malwes
13.06.09, 22:36
Pani Moniko i dziewczyny kochane!
Jakaś deprecha mnie chyba łapie (czyżby pogoda jesienna w
czerwcu...) i bardzo bym chciała mieć taki wątek-wspieracz, do
którego będę mogła zaglądać w takie paskudne wieczory jak dziś.
Szukam wsparcia u Mam-Karmicielek, których maluszki wałęsały się
gdzieś w okolicach 3go centyla (wg WHO oczywiście) albo i nie.
I ja mam taką "pchłę" - ur. 2580g,(najniższa 2,2kg) w wieku 4,5m-ca
ma 5,8kg. Pniemy się z centyla 0,4 przez 1,4...1,8...teraz 2,2 i
wciąż do góry. Generalnie chłopię zdrowe, pchła ruchliwa, turlająca
się, prawie siadająca ;)...ale z karmieniem pod górkę - straszne
kolki, potem niby już nie kolki tylko wzdęcia po wszystkim co nie
jest indykiem, kurczakiem, marchewką, ryżem, kus-kus. Ma
suplementowany enzym laktaza. Tulony, całowany, chustowany...
Bo generalnie to jest tak, że ja jestem takie "jajko mądrzejsze od
kury" czyli tzw. trudny pacjent/rodzic dla lekarza. Zazwyczaj "wiem
wszystko" o tym, co mnie interesuje ale mądra taka jestem dopiero od
drugiego dziecka, czyli właśnie mojego Kruszyna. Pierwszy jeszcze
mniejszy się urodził ale poległam z karmieniem piersią
dzięki "dobrym radom" położnych, ciężkiej chorobie synka zaraz po
urodzeniu, wyczerpaniu fizycznemu po przeleżanej ciąży. Karmić
chciałam strasznie...i ściągałam całe 6m-cy po 20-30ml dziennie bo
nie bardzo wiedziałam jak tą lektację przywrócić a położna
laktacyjna doradziła mi...karmienie butelką. Ale synek na
Nutramigenie rósł pięknie. W tym wieku co młodszy miał już ponad
7kg.
I chyba problem w tym, że ja z tego karmienia to zrobiłam dla siebie
miarę mojego macierzyństwa :(. Wmówiłam chyba w siebie, że jeśli mi
się nie uda to co to za matka będzie ze mnie. Wtedy, przy pierwszym
dziecku nie miałam też wsparcia rodziny (między mną a moją siostrą
jest 21 lat różnicy a rodzice są z okolic roku 29-go :) więc o
karmieniu piersią żadna babka w rodzinie nie wie nic). Dodatkowo
całe towarzystwo cały czas raczyło mnie i raczy tekstami typu "skąd
ty masz mleko w tych (czytaj małych) piersiach", "czy on już został
przepojony", "dlaczego mu nic nie dajesz oprócz mleka"...
I kurczę, wiem co mówi na ten temat LLL, znam wytyczne WHO,
przeczytałam "Warto karmić piersią", "Piersią spoko" i chyba
wszystkie portale i fora "mleczne" jakie są w internecie...Wiem, że
nie można mieć za mało pokarmu, wiem - że "cyckozwis" jest
potrzebny, wiem, że spanie razem ma sens, wiem, że nie ma mleka za
tłustego czy za chudego, wiem chyba wszystko o laktacji....
i powiedzcie mi, dlaczego czasem przychodzą takie wieczory, kiedy
moje usilne starania o "w dupiemanie" (przepraszam Pani Moniko ale
uwielbiam ten neologizm, zaczerpnięty zresztą z tego forum)
wszystkich tych bzdur ze strony rodziny idą na marne...i to nawet
nie chodzi o moją rodzinę ale o mnie samą. Dziecko ma 4,5mca i
ciągle kłopoty wzdęciowe - ja już nawet nie próbuję wprowadzać
nowości. Rozwija się pięknie ale ja ciągle widzę tylko to, że jest
malutki i ciągle do mnie wraca poczucie winy, że jednak coś jest nie
tak, że mógłby rosnąć bardziej, że jednak nie umiem, nie potrafię
efektywnie karmić...
Mam na szczęście mądrego, kochanego pediatrę, który tłumaczy mi, że
dziecko rozwija się równomiernie, ładnie, powoli i żeby dać mu
spokój...a mnie nachodzą takie doły. Chyba też mąż mnie nie wspiera :
(...bo niby wspiera ale czuję, że najchętniej to daniem butelki
załatwiłby wszystko bo ja bym się wtedy mogła wyspać, wyjść z domu,
zjeść wszystko i nie musiałby mnie wspierać w tym wszystkim
wykazując większe zaangażowanie...
Ech...jakoś nie mam wiary w siebie chyba...:(