Gość: sheloba
IP: *.155.53.185.ajc.com.pl
28.05.15, 19:23
Ponieważ w trakcie moich starań o karmienie piersią mojego syna korzystałam z wiedzy i rad zamieszczonych na różnych forach, ja również chciałam się podzielić moimi doświadczeniami związanymi z dwumiesięcznym staraniem o zamianę butelki na karmienie piersią.
Poród: siłami natury, bez komplikacji, waga dziecka 3600 g, 10/10 w skali Apgar. Dziecko było kangurowane zaraz po porodzie i przystawiane do piersi na sali obserwacyjnej (bez sukcesu, syn w ogóle nie był zainteresowany jedzeniem)
W szpitalu byłam dwa dni od porodu, dziecko nie przystawiało się do piersi pomimo licznych prób. Wkraplałam mu siarę do buzi. Położne dawały mi różne rady, lecz żadna z nich nie poskutkowała. Namówiły mnie też na dokarmianie sztuczne ze względu na możliwy spadek wagi. Warunki pobytu w szpitalu były słabe, więc postanowiłam wziąć się do karmienia zaraz po powrocie do domu. Waga przy wypisie 3500 g.
1. tydzień: Przez dwa dni próbowałam na własną rękę karmić synka piersią, lecz w ogóle nie chciał jej chwytać. Z obawy o brak jedzenia podałam mu kilka razy butelkę, gdy bardzo płakał. Dziecko dużo spało i wreszcie z braku pokarmu przestało sikać. Wezwałam położną środowiskową i okazało się, że spadek wagi jest znaczny (3380 g) i zaczyna się żółtaczka. Położna kazała dziecko dokarmiać sztucznie dużą porcją mleka modyfikowanego (90ml na karmienie). Mimo to nadal przystawiałam syna do piersi i próbowałam nauczyć go ją łapać. Jednak zupełnie nie był nią zainteresowany, widziałam, że czeka na łatwiejszy sposób, żeby się najeść.
2. tydzień: Żółtaczka została opanowana, waga ruszyła do góry (3480 g). Postanowiłam odstawić butelkę i zmobilizować go do picia z piersi. Przez pięć dni było ciężko – syn marudził i się złościł, ja miałam bardzo poranione brodawki, jednak wreszcie udało mu się zacząć chwytać i ssać. Niestety właśnie wtedy poszliśmy na wizytę patronażową do pediatry, która stwierdziła, że waga stoi w miejscu i kazała mi natychmiast dziecko dokarmić sztucznie. Nie słuchała, że dokładnie tego dnia zaczął pięknie jeść. Niestety tak mnie nastraszyła, że zamiast skonsultować się z innym lekarzem, podałam dziecku butelkę (nie wiedziałam też, że są inne sposoby karmienia noworodków). W związku z tym dziecko natychmiast znów przestało jeść z piersi.
3. tydzień: Dziecko jadło z butelki. Próby przystawiania syna do piersi szły słabo – czasem ją chwytał, ale w ogóle nie umiał ssać. Żeby go do tego zachęcić pozwalałam mu trzymać pierś w buzi nawet 1,5 godziny i przysypiać. Wpłynęło to niekorzystnie na jego późniejsze zachowanie (kiedy przestaje dawać radę pić, przysypia i trudno go dobudzić, po zdjęciu z piersi śpi 10 minut i płacze), lecz pozwoliło mi usłyszeć pierwsze dobre przełknięcia.
4. tydzień: Zrozumiałam, że żeby w ogóle myśleć o powrocie do karmienia piersią muszę zrobić dwie rzeczy: zwiększyć ilość pokarmu (który w dotychczasowej sytuacji groził zaniknięciem) i zacząć budować moją relację z synkiem właściwie od początku (do tej pory było sporo nerwów). Na początku odciągałam 40 ml z obu piersi za jednym razem. Używając laktatora ręcznego starałam się regularnie odciągać pokarm po każdym karmieniu z obu piersi, jednak przy przerwie 3-godzinnej okazało się to bardzo nieskuteczne – próbowałam karmić piersią godzinę, potem dawałam dziecku butelkę i zaczynałam odciąganie. W ten sposób na następne karmienie piersi były prawie puste. Zmieniłam więc system i zaczęłam odciągać przed karmieniem jedną pierś, potem przystawiałam dziecko do tej pełnej, karmiłam butelką i odciągałam z tej, z której właśnie karmiłam. Dzięki temu w porze karmienia zawsze przynajmniej jedna pierś była pełna. Jednak drobne zakłócenie np. to, że dziecko zgłodniało kwadrans wcześniej wywracało ten system. W nocy karmiłam tylko butelką, żeby dać dziecku i sobie odpocząć. Wszystkie te próby zwiększały ilość mleka, ale bardzo powoli, a w samym karmieniu nie było praktycznie żadnego postępu. Dziecko umiało już chwycić pierś, ale nie radziło sobie ze ssaniem. Dlatego ostatecznie skoncentrowałam się na samym odciąganiu, zakładając, że jeśli pokarmu będzie dużo, ssanie stanie się dla syna łatwiejsze.
Drugą rzeczą, na której się skoncentrowałam to na kontakcie z dzieckiem. Wcześniej byłam tak zaaferowana próbą zorganizowania sobie życia, że właściwie nie miałam na to czasu. Zaczęłam dużo przytulać i nosić synka na rękach. Kangurowałam go, żeby oswoić ze swoim ciałem w innych okolicznościach niż tylko próby karmienia.
5. tydzień: Rozpoczęłam intensywne odciąganie pokarmu metodą 7-5-3 z obu piersi. Przez tydzień w dzień robiłam to co półtorej godziny, w nocy co dwie. Przy co drugim odciąganiu w dzień przystawiałam synka do piersi, żeby nie zapomniał, jak się ją chwyta. Ilość mleka zaczęła systematycznie wzrastać.
6. tydzień: Kupiłam laktator elektryczny, ponieważ liczyłam, że będzie lepiej stymulował produkcję mleka i tak też się stało – odciągałam już 60 ml z obu piersi co półtorej godziny, mogłam więc liczyć na to, że będę w stanie wykarmić dziecko. W nocy ściągałam pokarm już tylko przy karmieniu, żeby trochę wypocząć. Za to w dzień zamiast ściągać cały pokarm, zaczęłam zmniejszać ilość mleka modyfikowanego do 60 ml i dokarmiać dziecko piersią (przed butelką i po, jeśli dziecko było jeszcze głodne). Okazało się, że przez to, że syn tak długo jadł z butelki zaczął bardzo mocno ściskać dziąsła na brodawce. Szybko spowodowało to bolesność, do której myślałam, że nie będę w stanie się przyzwyczaić. Problemem była też słaba praca języka, co nie pozwalało dziecku ssać efektywnie.
7. tydzień: Mimo tych problemów, prawie pogodzona z faktem, że będę musiała ściągać mleko i podawać dziecku w butelce, jako ostatnią szansę postanowiłam spróbować karmienia w systemie dzień piersią, noc butelką. Chciałam sprawdzić czy uda mi się utrzymać syna we względnie dobrym samopoczuciu tylko na piersi. Znów nie było łatwo, ponieważ ponownie bardzo bolały mnie brodawki. Dlatego też odpoczynek dla piersi w nocy był błogosławieństwem. Wtedy tylko ściągałam pokarm i podawałam z butelki. Wielką pomocą był tu tata, który wstawał na karmienia razem ze mną, dzięki czemu mogłam się trochę lepiej wyspać. Dziecko w dzień bywało marudne, ale jakoś dawało radę.
8. tydzień: Kiedy piersi nieco oswoiły z nowym sposobem jedzenia synka, odważyłam się porzucić butelkę także w nocy. Znów początek był ciężki – maści nie dawały mi ukojenia, syn był często podenerwowany tym, że nie może się szybko i łatwo najeść. Bardzo często chciał jeść (nawet co pół godziny), co uniemożliwiało odpoczynek piersi. Mimo to dobrze spał w nocy (wystarczały dwa lub trzy karmienia nocne), co dawało mi nadzieję na to, że nie głoduje. Wszystko to robiłam pod kontrolą wagi, miałam też zrobioną morfologię i badanie moczu potwierdzające, że dziecko jest zdrowe. Przestałam używać laktatora, licząc, że produkcja mleka sama dostosuje się do potrzeb dziecka.
9. i 10. tydzień: Ważenie po pierwszym i drugim tygodniu pokazało, że przybór wagi jest jeszcze za mały (80 i 120 g), lecz systematycznie się zwiększa. W kolejnym tygodniu wzrost wyniósł już 175 g, co potwierdziło, że wszystko jest dobrze.
Od siedmiu tygodni karmię syna wyłącznie piersią. Je z obu piersi za każdym razem. Na początku, żeby było łatwiej, podawałam raz jedną, raz drugą, lecz później zauważyłam, że to go rozleniwia i pije tylko mleko początkowe. Obecnie podaję mu jedną pierś dwa, trzy razy i dopiero potem drugą. Zmieniam też za każdym razem pozycje z klasycznej na futbolową, wyraźnie ułatwia mu to picie. Karmienie trwa od 40 minut do godziny. Nadal karmienie jest dla nas przygodą – syn je często, dość chimerycznie (czasem bardzo mało, potem ma wilczy apetyt), ma tendencję do przysypiania. Mimo to jestem bardzo szczęśliwa, że mogę go karmić piersią i że on zaakceptował ten sposób jedzenia.
c.d.