bel.canto
14.12.11, 13:16
Moje karmienie piersią od początku jest bardzo trudne. Córka urodziła się 5 listopada przez cc i od początku jest mega śpiochem. Już w szpitalu sama ją wybudzałam do jedzenia co 2 godzinki średnio. Wielkim wyczynem jeszcze do niedawna było wybudzenie jej ze snu. Ktoś zapyta, po co wybudzałaś? Sama jak zgłodnieje się obudzi. Nie. To moje drugie dziecko i z pierwszym synem robiłam tak, że dawałam mu się wyspać i w pierwszym miesiącu przybrał tylko tyle, że wrócił do wagi urodzeniowej. Zaczęło się ściąganie, dokarmianie itd. Jakoś nam się udało, karmiłam rok. Teraz więc chciałam uniknąć takiej sytuacji i budziłam małą co 2 godziny. Jadła bardzo krótko, 3-4 minutki. Trudno było wymusić dłuższe ssanie. Po półtorej tygodnia trafiliśmy do szpitala z lekkim odwodnieniem, spadek masy o 50 g. W domu syn miał jelitówkę, potem mąż i prawdopodobnie mała też lekko złapała. Przez dwa dni nie mogłam jej prawie w ogóle nakarmić. I teraz, mi się wydaje że była odwodniona od niejedzenia, a nie wirusa, ale tego nie sprawdzę. Po powrocie ze szpitala dokarmiałam ją przez 2-3 dni swoim ściągniętym mlekiem ok. 20-30 ml, więcej nie dało rady „wcisnąć”. Dokarmiałam sondą, strzykawką. Nigdy nie dałam smoczka, wiem że to byłby gwóźdź do mojej piersiowej trumny. Potem postanowiłam, że skoro tak trudno jej się obudzić po 2 godzinach, a jej dzień ograniczał się do snu i mojego wybudzania na jedzenie, to będę ją budzić co 3 godziny. I tu była poprawa. Rzeczywiście po tych 3 godzinach lepiej jadła, lepiej się wybudzała, ale nadal jedzenie trwało króciutko, 4-5 minut. Za nic nie mogę wymusić dłuższego ssania. Dziś mała ma prawie 1,5 mca a ja nadal muszę ją wybudzać do jedzenia, w nocy też, z tym że w nocy daję jej 4 godziny. Wybudzam dlatego w ogóle, że jej przyrosty nie są rewelacyjne, ciągle jest na dolnej granicy 120 g tygodniowo. Gdybym jej nie budziła nie wiem ile by było.
Problem polega na tym, że ona ma tak: jeden dzień wybudzam ją i ładnie je, ok. 10 minut nawet, a dwa dni ma takie, że za cholere nie chce jeść, łapie jakoś lekko, że mogę jej nawet podczas ssania wyjąć brodawkę, anemiczne ruchy, czasem tylko językiem. Nawet po dłuższej niż trzy godziny przerwie ona nie wydaje się ani trochę głodna. Zmieniam pozycje, spod pachy, na siedząco ale to nic nie daje. Nie chce i koniec, albo tylko trzyma w buzi brodawke lekko, nie ssie, albo robi minę skrzywiona i nie chce w ogóle, czas między karmieniami mocno się wydłuża a ja po takim dniu, nocy, mam mało mleka. I tego też nie rozumiem, jak ta laktacja u mnie wariuje, jeden gorszy dzień i już mleka tak mało. Czasami mam takiego nerwa, że nie mogę wytrzymać. Takie jej zachowanie doprowadza mnie do szału. Jak mam mieć mleko, jak ona ma przybierać jak nie ssie!! Chce mi się beczeć! I ta ciągła zmiana nastrojów, bo jak ma lepszy dzień to chodzę szczęśliwa licząc, że tak zostanie, a tu znowu dwa dni do d... I smutna chodzę, maż ma dość, ja też. Chcę bardzo karmić piersią, córka ma alergię do tego i wiem, że mój pokarm to jedyne lekarstwo. Ale dlaczego moje karmienie musi być takie trudne? W nocy np. córka spałaby pewnie 5-6-7 godzin ale ja nie mogę pozwolić jej tyle spać, bo karmienie, nie mogę nigdzie nawet iść z nią poza spacerem, bo wiem że w publicznym miejscu nie będę w stanie jej dobudzić na tyle żeby normalnie zjadła. Karmienie na śpiocha nie ma szans, zaciska usta. Jak nie obudzi się porządnie to je 2 minuty i dalej śpi jak kamień. Co ja mam robić? Nie mam już siły L To ciągłe szturchanie, rozbieranie, fikołkowanie podczas karmień doprowadza mnie na skraj cierpliwości. Do tego sposób w jaki łapie brodawkę, nie otwiera szeroko ust, albo bardzo rzadko, tylko łapie jakby w biegu brodawkę, tzn. że ssie na pusto, jeszcze zanim złapie i za nic nie mogę wymusić otwarcia buzi bez odruchu ssania, muszę się wpasować niejako w moment kiedy ma najszerzej otwartą buzię, tylko jest to problem, bo język jest w ruchu.
Byłam w poradni lakt., mała miała akurat dobry dzień i było wszystko ok. Ładnie zjadła na pokaz. Dziś jest jeden z tych gorszych dni, budzę ją co trzy godziny, possie 2 minuty i koniec, jestem mega sfrustrowana. Teraz też śpi. Jak ma czas aktywności jest spokojna raczej, i nie chce też ssać raczej. Najbardziej załamują mnie radu typu: jak najczęściej ją przystawiaj ( pytam się jak? Jak ona nie chce?), powinna jeść ok. 15 minut (jak? 10 to u niej max) itd.
I wszystko byłoby ok., gdyby przybierała ze spokojem te 120 g.( I chyba to mnie najbardziej frustruje, myślę ciągle o tych gramach...) Ale to jest wypracowane 120 g, w męczarniach i bólu, mojego oczywiście psychicznego bólu. Właściwie to przez ostatni tydzień jest raczej 100-110 g. A przyrosty były takie:
Waga urodzeniowa: 3120
Spadkowa: 2820
28.11. – 3470
06.12 - 3620
14.12 – 3730
Pomóżcie proszę, pocieszcie...