Dodaj do ulubionych

Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, brak ...

01.12.12, 15:22
A wykładowcy to wzory cnót i moralności? Polecam popytać się tu i ówdzie a wyjdzie, że duża część wykładowców ma mniejszą kulturę niż studenci.
Obserwuj wątek
        • Gość: Assakari Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 00:18
          I tu się nie zgodzę. Przykro mi to pisać, ale obserwuję rok mojego syna na elitarnej podobno uczelni technicznej. Jest dokładnie tak, jak w artykule. Jest grupa młodych ludzi którzy wiedzą czego chcą. Uczą się, organizują samokształcenie, pracują w kołach naukowych. I takich osób jest , żebym nie przekłamała około 20 w 90 osobowej grupie. Reszta cóż studiuje na "pandę" ( dla nieświadomych - "Pan da trzy minus"). O kulturze osobistej mogę pisać tomy, bo się nieco zapowietrzyłam, kiedy - witali się ze mną ciamkając gumę, i to zarówno panie i panowie, do pokoju wparowywali w.. ubłoconych butach - mimo wcale nie dyskretnego wskazania gdzie znajdują się kapcie dla gości, że o takich drobiazgach jak "fundowanie graby", starszej bądź co bądź kobiecie, pani domu do którego się weszło pierwszy raz w życiu i matce kolegi nie wspomnę. A te ku... lecące co drugie słowo, przez niedomknięte drzwi. Ni jestem takim znowu mamutem, młodych ludzi lubię i chcę ich szanować, ale po kilku takich popisach "kięderźduby", poprosiłam syna, aby lepiej dobierał znajomych. O dziwo zgodził się ze mną, że większość jego kolegów i koleżanek ze studiów zasady dobrego wychowania poznawała chyba w oborze.
            • Gość: Assakari Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 00:40
              Poszanowanie zasad panujących w domu do którego się wchodzi to kultura że ho,ho. Osoba która nie chce kapci dla gości może z nich nie skorzystać. Może paradować w skarpetkach. A jeśli ma obawy o ich całość lub też walory zapachowe, co zrozumiałe po całym dniu bycia na nogach, może poprosić o foliowe ochraniacze. Wyjścia są zawsze, należy je jedynie wymyślić i taktownie zaoferować. Zwrócę również uwagę na fakt, iż imputowanie, że kapcie dla gości mogły mieć na nogach osoby z grzybicą jest tyleż niesmaczne co nieeleganckie.
              • bromba_bez_glusia Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 05:12
                Dobra, ja ci wytłumaczę bo nadal nie łapiesz.
                Nakazywanie gościowi ściągania butów i jak sama piszesz, mało delikatne wskazywanie kapci, jest łagodnie mówiąc, nieeleganckie. To czy on będzie pomykał w skarpetach czy w Twoich używanych kapciach jest sprawą drugorzędną, bo i tak Ty wykazałaś się największym chamstwem każąc mu te buty zdjąć.
                • roman_ Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 05:50
                  Wyraźnie napisała że oczekuję takiego zachowanie wtedy kiedy gość przychodzi w ubłoconym obuwiu i po chamsku roznosi brud po mieszkaniu czy domu.
                  Nie chcesz zdejmować obuwia możesz poprosić o coś do oczyszczenia go . Na pewno się znajdzie. Oczywiście o ile zauważyłaś że w ogóle masz brudne buty.
                  I to jest właśnie brak kultury i w sumie inteligencji ,
                  Człowiek inteligentny zawsze znajdzie rozwiązanie.
                  Myślisz schematycznie. A już najbardziej zapewne ulegasz schematom dzięki którym możesz kogoś wyśmiać .
                  Typowe prymitywne zachowanie o którym jest cały artykuł .
                  • bromba_bez_glusia Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 07:14
                    A czy pani matka studenta zaproponowała gościom syna jakieś inne wyjście, jak oczyszczenie butów? Z tego co ona pisze, to nie, na wejściu pokazała im te używane kapciuchy,i to jak sama pisze, mało delikatnie.
                    Możemy się licytować kto to był bardziej chamski, ale z doświadczenia wiem, że ci co najbardziej na chamstwo innych się oburzają, najmniej mają kindersztuby.
                    • basiakoz Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 08:17
                      Z tymi kapciami to prawda, wymaganie od gości, żeby zdejmowali buty, to przejaw prostackiego wychowania. Zwyczaj nie pochodzi z inteligenckich domów, gdzie nie do pomyślenia było, żeby gość "pomykał" po parkietach w skarpetkach (bez dziur), tylko z wiejskich, gdzie po pracy w polu trzeba było zdejmować "gumofilce" i zostawiać je przed wejściem. W razie deszczu można gościom podać szmatki pod buty, a nie oczekiwać, że panie i panwie będą zdejmowali buty, jakby były ubłocone gnojówką. Pamiętam nawet konkluzję Bogusława Kaczyńskiego, który mówił, że jeśli gospodarz każe mu zdjąć buty, to on z takiego domu wychodzi. Tak to już jednak jest, że bez żenady przejęliśmy wiejskie zwyczaje, a potem mamy pretensje o brak kultury, jak młodzieniec poda rękę - podaje mężczyzna - kobiecie, szef- pracownikowi, wyższy rangą pracownik - podwładnemu. Jedyne uchybienie jakie tu widzę, to fakt, że powinien podać rękę jako pierwszy ktoś starszy wiekiem- młodszemu, ale potraktowałabym jednak takie zachowanie kolegów syna przyjaźnie, bez nadymania się.
                      • spoter Prostactwo 04.12.12, 00:29
                        A jakimże prostakiem trzeba być, żeby zdejmować buty bez szczególnego dopraszania sie o to? Zrobić coś takiego tylko ze względu na szacunek dla gospodarzy, żeby nie musieli podłogi myć albo dywanu prać po moich zabłoconych buciorach? Zwłaszcza wtedy, gdy nie przychodzę do nich w odwiedziny tylko do ich syna albo córki???
                        No cóż drodzy Rodacy, wszystko zależy od tego, do jakiego grajdoła się kiedyś wpadło i co z tego grajdoła widać. Taki albo taka co lubi się pakować do czyjegoś wypucowanego domu w zabłoconych albo zaśnieżonych butach, albo na parkiet w trzewikach z zelówkami, itd. itp., bez względy na to jakie "autorytety" się powołuje, chyba poza czub własnego nosa nie spoziera. I tyle w temacie.
                      • Gość: Paunitka Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.tvk.torun.pl 07.12.12, 07:48
                        >>Zwyczaj nie pochodzi z inteligenckich domów, gdzie nie do pomyślenia było, żeby gość "pomykał" po parkietach w skarpetkach<< - i nadal jest to nie do pomyślenia we wszystkich tych domach, gdzie do salonu sprasza się okoliczne panny na wydaniu, zacnych kawalerów, obiecujących artystów i panią doktorową, żeby jej smutno we wdowieństwie nie było. Wszyscy goście niezależnie od pogody mają na nogach lśniące czystością pantofle. A nawet jeśli nie, to służba przecież potem zamiecie te "parkiety". Człowieku, w jakim Ty świecie żyjesz? Mnie nie stać na nowe dywany co miesiąc i pokojówkę do sprzątania, więc oczekuję od gości zdjęcia butów. Zresztą nie zdarza mi się często o to prosić, zwykle każdy sam wyskakuje z laczy. Tak jest w każdym polskim domu, w którym byłam. Chyba że ktoś miał brud i się tego wstydził, wtedy prosił, żeby zostać w butach. :P Kultura nie jest constans, podlega ciągłym zmianom i jest dostosowywana do warunków, w jakich żyjemy.
                        • Gość: Jojo Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.scansafe.net 11.12.12, 09:58
                          > Człowieku, w jakim Ty świecie żyjesz? Mn
                          > ie nie stać na nowe dywany co miesiąc i pokojówkę do sprzątania, więc oczekuję
                          > od gości zdjęcia butów.

                          Często miewam gości, którym już od progu mówię: możesz zdjąć buty jeśli chcesz, żeby ci było wygodniej, jak nie chcesz, pomykaj w butach, to jest mieszkanie, nie muzeum. A mimo to mam w domu czysto. Ciekawe dlaczego. Może dlatego, że wiem, gdzie stoi szczotka do zamiatania i mop?

                          > Zresztą nie zdarza mi się często o to prosić, zwykle ka
                          > żdy sam wyskakuje z laczy. Tak jest w każdym polskim domu, w którym byłam.

                          ROTFL. Chyba w domu w Polsce C. Tej mentalnej, nie geograficznej. Wyrazy współczucia, z ciebie i twoich znajomych byłby wspaniały barszcz.
                          • sto-szesc Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 11.12.12, 15:28
                            > > Zresztą nie zdarza mi się często o to prosić, zwykle każdy sam wyskakuje z laczy.
                            > > Tak jest w każdym polskim domu, w którym byłam.
                            >
                            > ROTFL. Chyba w domu w Polsce C. Tej mentalnej, nie geograficznej. Wyrazy współc
                            > zucia, z ciebie i twoich znajomych byłby wspaniały barszcz.

                            Hmmm... Z tego chyba wynika, że mieszkam w Ameryce C.
                    • roman_ Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 16:38
                      No to inaczej.
                      Człowiek kulturalny i inteligentny to kaki który potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji.
                      Jeżeli przychodzisz do kogoś to albo stosujesz się do panujących tam zwyczajów albo asertywnie odmawiasz wizyty .
                      Niema nic bardziej chamskiego niż uczyć gospodarza "kultury" tym bardziej że pojecie kultury jest mocno względne. To co uchodzi w jednym środowisko karygodnym jest w innym
                      Jesteś w kraju muzułmańskim i nie wchodzisz do meczetu w butach to chyba oczywiste . a jeżeli wejdziesz to zobaczysz co to znaczą zasady :)

                      Jeszce bardziej dosadnie . Jesteś agentem ubezpieczeniowym albo doradcą inwestycyjnym . Idziesz na spotkanie do klienta . Prowizja od tej umowy to twoje powiedzmy miesięczne zarobki a i twój szef liczy na Ciebie bardzo:). Założę się, że sama zapytasz się czy buty masz zdejmować albo lepiej będziesz przegotowana i kapcie będziesz miała w torbie bo twój poprzednik poniósł porażkę u tego klienta ponieważ nie zastosował się do panujących tam zwyczajów:)
              • Gość: foksterierka Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 07:51
                Ręce opadają.. Nie uczcie ludzi zasad savoir-vivre jeśli sami nie macie o nich pojęcia i będzie wszystko w porządku. Podsuwanie gościom kapci na zmianę to jedna z najgorszych gaf towarzyskich, w przeciwieństwie do podawania ręki starszej kobiecie, bo to młody człowiek zrobił prawidłowo, chociaż zwykle mężczyźni się ze sobą nawzajem witają pomijając kobietę. Już wszystko jasne?
              • Gość: G.Suss Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 22:37
                Gość portalu: Jasio napisał(a):

                > Bo goscie powinni sami z butow wyskakiwac, nie czekajac na prosbe gopodarza.

                Chyba tylko w kręgach, w których posiadanie syna na studiach to powód do dumy.

                > Tylko do tego trzeba miec skarpetki bez dziur. Prawda?

                Przeciwnie. Do tego trzeba być w poplamionym dresie z wypchanymi kolanami. Człowiek w garniturze, zmuszony do chodzenia w samych skarpetach będzie czuł się śmiesznie i niekomfortowo niezależnie od ich stanu. Śmieszniej byłoby tylko w kapciach. Równie dobrze mógłbyś gościom kazać zakładać czapki błaznów żeby Ci kudeł po podłodze nie rozsiewali.
                • sto-szesc Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 04.12.12, 00:13
                  > > Bo goscie powinni sami z butow wyskakiwac, nie czekajac na prosbe gopodarza.
                  >
                  > Chyba tylko w kręgach, w których posiadanie syna na studiach to powód do dumy.

                  Przypomnę, że chodziło o zabłocone buty. Takie buty trzeba albo zdjąć, albo poprosić o jakąś możliwość oczyszczenia. Ale lepiej zdjąć. Wchodzenie do cudzego domy w zabłoconych butach to chamstwo w każdych kręgach.

                  > Człowiek w garniturze, zmuszony do chodzenia w samych skarpetach będzie czuł się
                  > śmiesznie i niekomfortowo niezależnie od ich stanu.

                  Znów muszę przupomnieć, że chodziło o kolegów syna studenta. Szczerze wątpię, żeby przychodzili w garniturach.
                  • Gość: Jojo Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.scansafe.net 11.12.12, 10:04
                    > Przypomnę, że chodziło o zabłocone buty. Takie buty trzeba albo zdjąć, albo pop
                    > rosić o jakąś możliwość oczyszczenia.

                    Oczywiście w zabłoconych łazić nie wypada, ale obawiam się, że nie chodziło tylko o _zabłocone_ buty, skoro w domu tej pani istnieje coś takiego jak "kapcie dla gości". Zapewne u niej wszyscy muszą zdejmować. No cóż, był taki wierszyk o kwoce, co uczyła gości dobrego wychowania...
                • Gość: Jasio Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.bchsia.telus.net 05.12.12, 06:32
                  > > Bo goscie powinni sami z butow wyskakiwac, nie czekajac na prosbe gopodar
                  > za.
                  >
                  > Chyba tylko w kręgach, w których posiadanie syna na studiach to powód do dumy.

                  A ty z jakich kregow pochodzisz, ze nie cieszysz sie, ze dzieci sie ucza?


                  > > Tylko do tego trzeba miec skarpetki bez dziur. Prawda?

                  > Przeciwnie. Do tego trzeba być w poplamionym dresie z wypchanymi kolanami. Czło
                  > wiek w garniturze, zmuszony do chodzenia w samych skarpetach będzie czuł się śm
                  > iesznie i niekomfortowo niezależnie od ich stanu. Śmieszniej byłoby tylko w kap
                  > ciach. Równie dobrze mógłbyś gościom kazać zakładać czapki błaznów żeby Ci kude
                  > ł po podłodze nie rozsiewali.


                  Osobiscie chodze na codzien w "dzinach", nie dresie. Garnituru z krawatem nie cierpie, bo natychmiast czuje sie zniewolony. Tu gdzie mieszkam w garniturach ganiaja glownie przedstawiciele handlowi zwani popularnie selsmenami". Natomiast uwazam za swoj obowiazek wyskakiwac z butow, czesto przy oporach gospodarza, wchodzac do obcego domu. I tak robi tu znaczna wiekszosc.
                  I musze ci sie przyznac, ze stapajac po tej ziemi nie czulem sie nigdy i nie czuje blaznem, chociaz mam w kieszeni jakies dyplomy z polskiej uczelni.
                  Pozdrawiam
          • Gość: esdf Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 08:00
            > 20 w 90 osobowej grupie. Reszta cóż studiuje na "pandę" ( dla nieświadomych -
            > "Pan da trzy minus").

            No dobrze, ale kto im daje te trzy minus? Inni studenci?

            Właśnie w tym problem, że kadrze się nie chce a teraz, po latach olewania wszystkiego sikiem falistym nagle zorientowali się, że studenci przyjęli ten sam model.

            Skończyłem studia prawie dekadę temu. Wysoki poziom, wówczas drugi wydział prawniczy kraju. Przyznaję, że spałem na wykładach z prawa konstytucyjne i karnego (cieszę się, że były jedne po drugich bo dawało to możliwość dłuższego wypoczynku), mimo to oba przedmioty zdałem bez problemu. A zdałem, bo przeczytałem podręczniki, jako że wykłady nic nie wnosiły - panowie byli w wieku mocno poemerytalnym i opowiadali o wszystkim, tylko nie o tym, o czym były wykłady, obowiązkowo na siedząco i monotonnym głosem, ten sam wykład od wielu lat (miałem notatki skserowane z lat poprzednich, kolejność idealna). Przy czy najchętniej wykładano część historyczną, bo ta się od lat nie zmieniła, wystarczy raz opracować i po zawodach, natomiast obecne rzeczy - to już bardziej skrótowo.

            Ćwiczenia - powtórka tego co na wykładach. Niektórzy po prostu siadali i czytali nam podręcznik. Bywali też tacy, którzy nie rozumieli zadawanych im pytań - wszyscy wiedzieli, że ta pani jest konikiem profesora, który też był dość ekscentryczny, bo np. na zaliczeniu z postępowania karnego przepytywał z imion apostołów albo świąt kościelnych. I nie, nie była to żadna katolicka uczelnia, wręcz przeciwnie, uczelnia i wydział uważana za bastion "komuchów".

            Konsultacje - chyba sobie ktoś robi żarty. Dostać się nie dało, bo profesora nigdy nie było. Doktorów też nie, bo wszyscy byli zajęci w lokalnej Wyższej Szkole Biznesu i Sukcesu.

            Generalnie około 50% przedmiotów było kompletnie nieprzydatnych i siedziało w programie ze względu na tego czy innego profesora. Socjologia prawa, historia doktryn polityczno prawnych, historia prawa (podzielona obowiązkowo na dwa przedmioty - polski i powszechna; niezbędnym do bycia prokuratorem lub adwokatem było wyklepanie dat odnośnie rozwoju urzędu starosty w czasach Piastów), teoria prawa (która była z kolei powtórzeniem wstępu do prawoznawstwa z pierwszego roku, prowadzili ci sami ludzie) itp itd. Z drugiej strony brakowało czasu na przedmioty dogmatyczne, prawo cywilne, prawo handlowe itp. Np. na kodeks postępowania cywilnego były raptem dwa semestry. Nikt nie przewidział zajęć praktycznych, czyli ćwiczeń polegających na pisaniu pozwów, zażaleń czy aktów oskarżenia.

            De facto wszystkiego co wiem, nauczyłem się na aplikacji. Więc jak słucham narzekań kadry, to śmiech mnie pusty bierze. Bo to są ci sami ludzie, którzy po godzinach w prywatnej szkole wyprodukują magistra z osoby, która nie powinna w ogóle zdać matury. Ale tutaj jęczą, jednocześnie przepuszczając matołków.

            Naukowcy, miejcie jaja - wywalcie 70% kolegów, którzy są teoretykami i napisali habilitacje z grubości framugi w późnym gotyku, zacznijcie rzeczywiście uczyć i przekazywać przydatną wiedzę, zamiast dryfować po anegdotkach i oblejcie wszystkich, którzy tej wiedzy nie opanowali. Niech na wykładach dzieje się coś istotnego, to nie będzie śpiących. Wtedy ludzie nie będą wychodzili, bo będą naprawdę chcieli słuchać.
        • a.lojewska Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 00:24
          Gość portalu: cv napisał(a):

          "Jak studenci nie słuchają to znaczy że nie > ma czego słuchać. "


          Zgadzam sie z Tobą. Zatrudniłam adiunkta państwowej uczelni- zachowywał się "jak przedszkolak"- cytat pani dziekan z artykułu. Miał problemy z czytaniem i rozumieniem dokumentacji branzowej oraz ze znalezieniem podstawowych materiałów. Nadmieniam, że proponowana praca (projekty unijne) mieściła się ściśle (sic!) w zakresie prowadzonych przez niego zajęc.
          • Gość: szymek Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.hosts211.ostrowski.pl 03.12.12, 07:09
            eee... niż demograficzny oraz przyjmowanie wszystkich jak leci przez państwowe uczelnie wyższe to jedna sprawa. I tu nie ma się co obrażać na "jakość" nowych studentów, bo jeżeli obniża się kryteria rekrutacyjne lub też przedłuża się rekrutację w nieskończoność po to tylko, by zgromadzić niezbędną do prowadzenia zajęć minimalną liczbę studentów, za którą Uniwerek X otrzyma państwową dotację to moim zdaniem wina raczej samego Uniwerku oraz takich a nie innych mechanizmów rekrutacyjnych.
            Zasada jest prosta - jeżeli nie chce się mieć świni przy stole, to się świni do stołu nie zaprasza. Państwowe szkoły wyższe w obliczu niżu demograficznego zrezygnowały z tej zasady, gdyż stawką jest przetrwanie. Bez studentów nie ma dotacji, nie ma w związku z tym pieniędzy na wypłaty dla pracowników, nie ma grup wykładowych, nie ma grup ćwiczeniowych, nie ma godzin dla wykładowców itp.

            Ale jest też inna strona medalu, o której w felietonie nie wspomniano. Otóż obniżenie kryteriów dotyczy nie tylko przyjmowanych na studia żaków, ale także kadry akademickiej. Są przecież takie uniwersytety, w których dajmy na to jedna i ta sama osoba z tytułem doktora prowadzi cztery różne zajęcia i na tych zajęciach wykłada to samo - rzecz jasna z lenistwa. Są też profesorowie, którzy zaliczają "z marszu" - za tak zwaną "obecność na wykładach". Są w końcu takie w Polsce egzotyczne uczelnie, w których np. Rektor zatrudnia kolegów mechaników na etatach w Instytucie Politologii, po to by studenci uczyli się ..... no właśnie czego?
        • m.p.1970 Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 05:45
          No nie jest chyba az tak zle. Panstwo profesorowie maja najwyrazniej bardzo konserwatywne poglady. To jest po prostu ogolny trend, w innych krajach Europy atmosfera jest jeszcze bardziej rozluzowana i zagranicznych studentow w Polsce uderza wlasnie te hierarchiczne podejscie stundent-profesor. W Szwecji np juz 40 lat temu zlikwidowano formy grzecznosciowe typu prosze Pana/Pani i przeszlo sie na ty takze z szefem lub profesorem. Jak kiedys moja znajoma, lekarka, powiedziala do 80-letniej pacjentki prosze Pani, ta oburzona stwierdzila, ze nie po to walczyla tyle lat o rownosc, zeby ja teraz wyzywac 0d "Pani". Jedzenie i picie na wykladach jest normalme na zachodnich uniwersytetach, a w Japonii polowa studentow spi (choc jesc nie wolno). Wazne, zeby studiowali, zaliczali, Polska po woli w rankingach PISA pnie sie jednak do gory. Kiedys wszystko bylo lepsze, mlodzi lepiej wyksztalceni i obyci, formy bylu utrzymane, a ci Wspaniali w dwoch bratobojczych wojnach swiatowych wyrzneli kilkadziesiat milionow ludzi. W Polsce dzisiaj tez jakze przemile i dobrze wychowane Panie i Panowie z tego pokolenia w moherowach czapeczkach marza o powrocie do dawnych wartosci.
          • Gość: Jasio Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: *.bchsia.telus.net 03.12.12, 07:28
            Niestety , to prawda. Dzisiejszy student ma wiedze oparta na Wiki i tragiczna znajomosc tematow w ktorych sie powinien swobodnie poruszac. Po prostu nie potrafi samodzielnie interpretowac danych, bo - tego nie ma na internecie. Do tego dochodzi praktyczny brak znajomosci jezyka ojczystego i umiejetnosci wypowiedzenia sie na pismie. I to bez wzgledu czy student jest na studiach inzynierskich czy doktoranckich i czy te studia sa w Polsce czy Ameryce. Kiedys rozmawialem z kolega dzielkanem o co tu chodzi. Zaproponowalem aby wrocic do programow ktore my mielismy z dwudziestoma paroma godzinami prawdziwych (a nie komputerowych) laboratoriow tygodniowo. A on mi odpowiada, ze tak nie mozna, bo..... takie studia bylyby dzis za drogie
          • aleatoria Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 20:27
            Studiowałam w Japonii i nie zgodzę się, jakoby na uczelniach panowało tam jakiekolwiek rozluźnienie obyczajów. Wręcz przeciwnie, przepaść w hierarchii między studentem a sensejem jest OGROMNA, co jakoś nie przeszkadza japońskim uczelniom przodować w wielu międzynarodowych rankingach. Spanie to trochę inna kwestia, w Japonii śpi się po prostu wszędzie, w autobusie, w muzeum, w teatrze, również na wykładzie i nie jest to oznaka braku szacunku, a po prostu taka kultura.
        • aala43 Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by 03.12.12, 12:16
          ech, takie łatwe sądy - uczyłam już kilka razy jako tzw. visiting i jakoś nadal mnie zapraszają te uczelnie (wysoko w rankingu światowym) - czyli? dałam rade i nie jestem jedyna;
          różnice faktycznie widać, bo w NY czy Bostonie albo Berlinie studenci przyhcodzą na uczelnie inaczej przygotowani - chcą studiować, dużo pracują, są o wiele bardziej samodzielni, potrafią czytać ze zrozumieniem, analizować teksty, formułować samodzielne opinie - oczywiście i tu i tu bywaja wyjątki, ale faktycznie polscy studenci po prostu często nie wiedzą w jakim celu znaleźli się na uczelni
        • Gość: MARIA Re: Większość z tych wykładowców nie przeżyła by IP: 91.200.78.* 04.12.12, 18:01
          Wykładowca ma mieć wiedze i kulturę, a że student wiedzy nie ma, niech przynajmniej się kulturą wykaże. Może by tak kurtkę do szatni, na zajęcia bez gumy w zębach i punktualnie. Uczelnia jak korporacja, pewne zasady obowiązują. Nie zastosujesz się, to wypadasz. Jak studenta wykłądowca za chamstwo z wykładu wyrzuci, a ten się przez to nie naumie czego trzeba, to wyleci też z uczelni. Chamstwu STOP.
      • Gość: zxcv Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademickch IP: 195.82.180.* 02.12.12, 22:48
        Kolejny artykuł z biadoleniem akademików o poziomie studentów.
        Ktoś ustala żenująco niskie, minimalne progi punktowe na uczelniach, ktoś "przepycha" dalej studentów zdających egzaminy i kolokwia za czwartym razem, ktoś przyjmuje słabe projekty i prace semestralne, ktoś nadzoruje, ocenia i zalicza słabe prace dyplomowe.

        Kto? Chyba nie trzeba mówić.

        Naukowcy powinni rozumieć, że rozkład poziomu inteligencji w społeczeństwie jest zbieżny z rozkładem normalnym. Nie da się tego przeskoczyć, choćby nie wiem co. A tymczasem ponad 50% młodzieży idzie na studia-to chyba oczywiste, że spora część z nich się do tego nie nadaje. Doprawdy nie rozumiem, jak w świetle tych faktów można żalić się na forum publicznym na poziom studentów !

        Prawda jest taka, że to środowiska akademickie są największym beneficjentem systemu szkolnictwa wyższego opierającego się na liczbie studentów, a nie ich jakości. Zmiana tego systemu oznaczałaby zwolnienie części kadry naukowej, likwidację kilkudziesięciu jednostek naukowych, kilkunastu wydziałów i pewnie paru szkół "wyższych".

        Ale co to to nie, prawda ? Lepiej ponarzekać na to, że kwadrat nie jest kołem....
        • Gość: j. Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 00:39
          Gość portalu: zxcv napisał(a):

          > Naukowcy powinni rozumieć, że rozkład poziomu inteligencji w społeczeństwie jest zbieżny z rozkładem normalnym

          Tobie także przydałoby się zrozumieć sens pojęć, do których się odwołujesz w swej argumentacji. Obojętne, czy rozkład jest normalny, czy jednostajny, czy jakikolwiek inny (byle nie jenopunktowy), zawsze efektywne obniżenie progu akceptowalności poskutkuje obniżeniem średniej w grupie wybranej.

          Pozostaje jednak pytanie, czy obniżenie poziomu wiedzy i socjalizacji wśród studentów jest wyłącznie efektem umasowienia "wyższych studiów"? Ja mam wrażenie, że szkola uczy teraz gorzej, wymagania na maturze, zwłaszcza tzw. poziomu podstawowego, są bliskie zeru. Problem jest chyba nie tylko w statystyce.
          • nikodem_73 Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic 03.12.12, 02:28
            Generalnie - masz rację.

            Tyle tylko, że nie istnieją obecnie jakiekolwiek bodźce aby na jakimkolwiek etapie nauki "piłować" uczniów/studentów.

            Co więcej - nauczyciel/wykładowca, który czegokolwiek wymaga może liczyć wyłącznie na problemy. W najlepszym wypadku nikt mu nie podziękuje za trud.

            Kolejna rzecz - tzw. "nowa matura" (żenująca - przyznaję), to efekt gry POLITYCZNEJ. No ubzdurało się jakimś biurwokratom, że jak wszyscy będą mieli minimum magistra to będzie super. Nie wiem - może za dużo czytali gazet w swoim czasie i ulegli hasłu "idź na studia to zdobędziesz pracę"?

            Niepomijalnym była też presja potencjalnych "zysków" ze wzrostu pozycji Polski w różnych, bzdurnych indeksach jak np. HDI. No tam się uwzględnia np. jaki odsetek społeczeństwa ma wyższe. No i od czasu "reformy" cały czas nam rośnie!

            Nikt nie zakwestionował bzdurnej metodologii (no bo jak ILOŚĆ mgrów ma się niby przekładać na jakość życia? Liniowo? Bez żartów), a zamiast tego "zhackowano system" - no wymyślono jak tu zrobić co by w krótkim czasie ilość wykształceńców w kraju priwis'lańskim dramatycznie wzrosła. A do tego jak pięknie można było ich na parę lat wypisać ze statystyk bezrobocia...

            Już nie pamiętam od ilu lat powtarzam (także na forum gazety), że obecny, poreformowy system kształcenia jest absurdalny. Mamy generatory mgrów pozbawionych jakichkolwiek umiejętności. A co gorsza - obecny system tak naprawdę działa na szkodę młodych ludzi. I to w dodatku tych, którzy naprawdę mają coś w głowie - giną w zalewie tandety.

            Naprawdę nie trzeba być tuzem intelektu aby zauważyć, że wszyscy nie możemy być kierownikami, managerami, inżynierami, lub zajmować się teoretyzowaniem. No sorry. Tak się nie da. No ktoś musi kopać rowy i podawać frytki w McDonald'sie. Magisterium do tego nie jest potrzebne.

            I tu pojawia się malusie pytanko - gdzie są technika? A zawodówki? No.

            Ponoć w PRL tylko 30% absolwentów podstawówek (a nie było obowiązku jej ukończenia!) miało szansę na naukę w liceach ogólnokształcących i przyjmowano tam ich po egzaminach wstępnych. Reszta trafiała do techników i zawodówek. Żadnej z tych szkół uczeń nie musiał ukończyć, lub ukończyć nie w pełnym zakresie (np. skończyć technikum jako technik bez matury).

            Tylko 30% posiadaczy matury z danego rocznika mogło dostać się na studia - a jakże - po egzaminach wstępnych. Reszta musiała iść do pracy, lub pójść do szkoły policealnej, gdzie mogło zdobyć tytuł technika.

            Samo to powodowało, że na studia dostawali się najlepsi (lub mający odpowiednie dojścia - no, ale to akurat naprawdę niewielki koszt). Na uczelniach kształtowano intelektualną elitę. A jak ktoś był debilem, to nawet najlepsze koneksje nie uratowałyby go na egzaminie.

            Nie jestem zwolennikiem PRL (łagodnie ujmując), lecz jeżeli rzeczywiście obowiązywał wtedy taki schemat to BARDZO mi się on podoba.
            • Gość: joe brody Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic IP: *.wroclaw.mm.pl 03.12.12, 09:05
              > Nie jestem zwolennikiem PRL (łagodnie ujmując), lecz jeżeli rzeczywiście obowiązywał
              > wtedy taki schemat to BARDZO mi się on podoba.
              Nie obowiązywał. Nie było egzaminów do szkół średnich, a obowiązek szkolny polegał na tym, że podstawówkę musiał skończyć każdy. Egzaminy wstępne były na studia, ale z różnymi wytrychami i bocznymi wejściami, jak punkty za pochodzenie i miejsca rektorskie. Nie było tych punktów wiele, ale na szczególnie oblężonych kierunkach, gdzie, aby się dostać, trzeba było zdać niemal na 100%, dodatkowe 3 albo 5 punktów często stanowiło o "być albo nie być" na studiach. Z kolei na mniej wymagających kierunkach gros przyjętych to byli uciekinierzy od wojska. Tak czy inaczej, ówczesny system kształcenia był daleki od ideału...
              • Gość: xx Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic IP: *.ip.netia.com.pl 03.12.12, 12:34
                System przyjęć na studia ewoluował dość znacznie w ciągu tzw. czasów PRL. Pod koniec (lata osiemdziesiąte) - punkty za pochodzenie i miejsca rektorskie istniały już tylko na niektórych kierunkach i uczelniach. Ci z odpowiednim pochodzeniem - mieli natomiast bez porównania łatwiej na samych studiach (dopłaty do akademika, stypendia socjalne itp.). Ale to zupełnie inna sprawa - rozmawiamy o wiedzy i umiejętnościach studentów.

                "na szczególnie oblężonych kierunkach, gdzie, aby się dostać, trzeba było zdać niemal na 100%, dodatkowe 3 albo 5 punktów często stanowiło o "być albo nie być" na studiach" - dodatkowe punkty za pochodzenie sprawiały tylko, że dostawali się inni ludzie, ale nadal byli to ludzie z jakąś wiedzą (w końcu dostali te 90%+ na egzaminie). Nie dyskutujemy tu o sprawiedliwości społecznej (nie mylić ze sprawiedliwością) tylko o efektywności doboru studentów jako grupy.

                Nie byłem beneficjentem żadnych punktów (zdawałem na studia w 1988), zdałem egzaminy wstępne na tyle dobrze, żeby się dostać (bez żadnych kantów) na bardzo oblegany kierunek politechniczny. Więc pewnie mam skrzywione spojrzenie :-)
              • zbychuk Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic 03.12.12, 16:26
                Oczywiscie ze egzamin do liceum byl (sam go zdawalem, nawet pamietam pytanie z j. polskiego - "Jak powinien wygladac Palac w Wilanowie jako muzeum"). Jak wybierales liceum, to musiales wskazac drugi wybor, czyli zawodowke i stad byl problem, czy wybrac liceum slabsze do ktorego na pewno sie dostane czy liceum lepsze i ryzykowac ze nie przyjma i wyladuje w zawodowce.
                Ponkty za pochodzenie byly i miejsca rektorskie tez, zle tych drugich to bylo bodajze 5 na cala uczelnie.
                Podstawowki wcale ie musial skonczyc kazdy. Obowiwazek szkolny byl do 18-go roku zycia, jak ktos zostawal po kilka razy w tej samej klasie to potrafil nie skonczyc podstawowki, choc przyznam nie znam ani jednej takiej osoby.
                Na studia mozna bylo sie w wyjatkowych przypadkach dostac bez egzaminu, bo niektore szkoly mialy prawo wytypowac dwie osoby na studia. Jedna na dowolny kierunek, druga na deficytowy. Ja sie zalapalem na ta druga, ale zrezygnowalem bo moj wybrany kierunek nie byl deficytowy.
                Ale podstawowa roznica byl SZACUNEK dla wykladowcow. Nie wyobrazam sobie takie zachowania jak opisane przez wielu ludzi na tym forum, a uwiez mi, ze jako mlodzi ludzie prywatnie nie bylismy inni niz obecni ludzie (imprezy tez byly, czasem sie sporo wypilo, czasem sie urywalo z wykladu zeby pograc w brydza,a kto przerwie brydza, bo jakis wyklad sie zaczyna :)).
                Ale jedno bylo oczywiste - to moj wlasny interes zeby sie nauczyc a nie wykladowcy zeby mnie nauczyc.
          • Gość: adriano italiano Re: Śmieszy mnie to narzekanie środowisk akademic IP: *.adsl.inetia.pl 11.12.12, 18:32
            > Pozostaje jednak pytanie, czy obniżenie poziomu wiedzy i socjalizacji wśród stu
            > dentów jest wyłącznie efektem umasowienia "wyższych studiów"? Ja mam wrażenie,
            > że szkola uczy teraz gorzej, wymagania na maturze, zwłaszcza tzw. poziomu pods
            > tawowego, są bliskie zeru. Problem jest chyba nie tylko w statystyce.

            Tutaj występuje sprzężenie zwrotne dodatnie: obniżenie wymagań skutkuje przyjęciem gorszych studentów, co zmusza do obniżenia poziomu nauczania, a następnie kryteriów zaliczania by można było dać dyplom i uzyskać dotację na studenta, która też maleje, bo ilość studiujących wzrosła a dofinansowanie uczelni jest mniej więcej stałe.
    • Gość: Paweł Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, brak ... IP: *.adsl.inetia.pl 01.12.12, 15:52
      Ja na studiach zostałem pozbawiony ambicji i chęci do nauki bo sami wykładowcy narzucają taki poziom, że nie trzeba się w ogóle przykładać aby zaliczyć dany przedmiot. Zajęcia mam 2 razy w tygodniu z czego w jednym dniu mam jeden wykład reszta tygodnia wolna. Egzaminy to testy więc wystarczy coś kojarzyć zamiast się sumiennie uczyć. Na specjalizacji Transport i Logistyka na UG mam ogółem 6 przedmiotów z czego 4 w ogóle nie są związane ze specjalizacją a sam poziom nauczania jest czasem tak żenująco niski, że cześć studentów, którzy już pracują w zawodzie mają większą wiedzę niż osoby prowadzące ćwiczenia. Prawda jest taka, że studenci często są leniwi bo to uczelnia tak ich kształtuje.
        • Gość: Paweł Re: Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, bra IP: *.adsl.inetia.pl 02.12.12, 22:43
          Dla ścisłości interesuję się transportem i spedycją i świadomie wybrałem ten kierunek studiów, nie lubię natomiast kiedy próbuję mi się wbić do głowy rzeczy, które mnie nie interesują i są niepotrzebne na drodze, którą sobie obrałem. Nie ukrywam, że teraz moim celem jest już faktycznie tylko odbiór "papierka" ponieważ znalazłem pracę w dużej firmie transportowej i mam to szczęście, że lubię to co robię. Niestety uświadomiłem sobie też jak oderwane od rzeczywistości są studia i to czego się na nich uczyłem, ponieważ w nowej pracy i tak musiałem uczyć się wszystkiego od początku a rzeczą, która przydaje się w niej najbardziej to umiejętność komunikowania się w języku angielskim, który na Ekonomii na UG kończy się już po trzech pierwszych semestrach nauki. I to jest prawdziwa paranoja.
      • Gość: Ryszard Re: Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, bra IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 02:11
        Jestem byłym 5 piątkowym studentem a niedługo wykładowcą na topowej polskiej uczelni.

        Osobiście widzę to mniej więcej tak - to wykładowcy są problemem. Na każdej polskiej uczelni tolerowane są patologie. Wielu wykładowców zwyczajnie nie zna się na tym co wykłada. Od strony pedagogicznej też jest słabo. Wielu powinno być od ręki zwolnionych, ale to się nie stanie, bo przecież to są "swoi". "Marka byś zwolnił? fakt, jest marnym profesorem, ale poza uczelnią nigdy nie znajdzie pracy". Tak jest bardzo często. I ci "profesorowie" straszą rok w rok studentów. Na uczelni każdemu trzeba dać jakąś pracę, aby mógł zarobić. Czysty komunizm. Poza tym ciągłe wojenki podjazdowe. No i to kreowanie na siłę kursów, przyjmowanie trzy razy więcej studentów niż da się rozsądnie obsłużyć. Jedynymi osobami, które mogą to zmienić są sami profesorowie. Niestety im jest teraz zbyt wygodnie. Po co mieliby coś zmieniać - pieniądze są, nie trzeba się przemęczać i jesteś niezwalnialny (wystarczy, że wiesz z kim pić wódkę).

        Na dobrą sprawę na uczelni edukowałem się sam, bo poza kilkoma kursami większość oferty edukacyjnej była po prostu bardzo niska. Polska edukacja wyższa moim zdaniem zniechęca do rozwoju osobistego, zabija ciekawość świata i promuje bierność.
        • nikodem_73 Re: Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, bra 03.12.12, 02:33
          Bo wykładowców jest zbyt wielu. A to skutek tego, że studentów jest zbyt wielu.

          "Marka" nie można zwolnić, bo wtedy... nie byłoby komu prowadzić zajęć. Albo nawet gorzej - "Marek" ma habilitację i jeżeli się go wywali to uczelnia może mieć problemy z utrzymaniem statusu pozwalającego na nadawanie tytułu magistra. I co wtedy? :>
    • Gość: zla Przyklad idzie z gory IP: *.cust.tele2.se 01.12.12, 16:20
      Na mojej uczelni Pani prodziekan na konsultacjach nie potrafila odpowiedziec na 'dzien dobry'. Pan doktor profesor i jeszcze 5 tytulow okrzyczal studentke ,ktora zadala pytanie na wykladzie.Wyzywanie studentow jest czyms na co przestalam reagowac,bo ile mozna. Wykladowca narzeka na spiacych i nieobecnych studentow,a jakim cudem sa wyklady na ktore przychodzi prawie caly rok i slucha z zainteresowanem? Skonczyly sie czasy gdzie tytul przed nazwiskiem oznaczal lepsze traktowanie, na respekt trzeba sobie zasluzyc.Jezeli ktos jest niewychowany to dla mnie nie ma roznicy czy jest studentem czy profesorem. Zgadzam sie z tym ze nie wszyscy powinni studiowac,jednak problem lezy w systemie zaliczania ,a nie w osobach ktore dostaja sie na studia. Nawet nie chce wiedziec dlaczego komus przeszkadza email wyslany o 23... Za granica wykladowcy sa na uczelni dla studentow, zachecaja do pytan, udostepniaja materialy . Korona nikomu z glowy nie spadnie jak uslyszy 'no dobra' albo 'prosze Pana' zamiast 'Panie dziekanie'. Szkoda tylko ,ze my nawet nie mamy komu tego powiedziec, bo kogo obchodzi co glupi ,niewychowany student mysli.
        • Gość: Wykładowca Re: Przyklad idzie z gory IP: *.mac.edu.pl 02.12.12, 19:38
          Tak, niestety mówi się "Panie Doktorze", "Panie Profesorze", "Panie Dziekanie" itp. Na "proszę pana" się nie odzywam - najczęściej udaję że nie słyszałem. Najwyżej się zapytam czy o mnie chodziło i wtedy do większości dociera. Problem oczywiście jest po obu stronach: studentów na 1 roku powinno się uczyć zachowania na uczelni. Jak na pierwszym spotkaniu ustali się zasady gry to dalej z reguły problemów nie ma. A nawet potrafimy się przyjaźnić i wybrać się razem na piwo po egzaminach ;)
          • Gość: SWIAT Re: Przyklad idzie z gory IP: *.pool.mediaWays.net 02.12.12, 21:22
            No, tak niestety tak sie mowi. Panu Wykladowcy laskotanie tytulami dobrze robi. Niestety.
            Ludzie na poziomie, dobrze wychowani, znajacy swoja wartosc, bez kompleksow, urojen, daja sobie w zyciu rade i nie oczekuja tytulowania. Przypomina mi Pan, kler, ktory sie ekscelencjo tytuluje. Smieszne to i pretensjonalne, zwlaszcza, ze patrzac na Was z boku widac "obsuwe" kultury w skali 1 do 10 na slaba dwojke. Was, mam na mysli cale polskie elyty.
            Zycze refleksji nad soba w wolnej chwili.
            • Gość: tomek Re: Przyklad idzie z gory IP: *.icpnet.pl 02.12.12, 21:34
              Tak samo jak do wykładowcy możesz powiedzieć "proszę pana", możesz do szefa powiedzieć "Stefan". Kultura osobista to m.in. umiejętność doboru tytułów i sposobu zwracania się do ludzi w różnych sytuacjach. Nic się nie stanie jak pani w banku powie do prof. dr. hab. inż. "proszę pana", ale student powinien zwracać się per profesorze. Ludzie na poziomie, dobrze wychowani, znający swoją i innych wartość, bez kompleksów i urojeń, dobrze o tym wszystkim wiedzą. Prostactwem jest brak szacunku dla wykładowcy. Można człowieka nie lubić, ale kultura w stosunku nawet do takiej osoby, to te same zasady, co w stosunku do mamy.
              • ka-mi-la789 Re: Przyklad idzie z gory 02.12.12, 21:57
                > Tak samo jak do wykładowcy możesz powiedzieć "proszę pana", możesz do szefa pow
                > iedzieć "Stefan".

                Wyobraź sobie, że do swoich przełożonych zwracałam się po imieniu (z wzajemnością). Nikomu z nas korona z głowy nie spadła, wszyscy żyją i dobrze się mają.

                > Nic się nie stanie jak pani w banku powie do prof. dr. hab. inż. "proszę pana", ale student powinien zwracać się per profesorze.

                A może "wasze wysokorodje"? To, co piszesz, to kolejny dowód, że polskie, pożal się Mzimu, uczelnie to ostoja feudalizmu, a ich personel to banda niedowartościowanych kompleksiarzy.

                > Prostactwem jest brak szacunku dla wykładowcy.

                Objawem paranoi jest twierdzenie, że stosowanie powszechnie przyjętych form grzecznościowych jest brakiem szacunku.

                > Można człowieka nie lubić, ale kultura w stosunku nawet do takiej osoby, to te same zasady, co w stosunku do mamy.

                Uważasz, że ktoś do matki zwraca się per "pani profesor"? Ponadto kultura obowiązuje w obie strony. Magistrzyna z bożej łaski, który publicznie dziwi się, że dwudziestotrzylatkowi chciało się "w tym wieku" studia zaczynać (zdarzenie autentyczne), nie zasługuje nawet na "proszę pana". Najwyżej na strzał w dziób (drugi za regularną nieobecność na zajęciach).
                • Gość: Anna Re: Przyklad idzie z gory IP: *.dsl.colba.net 03.12.12, 04:29
                  No wlasnie nie do wszystkich mozna sie zwracac per 'panie profesorze', bo jak nie jest profesorem to uda ze nie slyszly albo nawrzeszczy, ze jest doktorem. Powiedzenie do profesora doktorze tez grozi opierniczem.
                  Najtrudniej jest na pierwszym roku, bo studenci, przyzwyczajeni z liceum, chca do wszystkich mowic per 'panie profesorze'.
                  O jednym z moich wykladowcow, ktory do wszystkich dziewczyn mowil per kasienka a do chlopakow per ziutek, wole nie wspominac.
            • Gość: Assakari Re: Przyklad idzie z gory IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 00:34
              Nie zgadzam się. Dla wyjaśnienia, jestem tylko zwykłym magistrem, ale od zawsze uczono mnie zasad dobrego wychowania a w nich jest zwracanie się w odpowiedni sposób do odpowiedniej osoby. Tego wymaga szacunek do rozmówcy i do.... siebie samego. A zatem nie oczekuję aby gość - a przypominam wchodząc do cudzego miejsca zamieszkania a także pracy jest się gościem - aby zatem gość witał mnie słowami "szacowna matko mego kolegi", ale oczekuję pełnego "dzień dobry" a nie burkniętego między jednym a a drugim ciamknięciem gumy "...bry". I nie dziwię się, że wykładowcy nie reagują na "proszę pana". Tak można się do nich zwrócić na ulicy, gdy upuszczą portfel. Na uczelni obowiązuje "pan adiunkt". Takie są zasady dobrego wychowania. A te obowiązują osoby z wyższym wykształceniem.
                • Gość: antytularyzm Re: Przyklad idzie z gory IP: *.lightspeed.cicril.sbcglobal.net 03.12.12, 03:55
                  Studia to nie wojsko. Proszę pana, proszę pani to zwroty grzecznościowe okazujące szacunek. Wystarczą. Tytułami to można się posługiwać na sympozjach gdy przedstawia się mówcę, w programach telewizyjnych, gdy przedstawia się specjalistę, więc tytuł ma znaczenie. W innych sytuacjach wystarczy zwykła grzeczność. Kultura nie polega tylko n znajomości formułek, al głównie na wyczuciu. S osoby które gładko mówią, mają maniery a nie zmienia to faktu, że są samolubnymi chamami, patrzącymi na innych z góry. Prosta kobieta na kleparzu, sprzedająca warzywa może nie mieć ogłady, ale może być miła osobą, z wyczuciem w odróżnieniu od bufona z tytułami o zerowej empatii.
                  • Gość: jorge Re: Przyklad idzie z gory IP: 198.178.236.* 03.12.12, 15:01
                    Tak jak studia, to nie wojsko, tak studia to nie ulica.

                    Tak się utarło, że instytucje formujące mają swoje hierarchie i tytulatury: uczelnia, wojsko, szkoła średnia, harcerstwo czy kościół (kto się odważy powiedzieć do księdza albo zakonnicy proszę pana/ pani?). Czy nieznajomość tych zasad to wyraz nowoczesności czy wyraz braku wychowania i ogłady?
                    • Gość: antytularyzm Re: Przyklad idzie z gory IP: *.lightspeed.cicril.sbcglobal.net 03.12.12, 18:33
                      Nie mam za bardzo do czynienia tzw. osobami duchownymi, ale jeśli już mam, to używam języka "grzecznego" aczkolwiek bez podkreślania ich przynależności do sekty kapłańskiej. Czasami mi się wymsknie proszę księdza, ale to nawyk z indoktrynacji katolickiej, jednak z premedytacją używam proszę pana, proszę pani aby podkreślić mój antyklerykalizm :) Co do hierarchii, udało mi się w życiu uniknąć pracy wymagającej do stosowania się do zasad hierarchii, błazenada z tytułami to indoktrynacja klasowa. Byłem harcerzem ale uwolniłem się od tego hierarchicznego myślenia jako nastolatek (zainspirował mnie punk). Może dla kogoś takiego jak ty jestem nieokrzesanym chamem - trudno. Nie zmienia to faktu, że staram się być osobą szanująca innych (ale nie poprzez czołobitne ukłony i podkreślane tytułów, pozycji społecznej, zawodowej), nie przepycham się , ustępuje miejsce w tramwaju starszym czy niepełnosprawnym, nie używam wulgaryzmów (w wyjątkowych sytuacjach się zdarza), często mówię dziękuję, proszę dzień dobry itd. i to do wszystkich - ekspedientek, lekarzy/lekarek, recepcjonistek, woźnych, sekretarek itd. W miejscach publicznych, zachowuję się tak aby innym nie zakłócać spokoju, staram się nie rozmawiać przez komórkę przy innych, albo wychodzę a jak muszę to cicho i kończę szybko. Wyznaję trochę inny rodzaj kultury, nie oparty na manierach dworskich/burżuazyjnych, sztywnych konwenansach, lecz na empatii, nieprzeszkadzaniu, narzucaniu się a także pomocy. Z pewnością ma na to wpływ wiele lat życia W USA - większa bezpośredniość, przyjazne mało sztywne zwroty a do tego moje lewacki skłonności. Prawdę mówiąc jak jestem w Polsce i ktoś się za bardzo obnosi z tytułami to mam ochotę zwracać się do takiej osoby towarzyszu/towarzyszko. Wyrażając się kolokwialnie, nie olewam w zupełności konwenansów, ale ograniczam je do tych aspektów które są przydatne, czyli przyjaznych stosunkach miedzy ludzkich, odrobiny estetyki (nie zakładam potarganych ubrań na formalne wizyty) wyczucia w ubiorze, mowie, zachowaniu, jedzeniu i manierach, ale bez przesady, unikam zbytniego spoufalania, ale też przesadnej sztywności. Na szczęście nie żyję, pracuję w skostniałym hierarchicznym środowisku, ale nawet jak z nim miewam do czynienia to choć staram się być miły to pokazuję, ze nie mam zamiaru wpisywać się w konwenanse, hierarchiczność tych środowisk. Zazwyczaj się dogaduję dobrze, a jak komuś coś nie odpowiada, trudno, nie szukam akceptacji, jednocześnie nie zachowuję się wystarczająco plebejsko aby mogli mnie wyśmiać :)
          • swiete.jeze Re: Przyklad idzie z gory 02.12.12, 21:45
            Gość portalu: Wykładowca napisał(a):

            > Na "proszę pana" się nie odzywam - najczęściej udaję że nie słyszałem.

            Na pewno zawstydziłeś swoją kulturą studentów Wyższej Szkoły Menedżerskiej.
            • flamengista w Polsce to wykluczone z powodów kulturowych 02.12.12, 21:57
              w kulturze anglosaskiej mówienie do kogoś per "ty" nie oznacza automatycznie nawiązania bliskiej relacji. Możesz mówić do szefa You, ale to nie oznacza że jutro wpadniesz do niego na grilla, ani że rozmawiacie o problemach jego syna w szkole. A więc skrócenie dystansu, ale nie nawiązanie głębszej relacji.

              U nas jest przecież "bruderschaft" i rytuał przejścia na "ty". Jeśli przechodzisz z kimś na ty, staje się automatycznie twoim kumplem. To rodzaj zobowiązania: w naszej kulturze, opierającej się na sieci powiązań towarzyskich, możesz oczekiwać, że twój kumpel wkrótce poprosi ciebie o przysługę.
              • Gość: Anglista Re: w Polsce to wykluczone z powodów kulturowych IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.12.12, 23:17
                W języku angielskim nie istnieje słowo "ty" - było do XVII wieku i brzmiało 'thou', ale później zaniknęło. Do wszystkich bez wyjątku od kochanka po szefa zwracamy się per 'wy' (ang. you, dawniej 'ye'), co jest, podobnie jak w większości europejskich języków, formą odpowiadającą polskiemu "pan, pani, państwo'. W kulturze anglosaskiej bliższą relację wyraża się przez mówienie po imieniu, w niektórych środowiskach po nazwisku.
                • gentrylane Re: w Polsce to wykluczone z powodów kulturowych 03.12.12, 05:09
                  Strasznie się zdziwiłem. Takie odróżnienie dla mnie funkjonującego zawodowo w tym języku od wielu lat jest co najmniej sztuczne.
                  Istnieje w angielskim "ty" i "wy" i jest to "You" (dokładne znaczenie wynika z kontekstu, może to być, "ty", "wy", "Pan", "Pani", "Ciebie", "człowiek" i być może kilka innych znaczeń )
                  Dodatkowo tłumaczenie że "Wy" to "You" (a "Ty" nie istnieje ) ma dodatkowo dla polskiego ucha pejoratywne konotacje w codziennych tlumaczeniach... Przez "Wy" władza zwracała sie do obywatela w minionym okresie -:)
                  Można być anglistą ale dominująca praktyka jest istotna i mieszanie ludziom w głowach jest zbędne...zostawiłbym to do akademickich dyskusji.
            • sto-szesc Re: najwygodniej jest zwracać się na TY 02.12.12, 22:13
              W USA student zwracając się do wykładowcy zazwyczaj zacznie rozmowę of "Professor". W Polsce mogą występować różnice regionalne. Nawet przy zwracaniu się do rodziców: w niektórych rodzinach mówi się w drugiej osobie, a w niektórych w trzeciej.
            • piggy1 Re: co jest złego w "Proszę Panie"? 02.12.12, 22:18
              A do lekarza powiesz: proszę pana czy panie doktorze? W pracy do dyrektora powiesz proszę pana czy panie dyrektorze? I nie masz racji, że ignorowanie takiego studenta świadczy o braku kultury osobistej wykładowcy. Wręcz przeciwnie - świadczy o dużej kulturze, bo gdyby był człowiekiem niekulturalnym - zwróciłby ci uwagę. Właśnie ignorowanie osób nieobytych jest jedynym na nie sposobem. Bo takie osoby, poddane ostracyzmowi towarzyskiemu/zawodowemu albo sie nauczą, jak sie zachowywać i zwracać albo skończą w pracy na zmywaku czy innej fizycznej, gdzie będa przebywać wśród swoich, równie niekulturalnych. I gdzie język, jakim się posługują, nie ma znaczenia.
              • flamengista Re: co jest złego w "Proszę Panie"? 02.12.12, 22:45
                Jako pacjent zawsze mówię Proszę Pani/Pana do lekarza. BTW: większość lekarzy nie ma doktoratu.

                Do dyrektora - jeśli to osoba zupełnie nieznana, to używając tytułu. Jeśli znam go dobrze i jesteśmy w dobrych stosunkach, to "Proszę Pana".

                Nie ma w tym nic uwłaczającego, to neutralny termin zastępujący właśnie anglosaskie "You".

                Przypominam że język ewoluuje w kierunku dalszego upraszczania się i niestety trzeba się do tych zmian dostosować.
                • Gość: bezsens Re: co jest złego w "Proszę Panie"? IP: *.ssp.dialog.net.pl 02.12.12, 23:27
                  jako lekarz zaprotestuję!
                  może rzeczywiście 'panie doktorze' to nadużycie, ale 'proszę lekarza' 'panie lekarzu' - zaczyna funkcjonować.

                  Powiedz teraz do pielęgniarki 'siostro' a do rehabilitantki 'proszę pani' to przynajmniej w naszym szpitalu nikt cię nie obsłuży.

                  Nie chodzi o tytułowanie, ale o 'podejście do drugiego człowieka'. Ja jestem chamski, impretynencki i z trudnym charakterem, więc, gdy pacjent mi powie 'proszę pana' na dzień dobry - jeszcze go nie znam, nic o nim nie wiem (po kilku rozmowach mogę przymknąć na to oko, w końcu jestem po to, aby pomagać a nie się 'tytułować') to grzecznie odpowiadam, że nie jestem 'panem' tylko 'lekarzem'.

                  A skoro ludzie namiętnie próbują każdego nazwać możliwie jak najniżej byleby tylko nie podkreślić jego pozycji, dlatego wyparcie tradycynego 'panie doktorze' i zamiana na 'panie lekarzu' wchodzi pod strzechy.

                  Osobiście pracuję nad doktoratem, więc być może w przyszłości normą będzie 'panie doktorze', do tego czasu nie.

                  Na codzień pracuję z profesorem, znamy się dość dobrze na stopie prywatnej, poza szpitalem mówimy sobie na 'ty', ale w pracy obowiązuje pewien regulamin i patos - zawsze, niezależnie od tego czy jestem sam na sam czy w towarzystwie używam sformułowania 'panie profesorze' i basta! Nie po to się ten człowiek starał o profesurę, aby mu 'byle szczyl' wyskakiwał na 'panie Jarku, pan się nie boi...'. Szacunek - tego brakuje w społeczeństwie.

                  Jak mówię - ze względu na trudną pracę bardzo nad sobą pracuję i staram się być tolerancyjnym wobec pacjentów, ale jeśli swoimi słowami umyślnie będzie mnie obrażał (było u mnie kilku takich, co namiętnie mówili 'chłopcze', 'panie!', 'do pana mówię' i tego typu odzywki rodem z niższych warstw społecznych i to na targowisku albo i z gorszych miejsc) to grzecznie wypraszam z gabinetu i polecam lekturę kolegów specjalistów w celu kontynuacji leczenia. Skutkuje - większość pacjentów po pierwsze - jest zdecydowanie grzeczniejsza w podejściu zarówno do innych pacjentów na korytarzu, a przy okazji do personelu średniego - też bardzo zwracają uwagę na to, aby prawidłowo podkreślić DOKŁADNĄ wykonywaną funkcję. Nie ma panie profesorze do kogoś takiego jak ja (i za to również się obrażam, aby nie było, że tylko mi to łechce ego!), nie ma wyzwisk i gróźb do pani w rejestracji, nie ma 'pyskówek', kto był szybciej i kto teraz wejdzie - panuje ład i porządek. Musiałem jedynie kilkanaście razy wzywać policję i informacja o tych incydentach została wywieszona w gablotce.

                  Aby pomagać to trzeba mieć warunki. Aby uczyć, też trzeba mieć warunki. Jeśli druga osoba tych warunków nie zamierza zachować - nie ma współpracy i cześć.

                  Nauczmy się siebie szanować. Zawsze staram się poprawnie tytułować każdego (mówię - panie magistrze, panie inżynierze, panie doktorze habilitowany, pani sekretarko, panie dyrektorze, pani adiunkt etc. - to świadczy o kulturze podejścia do drugiego człowieka). Nigdy nie idzie się w 'ciemno' nie znając drugiej osoby, a jeśli już taka sytuacja ma miejsce to po pierwszym dzień dobry proszę pani/pana - od razu ma się odpowiedź, jak należy się do drugiej osoby zwracać. U nas, w naszym kraju należy tego 'rytuału' przestrzegać, bo za niewłaściwe nazewnictwo można nieraz komuś srogo podpaść lub sobie nagrabić. A to, że dla 'prostego luda' jest to odbicie 'tytułomanii' to już trudno.
                  • Gość: Zagłębiak Re: co jest złego w "Proszę Panie"? IP: *.telpol.net.pl 03.12.12, 00:33
                    Jak dobrze, że zaczynałem swoją drogę zawodową pośród lekarzy, którzy, na pytanie pacjenta "czy jest tu jakiś doktor" odpowiadali "nie ma, sami lekarze" albo doktorami (tymi z dr przed nazwiskiem) będąc sami proponowali przejście na "ty". Ale oni pewnie nie potrzebowali podbudowy swojego ego tytułomanią.
                    Swoją drogą cholernie długie musicie mieć rozmowy w szpitalu i wielu urażonych pracowników. Wszak kilka zawodów można wykonywać będąc licencjatem jak magistrem nie wspominając o sytuacjach gdy ktoś jest medycznym licencjatem a do tego dajmy magistrem filozofii albo, nie daj Boże, doktorem (znam jednego ratownika medycznego z doktoratem zdrowia publicznego).
                    Z czystej ciekawości - do technika RTG zwraca się Pan per "panie techniku", do sekretarki po socjologii per "pani magister"?
                    Niezłe jaja są w tym Waszym szpitalu.
                    • Gość: jorge Re: co jest złego w "Proszę Panie"? IP: *.adsl.inetia.pl 03.12.12, 00:44
                      Czekam aż ci wszyscy egalitaryści i postępowcy będą mówić do swoich rodziców i teściów po imieniu, sami nie oburzając się, że szczyle tak się do nich zwracają.

                      Biadoliliby jeden z drugim, że się ich traktuje, jak kolegów z podwórka albo knajpy. A potem się dziwią że gimbusiarnia, gdzie nie pójdzie (szkoła, uczelnia, praca, autobus, teatr) czuje się jak na trzepaku albo na dyskotece.

                      Zresztą, o czym my mówimy. Ile razy przedstawiciele instytucji wtórnej socjalizacji, jak szkoły czy uczelnie wzywają rodziców: ludzie, zacznijcie wychowywać swoje dzieci. A co ci robią? Przeca mój Piotruś jest takim dobrym dzieckiem, tylko ma ADHD, przeca moja Hania to złote dziecko, tylko w tej szkole to ci nauczyciele nie potrafili sobie z nią poradzić, itd.

                      Poklepujcie dalej swoje pociechy po pleckach. Ciekawe w co one odklepią, gdy będziecie potrzebowali ich szacunku.
                      • sto-szesc Re: co jest złego w "Proszę Panie"? 03.12.12, 01:11
                        > Czekam aż ci wszyscy egalitaryści i postępowcy będą mówić do swoich rodziców i
                        > teściów po imieniu, sami nie oburzając się, że szczyle tak się do nich zwracają

                        Znam rodziny w których tak się robi. Wszystko zależy od lokalnych zwyczajów.
                      • Gość: ee Re: co jest złego w "Proszę Panie"? IP: *.knf.gov.pl 03.12.12, 10:51
                        Ahaha już sobie wyobrażam, jak wymagam od kogoś zwracania się do mnie per "pani magister"! No, skoro każdego trzeba tytułować zgodnie z wykształceniem...
                        Nie rozumiem za bardzo tego nadymania się, jeśli chodzi o tytuły. Ktoś jest doktorem, dobrze, ale czy zwrot "proszę pana" raptem go obraża?? Jeden z moich szefów ma tytuł doktora i nikt, ale to nikt w całej firmie go tak nie tytułuje! A przecież jesteśmy w pracy, to nie popołudnie w knajpie. Wydaje mi się wręcz, że brzmiałoby to śmiesznie. Chyba, żeby sobie wyraźnie tego życzył - to już co innego. Ale czy naprawdę o naszej wartości stanowi ten tytuł? Czy to, że mam magisterium lub doktorat czyni ze mnie ważniejszego od innych człowieka?
                        Co do rodziców i teściów, to czy Twoim zdaniem ktoś, kto każe mówić do siebie własnemu dziecku w trzeciej osobie lepiej wychowa dziecko od tego, który każe się nazywać po imieniu? Jakieś bardzo stereotypowe myślenie masz, bo często te "dobrze wychowane" dzieci mówią "czy mama pozwoli, że wyjdę ze znajomymi?", po czym wychodzą i zaczynają rzucać k...ami na prawo i lewo, bo to wychowanie skończyło się w domu... Szacunek ma mało w obecnym czasach wspólnego z formą zwracania się do rodziców, jeśli ta forma jest przez nich akceptowana. Dziecko zwracające się per Aniu do mamy, może ją o wiele bardziej szanować, niż to, które mówi w trzeciej osobie...
                  • Gość: antytularyzm Re: co jest złego w "Proszę Panie"? IP: *.lightspeed.cicril.sbcglobal.net 03.12.12, 04:17
                    Wybacz. Mam gdzieś twoje konwenanse. Staram się być grzeczny, używam dzień dobry, dziękuje proszę, czy mogę pomóc, czy mógłbym zapytać itd. Ale tytułów używał nie będę. to że ktoś wykonuje prestiżowy zawód nie znaczy, że go szanuję jako człowieka. Nie obchodzi mnie czy ktoś jest inżynierem, lekarzem, czy barmanem. Jeśli wchodzę z taką osobą w jakieś relacje to są dwie opcje, formalna per pan/pani albo bezpośrednia- ty. Tytułów zawodowych wymieniał nie będę. Myślę, ze nie jestem odosobniony w takim podejściu, społeczeństwa stają się przynajmniej powierzchownie stają egalitarne. Czasy mości panie, wasza wysokość i inne feudalne przeżytki minęły, a i technokratyczne tytuły, którą są bądź co bądź bardziej zasłużone, bo wynikają z pracy a nie urodzenia, też odchodzą poza wąskimi kręgami. Pacjent nie ma obowiązku zwracani się per panie lekarzu, czy doktorze. Ma podchodzić z szacunkiem do personelu, ale bez tej całej tytułomanii. A jak się lekarzowi nie podoba, mam to gdzieś, są inni lekarze. I tak się leczę prywatnie więc mi łaski nie robią, a jak w szpitalu to za moje składki.
                  • flamengista proszę nie dorabiać do tego ideologii 03.12.12, 09:14
                    Owszem, jeśli Pan tak kocha konwenanse i niezwykle asertywnie podkreśla konieczność ich użycia (występując dodatkowo z pozycji siły wobec pacjenta - jak to się ma do etyki lekarskiej?) - to na ogół postawi Pan na swoim.

                    Nie wiem jednak, czy jest to powód do dumy. Nie jestem też przekonany, że od tego pacjenci staną się bardziej kulturalni. Jak ktoś jest chamem, to chamem pozostanie. I przy wódce będzie się skarżył znajomym na tego-owego, co go w szpitalu potraktował jak śmiecia.

                    PS. Proponuję, żebyście w swoim szpitalu umieścili instrukcję savoir-vivreową. Bo powiem szczerze, że trochę się gubię w tej tytułomanii. Jak mam się zwracać do Pani rehabilitantki, skoro "Proszę Pani" nie wystarczy? Pani hrabino? Pani baronowo? Ja rozumiem, że "siostro" może być obraźliwe. Ale jak człowiek ma poznać funkcję i tytuł innych osób, jak leży w szpitalu i potrzebuje pomocy... Przydałoby się trochę empatii...
      • Gość: nauczyciel Re: Przyklad idzie z gory IP: *.metrolink.pl 02.12.12, 13:45
        o, jaka piękna odpowiedź - doskonała ilustracja do powyższego artykułu. tacy studenci, takie społeczeństwo - już to widzę - biedni studenci, wyzywani, ciemiężeni, a to przecież w istocie stworzenia żądne wiedzy - wcale nie dziwię się, że wykładowcom nie chce się tego motłochu zachęcać do zadawania pytań - pogłębianie wiedzy?? i co, koleżanko - wykładowcy przeszkadzają w pogłębieniu wiedzy??? buahahaha, to są STUDIA, tu nie ma podanej wiedzy na tacy, samemu trzeba szukać, pogłębiać swoją wiedzę - dzisiaj, kiedy każde czasopismo naukowe jest w necie, dostęp do wiedzy jest nieograniczony, więc wybacz droga studentko - nie usprawiedliwisz tym swojego hamstwa. kulturę wynosi się z domu, na uczelni żaden przykład z dołu czy z góry nie zmieni waszego braku wychowania, na uczelni nie ma miejsca na uczenie kultury, dorośli ludzie albo ja mają albo (jak ty) nie mają

        a to już jest kuriozum "Skonczyly sie czasy gdzie tytul przed nazwiskiem oznaczal lepsze trak
        > towanie, na respekt trzeba sobie zasluzyc." - i kto o tym decyduje, ty kochanieńka??? hahaha, no dobre, ubawiłam się tym setnie, kolejna doskonała anegdota wśród znajomych będzie...
        • Gość: Marc1n Re: Przyklad idzie z gory IP: *.icpnet.pl 02.12.12, 16:15
          Oczywiście, na studiach nie podaje się wiedzy na tacy. Studia mają pokazać kierunki rozwijania wiedzy, udostępnić źródła tejże wiedzy oraz uzupełniać informacje w źródłach niedostępne. Jeśli nie spełniają tych zadań to pozostaje je zlikwidować. Nie widzę sensu utrzymywania uczelni z podatków w sytuacji gdy "każde czasopismo naukowe jest w necie, dostęp do wiedzy jest nieograniczony". Pieniądze te można wtedy przenieść na granty badawcze dla wybitnych naukowców a resztę zwolnić. Oczywiście, dorośli ludzie, jak ta studentka, kulturę mają albo, tak jak ty chamko, jej nie posiadają.
          Kto decyduje o respekcie? Każdy sam. Od tego mamy rozum, a cały proces nazywa się samodzielnym myśleniem. Co oczywiste zatem w jej przypadku decyduje ona. Nie wiem jednak jak jest w twoim przypadku. Czyżbyś wybierała autorytety jak głupcy, tylko dlatego że ktoś ci powiedział że x jest autorytetem i zasługuje na respekt?
          • Gość: Assakari Re: Przyklad idzie z gory IP: *.dynamic.chello.pl 03.12.12, 01:02
            Szanowny Marcinie. Nazywając swoją adwersarkę chamką i w dodatku "tykając" ją sam sobie wystawiasz świadectwo. To jest właśnie to o czym już tu pisałam - zachowując zasady dobrego wychowania - przede wszystkim dajemy świadectwo o samych sobie. Dla mnie każdy człowiek zasługuje na szacunek - a zasługiwanie sobie na respekt, wybacz, ale czy my jesteśmy pod budką z piwem, albo w wojsku, żeby sobie musieć respekt zdobywać? Jakieś pomieszanie pojęć nastąpiło u Ciebie i osoby której bronisz. Kultura osobista nie jest zależna od respektu jakim się darzy drugą osobę tylko od mojego własnego osobistego przekonania, że takie zasady należy stosować. Ot i tyle w temacie
        • Gość: tr_ Re: Przyklad idzie z gory IP: *.126.34.95.customer.cdi.no 02.12.12, 21:22
          Buc z ciebie i to ten najgorszego rodzaju, bo nie wie, że jest bucem. po pierwsze według twojego myślenia po co uniwersytety, przecież są czasopisma, i wiedza leży na ulicy, tylko po co studiuje się u najlepszych wykładowców? czasopisma? tu w Norwegii jest dostęp do każdego, a w Polsce? macie subskrypcje do baz danych takich jak Sage, mjuse itd., kupujecie nowe książki obcojęzyczne do bibliotek czy tez pokątnie popieracie piractwo, tu w Norwegii jest kultura osobista, której wy nawet nie znacie, pomimo że tu do każdego, profesora także, mówi się po imieniu.
        • Gość: zla Re: Przyklad idzie z gory IP: *.cust.tele2.se 03.12.12, 12:36
          Po pierwsze nie jestem twoja kolezanka, zdania zaczyna sie od slow z wielkiej litery, a na koncu jest kropka.To tyle na temat Twojej kultury 'kochanienka'. Nie wiem skad wyczytalas ,ze studenci sa biedni, bo nie sa, chcialam isc na studia to teraz bede siedziec i sie uczyc tyle ile trzeba ,a jak jest mi ciezko to moge je w kazdej chwili rzucic. Tak, interesuja mnie moje studia i jezeli mam pytanie to je zadam, oczywiscie moge je spobie sprawdzic w internecie lub bibliotece, ale w takim razie po co ja chodze na wyklady skoro wszystko mozna znalezc w ksiazkach? Jak ide do lekarza i mam pytanie to tez je zadaje,wiec nie widze problemu dlaczego specjalista w swojej dziedzinie nie moze mi udzielic odpowiedzi.I odpowiem na Twoje ostatnie pytanie, tak to ja decyduje kogo bede bardziej respektowac: czlowieka po zawodowce ktory odnosi sie do mnie z szacunkiem, czy kogos kto jest po studiach i pozjadal wszystkie rozumy.
      • Gość: Marc1n Re: Przyklad idzie z gory IP: *.icpnet.pl 02.12.12, 16:01
        Mam podobne doświadczenia. Poza tym problemem są niedouczeni wykładowcy. Moim zdaniem dość śmieszne jest gdy student na wykładzie koryguje błędy wykładowcy który swój rozwój naukowy skończył 30 lat temu gdy uzyskał profesurę. Smutna prawda jest taka że nie każdy może być wykładowcą akademickim...
      • flamengista respekt za zasługi - ładnych czasów dożyłem... 02.12.12, 22:02
        Na szacunek trzeba sobie zasłużyć? Ciekawa filozofia życiowa, gratuluję rodzicom świetnie wychowanej latorośli. Niewątpliwie poradzi sobie w życiu, idąc jak czołg i depcząc wszystkich po drodze.

        Mnie zawsze uczono, że szacunek należy się wszystkim: a więc studentom, profesorom, ale i portierowi, pani sprzątającej, sprzedawcy w sklepie, nawet menelowi z mojego osiedla (nie jest agresywny, tylko tradycyjnie prosi o kasę na alkohol). Każdemu człowiekowi, niezależnie od statusu społecznego.
    • jolkak11 Nic dodać... wszyscy to widzą... 01.12.12, 16:35
      Niestety chyba tym którzy tworzyli reformę oświaty właśnie o to chodziło, bo wszystko zaczęło sie od utworzenia gimnazjów i oddania władzy oświatowej w ręce "gminnych urzędników". Później wprowadzono testy zamiast egzaminów, jak to pięknie ujęto aby wyrównywać szanse (a dokładnie żeby każdy, także nieuk i półanalfabeta miał takie same szanse jak ten kto uczciwie uczył się i pogłębiał wiedzę, lub mało zdolny, z poprawką na maturze, mogący spokojnie zostać rzemieślnikiem - studiował nauki i z trudem ukończywszy prywatne studia - zostawał np. pedagogiem, czy lekarzem!!!)! Później już tylko było gorzej i gorzej. A kulturę osobistą i zdrowe zasady to głównie wynosi się z domu, gdzie dziecko przebywa od urodzenia i ma wzorce do naśladowania! Choć bywają wyjątki, jak zwykle...
    • Gość: Br Filologia, antropologia, hotelarstwo, oceanotechni IP: 87.204.175.* 01.12.12, 17:15
      Same elitarne kierunki.....
      Badzmy powazni, jaka elita studiuje hotelarstwo na awf? Taki wywiad z lesnymi sfrustrowanymi dziadkami jest brzsensu z wielu powodow. Najwazniejszy z nich to fakt, ze na te kierunki nikt normalny sie nie wybiera... Stad frustracje tych wykladowcow sa co naknmiej dziwne... Na dobra sprawe kpina ze zdrowego rozsadku sa studia wyzsze z hotelarstwa... Tu powino wystarczyc wyksztalcenie zawodowe. Wiekszosc z tych watpliwych kierunkow studiow powinna zostac zlikwidowana - obnizaja prestiz wyzszego wyksztalcenia ksztalcac nieokrzesanych glabow... Swoja droga kadra na tych kierunkach musi byc strasznie zdemoralizowana, skoro nagradzaja dyplomami studiow wyzszych taki baranow, o ktorych mowa w tekscie....
      • Gość: studentka zła wiadomość IP: *.home.aster.pl 02.12.12, 21:38
        Mam dla Ciebie złą wiadomość: jeśli nie widzisz różnicy między tymi czterema kierunkami, które wymieniłeś, to niestety Ty masz duży brak w wiedzy ogólnej. I tak, to kierunki humanistyczne (czyli dwa pierwsze z wymienionych) kształcą (w założeniu) elitę (to, że poziom jest jaki jest, to inna bajka): historia literatury, historia sztuki, językoznawstwo normatywne, filozofia, poetyka... to są przedmioty z kierunków filologicznych i kulturoznawczych. Nie studiowałam nigdy hotelarstwa ani oceanografii ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że są tam jednak inne moduły...
        • chomskybornagain1 Re: zła wiadomość 03.12.12, 04:05
          "językoznawstwo normatywne" to jest pojęcie wewnętrznie sprzeczne: albo się tworzy reguły (normy) gry albo się je próbuje odkryć (stać się ich znawcą). Nie ma sensu odkrywanie czegoś co się samemu tworzy, bo to już się zna.
        • Gość: gość portalu Re: zła wiadomość IP: *.sds.uw.edu.pl 03.12.12, 11:29
          Gość portalu: studentka napisał(a):

          > Mam dla Ciebie złą wiadomość: jeśli nie widzisz różnicy między tymi czterema ki
          > erunkami, które wymieniłeś, to niestety Ty masz duży brak w wiedzy ogólnej. I t
          > ak, to kierunki humanistyczne (czyli dwa pierwsze z wymienionych) kształcą (w z
          > ałożeniu) elitę (to, że poziom jest jaki jest, to inna bajka): historia literat
          > ury, historia sztuki, językoznawstwo normatywne, filozofia, poetyka... to są pr
          > zedmioty z kierunków filologicznych i kulturoznawczych.

          "Językoznawstwo normatywne" to po prostu kultura języka polskiego. Powinno się jej uczyć w szkole, również wyższej, ale nie należy jej mylić z podejściem naukowym. Historycy literatury lub sztuki nie mówią, jak należy pisać lub malować, oni po prostu opisują twórczość. A "językoznawcy normatywni" chcieliby rządzić językiem, który jest przecież żywym tworem i na szczęści rozwija się niezależnie od osób uzurpujących sobie nad nim władzę. Co ciekawe, w Polsce osoby zajmujące się tymi kwestiami mienią się naukowcami, podczas gdy za granicą kultura języka nie jest dyscypliną naukową.

          Studentko - tak poza tym to nie wiem, czy nikt nie nauczył cię normalnego, składnego pisania, czy też do tego stopnia zafiksowałaś się na swojej wiedzy ogólnej, elitarności i terminach typu "językoznawstwo normatywne", że nie byłaś w stanie sklecić spójnej wypowiedzi. Gdyby popatrzył na nią normatywista, nie byłby zadowolony.
      • Gość: Lrafin Re: Filologia, antropologia, hotelarstwo, oceanot IP: *.adsl.inetia.pl 02.12.12, 22:01
        Oceanotechnika to akurat jest dosyć elitarny kierunek, przynajmniej z założenia. Domyślam się że antropologia także. Hotelarstwo raczej elitarne nie jest, ale babka sama mówi że nie uczy niczego skomplikowanego. O filologiach się nie wypowiadam, bo to zależy gdzie ta filologia jest i przez kogo prowadzona.
        Ale tak naprawdę odchodzimy od tematu. Student KAŻDEGO kierunku powinien znać elementarne zasady dobrego wychowania. A tak nie jest.
        Tak, jestem wykładowcą. Uważam że całkiem dobrym. I tak, mam też takich studentów z których zachowania i podejścia do studiowania jestem dumny. I nie mam problemu z tym żeby Ci studenci mówili mi po imieniu. Ale ich jest może z 5%. Reszta to miernota która nie powinna się znaleźć na studiach i tylko marnuje mój czas. Czas który mógłbym poświęcić np. na badania.
    • Gość: smutna Wykładowcy o studentach: Nie mają wiedzy, brak ... IP: *.ip.jarsat.pl 01.12.12, 18:24
      Czysta prawda, chociaz i tak bardzo delikatnie opisana.

      Brak podstawowej wiedzy bylby jeszcze do przelkniecia, gdyby nie skandaliczne zachowanie studentow: glosne rozmowy podczas zajec, wydawanie z siebie odglosow miauczenia (!!!), teksty do kolezanki: "ty jestes zakrecona jak sloik nasienia" - na caly glos, pod koniec zajec.

      A brak wiedzy? Mam do czynienia z 19-latkami, ktorzy nie potrafia odczytac wartosci funkcji z wykresu. Nie jestem juz pewna, co sie teraz przerabia w ostatniej klasie liceum - tabliczke mnozenia? Obliczanie pola kwadratu?