pitu_finka
17.03.09, 12:45
Witam wszystkich, a szczególnie ciepło Panią Monikę i wszystkie "stare"
pamiętające mnie dusze:) 4 marca przyszedł na świat mój syn czyniąc mnie
ponownie matka karmiącą. Ponieważ to forum jest mi szczególnie bliskie, wiele
mi pomogło podczas trudnej walki o karmienie piersią mojej pierworodnej,
chciałam się z Wami podzielić swoimi doświadczeniami z pierwszych dwóch
tygodni karmienia.
Jeszcze przed urodzeniem synka bardzo spokojnie podchodziłam do tematu
karmienia piersią. Kto jak kto, ale ja miałabym mieć jakieś
kłopoty/wątpliwości czy nie dać rady? Nieeee, niemożliwe. Tyle mądrych rad
sama na około udzielałam. No i co? Ano tyle, że rzeczywistość znowu mnie
przerosła. Chyba zapomniałam jak to jest z non-stop ssącym noworodkiem. Młody
spadł mi z 3900 do 3570 (czyli ciągle mniej niż 10%) co z zupełnie
niezrozumiałych względów wzbudziło jakieś niezdrowe reakcje w szpitalu. Syna -
podobnie jak córkę - rodziłam w szpitalu św. Zofii w Warszawie (wtedy cc,
teraz sn). Wydaje się że to szpital bardzo sprzyjający karmieniu piersią, a
tymczasem mam wrażenie, że sporo się tam popsuło w tym względzie w ciągu
ostatnich dwóch lat. Może jest to spowodowane tym, że nie chcą problemów z
wagą noworodków, by szybciej wypisywać do domu? W każdym razie pediatra na
obchodzie w 2 dobie (ważył wtedy 3620) powiedziała, że to niemożliwe bo gdyby
tyle spadł to nie powinien mieć sił żeby tak głośno wrzeszczeć:| I kazała go
dokarmić. Nie zgodziłam się. Potem do mnie przychodził ktoś co chwila, ważyli
go kilka razy dziennie, mnie kazali ważyć przed i po karmieniu (o zgrozo),
doprowadzili oczywiście do łez i myślę, że podkopali moja wiarę w siebie w
kwestii karmienia, która była naprawdę silna. Ale "świeża" matka jest
wyjątkowo wrażliwa i łatwo traci wiarę, szczególnie jak na nią naskoczą (w
ogóle mnóstwo dziewczyn latało po korytarzu ze strzykawkami i ja się
zastanawiam po co?). Położna się na mnie obraziła, wyszła mi z sali ze słowami
że "ja chce pomóc a pani taka ciągle na nie". Ale w 4 dobie mały już przytył
20g i wypisano nas do domu. Ale mnie niepewną i pomstująca na swoje sflaczałe
piersi, które nigdy nie doświadczyły żadnego nawału:| I już bliską
wypożyczenia laktatora, dla mnie narzędzia największych tortur. A w domu szara
rzeczywistość - mały wisi na piersi godzinami, przysypia przy piersi po 15 min
(oczywiście w szpitalu tez próbowano mi wmówić że to nie jest normalne,
noworodek powinien się najeść i spać). Ja wpadłam w jakąś paranoję i
codziennie go ważę (ale już mi wrzucił ponad 400g w 10 dni, więc historie o
nienajadaniu się mogę włożyć między bajki. (Co nie zmienia faktu, że nie do
końca w to wierzę...). A do tego mam ponad dwulatkę na stanie, potrzebującą
mnie teraz jak nigdy (doświadczone mamy proszę o podpowiedź jak pogodzić ich
potrzeby??? jak wytłumaczyć córce że np karmię 5 godzin...) i tak żałuję, że w
dzisiejszych czasach nikt już nie uważa, że położnica powinna leżeć plackiem
przez okres połogu:( Od wczoraj jestem z nimi sama i ten mój biedak nawet
sobie nie może spokojnie przy piersi pokimać.
Podsumowując, niezależnie od liczby wykarmionych dzieci i posiadanej wiedzy
teoretycznej, kobieta głupieje jak dostaje do wyhodowania jakiegoś swojego
nowego ssaka. Wszystko przestawia się na tryb "wykarmić" i przesłania cały świat.
I na koniec jeszcze jedno pytanie, czy ktoś może mnie poratować jakimiś
instrukcjami nt wiązania w chuście takiego, które umożliwia karmienie w tejże?
Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie i cieszę się, że znowu będę się z wami
spotykać.