mr_moneypenny
11.12.12, 13:17
Pozwolę sobie nie do końca zgodzić się z autorką, z góry zastrzegając że czasy mogly się zmienic (skończylem studia 10 lat temu). Na pewno różnice też mogą sie brać z rodzaju uniwersytetu (sądząc po kierunku autorka uczy się na jednej ze starych 'politechnik', ja studiowałem na ekonomię na jednym z renomowanych starych 'uniwersytetów').
Sama nauka różni się bardzo od nauki w polskich szkołach wyższych. Nie da się zaliczyć 4xZ - trzeba wykazać się dogłębną znajomością tematu. Stąd rzeczywiście pomimo stosunkowo małej ilości zajęć z wykładowcą, jeśli zależy człowiekowi na dobrej ocenie, to 40 godzin tygodniowo nie wystarczy. Jeśli w semestrze na zajęciach poruszyliśmy 10 tematów, to wystarczy że przygotuję się do 4, żeby mieć pewność, iż trafię w pytania na egzaminie. Dużą różnicą jednak jest to, iż nie wystarczy przytoczyć wiedzy przyswojonej na zajęciach. Żeby zdać na odpowiednik polskiej 6 lub 5, trzeba popisać się dogłębnym zrozumieniem tematu, najlepiej przytaczając bibliografię.
Generalnie rzecz biorąc zdać jest bardzo łatwo. Stąd wiekszość nie potrzebuje poprawki. Kluczową różnicą jest to, iż zdać dobrze jest raczej trudno i nie wystarczy 'przysiąść' na 2 tygodnie przed egzaminem. Z drugiej strony 5 lub 6 na ocenie końcowej z renomowanego uniwersytetu otwiera przed człowiekiem wiele drzwi już na początku kariery. Z 4 zazwyczaj 'lepsi' pracodawcy, którzy mogą przebierać w kandydatach, nie przyjmują. Jeśli zda się na 3, to równie dobrze można nie robić studiów (oczywiście próbuję tu na polskie realia przetłumaczyć: first, upper & lower second i third).
Na końcu dodam jeszcze, iż rzeczywiście panuje wzajemne poszanowanie pomiędzy studentami i wykładowcami. Wyskoki każdej ze stron są poddawane rónie silnemu ostracyzmowi. Z drugiej strony, studenci zdają się mieć większy wpływ na działanie uczelni (wiem co mówię - zasiadałem w radzie wydziału :) Nie wspominam nawet o 'kombinowaniu' na egzaminach - za to automatycznie wylatuje się z uczelni.