce pływały zwłoki kobiet i dzieci, które ze strachu i
      rozpaczy rzuciły się w wodę. Grete była świadkiem gwałtu dokonanego
      na jej ciotce, a potem na matce. Ona sama skuliła się pod łóżkiem,
      na którym je gwałcono. Widziała tylko opadające brązowe spodnie.
      Potem przyszła kolej na nią. Potem przez długie lata miała
      sparaliżowaną połowę twarzy i bardzo źle widziała na lewe oko. W
      wiosce mówili na nią "skrzywiona Grete". Chwilę, gdy doznała
      paraliżu twarzy, opisuje tak: "Miałam wrażenie, jakby ktoś położył
      mi na głowę żelazną płytę, a później zupełnie straciłam czucie".

      Jej dwóch braci służyło na froncie wschodnim. Grete opowiadała, że
      często zastanawiała się, co robili w Rosji, skoro czerwonoarmiści
      tak okrutnie pastwili się potem nad niemieckimi kobietami.

      Naturalnie chodziło o zemstę na Niemcach, tej "jaskini
      faszystowskiej bestii". Dużą rolę odegrały propagandowe ulotki, jak
      choćby te autorstwa Ilji Ehrenburga, i rzec jasna alkohol. ("Złamcie
      siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie ją jako regularną
      zdobycz – nawoływał pisarz. – Jeżeli ty nie zabijesz Niemca, on
      zabije ciebie. Jeżeli nie możesz zabić go kulą, zabij go bagnetem.
      Jeżeli na twoim odcinku nie ma walki, zabij Niemca przed bitwą.
      Jeśli zostawisz Niemca przy życiu, on powiesi rosyjskiego mężczyznę
      i zhańbi rosyjską kobietę. Jeżeli zabiłeś jednego Niemca, zabij
      drugiego. Nie licz kilometrów, licz tylko zabitych przez ciebie
      Niemców! Zabij Niemca – o to prosi cię twoja stara matka. Zabij
      Niemca! – tak woła ojczysta ziemia. Nie strać żadnej okazji! Nie
      oglądaj się na nic! Zabijaj! –­ przyp. Onet.) W końcu to Niemcy
      napadli na Związek Radziecki, mordowali, palili i utopili kraj w
      morzu niewysłowionego cierpienia. Generał Nikołaj E. Bersarin,
      legendarny komendant Berlina, następującymi słowami
      usprawiedliwiał "wybryki" czerwonoarmistów: "W ciągu całego życia
      nie widziałem niczego, co można przyrównać do zachowania niemieckich
      oficerów i żołnierzy. Zachowywali się jak prawdziwe bestie w
      stosunku do pokojowo nastawionej ludności ZSRR. W porównaniu z tym
      niczym są wszystkie zniszczenia, jakich doznały Niemcy".

      Hitler prowadził wojnę rasową wobec "bolszewickich podludzi".
      Społeczeństwo Związku Radzieckiego odarły z godności poniesione
      klęski, odwrót, zniewolenie i arogancja "rasy panów". Tego stanu
      rzeczy nie zmieniło pokonanie hitlerowskich Niemiec i wywieszenie
      czerwonej flagi na budynku Reichstagu.

      Ukoronowaniem zwycięstwa były gwałty na kobietach wroga.
      Ów "finałowy akt męskiej dominacji", jak to określa historyk Gerda
      Lerner. W prymitywnych społecznościach gwałty w równym stopniu karzą
      kobiety, jak i mężczyzn. Kobiety odzierają z godności, mężczyzn
      symbolicznie kastrują i upokarzają. – W społeczeństwach
      patriarchalnych mężczyźni niezdolni do zapewnienia opieki kobietom
      uważani są za pozbawionych honoru impotentów – zauważa Lerner. To
      wyjaśnia, dlaczego w wielu wojnach w przeszłości i dziś dochodziło
      do gwałcenia kobiet na oczach ich ojców, synów, mężów.

      Wystarczy przeanalizować listy z poczty polowej, jak to zrobiła Elke
      Scherstjanoi w książce "Czerwonoarmiści piszą z Niemiec". Można w
      nich znaleźć ukryte wskazówki. Pewien żołnierz pisze do siostry pod
      koniec lutego 1945 roku, że "rosyjscy żołnierze wyrównają rachunki z
      Hansami i Frycami, będą ścigać zasługujące na pogardę niemieckie
      kobiety razem z ich czarcim pomiotem.... Znajdziemy je nawet na
      końcu świata". Inny żołnierz w liście do żony stwierdza: "Niemcy nie
      spodziewali się, iż pożoga wojenna zapuka do ich drzwi, bo
      traktowali wojnę jako rodzaj wyprawy do egzotycznego kraju... Z
      głębokim obrzydzeniem patrzę na potwory, jakie wydała ludzkość.
      Wszyscy Niemcy zasługują na pogardę".

      Kobiety najboleśniej odczuły, że wojna nie jest egzotyczną
      wycieczką. Wiele z nich popełniło samobójstwo, walczyło z chorobami
      wenerycznymi, wydało na świat dzieci będące owocem gwałtu albo
      usunęło ciążę. Wszystkie musiały zachować milczenie. Wkrótce
      przyszło im żyć w nowej dyktaturze, gdzie najmniejsze słowo krytyki
      pod adresem Rosjan poczytywano za "antyradziecką nagonkę". W kręgu
      rodzinnym opowiadały więc o błahych wydarzeniach, jak Rosjanie
      kradli zegarki i rowery, choć nie potrafili na nich jeździć. Jak
      myli ziemniaki w muszlach klozetowych i nie mogli się nadziwić, że
      znikały po pociągnięciu spłuczki. Jednym słowem, powtarzały
      stereotypy o rasie stojącej niżej pod względem kulturowym, które
      upowszechniła propaganda Hitlera.
      (...)
        • bmc3i Re: Niemcy 1945 24.10.08, 23:06
          mechanior napisał:

          > Niemki słyną z brzydoty,dziwnym jest więc zapalczywość zwycięzców.


          Bzdura, taka sama jak ta, ze Polski sa szczegolnie ladne.

            • bmc3i Re: Niemcy 1945 25.10.08, 15:59
              mechanior napisał:

              > bmc3i napisał:
              > > Bzdura, taka sama jak ta, ze Polski sa szczegolnie ladne.
              > Niemki to pasztety.
              > Co do Polek,zgadzam się z Tobą.


              Nie ma narodow ktorych kobiety sa szczegolnie ladne albo szczegolnie brzydkie. W
              kazdym narodzie natomiast sa zarowno te piekne, jak i o fizjonomii antygwałtów.

                • wypasior Niemcy wyznaczyli standardy okupacji na wschodzie 28.01.12, 12:21
                  .....więc dlaczego mieli oczekiwać innego traktowania przez Rosjan? Jak się tak litujecie nad Niemiaszkami to wiedzcie, że nie tylko w ZSRR gwałcili i mordowali ale i w Polsce... pierwszy lepszy link: www.youtube.com/watch?v=eDqk1Oq5FQ4

                  nie wiem skąd ta ostatnio modna troska o "rasę panów"
                  • wladca_pierscienii Re: Mathias Schenk - Belg w Powstaniu Warszawskim 28.01.12, 19:18
                    wypasior napisał:

                    > .....więc dlaczego mieli oczekiwać innego traktowania przez Rosjan? Jak się tak litujecie nad
                    > Niemiaszkami to wiedzcie, że nie tylko w ZSRR gwałcili i mordowali ale i w Polsce...

                    z Niemcami to nie problem
                    zasłużyli sobie

                    chociaż Leon Kruczkowski
                    który wojnę przesiedział w obozie jenieckim
                    opisał dramat jednej dziewczyny niemieckiej
                    w utworze "Pierwszy dzień wolności" (powstał i film)

                    PROBLEM W TYM,
                    czemu radziecki sojusznik więcej gwałcił w Polsce niż niemeicki wróg ????


                    > pierwszy lepszy link: www.youtube.com/watch?v=eDqk1Oq5FQ4
                    >

                    w 2004 roku wyszedł wywiad z nim
                    www.wykop.pl/ramka/437211/wspomnienia-niemieckiego-sapera-z-powstania-warszawskiego/
                    forum.ojczyzna.pl/read.php?f=3&i=13698&t=13427
                    warto skopiować na dysk
                    zanim zaczną realizować w praktyce postanowienia ACTA
              • kolejar Re: Niemcy 1945 26.10.08, 21:01
                bmc3i napisał:
                > Nie ma narodow ktorych kobiety sa szczegolnie ladne albo szczegolnie brzydkie.

                Lokatorka, która mieszkała w moim mieszkaniu przed moim Starym była bardzo
                piękna! Mam jej portret z 1944. Nazywała się Elsa Junger. Nie wiem, co się z nią
                ostatecznie stało - wiadomo tylko, że została wypędzona w lutym 1945. Nie, nie
                przez Sowietów, ani to nie była ucieczka przed nimi - mieszkańców wypędziło w
                największe mrozy SS w ramach przygotowań do Festung. Mnóstwo ludzi wymarzło. A,
                że Sowieci gwałcili wszystko, jak leciało? Dziwicie się???
        • wladca_pierscienii Re: uroda rzecz względna 31.10.08, 09:25
          mechanior napisał:

          > Niemki słyną z brzydoty,dziwnym jest więc zapalczywość zwycięzców.

          PRIMO:
          nie tylko ładna twarz się liczy
          ładne piersi też

          SECUNDO:
          rosyjskie kobiety też są brzydkie
          a Rosjan się napłodziło więcej niż Polaków

          TERTIO:
          sam byłem w wojsku (choć nie gwałciłem)
          jak się stale przebywa w wyłącznie męskim
          towarzystwie
          to każda choć przeciętna kobieta
          wydaje się być zjawiskowo interesująca
          • bmc3i Re: uroda rzecz względna 31.10.08, 12:21
            wladca_pierscienii napisał:

            > mechanior napisał:
            >
            > > Niemki słyną z brzydoty,dziwnym jest więc zapalczywość zwycięzców.
            >
            > PRIMO:
            > nie tylko ładna twarz się liczy
            > ładne piersi też
            >
            > SECUNDO:
            > rosyjskie kobiety też są brzydkie
            > a Rosjan się napłodziło więcej niż Polaków
            >
            > TERTIO:
            > sam byłem w wojsku (choć nie gwałciłem)
            > jak się stale przebywa w wyłącznie męskim
            > towarzystwie
            > to każda choć przeciętna kobieta
            > wydaje się być zjawiskowo interesująca


            W niemieckim Landsberg an der Warthe - dzisiejszy Gorzów Wlkp, zgwalcone
            zeostalo kilkanascie tysiecy Niemek. To nie jest kwestia jedynie wyglodnienia.
            • 1410_tenrok lubię oglądać niemieckie kroniki wojenne 13.01.10, 19:12
              z la 1941-1945. Z tych kronik można sie bardzo wiele dowiedzieć. Na Youtubie
              można znaleźć serię o tytule "Mein Krieg" (dla nieznających niemieckiego
              istnieje tłumaczenie angielskie). To bardzo pouczająca historia o prostych
              niemieckich żołnierzach..........
              Porównując te kroniki oraz tych prostych niemieckich Landserów -, którzy z
              jednym wyjątkiem nadal uważali się po latach jako cywilizacyjnie coś lepszego od
              Rosjan/Sowietów -, z manipulacją z kronik, stwierdzam jedno: Sowieci mieli
              rację. A do tego byli bardziej humanitarni: JEDYNIE GWAŁCILI.
              Może jest to okrutne, ale czy ktoś Niemców (hitlerowców) zapraszał do tego
              kraju? SAMI SIę O TAKIE TRAKTOWANIE PROSILI, zważywszy na fakt, że witano ich w
              1941 chlebem i solą.........
              Dla wątpiących polecam jeszcze serial o "Waffen SS" - to genialna rzecz zrobiona
              przez Guido Knoppa z ARD - tam dowiecie sie, dlaczego Sowieci postąpili
              adekwatnie do hitlerowskich przewin.
        • 0ffka Re: Niemcy 1945 16.11.10, 12:10
          mechanior napisał:

          > Niemki słyną z brzydoty,dziwnym jest więc zapalczywość zwycięzców.

          Polki też gwałcili, nawet te które wyzwolili z obozów koncentracyjnych...
          PS
          Ty Mechanior jest zaś cudo przyrody?
    • wladca_pierscienii nieślubne dzieci żołnierzy 06.03.09, 08:56
      Süddeutsche Zeitung,
      wiadomosci.onet.pl/1545488,1292,1,kioskart.html
      Wstydliwe metryki

      Żołnierze Wehrmachtu spłodzili we Francji około 200 tys. nieślubnych
      dzieci.

      Z kolei po drugiej wojnie światowej ojcami 20 tys. Niemców zostali
      żołnierze z francuskiej strefy okupacyjnej

      Potomkowie kolaborantek i wrogów dorastali z piętnem odrzucenia i
      pogardy. Wielu z nich do dziś szuka swych korzeni.

      (...)

      Jean Louis Prugniaud nigdy nie słyszał o Freiburgu. Z tego co
      pamiętał, prócz krótkiego pobytu na Madagaskarze większość
      dzieciństwa i młodości spędził w Paryżu przy Rue Héricart, gdzie
      mieszka do dnia dzisiejszego. Nie utrzymywał żadnych kontaktów z
      Niemcami, ale czuł dziwną słabość do sąsiedniego kraju. Matka mówiła
      nieźle po niemiecku; syn też zapragnął poznać ten język. Dlatego
      zgłosił się na ochotnika do odbycia zasadniczej służby wojskowej w
      jednostce stacjonującej w Offenburgu w Badenii-Wirtembergii.

      Wprawdzie spodobał mu się kraj dawnego wroga Francji, ale nie miał
      pojęcia, że jego los jest nierozerwalnie związany z Niemcami.
      Dopiero kiedy znalazł karton z tajemniczą metryką, przypomniał sobie
      dziwne zdanie chorującej na Alzheimera matki, wypowiedziane na
      krótko przed śmiercią. Jej słowa zabrzmiały niczym klątwa: – Byłoby
      lepiej, gdybym ciebie tam zostawiła!

      Jean Louis Prugniaud postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, skąd
      pochodzi i pojechał do Freiburga. (...) Po wykonaniu licznych
      telefonów i napisaniu dziesiątków listów otrzymał od francuskiej
      ambasady w Berlinie drugą metrykę. Ręcznie sporządzona kopia
      potwierdzała po francusku narodziny Pierre’a Längera, syna Lotte i
      Friedricha Längerów. Odpis uzupełniono w 1951 roku: skreślono
      Pierre’a Längera i zastąpiono Jeanem Louisem Prugniaud. Poniżej
      umieszczono dopisek: adoptowany przez Jeana i Alice Prugniaud.

      – Poczułem się niczym bezpański kundel – opowiada Jean Louis
      Prugniaud. Metryka zdobyta w Berlinie umożliwiła mu dalsze
      poszukiwania. Od urzędu stanu cywilnego we Freiburgu dostał trzecią
      metrykę, tym razem niemiecką. Dokument potwierdzał, że niegdyś był
      Niemcem i nazywał się Peter Länger. Udało mu się odszukać krewnych i
      stopniowo odkrywał całą prawdę. Otóż jego matka miała w sumie
      pięcioro dzieci – on urodził się trzeci w kolejności. Ojciec
      Friedrich powrócił w sierpniu 1946 roku z niewoli rosyjskiej i
      stłukł żonę, gdy zobaczył, że jest w ciąży. Kilka miesięcy wcześniej
      sąsiedzi często widywali przed drzwiami ich domu francuskiego
      żołnierza przynoszącego paczki z jedzeniem. Prawdopodobnie Friedrich
      Länger zmusił żonę, aby oddała Petera do adopcji.

      (...)
      Spotkania z niemieckimi krewnymi były dalekie od serdeczności. Matka
      już od dawna nie żyła. Możliwe, że jej brat, Rudolf, znał
      francuskiego ojca Jeana Louisa, ale nie chciał powracać do wspomnień
      o „dawnych czasach”. Nie żyją także jego dwie siostry przyrodnie.
      Wprawdzie najmłodszy brat poznał historię pana Prugniauda, ale nie
      wyraził wielkiego zainteresowania krewniakiem z Francji. (...)

      Jego jedyną pamiątką po matce jest zdjęcie. Widać na nim ładną,
      nieco korpulentną kobietę siedzącą obok męża. Między nimi stoi
      Günter, najmłodszy z rodzeństwa. Starsze dzieci pozują grzecznie za
      rodzicami. Jean Louis Prugniaud szybko chowa rodzinną pamiatkę,
      jakby pragnął powiedzieć, że na fotografii kogoś brakuje. Nie robi
      matce wyrzutów. To ówczesne warunki zmusiły ją do oddania syna. –
      Proszę spojrzeć – mówi i pokazuje niepodpisaną przez matkę
      deklarację o zrzeczeniu się praw rodzicielskich. Pragnie wierzyć, że
      zmuszono ją do adopcji.


      Niemiecki humanista Wilhelm von Humboldt powiedział kiedyś, że tylko
      ten, kto zna przeszłość, ma również przyszłość.


      Jean Louis Prugniaud przeżywa koszmar, ponieważ nie zna własnej
      przeszłości. Podobnych uczuć doświadcza wiele „dzieci wojny”.
      Ogarnia je niepewność, wina i wstyd. Mają wrażenie, że noszą na
      sobie piętno okupanta. Będą zmagać się z tym uczuciem do końca
      swoich dni. – A przestańże pan gadać o Niemcach. Oni wszyscy są
      zbrodniarzami – oświadczył kiedyś stary sąsiad, gdy Prugniaud
      wspomniał, że jedzie do Freiburga. – Co, miałem mu może jeszcze
      powiedzieć, że sam jestem Niemcem? – pyta bezradnie.

      Kara nie ominęła także francuskich i niemieckich matek za
      spoufalanie się z wrogiem. Spotykały się z powszechnym potępieniem,
      traktowano je jak trędowate, a ich potomstwo obrzucano wyzwiskami.
      Koleje losów „dzieci wojny” otaczała zmowa milczenia po obydwu
      stronach Renu. Alianci obawiali się fali pozwów, dlatego młoda
      Republika Federalna Niemiec musiała zobowiązać się do trzymania pod
      kluczem dokumentów związanych z niechlubnymi narodzinami. Tak było
      do lat 60. Niemcy zajęli się odbudową kraju i wszyscy pragnęli jak
      najszybciej zapomnieć o koszmarze przeszłości. Podobną postawę
      przyjęła Francja, która nie chciała pamiętać, iż marionetkowy rząd
      Vichy stał się posłusznym wykonawcą rozkazów Hitlera i jego
      popleczników.

      (...)
      „Dzieci wojny” zbyt późno wyruszyły w podróż do przeszłości. Choć
      odkryły tożsamość biologicznych ojców, to wielu z nich już zmarło.
      Podobna sytuację przeżył William Falguiere. Rodzina wyklęła jego
      matkę Raymonde, gdy wyszło na jaw, że spodziewa się dziecka
      spłodzonego przez niemieckiego żołnierza. Po wojnie za karę ogolono
      jej głowę. Kiedy William w 1950 roku poszedł do szkoły, nauczyciel
      wezwał go na środek klasy i zapytał, jak nazywa się jego ojciec. –
      Nie mam ojca – odparł chłopak, przy wtórze kolegów
      wykrzykujących: „niemiecki bękart”.

      William Falguiere wyruszył na poszukiwania w 1977 roku, gdy zbliżał
      się do trzydziestki. Czerwony Krzyż odnalazł jego ojca w Bawarii,
      lecz żona Niemca chowała przed nim listy od francuskiego syna.
      Dopiero w 2003 roku Falguiere wznowił poszukiwania w archwium
      Wehrmachtu w Berlinie. Wówczas ojciec już dawno nie żył, ale udało
      mu się nawiązać kontakt ze swoimi siostrami przyrodnimi. Wkrótce
      doszło do rodzinnego spotkania w Ratyzbonie. William Falguiere
      odczytał je jako otwarcie nowego etapu w swoim życiu. –
      Zaakceptowali mnie – oświadczył.
      (...)
      • bmc3i Re: nieślubne dzieci żołnierzy 07.03.09, 03:40
        >Kara nie ominęła także francuskich i niemieckich matek za
        >spoufalanie się z wrogiem. Spotykały się z powszechnym potępieniem,
        >traktowano je jak trędowate, a ich potomstwo obrzucano wyzwiskami.


        To samo mialo miejsce w Polsce, gdzie laski prowadzajace sie z Niemcami, byly
        przeciez czasami nawet zabijane jako kolaborantki.
        • wladca_pierscienii film „Zakazane piosenki” 13.03.09, 08:44
          bmc3i napisał:

          > To samo mialo miejsce w Polsce, gdzie laski prowadzajace sie z
          Niemcami, byly
          > przeciez czasami nawet zabijane jako kolaborantki.
          >

          nie do końca tak samo
          Francuzi odważyli się podnieść rękę na takie kobiety dopiero po
          wypędzeniu Niemców

          nasi konspiratorzy je strzygli za okupacji

          egzekucji nie było – no chyba że była jednocześnie donosicielką
          Gestapo


          w filmie „Zakazane piosenki” nakręcono scenę ostrzyżenia dziewczyny

          ostatecznie zwyciężyła wersja bardziej dramatyczna – podczas jazdy
          tramwajem dziewczyna obudziła Niemca i doniosłą na chłopca, który
          śpiewał patriotyczne piosenki, Niemiec zastrzelił chłopca i za to
          dziewczyna dostała wyrok śmierci

          była też nakręcona inna scena: w parku dziewczynka śpiewała
          patriotyczne piosenki
          obok było 2-3 żołnierzy niemieckich w starszym wieku
          nie rozumieli o czym śpiewa
          jeden z nich dał dziewczynce cukierka czy parę cukierków
          scena dawania cukierków nie ukazała się w wersji ostatecznej filmu



          > O psychomaszynie:
          > np. wątek o gwałtach na wojnie zostawił
          > a wątek o burdelach wojskowych wyciął

          a to już NIEKATUALNE...
          psychomaszyna ostatnio dwa razy skasował wątek o gwałtach
          radzieckiej Armii Czerwonej

        • 1410_tenrok no fraternisation................... 13.01.10, 19:23
          ciekawym jest, że Aliantom zakazano tego, jednak Niemki dostawały bzika na
          punkcie Kau Gummi oraz Struempfe i Schockolade, więc zarządzenie skasowano.
          Po wojnie urodziło sie wiele dzieci z takich związków. Jednak rzadko kiedy
          ojcowie zabierali dzieci i żony do USA. Kiedyś w ARD lub ZDF był program
          poświęcony dzieciom, które w wieku mocno dorosłym szukały ojców w USA.
          Sam miałem znajomego, który był mieszanką Niemki-Navajo/Meksykanina. Łatwego
          życia to on nie miał...........
    • wladca_pierscienii film "Kobieta w Berlinie" 11.05.09, 12:03
      na ekrany kin wszedł film "Kobieta w Berlinie"
      film.gazeta.pl/film/2,23804,,Kobieta_w_Berlinie,,119704050,2925.html
      rozmowa z reżyserem:
      wyborcza.pl/1,75480,6038850,Zgwalcone_przez_Armie_Czerwona.html
      "Anonima. Kobieta w Berlinie"
      (…)

      Po co berlinianka gwałcona przez czerwonoarmistów zapisuje to wszystko w dzienniku?

      - Chciała zrozumieć, co się stało. Ona to bezlitośnie relacjonuje. Zacząłem myśleć o filmie, kiedy przeczytałem opis jej miłosnej nocy z rosyjskim majorem. Wtedy dużo zrozumiałem. Ta kobieta mimo gwałtów, których doznała od Rosjan, dostrzega w tym żołnierzu człowieka. Łamie tabu.

      Rosjanie to dla niej już nie tylko gwałcąca masa, ale pojedynczy normalni ludzie. Z 1,5 mln czerwonoarmistów w Berlinie nie wszyscy to gwałciciele i mordercy. Zauważyłem, że my w Niemczech nie mamy pojęcia, jaka była Armia Czerwona, potrzebujemy tylko wroga, który był równie zły i okrutny jak my.

      Anonima pokazuje także, jak niemieckie kobiety uwielbiały bohaterów, jak popadały w stan chorej adoracji Hitlera. I zapisała też, z jakim dystansem te zgwałcone kobiety patrzyły potem na swoich złamanych mężów wracających z wojny. Wtedy sobie powiedziałem: tyle wiesz o tej kobiecie, byłbyś tchórzem, gdybyś nie zrobił tego filmu.

      Książka ukazała się w 1959 roku, dlaczego przez pół wieku Niemcy nie chcieli jej czytać?

      - To jest temat tabu. Czas powojenny można było przetrwać, nie zadając pytań. Żony nigdy nie pytały mężów: co robiłeś na froncie? A mężowie nie pytali: co przeżyłaś, kiedy wkroczyli tu Rosjanie? Na tym milczeniu budowano życie rodzinne. Pisano, że wizerunek mężczyzny się pogorszył, że w oczach kobiet mężczyźni głęboko upadli. Mężczyźni byli słabi i kobiety musiały same sobie radzić, odbudowywać kraj. Nie tylko ulice i domy, ale także tych złamanych mężczyzn, swoich mężów. Żeby mężczyzna znowu mógł usiąść przy stole jako głowa rodziny. Za to wszystko płaciły milczeniem.


      (…)

      Ten czerwonoarmista, też jeden z gwałcicieli, opowiada jej, jak Niemcy w wiosce na Wschodzie roztrzaskiwali dzieciom główki.

      - I ona jest poruszona, ale walczy, żeby tego nie pokazać. Tylko chłodno pyta: słyszałeś czy widziałeś?

      Kobiety niemieckie nie chciały wiedzieć, nie wierzyły. Było oczywiście SS, magiczne oko zła, ale chłopcy z Wehrmachtu nie mogli robić takich rzeczy.

      A Rosjanin odpowiada: "Widziałem".

      - Wtedy ona wybiega na ulicę. (…)

      Kiedy szukałem rosyjskich aktorów do "Anonimy", zrobiliśmy castingi w Petersburgu. 30 mężczyzn dziennie, każdy miał 20 minut. Znali już scenariusz. I chyba ośmiu z tych silnych mężczyzn rozpłakało się podczas prób. Zrozumiałem, że Rosjanie mają całkiem inny stosunek do swojej przeszłości niż my, Niemcy.

      Nam się wydaje, że żaden inny kraj na świecie nie przepracował swojej historii tak jak my. O winie za Holocaust potrafimy mówić zawsze i wszędzie. Ale to całe analizowanie przeszłości odbywa się w sferze abstrakcji. Żałujemy, ale nic przy tym nie czujemy. Hańby naszej historii pojedynczy Niemiec nie bierze sobie do serca.

      Myślałem, że to niemieckie "Aufarbeitung", "przepracowanie", to właśnie bardzo solidna i osobista analiza niemieckiej winy.

      - Nie. To się dzieje raczej w wymiarze publicznym, oficjalnym, w mediach. Na zewnątrz, a nie wewnątrz. Zaraz po Trzeciej Rzeszy nie było żałoby ani skruchy za to, co zrobiliśmy. Później przyszło uczucie hańby, ale też go nie lubiliśmy i szybko zostało odłożone na bok.

      Cała siła mentalna zamieniła się w akcję: nie myśleć, nie czuć, tylko odbudować, bo wszystko jest zniszczone. Patrzeć w przód. A potem w latach 50. świętowało się, że zniszczone miasta udało się odbudować. Sprawa Holocaustu była już znana na całym świecie, kiedy wróciła do Niemiec. Dopiero w latach 60. były pierwsze aresztowania.

      (…)

      Kiedy się opowiada taką historię masowemu widzowi, trzeba ją pokazać tak, żeby po dziesięciu minutach nie wyszedł z kina. A niestety, granice jego wytrwałości nie są duże. Jedni mówią, że za dużo w tym filmie brutalności, drudzy, że za mało. A tak naprawdę ludzie nie chcą oglądać filmów o takich problemach.

      Żeby zrozumieć "Anonimę", potrzeba dystansu, nie wiem, czy nadszedł już odpowiedni moment na taki temat. Myślę, że na przykład Rosjanie nie są jeszcze gotowi wysłuchać prawdziwej opowieści o żołnierkach w Armii Czerwonej. Walczyło ich ponad milion. W moim filmie jest taka bohaterka. W Czerwonej Armii było mnóstwo historii miłosnych, ale kiedy wojna się skończyła, te czerwonoarmistki zostały same. Czerwonoarmiści wrócili do domów. Kiedy w latach 90. ukazała się w Rosji pierwsza książka na ten temat, jej autorka miała ogromne problemy. Nie mogła dalej publikować, wyjechała.

      A jak pan myśli, dlaczego ci rosyjscy aktorzy wtedy płakali?

      - Bo u Rosjan o wojnie rozmawiało się w rodzinach, a nie tylko oficjalnie. Dlatego ich stosunek do historii jest emocjonalny. U nas najwyżej wstydliwy. To byli mężczyźni, których dziadkowie zginęli na froncie, babcie zostały zamordowane albo zmarły z wycieńczenia i głodu podczas blokady Petersburga.

      (…)
      Zaskoczył mnie rosyjski aktor, który gra w "Anonimie" majora. Sądziłem, że rozumiał swoją rolę, ale niedawno powiedział w wywiadzie: "Jak szła Armia Czerwona, to Niemki zadzierały spódniczki". To się stale powtarza: historycy mogą napisać góry książek, a w ludziach pozostaną wyłącznie stereotypy.

      W książce Anonimy jest też Polak, który razem z Rosjanami gwałci Niemki w Berlinie. Słyszał pan o takich Polakach?

      - Przeczytałem ze 20 książek i kilka niepublikowanych dzienników z tamtego czasu, ale z wyjątkiem zapisków Anonimy nie znalazłem nigdzie wzmianki o gwałcicielach Polakach.

      (…)


      Amerykanie i Francuzi też gwałcili, choć nie tak masowo jak Rosjanie. Mało znamy przypadków gwałtów w strefie angielskiej. Te kobiety zaczynają opowiadać swoje historie. Ale dzwonią też młodsze Niemki, które wiedzą lub tylko podejrzewają, że ich matki były ofiarami sowieckich gwałtów. Te córki jakby też żyły w tej tajemnicy.

      (…)

      "Spiegel" pana skrytykował, napisali, że film nie pokazuje jasno, kto jest ofiarą, a kto sprawcą.

      - Ale to jest głupie. Trzy lata pracowałem nad tym tematem i dobrze go znam. Jeżeli Anonima chciała coś przekazać, to na pewno nie jakąś głupią pewność, tylko dwuznaczność tamtych dni i decyzji tych kobiet.

      (…)

      Rozmawiałem z dwiema staruszkami z dobrych berlińskich, mieszczańskich rodzin, które przeżyły gwałty lat 1945-46. Nigdy o tym nie mówiły. Obejrzały film i mówią, że wszystko wiernie pokazaliśmy. Łącznie z obrazem Rosjan. Bo ten pozytywny obraz "Ruskiego" powtarza się w dziennikach kobiet. Zawsze był jakiś żołnierz czy oficer, który przynosił chleb, był dobry dla dzieci. Żołnierz to taka maszyna wojenna. Trzeba ją zatrzymać, żeby zaczęła być znowu człowiekiem. To skomplikowany i powolny proces. A im się wojna skończyła w Berlinie. Jeżeli było, powiedzmy, 100 tysięcy gwałcicieli z czerwonymi gwiazdami, to było też 1,4 mln żołnierzy, którzy nie gwałcili. A teraz jacyś idioci z gazet wymagają ode mnie, żebym powtarzał tylko "Uwaga, Ruskie!".
      (…)
      Źródło: Duży Format
      • kazik.k Re: film "Kobieta w Berlinie" 24.03.10, 16:33
        najpierw tzw "kulturtregerzy" z ss i wehrmachtu dokonywalizbrodni w rosji /na
        ukrainie/ .rosjanie robili tylko to co spotkalo ich kobiety!oczywiscie nie
        mordowali kobiet w takiej skali jak te zbiry z ss!!!






        '
        • wladca_pierscienii Armia Czerwona - czeski film "Żelary" 13.11.10, 10:30
          dzisiaj w satelitarnej niekodowanej TVP Kultura
          będzie czeski film "Żelary

          akcja - dzieje wsi czeskiej podczas okupacji niemieckiej

          gdzieś pod koniec filmu nadciągnęła wyzwoleńcza radziecka Armia Czerwona

          w nocy była "impreza zapoznawcza" mieszkańców z żołnierzami

          następnego dnia żołnierze radzieccy wszczęli działania
          które trzeba nazwać co najmniej jako "molestowanie seksualne"

          aż mieszkancy wsi pouciekali na bagna czy do lasu

          jak tradycyjnie ozytywnie nastawieni do Rosjan Czesi (1920, 1938)
          tak zapamiętali zołnierzy sowieckich
          to nic dziwnego, że po wojnie zwycięską Armię Czerwoną
          przemianowano na Armię Radziecką...
    • wladca_pierscienii rok 1945 – gra / zabawa „Machniom” 17.08.09, 08:24
      w „Czterech Pancernych”, zdaje się w odcinku 11-ym, jest taka scena,
      jak Gustlik Jeleń i Grigorij Sakaszwili mówią do siebie:
      - Machniom?
      - Machniom!
      i wymieniają się przedmiotami

      Autorem powieści i współautorem scenariusza jest Janusz Przymanowski.
      Napisał on też książkę „Ze 101 frontowych nocy”, gdzie
      "machniom" jest lepiej wytłumaczone.

      Książka ta nie była wznawiana od czasu przemian ustrojowych, więc
      mam nadzieję, że Wydawnictwo „Książka i Wiedza” nie będzie
      się czepiać…

      rozdział: MACHNIOM

      Zwycięska wojna prowadzona na terytorium przeciwnika stwarza
      warunki sprzyjające rozwojowi kolekcjonerskich zamiłowań. Żołnierz,
      którego jedynym bogactwem, jedyną własnością prywatną jest igła z
      nitką, pasta do butów, fotografia matki lub dziewczyny, a czasem
      nawet brzytwa, wkracza raz po raz do wiosek i miast opuszczonych
      przez mieszkańców. Domy, szafy, szuflady, piwnice, sklepy, magazyny -
      wszystko stoi otworem, porzucone i bezpańskie.

      O rabunku nie ma mowy, bo wszystko to poniewiera się po
      ulicy, jest narażone na ogień i deszcz, a proste rozumowanie
      dowodzi, że nie weźmiesz ty, to weźmie inny. Mimo to wewnętrzne
      opory są silniejsze, niż można byłoby się spodziewać.
      Początkowo
      nie bierze się nic. Potem na pierwszy ogień nowej namiętności idą
      prześcieradła i ręczniki, które - odpowiednio przycięte - zastępują
      stare onuce. I koszule bierze się czyste, pozostawiając na miejscu
      brudne. Czasem nowy grzebyk zamiast połamanego własnego, scyzoryk, a
      nawet korale dla dalekiej dziewczyny, jako pamiątkę z wojny...

      Nie wyklucza to oczywiście pojedynczych egzemplarzy większego
      kalibru. Ja osobiście noszę do dziś niewielką teczuszkę skórzaną,
      bardzo ładną i zgrabną, z metalowym monogramem C. N., który ciekawym
      znaczenia liter tłumaczę jako „Cnota i Nauka"... Jeden z
      sympatycznych intelektualistów naszej armii ma w swym domu elegancki
      obrus pochodzący z Grabow-See, na którym dopiero niedawno jeden z
      wnikliwszych i bystrookich gości odczytał podczas przyjęcia
      napis: Lungenheilanstalt (Sanatorium dla gruźlików). Biały
      haft na białym, litery rozstrzelone, nikt więc przedtem nie zwrócił
      uwagi.

      Są to jednak, jako się rzekło, egzemplarze unikalne, wyjątkowo i
      jako takie potwierdzają sformułowaną wyżej regułę.

      Drugi, znacznie późniejszy etap - to planowe kolekcjonerstwo.
      Jedni zbierają ordery armii przeciwnika, inni zegarki,
      a wszyscy polują na zgrabne, dobre pistolety. Ale to nie jest
      szaber. Autorytatywnie, szczerze i z najgłębszym przekonaniem
      stwierdzani, że żołnierze l Armii do pięt nie dorośli owym
      przedsiębiorczym kadrom inicjatywy prywatnej, które w latach
      powojennych rozwinęły ożywioną działalność na Ziemiach Zachodnich.
      Powrócili do domów równie niebogaci, jak w chwili, gdy z nich
      wyruszali na front.


      Żołnierskie kolekcjonerstwo różni się od szabru ilościowo i
      jakościowo. Ilościowo możliwości żołnierza ograniczone są do
      minimum objętością jego własnego plecaka, a nawet często kieszeni,
      bo plecak bywa kontrolowany przez przełożonych.
      Jakościowa
      różnica polega na tym, że szabrownik za wszelką cenę chce się
      wzbogacić łatwym łupem, a żołnierz nie przywiązuje doń większej
      wagi. Z owej pogardy dla materialnych wartości trofejów (tak to
      wówczas nazywano) narodziła się oryginalna i pełna hazardu gra,
      niepowtarzalna w swej egzotyce, która dziś może stanowić tylko
      ciekawy obiekt dla psychologów. Ta gra - to „machniom".

      Spotykało się dwu znajomych lub nieznajomych żołnierzy. Jeden
      wkładał rękę do kieszeni i zaciskał ją w pięść, pytając:
      - Machniom?
      Drugi robił to samo lub chwytał się za zegarek na przegubie lewej
      ręki i z desperackim błyskiem w oku odpowiadał:
      - Dawaj, machniom.

      Po tej krótkiej wymianie haseł następowała wymiana zawartości
      dłoni. Można było wygrać scyzoryk za guzik, przegrać złoty zegarek
      za szpulkę nici, a za garść bezwartościowych naboi nieużywanego
      kalibru zdobyć samochód (grający trzymał w dłoni nie mercedesa,
      lecz kluczyk od zapłonu).


      Dziś wydaje się to tak dziwne, że prawie niemożliwe. Pamiętać
      jednak należy, że - po pierwsze, czasem scyzoryk był bardziej
      przydatny niż samochód, który trzeba było i tak porzucić w rowie na
      pierwszy sygnał do bitwy,
      a po drugie, oba zostały nabyte za
      darmo, wzięte z ulicy. Urokiem tej gry był hazard, ryzyko, serdeczny
      śmiech widzów i ta zawrotna huśtawka, która w sekundzie
      przekształcała posiadacza nowiutkiego sportowego BMW we właściciela
      dziurawej damskiej pończochy.

      Machniom" miało sporo dodatkowych reguł i odmian. Można
      było grać w określonych kategoriach przedmiotów (np. „machniom na
      metal", „na żarcie", „na butelki" - naturalnie pełne itp.).
      Szczegółów nie podaję, bo i tak nikt grać w to nie będzie.

      (…)
      • wladca_pierscienii zdobyczny generalski HORCH 02.01.11, 23:29
        rozdział ze wspomnianej poprzednio książki Przymanowskiego „Ze 101 frontowych nocy”

        nie była wznawiana przez ostatnie 20 lat
        więc nikt nie powinien się czepiać

        ++++++++++++++++++++++++++++++++++++

        87. Z D O B Y C Z WOJENNA

        Poczytajmy w starym pamiętniku, jak to dziadowie nasi wojo­wali:
        „Gdybym był miał wtenczas aby jednego czeladnika przy sobie, mógłbym był jako najpiękniejszych rumaków nawybierać, bo to tam samą starszyznę cięto... Wziąłem też jednego wałacha pięknego, z czarną pręgą... Żal mi, co nikogo żywcem nie mam, ale się końmi cieszę, osobliwie owym gniadym, co był bardzo piękny..."
        Mowa w tych fragmentach o bitwie stoczonej pod Płonką (Połonką ???) w ro­ku 1660. Na pewno i w innych było bardzo podobnie.

        Od czasów imć pana Paska do drugiej wojny światowej minęło jednak prawie trzysta lat i nieliczni żołnierze l Armii rozglądali się po bitwie za karym lub bułanym rumakiem. Chyba tylko ci z brygady kawalerii. A jednak mimo wszystko pozostaliśmy wierni narodowym tradycjom — od momentu wkroczenia na dawne tereny niemieckie rozpoczęło się masowe polowanie na konie. Twórczo roz­wijając zamiłowania pradziadów, poszukiwaliśmy kani mechanicz­nych, zaklętych w motocyklowych lub samochodowych silnikach.

        Wkrótce wytworzyła się nawet pewna hierarchia — szeregowcy i kaprale formowali plutony cyklistów, młodsi oficerowie dokony­wali przemarszów na motocyklach i volkswagenach, starsi wybierali sobie BMW, a generałom szukano mercedesów.
        Odstępstwa od tej „służbowo-samochodowej hierarchii" były minimalne i likwidowało je samo życie. Jeśli na przykład jakiś porucznik czy kapitan zdo­bywszy elegancki, wielocylindrowy wóz nie robił zeń natychmiast podarunku przełożonemu o odpowiedniej randze, to owa „odpowied­nia ranga" przejmowała rzeczony samochód na mocy zwięzłej dyspo­zycji:
        — Wysiadajcie, dalej ja pojadę.
        W tym miejscu boję się, że zostanę źle zrozumiany przez obywa­teli drugiej połowy XX wieku. To nie był rozbój na równej drodze.

        Nie przykładajcie miary dzisiejszego czasu do frontowych dni. Walor takiej zmiany tytułu własności nie był większy niż odebranie garści kolorowych kamyków młodszemu chłopcu przez starszego chłopca. Samochody były czymś w rodzaju grzybów. Nie kupowało się ich przecież — trzeba było tylko znaleźć.
        Jeśli chodzi na przykład o redakcję „Zwyciężymy'', to począwszy od okresu Wału Pomorskiego nasz stan taboru samochodów osobowych stale się zmieniał, powiedziałbym nawet, falował. Szczyty tych fal przypadały na dni wygranych bitew i natarć; a minima znaczyły każdorazowe wizyty przyjaciół z Warszawy i Łodzi — przyjazdy operatorów filmowych „Czołówki" lub korespondentów „Polski Zbrojnej".
        Jednym słowem, samochody zmieniały właścicieli na drodze pokojowej.

        Na ogół, ale nie zawsze. Wóz wyjątkowy, szczególnie duży elegancki, wóz, że tak powiem, na szczeblu generalskim, mógł rozbudzić namiętności i stać się przyczyną...
        Nie uprzedzajmy jednak wypadków.

        Gwoli sprawiedliwości należy stwierdzić, że horcha znaleźli moździerzowcy. Był czarny jak namiętność Murzyna, przeraźliwie długi, dwunastocylindrowy, wybity skórą o barwie koralu. I, co bardzo ważne — miał klamki i okucia niczym ze szczerego złota. Przeznaczono go z miejsca dla dowódcy jednostki, ale na wszelki wypadek, żeby w oczy nie kłuł, pozostawiono w ukryciu.

        I nic by się szczególnego nie stało, gdyby jeden z moździerzowców, pełen dumy ze zdobyczy, nie wygadał się w obecności sierżanta zwiadu pewnej brygady artylerii. Sierżant zameldował swemu łożonemu, a ten, pragnąc zrobić przyjemność dowodzącemu brygadą generałowi, zorganizował nocną wyprawę i wykradł horcha.

        Generał — człowiek dużej odwagi i małego wzrostu — rozpromienił się niczym słońce. Jak Napoleon, miał namiętność do wielkich rzeczy, a samochód mierzył od maski do stopsygnałów ponad pięć metrów. Nalano benzynę i oliwę, zapuszczono nowiutki silnik i dowódca tego samego dnia pomknął na koralowych obiciach do sztabu armii na odprawę.
        Wszyscy byli zdziwieni, a pułkownik od moździerzy wściekły, Podczas przerwy cały sztab bacznie obejrzał wóz i generał, by nie prowokować losu, umknął do swej brygady przed zakończeniem odprawy.

        Nocą zwiad moździerzowców przepełznął mimo wartowników i zaczepił stalową linkę do zderzaków. W chwilę potem horch bez kierowcy wytoczył się z garażu i począł umykać. Wartownik rąbnął serię w powietrze na alarm, strzeliły w górę rakiety oświetlające.
        Z ziemianek wybiegali uzbrojeni zwiadowcy brygady i z dzikimi okrzykami gnali za samochodem.

        W tym momencie zaniepokojeni nagłym hałasem Niemcy po dru­giej stronie frontu otworzyli ogień z dział. Jeden z pierwszych po­cisków rozniósł bezpośrednim trafieniem horcha. Zgasły rakiety, wszystko ucichło.

        Nazajutrz oba zainteresowane zwiady w przyjaźni i zgodzie oglą­dały resztki blach i koła rozrzucone po polu. Znaleziono nawet dwie klamki, piękne bardzo klamki, niczym ze szczerego złota. Podzielili się sprawiedliwie — jedną wzięli moździerzowcy, a drugą artylerzyści. Czy podarowali je swoim dowódcom, czy zatrzymali w plutonach zwiadu na pamiątkę — o tym historia milczy.
      • wladca_pierscienii Re: zawartość żołnierskiego plecaka 29.04.12, 19:14
        > Żołnierskie kolekcjonerstwo różni się od szabru ilościowo i
        > jakościowo. Ilościowo możliwości żołnierza ograniczone są do
        > minimum objętością jego własnego plecaka, a nawet często kieszeni,
        > bo plecak bywa kontrolowany przez przełożonych.
        Jakościowa
        > różnica polega na tym, że szabrownik za wszelką cenę chce się
        > wzbogacić łatwym łupem, a żołnierz nie przywiązuje doń większej
        > wagi. Z owej pogardy dla materialnych wartości trofejów (tak to
        > wówczas nazywano) narodziła się oryginalna i pełna hazardu gra,
        > niepowtarzalna w swej egzotyce, która dziś może stanowić tylko
        > ciekawy obiekt dla psychologów. Ta gra - to „machniom".
        >
        +++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
        wspomnienia własne porucznika czy podporucznika WP przy ZSRR:

        NIKE – dodatek literacki tygodnika „Żołnierz Polski”
        nr 5(9)/1980
        artykuł:
        Waldemar Kotowicz – WOJNA I MARZENIA. Mój rok 1945.

        Przed, paroma tygodniami uczestniczyłem w lokalnej, poświęconej rocznicy zwycięstwa Uroczystości zorganizowanej przez jeden z wrocławskich hufców harcerskich. Nad kręgiem świec imitujących płonące ognisko wspominałem przedzwycięskie, kwietniowe dni czterdziestego piątego roku, kiedy to od­działy naszej 2 Armii biwakowały przez ty­dzień pod obleganym, przekształconym w twierdzę i uporczywie bronionym Wrocła­wiem. Druhny i druhowie słuchali tych wspomnień z należnym dla historii szacun­kiem, ale i wyczuwalnym dystansem, z jakim zwykliśmy przyjmować opowieści tyczącej innej epoki. Nie dziwiłem się. To zrozumiałe, że młodzi ludzie, którzy nie znają wojny z autopsji, którzy przyszli na ten świat kilka­naście lat po jej zakończeniu, w scenerii ugruntowanego już pokojowego życia, dla których nowe buty, pójście do kina czv na lody, wczasowy wyjazd w góry czy nad morze, wreszcie możliwość nauki i pracy, to w zasadzie tylko kwestia wyboru, nie mogą pojąć jakże bagatelnych pragnień, dziwnych wyrzeczeń i odmiennych pojęć o szczęściu ludzi tamtego okresu.
        Pragnienia, te zwykłe, codzienne, domino­wały w narzekliwych pogwarkaeh żołnierzy naszej kompanii, biednie - poza uzbrojeniem - wyposażonej, skąpo zaopatrywanej, a najskąpiej w sorty mundurowe. Mieliśmy wpraw­dzie sukienne płaszcze i „pałatki" przeciwdeszczowe, ale do tego tylko po jednym komplecie drelichowych mundurów. W chwili wymarszu na front, w okresie największych mrozów i śniegów ostatniej wojennej zimy, dodano ciepłą bieliznę i onuce, trochę futrzanych serdaków dla szeregowych i swetry-golfy dla oficerów., Dzięki temu jako tako przeżyliśmy do wczesnej wiosny, jaka powitała nas na Pomorzu Zachodnim.

        Ale z butami była prawdziwa bieda. Poprzednie pięć miesięcy szkolenia, dzień w dzień w jesienne pluchy, zimowy marsz z Podlasia do świeżo wyzwolonej Warszawy, parę tygodni garnizonowej służby i paręset kilometrów dalszej, pieszej wędrówki na Zachód w czasie wiosennych roztopów - tego nie zniosła bez szwanku żadna para żołnierskich kamaszy, ani oficer­skich butów z brezentowymi cholewami. Przetarte drelichowe spodnie można było jakoś samemu połatać, zastąpić portka­mi, znalezionymi gdzieś na szlaku po­chodu, ale butów nie było. Tak się jakoś składało.
        Mieliśmy w kompanii dobrego, przemyślnego sierżanta-szefa, który nawet w nocnym, dość dramatycznym przemarszu przez płonącą Piłę - z której tylko co wyr­wały się niemieckie oddziały - potrafił za­ładować na nasze podwody mnóstwo różnych konserw, nieczerstwiejącego chleba i skrzynki cygar, ale obuwia też nie potrafił znaleźć.
        W innych, mijanych czy zajmowanych postoje kompletnie wyludnionych osadach bywało wszystko, nie było tylko przydatnych nam butów.
        Kwaterując w pięknych, bezpańskich aktualnie willach, jak chociażby gdzieś koło Milicza, czy w podwrocławskich Obornikach, patrzył człowiek obojętnie na stylowe meble, bibeloty, oryginalne obrazy w po­złacanych ramach, kunsztownie kute w miedzi żyrandole i lichtarze, na starą porcelanę, kili­my i dywany, w jakich tonęły nasze obolałe nogi w dziurawych, zabłoconych buciorach i myślał poważnie ile mu jeszcze kilometrów do Berlina zostało.
        Zdobycie Berlina oznaczało ostateczne zwycięstwo. Ostateczne zwycięstwo równało się końcowi wojny. Koniec wojny... O tym nie mówiło się zbyt często i głośno. Każdy bał się zapeszyć. Wbrew pozorom byliśmy diablo przesądni. Każdy z nas, choć różni­liśmy się wiekiem, pochodzeniem społecz­nym, wychowaniem, wyznaniem, czy przekonaniami, był zgodny i solidarny we wspól­nym wysiłku toczonej walki. Znał politycz­ny program powojennej Polski i w tym programie znajdował miejsce dla swych życio­wych projektów i nadziei. Świadomie i konsekwentnie zdążał więc do tego jedynie słu­sznymi i skutecznymi, choć jakżeż ciężkimi frontowymi drogami. Wiodły nas do celu.
        Maszerował z nami 12-letni Stasiek, synek naszej kompanii. Przygarnęliśmy chłopca je­szcze na Podlasiu, w okresie formowania się armii. Nie miał domu, taty, nikogo bliskiego, Wojna zabrała mu wszystko, nawet uśmiech. Był drobny, wychudzony i zadziwiająco poważny. Żołnierz ma miękkie serce wo­bec przyjaznych i bezradnych istot. Decyzja była krótka: żywi się w pułku przeszło dwa tysiące ludzi, wyżywi się jeszcze jeden. Znalazło się dla niego pełne umundurowanie do­pasowane przez pułkowego krawca, cieplejszy kąt w zatłoczonej kwaterze kompanii, dobra kryjówka na czas inspekcji wyższej władzy, która nie tolerowała obecności dzieci w wy­ruszającym na front oddziale, a później miej­sce na taborowym wozie w czasie nocnych, nie raz sześćdziesięciokilometrowych marszów i zawsze opiekuńcza dłoń, powstrzymująca go w miarę możliwości przed włażeniem pod zbyt nisko gwiżdżące kule. Poza tym nikt go nie rozpieszczał i normalnie dzielił z nami wszystkie trudy frontowego życia.
        Zdarł też buty jak inni. Na Pomorzu gdzieś w pobliżu Choszczna, po ciężkim nocnym marszu polnymi przesmykami wśród lasów i jezior, zajęliśmy na pół wyludnioną wieś. Zmordowani ludzie pokotem walili się spać nie czekając nawet aż podciągną kuchnią ze śniadaniem. Wstawano dopiero na obiad, późnym omroczonym marcową szarugą popołudniem. I dopiero wtedy okazało się, że nie ma Staśka. Zniknął. Zniknęła również pepesza zastępcy dowódcy kompanii, jaką chłopak zwykle czyścił i czasami nosił. Wartownik alarmowy wi­dział „synka" rano idącego ku stojącym pod lasem zagrodom, gdzie przenieśli się, w chwi­li naszego przybycia pozostali we wsi nie­mieccy mieszkańcy. Zagrody te leżały już po­za linią naszych placówek ochronnych, a teren nie był bezpieczny. Wokół działały jeszcze przebijające się na Zachód zbrojne grupy nieprzyjaciela, czyhali pozostawieni na tyłach frontu dywersanci. Kilka patroli ruszyło więc natychmiast we wskazanym kierunku i wkrótce znalazły Staśka w samotnym domku na skraju lasu. Reperował sobie buty u mie­szkającego tam starego szewca. Ponieważ nasłuchał się przedtem o przebiegłości niemiec­kich dywersantów i szpiegów, więc zabaryka­dował drzwi chaty i trzymał cały czas szew­ca pod lufą automatu, wobec czego ledwie żywy z przerażenia staruszek powitał strzelców patrolu jak wybawców od niechybnej śmierci.
        Kiedy przyprowadzono Staśka na kwaterę skrzyczałem go za to wszystko jak najgorszą łajzę. Wysłuchał stojąc zdyscyplinowanie na baczność ze spuszczoną głową i wreszcie powiedział w formie usprawiedliwienia:
        - Przecież muszę w czymś dojść do Berli­na, a te meszty już mi z nóg spadały.
        - Patrzcie go! Bohater psia krew! Zdo­bywca Berlina się znalazł - byłem zły na­prawdę.
        - Sam pan porucznik mówił, że jak zdobędziemy Berlin, to będzie po wojnie...
        - Jasne, że będzie! Ale jeśli teraz dla głupich butów straszysz spokojnych ludzi automatem, to jaki z ciebie gagatek wyrośnie po wojnie!
        - Przecież po wojnie... - chłopiec urwał i popatrzył na mnie tak, że zrobiło mi się głupio. Wiedziałem o czym myślał. Ja też myślałem w tamtej chwili: jakże człowiek byłby szczęśliwy mając zawsze sucho w butach.
        [b]Moje buty nie były w wiele leps
        • wladca_pierscienii Re: zawartość żołnierskiego plecaka 29.04.12, 19:16
          Moje buty nie były w wiele lepszym stanie, choć wychodziłem w nich prawie do końca. I nie musiały być jednak tak złe, skoro skradł mi je jeszcze ktoś, kiedy w ostatnich dniach wojny znalazłem się w armijnym szpitalu polowym. Nie miałem żalu. Ten ktoś wiedział dobrze, że jeśli w ogóle będą mi bu­ty potrzebne, to na pewno nie w ciągu naj­bliższych kilku miesięcy, że dla mnie skoń­czyło się już wojowanie. A on? Może był tylko lekko ranny, wracał na linię i musiał jesz­cze przejść dzielące go od zwycięstwa kilome­try...
          Nie brakło nam też wyrzeczeń. Pamiętam cudownie pogodny i ciepły, kwietniowy
          zmierzch nad Nysą. Na południowym skrzydle ostatniej wielkiej ofensywy — operacji berlińskiej. Następnego dnia o świcie mieliś­my łamać Nysę. Zadanie bojowe było już wiadome przekazane do pododdziałów. Współdziałanie z bronią wspierającą — uzgodnione.
          „Ostatnie namaszczenie" w postaci odwiedzin wyższych oficerów politycznych i kapelana pułkowego - rozwiewało wątpli­wości. Kompania nasza szła w czołówce ude­rzenia. Leżeliśmy biwakiem na urokliwej ci­chej polanie wśród lasów. W przeddzień, w ramach koniecznego przed natarciem przegru­powania oddziałów, wycofano nas bowiem z pierwszej linii ogniowej, około trzech kilo­metrów do tyłu, na tę względnie spokojną polanę. Aby ludzie mogli odespać minione noce w okopach, nabrać trochę sił, otrząsnąć się nieco. Zapadał właśnie zmierzch, kiedy nadszedł rozkaz; przygotować się do wymar­szu na podstawy wyjściowe. I zaraz po tym: zabierać z wozów wszystkie rzeczy osobiste, podwody kompanii idą do składów amunicyjnych. Podszedłem ze swoimi chłopcami de naszego wozu taborowego.
          Kazałem rozbijać skrzynki s zapasową amunicją i granatami, i brać ile kto udźwignie. Wszystko inne, co zbędne w natarciu, wyrzucać. Nikt nie oponował. W milczenia i sprawnie wykonywano polecenie. Chłopcy znali już cenę amunicji w kołomyjce ruchomego frontu. Upychali do plecaków, brali do kieszeni płaszczy, granaty za pas. Poleciały w krzaki tak przydatne na biwakach zdobyczne koce, duże - ciągnięte jeszcze z Piły - puszki wołowiny, paki bie­lizny, skarpet, wełniane kominiarki, nadlicz­bowe menażki i chowane na dnie wozu różne drobne przedmioty, jakie każdy z żołnie­rzy wziął sobie na pamiątkę, na przeszło tysiąckilometrowym szlaku.
          Został wreszcie tylko mój tornister. Oficerskie walizki były wówczas rzadko w użyciu.
          Miałem więc tornister, jeszcze z partyzantki, zdobyczny, kryty cielęcą skórą, i szerokimi żółtymi szelkami, wyposażonymi w całą ga­mą różnych sprzączek i zaczepek. Ładny był i praktyczny, Ale zabrać go z sobą? Byłem i tak objuczony nad miarę. Pistolet maszyno­wy, lornetka, raportówka, maska przeciwga­zowa, ładownice z magazynkami, pistolet krótki, granaty, peryskop okopowy i kiesze­nie wypchane jeszcze dodatkową amunicją. Ledwie się człowiek ruszał w tym wszystkim, ale wszystko to miało swoje określone przeznaczenie, mogło okazać się niezbędne w tym, co nas czekało. Otworzyłem tornister. Na wie­rzchu para nowiutkich, flanelowych onuc - w krzaki. Komplet zapasowej bielizny - w krzaki. Parę chusteczek do nosa - jedną wsadziłem do kieszeni, pozostałe - w krzaki. Dwie małe puszki wieprzowych konserw - jedną wpakowałem do raportówki, drugą podałem ordynansowi. Resztę niewielkiej poje­mności tornistra zajmowały równiutko ułożo­ne i związane kablem telefonicznym paczki banknotów. Dwudziesto i pięćdziesięciozłotowych. Medytowałem chwilę patrząc na tę gromadę pieniędzy...
          Wygrałem je w „oczko”, kiedy staliśmy pod Wrocławiem. Wtedy to, 2 kwietnia, w drugi dzień świąt wielkanocnych pobrałem swoją miesięczną pensję. Wraz z dodatkiem polowym wynosiła 1050 złotych. Miałem też pen­sję z poprzedniego miesiąca, prawie w całoś­ci. Nie było po prostu okazji, aby wydać choćby sto złotych. Na szlaku naszego mar­szu, w świeżo wyzwolonych miastach, jak Aleksandrów Kujawski, Toruń czy Bydgoszcz, nie działała jeszcze sieć handlowa. W Nakle, za Bydgoszczą, czynna była tylko jedna ka­wiarnia, w której serwowano wyłącznie kanapki i herbatę po cenach przedwojennych.

          Wspaniała kanapka z wybornej wędliny na świeżej bułce kosztowała pięćdziesiąt groszy. Nie dysponowaliśmy mniejszymi banknotami jak dziesięciozłotowe, a ile można zjeść ka­napek, nawet tak wyśmienitych? Miejscowi goście płacili przedwojennym bilonem pol­skim. My płacąc banknotami nie braliśmy reszty ku zdziwieniu kelnera, który trakto­wał nas jak milionerów, A dalej, poza przedwrześniową granicą Polski można było tylko marzyć o zwykłej budce z wodą sodową. Kantyna wojskowa? Nie wiem nawet czy ist­niała przy sztabie armii. Wysyłać do rodziny? Sprawnie funkcjonująca przez cały czas poczta polowa nie przyjmowała pieniędzy ani paczek. Tylko listy ściśle kontrolowane przez cenzurą wojskową. Co miałem robić, kiedy znów otrzymałem dwadzieścia jeden nowiut­kich pięćdziesięciozłotówek. Dwadzieścia je­den... Nigdy nie grałem w „oczko", ale wte­dy skojarzyło mi się czym można zabić minorowe myśli i wieczorną nudę na podwrocławskiej kwaterze. Batalionowi koledzy byli w podobnej sytuacji. Ciągnęliśmy więc o wysokie stawki. Skąpych nie było. „Festung Breslau” dymiła przed oczami i wszystko wskazywało. że lada godzina wejdziemy do akcji.
          Miałem też inny utajony powód. Stare porze­kadło mówi „nieszczęście w grze, szczęście w miłości". Od kilku tygodni nie otrzymywałem listów od pewnej dziewczyny poznanej i pozostawionej na Podlasiu. Tłukłem się z myślami. Może jej mama pisać nie pozwala, może zgubiła numer poczty polowej, a może... W jej mieście było tylu atrakcyjnych mężczyzn. A Cyganki zawsze mówiły: „Karta prawdą ci powie". Nie miałem innego sposobu, aby spra­wdzić, co z tymi listami. Nie znałem nawet dobrze zasad gry w „21" i sam nie wiem jak rozbiłem największy „bank”, w którym było coś około szesnastu tysięcy. Chciałem zwró­cić kolegom, obrazili się i musiałem jeszcze przepraszać. Poukładałem więc ładnie wszystkie banknoty, związałem kablem i wsadziłem do tornistra.
          Medytowałem teraz nad nimi. Ech, żeby tak choć na dwa dni można było wyskoczyć z tą forsą do Lublina, Siedlec czy Warszawy... W tej chwili, w ten ciepły wczesny wieczór, zapalają się tam światła na ruchliwych uli­cach, ludzie kupują lody, wchodzą do baru, kawiarni, oglądają wystawy przybywających z każdym dniem sklepów... Albo jak wrócę po wojnie... Po wojnie?... Za kilka godzin ła­miemy Nysę. Kompania idzie w czołówce. Wprost w ogień całego systemu niemieckiej obrony na rzece. O Boże, ileż to jeszcze do tego Berlina! Choć po pięciu latach wojny zdaje się, że tuż, tuż, a jednak...
          Woźnica podwody, stary, wąsaty Wilniuk zerkał na mnie i na tornister wyraźnie zniecierpliwiony. Skądś z boku pokrzykiwano już na niego, aby ruszał, dołączył do kolumny taboru. Ech... Odruchowo zamknąłem tornis­ter, złapałem za rzemienie i szerokim zama­chem rzuciłem w krzaki.
          Wodnica otworzył usta w zdumieniu, na­gannie pokręcił głową:
          - Nu jak tak, panie poruczniku, ojczulku kochany, takie dobro brosić, aaa! Tak mnie się przecie przygodzi za pozwoleniem...
          Zeskoczył z kozła, podbiegł do tornistra, wyciągnął kozik z kieszeni i ostrożnie odciął szerokie skórzane szelki. Pasowały akurat na popręgi do postrzępionej uprzęży jego koni. Wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem do formującej się pod osłoną drzew kompanii. Nad lasem, z przeciągłym gwizdem przelaty­wały ciężkie pociski, wybuchały gdzieś niedaleko. Niemiecka artyleria rozpoczynała conocne ostrzeliwanie naszych dróg transporto­wych.
          Woźnica, wymachując batem, kłusem przecinał polanę doganiając znikającą już na przesiece kolumnę wozów. Popatrzyłem za nim i pomyślałem.
          - Psia krew. żeby się tylko nie wpakował pod te pociski, bo nie zdąży nawet nacieszyć się tymi rzemieniami...
          Zginął w parą dni później, już za Nysą, podczas podobnego nękającego ostrzału arty­lerii. Nazywał się Spirydonow. Imienia nie pamiętam.
          Dlatego też. na spotkaniu w harcerzami, kiedy jeden z druhów zapytał mnie rezolut­nie
          • wladca_pierscienii Re: zawartość żołnierskiego plecaka 29.04.12, 19:17

            Zginął w parą dni później, już za Nysą, podczas podobnego nękającego ostrzału arty­lerii. Nazywał się Spirydonow. Imienia nie pamiętam.
            Dlatego też. na spotkaniu w harcerzami, kiedy jeden z druhów zapytał mnie rezolut­nie czy wtedy pod „Festung Breslau" i w czasie walk frontowych myślałem, że będę chodził po ulicach Wrocławia...
            Niełatwo mogłem mu odpowiedzieć. Tak jak naprawdę niełatwo jest mówić o naszym zwycięstwie.
            WALDEMAR KOTOWICZ
    • wladca_pierscienii w amerykańskiej armii... 21.10.09, 09:38

      w serialu "Kompania braci" ("Band of brothers")
      amerykańscy żołnierze bez żenady rabują srebrne sztućce

      *******************************************************

      amerykański film "Parszywa dwunastka 2: Następna misja" ("Dirty
      dozen: Next mission")

      major Reisman (Lee Marvin) rekrutuje następną dwunastkę straceńców

      pewien Murzyn skazany na karę śmierci za zabicie oficera własnej
      armii opowiada swoją wersję wydarzeń:
      byli na patrolu, widział jak 5 oficerów gwałci (francuską chyba)
      dziewczynę, on i koledzy nic nie zrobili, bo oficerowie byli "biali"
      a żołnierze "czarni", po wszystkim oficerowie wsiedli do jeepa i
      odjeżdżali

      Murzyn: "i wtedy coś we mnie pękło..."

      major: "Trafiłeś porucznika w tył głowy z 220 metrów. Niezły strzał!"

      Murzyn "Armia była odmiennego zdania"

      major: "Oni się kierują uprzedzeniami. Ja nie"

      Murzyn: "Taaaa..."

      major: "Wiem, że strzeleckich umiejętności nie zawdzięczasz wojsku.
      Gdzie się tego nauczyłeś?"

      Murzyn: "W policji. W Filadelfii"
      • 1410_tenrok wcale nie rabują! 13.01.10, 19:15
        biorą sobie suweniry z ulubionej restauracji Adolfa H. w Berchtesgaden..........
        To samo robili wszyscy, również Niemcy (przede wzsystkim Niemcy, że wspomnę o
        pewnej kopalni soli w Harzu........).

        Wedle danych US-Army w trakcie całej wojny wydano jedynie jeden wyrok śmierci!
        To nie był wcale murzyn, ale biały i skazano go za coś innego, więc?????

        • wladca_pierscienii Re: US Army 25.08.10, 21:19
          1410_tenrok napisał:

          > wcale nie rabują!
          > biorą sobie suweniry z ulubionej restauracji Adolfa H.
          > w Berchtesgaden.........

          aaaa....
          to inna sprawa...
          tam to i ja bym ukradł :-))))


          > Wedle danych US-Army w trakcie całej wojny wydano jedynie jeden
          > wyrok śmierci!
          > To nie był wcale murzyn, ale biały i skazano go za coś innego,
          > więc?????
          >

          a to ciekawe, bo Amerykanie nakręcili w sumie
          cztery filmy z serii "Parszywa dwunastka"
          co daje 48 skazanych na karę śmierci
          lub wieloletni wyrok wojskowego więzienia

          ==============================================

          film "Bitwa o Ardeny" ("Battle of the Bulge")
          www.youtube.com/watch?v=HyyJlFokyb8

          amerykański czołgista, sierżant "Guffy" (Telly Savallas)
          zarobił trochę na handlu
          jego francuska wspólniczka chce się z nim związać na stałę
          mimo, że się nawet nie całowali
          sierżant jest początkowo zszokowany, ale po namyśle mówi:
          masz rację, proszę przetrzymaj wszystkie pieniądze,
          ja idę w bój, oberwie człowiek, okradną go a dopiero potem dadzą
          plazmę


          =================================

          PS.
          pokrewny wątek na Forum Militaria
          forum.gazeta.pl/forum/w,539,115486203,,Masowe_gwalty_w_US_Army.html?v=2
          • 1410_tenrok kpisz? 21.09.10, 09:31
            holywood opowiada prawdę o realiach II WS? No, nie żartuj!
            Ja podaję dane Pentagonu na ten temat, których do tej pory nikt nie podważył.

            A to, że ludzie robią interesy na wojnie? Cóż, wszędzie jest tak samo: czy w WP, czy w RKA, czy w Wehrmachcie czy u aliantów..............

            I jeszcze raz: porównywanie niemców oraz koalicji antyhitlerowskiej - znajduję niesmacznym!
            Choćby z powodu akcji niemców pod upadku PW. Zanim zniszczono miasto, najpierw je dokładnie obrabowano. Tak zresztą robiono wzszędzie od 1939 roku.
            skoro cytujemy tu filmy, to zacytuję to dowódców kompani braci: "tych kilka świecidełek......".
            A jakbć poczytał o planach hitlera dotyczących zorganizowania wielkiego muzeum sztuki w mieście Linz po wygranej wojnie przez niemcy, na które to muzeum miały się złożyć wszystkie ziemie podbite, to być może zastanowił się nad problemem nieco bardziej.
          • maxikasek Re: US Army 15.11.10, 10:20
            > > Wedle danych US-Army w trakcie całej wojny wydano jedynie jeden
            > > wyrok śmierci!
            > > To nie był wcale murzyn, ale biały i skazano go za coś innego,
            > > więc?????
            Kiepskie te dane ;-). Po D-day skazano na karę śmierci przez sądy polowe 49 żołnierzy US-Army, z tego 80% murzynów. Pierwszy skazany Clarence Whitfield- za gwałt na polskiej robotnicy przymusowej we Francji. Łącznie w 1942-45- 141 powieszono + 6 po wojnie za czyny z wojny
            en.wikipedia.org/wiki/Capital_punishment_by_the_United_States_military
    • wladca_pierscienii armia USA dzisiaj 16.11.09, 13:39
      New York Times
      wiadomosci.onet.pl/1584594,2678,1,azyl_dla_weteranek,kioskart.html

      Azyl dla weteranek
      (...)

      Polverari, 38-letnia była żołnierka mieszka w niewielkim bliźniaku w
      Northampton w stanie Massachusetts, należącym do pozarządowej
      organizacji Soldier On. Podczas wojny w Zatoce Perskiej była
      wielokrotnie gwałcona, a po powrocie do cywila w 1993 roku wpadła w
      uzależnienie od heroiny, cracku i stała się bezdomna.

      Należy ona do coraz większej grupy kobiet, które po odejściu z
      wojska nie potrafiły ułożyć sobie życia i straciły dom. Choć panie
      pełnią obecnie coraz ważniejsze role w siłach zbrojnych, liczba
      bezdomnych weteranek wzrasta.

      W zeszłym roku kobiety stanowiły około 5 procent wszystkich
      bezdomnych weteranów w USA – jak wynika z danych Departamentu Spraw
      Weteranów USA, było ich 6500, o 67 procent więcej niż w 2004 roku. Z
      drugiej strony, całkowita liczba weteranów bez dachu nad głową
      spadła w tym samym okresie o 33 procent z 195 do 131 tysięcy.

      (...)

      Przebywanie wyłącznie w otoczeniu innych kobiet – wszelkie wizyty
      mężczyzn muszą być wcześniej zapowiedziane i są kontrolowane – ma
      zbawienny wpływ na pensjonariuszki, które w większości były ofiarami
      przemocy seksualnej, i to najczęściej podczas służby wojskowej, mówi
      Laurie McGrath, dyrektor programu. – Nie muszę już cały czas się
      oglądać i zastanawiać się, czy ktoś mnie zaraz nie złapie za kolano –
      wzdycha Polverari, która twierdzi, że była regularnie gwałcona
      przez kolegę z wojska, w okresie przygotowań do wojny w Zatoce,
      odbywających się w Arabii Saudyjskiej. Polverari mówi, że bała się
      donieść o tym przełożonym, a molestowanie trwało nadal, także po
      rozpoczęciu wojny. Po odejściu z wojska w 1993 roku stopniowo
      zaczęła tracić kontrolę nad sobą, wpadając w szpony nałogu i
      autodestrukcyjnego zachowania.

      Historie wielu kobiet, które znalazły schronienie w Domu Jackie K,
      są podobne. Pam Pomroy, szefowa obsługi klientów w ośrodku dla
      weteranów w Filadelfii twierdzi, że 63 procent uczestniczących w
      programie bezdomnych kobiet było napastowanych seksualnie w wojsku.
      Jeżeli doliczymy te, które doświadczyły molestowania poza armią,
      mówi Pomroy, odsetek wzrośnie do 80 procent.

      W zeszłym roku 26,9 procent żołnierek wracających z Iraku i
      Afganistanu, które zgłosiły się do placówek opieki zdrowotnej dla
      weteranów w Bostonie, przyznało, że w wojsku były ofiarami "przemocy
      na tle seksualnym".

      Zdaniem działaczy na rzecz weteranów, ich problem jest tym
      poważniejszy, że molestowana seksualnie kobieta jest bardziej
      narażona na inne traumatyczne doświadczenia, takie jak zaburzenia
      zdrowia psychicznego, uzależnienie od narkotyków, poronienie lub
      bezdomność. – Wydaje mi się, że przez długi czas zajmowaliśmy się
      wyłącznie męskimi sprawami – mówi McGrath – i dlatego ludzie nie
      zdają sobie sprawy, jak wiele jest kobiet-weteranek i jakie mają
      trudności.

      (...)

      Dr Kate Chard, która odpowiada za wdrażanie nowego ministerialnego
      programu diagnozowania i leczenia zespołu stresu pourazowego,
      twierdzi, że władze doskonale zdają sobie sprawę ze skutków
      molestowania seksualnego w wojsku. Dlatego też, jak zapewniła, w
      każdej przychodni lekarskiej dla weteranów w kraju pracuje obecnie
      osoba mogąca pomóc ofiarom przemocy seksualnej.

      (...)

      48-letnia Maria Oltjenbruns, była żołnierka ze Springfield, jak sama
      mówi, wciąż jest w terapii na "etapie płaczu". Oltjenbruns wspomina,
      że kiedy była seksualnie napastowana w wojsku, przełożeni kazali jej
      po prostu trzymać się z daleka od sprawcy.

      (...)
        • wladca_pierscienii Re: Takie fakty pokazują, 27.02.10, 17:01
          1410_tenrok napisał:

          > że polityczna poprawność względem np. feministek winna mieć swoje
          granice.
          > Wojsko, wojna i zabijanie to nie jest zabawa dla dziewczynek!

          serial "Czterej pancerni i pies"
          odcinek 12 (będzie w tą niedzielę)
          Lidka i Marusia rozmawiają z przedwojennym oficerem polskiej
          kawalerii

          powiedział on coś takiego:
          "szablę zostawia się w szatni przed pójściem na bal, tak jak kobietę
          w domu przed pójściem na wojnę (...) wojna jest brudna(...)"


          z drugiej strony
          żołnierze-mężczyźni potrzebują kobiecego towarzystwa
          koleżanka z pracy mówiła, cytując kogoś, kto był na polskiej "misji"
          że na "misji" wszystie polskie żołnierki są "zajęte" przez oficerów
          :-)


          jak ja byłęm w wojsku na unitarce, to powszechnym zjawiskiem była
          chęć popatrzenia z daleka
          na dziewczynę ubraną w zimowy strój
          zrozumiałem wtedy, dlaczego jeńcy aliancy uciekali z bezpiecznych
          obozów jenieckich
          by znowu trafić na front


          z trzeciej strony
          gwałty i moletowanie seksualne (forma mobbingu) tak jak "fala"
          żołnierska (inna forma mobbingu)
          osłabiają od środka armię


          z czwartej strony
          to izolowanie kobiet od mężczyzn w ośrodku
          ma działanie bradziej feministyczne niż psychologiczne
          przejawem traumy po gwałcie podobno jest u kobiety
          "dołujące" przekonanie: "nie kontroluję swojego życia seksualnego"

          u faceta po wielokrotnych odmowach też może się pojawić
          takie "dołujące" przekonanie:
          "nie kontroluję swojego życia seksualnego"
          jakoś nie wierzę, że długotrwały pobyt w czysto męskim towarzystwie
          może faceta z tego wyleczyć
          :-))))
    • wladca_pierscienii dobre buty nie są złe... :-) 18.11.09, 13:27
      film "Kwiecień" z 1961 r.
      powieść z 1960 r. - autor Józef Hen
      wtedy korespondent wojenny
      najbardziej znany jako autor sfilmowanej powieści "Królewskie sny" o
      rządach króla Władysława Jagiełły
      akcja filmu dzieje się w kwietniu 1945 roku


      ordynans polskiego oficera chciał koniecznie zdobyć dla swojego
      kapitana
      buty "oficerki" na żołnierzu Volksturmu

      radzieckie buty wojskowe były "kierzowe"
      (ze sztucznej skóry, wymawia się "kier.zowe")
      o nich napiszę może później, bo teraz nie mam czasu


      PS.
      film ten będzie dziś w TVP Kultura o godz. 20:00
    • kazeta.pl55 Re: gwałty i rabunki na wojnie 08.06.10, 14:00
      Witam!
      Tak troch w temacie i trochę nie. A tak w ogóle inspiracją do napisania postu
      jest znany mi smutny i jednocześnie zabawny fakt, który miał miejsce w 1977 roku
      w woj. Katowickim.
      Zimą 1945 Armia Czerwona wyzwalała tam miasto średniej wielkości. W pewnej
      kamienicy w mieszczącej się w niej restauracji zainstalowano Sąd Polowy A.CZ. i
      on codziennie miał coś do roboty. "Produkt" owego sądu był wyprowadzany z
      opaskom na oczach pod pobliski mur cmentarza ewangelickiego, gdzie poczęstowany
      kulą w potylicę wpadał do zborowego dołu/grobu. Miejscowi powiadali, że tak byli
      karani
      żołnierze radzieccy, co plądrowali domy, napadali na kobiety i gwałcili je.
      Faktycznie to mogło z tym być różnie, bo mogli być pośród nich głównie
      dezerterzy, podżegacze, niesubordynatorzy, etc.
      Najprawdopodobniej za tym stał aparat słynnego NKWD. Najwięcej "towaru"
      dostarczał chyba tzw. штрафной батальон. Tak, czy inaczej w owej zborowej
      mogile znalazło miejsce wiecznego spoczynku ok 100 żołnierzy wyklętych. Oni
      sobie spoczywali w tej mogiłce nie niepokojeni aż do 1977r, kiedy to jeden
      lokalny młody aparatczyk PZPR
      dowiedziawszy się, że tam jacyś krasnoarmiejcy pochowani i narobił dużo szumu, a
      że był b. wpływowy doprowadził do tego, że owych nieboszczyków ekshumowano i w
      uroczystej procesji zaniesiono na cmentarz Żołnierzy Radzieckich.
      Sprawa by się nie wydała, gdyby nie dwu świadków, którzy mieszkali w 1945 w owej
      kamienicy i nie widzieli na własne oczy wykonywanych karnych wyroków śmierci. No
      cóż, stało się jak się stało, i teraz oni też są czczeni jak wszystkie inne
      zasłużone sołdaty.
      Zgadzam się iż to wstydliwa sprawa, - ale powiedzcie dla kogo? Czy z tym powinno
      się coś zrobić?
      Pozdrawiam.
      • maxikasek Re: gwałty i rabunki na wojnie 15.11.10, 10:10
        Niedaleko mojego domu w lesie jest mogiła krasnoarmiejca (obecnie już zatarta przez czas). W latach 70-tych ojczulek zgłosił ją do pobliskiej jednostki radzieckiej. Po 2-3 miesiącach przyjechal do niego oficer i powiedział że sprawdzili, ale to nie bojec tylko sobaka. W pobliskim domu zgwałcili i zamordowali Niemkę, jego złapali i dostał czapę. To juz marzec 1945 a więc po rozkazie Stalina "nie gwałcić, nie mordować". Choć pragmatyka linii frontu często swobodnie do niego podchodziła....
    • profesore7 Re: gwałty i rabunki na wojnie 13.11.10, 23:33
      Tak, wojna to idealny stan dla wszelkiej maści gwałcicieli i złodziei. Wtedy właśnie moga sobie w majestacie (bez)prawa używać do woli, ile dusza zapragnie a konsekwencji z tego żadnych, przecież czego sie nie robi dla dobra ojczyzny? :I
    • wladca_pierscienii bitwa pod Maciejowicami 1974 r. 04.12.11, 14:07

      "Było nie minęło" 3 grudnia 2011r.
      www.tvp.pl/historia/magazyny-historyczne/bylo-nie-minelo/wideo/03122011-1500/5657285
      wykopki na polu bitwy pod Maciejowicami 1974 r.

      Julian Ursyn Niemcewicz i Tadeusz Kościuszko zostali obrabowani podczas brania do niewoli


      Julian Ursyn Niemcewicz "Pamiętniki"
      wzięty do niewoli przez dragonów moskiewskich
      moskiewski oficer stał się jego "szatnym"
      zabrał mu:
      zegarek
      worek z pieniędzmi
      próbował mu odgryżć palec z pięknym pierścieniem
      który inaczej zdjąć się nie dał

      "tak dziki był obyczaj wojenny owego czasu
      łupy były częścią żołnierskiej nagrody za nadstawianie karku"


      Naczelnik Tadeusz Kościuszko
      "wrogowie obrabowali go doszczętnie
      a kornet Charkowskiego Pułku Lekkokonnego
      Fiedor Łysenko ciął bezbronnego jeńca w głowę pałaszem"
    • wladca_pierscienii książka "Czerwona zaraza." 25.05.17, 12:48
      Książka Dariusza Kalińskiego "Czerwona zaraza. Jak naprawdę wyglądało wyzwolenie Polski?"
      opinie.wp.pl/jestem-polka-jezus-maria-gwalty-zolnierzy-armii-czerwonej-6125109199599745a
      (...)
      narodowość ofiar nie miała żadnego znaczenia. Antony Beevor przytacza wspomnienia sowieckiego majora Lwa Kopielewa, późniejszego dysydenta, który:
      (…) opisał wydarzenie z Olsztyna, gdy usłyszał „straszny krzyk” i zobaczył dziewczynę "z długimi blond włosami w nieładzie, w podartej sukience", która przerażająco krzyczała: "Jestem Polką! Jezus, Maria! Jestem Polką!". Dziewczynę goniło dwóch pijanych czołgistów, a wszystko to rozgrywało się na oczach innych żołnierzy i oficerów .
      (...)
      Tuż po wojnie, w latach 1945–1947, w Polsce wybuchła prawdziwa epidemia chorób wenerycznych. Kaliński ‘w "Czerwonej zarazie" pisze, że roczny przyrost zachorowań na kiłę wynosił około 100 tysięcy przypadków, a na rzeżączkę około 150 tysięcy”. Były to tylko przypadki zarejestrowane w przychodniach zdrowia, a więc prawdziwa skala problemu mogła być znacznie większa. Ten nagły wzrost zachorowań przypada na lata, w których przez Polskę przewalały się sowieckie wojska. I korelacja na pewno nie jest przypadkowa.


Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka