ole_na
28.11.10, 22:55
mam 4-miesięczną córkę. to moje pierwsze dziecko. od miesiąca karmię je bebilonem przez sns. zależy mi na bliskości z córką, dlatego nie podaję butli. zawsze chciałam karmić piersią (i tylko piersią) tak długo, jak się da. wychowywać dziecko bez gumowych substytutów piersi. kiedy pojawił się u nas problem z przybieraniem na wadze, długo (2 miesiące) walczyłam (tak, to była walka) o to, żeby zostać przy kp. wzbraniałam się przed mm, w czym wtórowała mi - wydawało mi się, że na moje szczęście- nasza pani pediatra. to było tygodnie szarpaniny i nerwów.
córka jadła bardzo często, prawie cały czas. przystawiałam ją kiedy tylko chciała. wystarczyło drobne marudzenie - od razu dostawała pierś. mimo to nie przybierała na wadze. jeszcze miesiąc temu (jako trzymiesięczne niemowlę!) ważyła zaledwie kilogram więcej, niż przy urodzeniu.
położna nie stwierdziła nieprawidłowości w "technice" ssania. doradczyni laktacyjna uznała, że mała ssie za płytko, ale jej opinia nie jest miarodajna - kiedy przyszła, dziecko było tak naprawdę po karmieniu i tylko bawiło się piersią.
jestem wyjątkiem od reguły. i MAM za mało pokarmu. niech nikt nie opowiada mi, że to kwestia złej techniki ssania. czemu niby moje dziecko miałoby ssać źle? przecież to jego "być albo nie być", najsilniejszy z naturalnych odruchów. miałam szczęście rodzić naturalnie, córka po raz pierwszy dostała pierś jakieś 20 minut po urodzeniu.
że niby odruch został zaburzony przez podaną bez mojej zgody butlę jednej nocy w szpitalu? przez kilkakrotnie podanego i natychmiast przez córkę wypluwanego smoczka? dlaczego więc moje znajome po cc, matki dzieci karmionych niejednokrotnie butlą, dzieci używających smoczków, dzieci jedzących przez kapturki - nie mają żadnych problemów z karmieniem piersią, wagą swoich pociech, ich odruchem ssania?
zwolenniczki kp często odwołują się do życia kobiet w buszu tudzież świata minionego, w którym nasze prababcie karmiły piersią, bo innego wyjścia nie było. i mimo, że same czasem nie dojadały, dzieci "jakoś" rosły na tym ich mleku.
porównania piękne, wszystko to składa się w logiczną całość. karmienie piersią jako coś danego nam przez naturę, po co karmić inaczej, no bez sensu przecież. ja się z tym zgadzam. uważam, że kobiety powinny karmić dzieci własną piersią tak długo, jak się da. bo bliskość, bo najlepszy pokarm, bo to NATURALNE. powinny karmić, jeśli tylko mogą.
niestety na własnym przykładzie przekonałam się, że nie wszystkie mogą. nie wszystkie możemy.
wiem, pewnie napiszecie mi, że mamy z córką "złą technikę ssania", a nie za mało mleka. nie upieram się, że nie. ale ja próbowałam wszystkiego, i tak uważam że zbyt długo przetrzymałam moją córeczkę, próbując usilnie trzymać się "natury". przegięłam. głodziłam ją. dopiero teraz, odkąd karmię ją mm, widzę zadowolone, naprawdę najedzone dziecko. widzę dziecko spokojnie śpiące. nie nerwowe. w końcu pulchne, jak inne dzieci.
zresztą...przyznam, że termin "technika ssania" kojarzy mi się fatalnie i nijak nie przystaje do tej całej NATURY, do której skądinąd słusznie odwołują się wszystkie zwolenniczki kp. gdybym żyła w buszu, moje dziecko ssałoby pierś dokładnie tak samo, jak robi to tu i teraz. dokładnie tak samo słabo przybierałoby na wadze. i pewnie musiałabym w tamtej sytuacji dokarmić je mlekiem kokosowym, czy jakimś bananem. tu - podaję bebilon.
technika, jak sama nazwa wskazuje, to jakaś ingerencja w naturę. przecież dziecko samo wie, jak ma efektywnie ssać, rodzi się z tym (czyż nie?). a każda matka ma wrytą w krwiobieg umiejętność karmienia swojego dziecka własną piersią.
to się kłóci. teza, że karmienie jest czymś naturalnym i jednoczesne mówienie o "odpowiedniej technice ssania". kobietom w buszu nikt nie pokazuje jak mają prawidłowo przystawiać dziecko, one po prostu robią to tak, jak umieją. ja też robiłam to tak, jak umiałam. jak kazał mi instynkt, nie książka/strona internetowa. dopiero kiedy nie wypaliło, przystawiałam tak, jak nakazywały książka/strona internetowa/doradczyni laktacyjna.
aż w końcu doszłam do smutnego wniosku, smutnej dla mnie prawdy. mam za mało mleka. produkuję go mniej, niż potrzebuje moje dziecko. po prostu. miarą nie jest tu dla mnie laktator (kiedy po pół godzinie ściągania pokarmu w buteleczce zgromadziła się jedna łyżka mleka), ale fakt, że moje dziecko miało niedowagę mimo ciągłego wiszenia na piersi.
na porządku dziennym jest tutaj doradzanie w kwestii "poprawy techniki ssania", właściwie w większości przypadków, kiedy pojawia się problem z karmieniem. a czasem przyczyna leży gdzie indziej. trzeba brać pod uwagę różne opcje. ja miałam złych doradców. wierzyłam w to, że mam mleko, że damy radę, że przecież jestem stworzona do tego, żeby wykarmić swoje dziecko. że przecież troszkę jednak przybiera na wadze. że będzie dobrze.
dopiero z perspektywy czasu widzę, jak byłam zaślepiona w tym swoim myśleniu. ogarniająca mnie zewsząd, naprawdę silna propaganda kp, która trafiła do mnie tak mocno, że stała się tożsama z moimi przekonaniami sprawiła, że w imię idei głodziłam własne dziecko. do tej pory nie wiem, czy przez ten cały okres, kiedy karmiłam tylko piersią nie zrobiłam jej krzywdy. rozwijała się dobrze, więc mam nadzieję, że to jest wyznacznik.
chciałam podzielić się naszą historią trochę ku przestrodze. mam nadzieję, że przeczytają ją fanatyczki kp, których tu również nie brakuje. jesteśmy różni. nasze dzieci są różne, my jesteśmy różne, nasza produkcja mleka też może się różnić. po prostu.