3smutna
22.09.09, 11:21
Jestem załamana, brak mi sił do życia... Rok temu poznałam starszego od siebie
o 6 lat mężczyznę. Zaczęliśmy się spotykać, było cudownie, po kilku naszych
spotkaniach przyznał się, że ma żonę, ale stanowczo upierał się przy tym, że
zupełnie im się nie układa, w ogóle ze sobą nie żyją, łączy ich tylko wspólne
mieszkanie, w którym i tak mijają się bez słowa. Minęły 3 miesiące a nam
układało się wspaniale, nie miałam żadnych podejrzeń, bo zawsze miał dla mnie
czas, rozmawialiśmy o wszystkim. Przeprowadziłam własne "małe śledztwo" i
okazało się, że ma również 10 letnią córkę. Świat mi runął, pomyślałam, co za
gnój. Chciałam Go zostawić, pomyślałam dziewczyno nie warto zawracać sobie
głowy takim kłamcą, ale On nie dawał mi spokoju.Dzwonił, ja nie odbierałam,
przyjeżdżał, ja nie otwierałam drzwi. Spotkanie oczywiście było nieuniknione.
Po rozmowie z Nim i po Jego tłumaczeniach znowu Mu zaufałam. Mówił, ze to duża
dziewczyna, że zrozumie, że przecież to Im się nie układa i dziecko nie jest
niczemu winne. Pomyślałam, no trudno nie wyszło, dziecko rzeczywiście nie jest
niczemu winne a człowiek błędy popełnia, widocznie nie pasują do siebie. I
dalej ciągnęliśmy "nasz" związek... Dogadywaliśmy się pod każdym względem,
bardzo dużo rozmawialiśmy i z czasem zaczęły wychodzić Jego wcześniejsze
"wybryki". Nie byłam pierwsza kobietą, z którą zdradził żonę, w ciągu 10 lat
małżeństwa. Myślałam mi krzywdy nie robi, nie mogę oceniać Go za Jego
wcześniejsze zachowanie. Czas leciał, my cały czas byliśmy razem, a ja z
czasem zaczęłam rozumieć, że On żyje na dwa domy. Nie wytrzymywałam
psychicznie całej tej sytuacji. Kilka razy Go zostawiałam, choć wiedziałam że
bardzo Go kocham. Starałam się myśleć rozsądnie, ale to nie zawsze wychodzi.
Układaliśmy wspólne plany, wspólne życie. Spędzał ze mną każdą możliwą
sekundę, wyjeżdżaliśmy na weekendy i bawiliśmy się za pieniądze Jego żony, jak
się później okazało. Obiecywał, że to wszystko się skończy i że niedługo
będziemy tylko razem. I wtedy okazało się że jestem w ciąży. Pomyślałam sobie
kurcze no wyszło, nie byłam specjalnie załamana, wręcz nawet się cieszyłam.W
końcu miałam mężczyznę, z którym byłam szczęśliwa, z którym planowałam
przyszłość. Któremu i tak jak mówił nie układało się w związku i i tak chciał
to wszystko zakończyć. W ciągu miesiąca wynajęliśmy mieszkanie i
postanowiliśmy wspólnie zamieszkać. Opowiedział o wszystkim żonie, córce,
chociaż i tak wiem że nie o wszystkim, kłamstwo ma we krwi. W każdym bądź
razie Jego żona wiedziała, ze On się wyprowadza i że będzie miał drugie
dziecko. Pierwszy tydzień wspólnego mieszkania to była tragedia, nie było dnia
w którym bym nie płakała. W 10 letnim związku pan i władca całego świata
przyzwyczajony był, że wszystko podaje mu się pod nosek i spod noska zabiera.
Że jestem na zwolnieniu chorobowym na ciążę całymi dniami siedziałam w domu i
czekałam aż "Mój ukochany" wróci z pracy. Szybko przyzwyczaiłam się do Jego
wymagań. Koleje kilka dni były powrotem do normalności i już było całkiem
fajnie. Po czym po niecałym miesiącu wspólnego mieszkania powiedział mi, że
robię wszystko tak dobrze, ze nie ma się nawet do czego przyp.........nawet
nauczyłam się gotować. Wiedziałam, że utrzymuję kontakt telefoniczny z żoną,
nie mogłam Mu tego zabronić, zresztą i tak rozmawiali chociażby jak jeździł po
dziecko. Wiedziałam też, że Ona w każdej chwili przyjmie Go z otwartymi
ramionami i uśmiechem na buzi, że wszystko Mu wybaczy, tylko,że Ona nawet nie
ma pojęcia właśnie o tym "wszystkim". Za wszystko obwiniała mnie i po części
Ją rozumiem, ale to nie JA ZABRAŁAM GO JEJ, TYLKO TO ON JA ZOSTAWIŁ. To nie ja
miałam męża i dziecko. On natomiast wiedział, ze ma jeszcze szansę powrotu,
gdzieś, gdzie miał wszystko poukładane, poukładane po swojemu, ale czas leciał
i wiedział że ma go coraz mniej. Więc zaczął zastanawiać czy to na pewno Jego
dziecko. Kilka dni po zapłodnieniu, jak jeszcze nie wiedziałam, ze jestem w
ciąży rozstaliśmy się, bo ja już nie wytrzymywałam psychicznie, Jego
podwójnego życia i Jego ciągłych kłamstw i w ciągu tygodnia, bo tyle nie
byliśmy razem, raz wyszłam z domu i raz spotkałam się z kolegą, z którym
rozmawiałam 40 minut. Wiec tenże właśnie kolega był najlepszym przykładem
właśnie przyp.......... się o coś, zaczął mówić że nie ma do mnie zaufania i w
ogóle. Ja głupia zapewniałam Go, że to Jego dziecko, przysięgałam, pozwoliłam
nawet zrobić mu testy. On zrozumiał chyba wtedy, że ja doskonale zdaję sobie
sprawę i że to na pewno Jego dziecko. A ja zrozumiałam w końcu, ze nie ma to
sensu. Zrozumiałam w końcu, że dorosły facet nie wytrzymał ciśnienia dorosłego
życia i konsekwencji swoich decyzji. Że nie potrzebuję Go na siłę, że szybciej
czy później On i tak odejdzie. Że nigdy nie zniosła bym myśli, że wychodzi do
pracy a po pracy jedzie do kogoś innego, tak jak jeździł do mnie. Dzisiaj
zaczynam się pakować, wszystko oczywiście jest na mojej głowie. Muszę załatwić
sprawę z mieszkaniem, które wynajęliśmy na rok. Umowa oczywiście tez była na
mnie. On uważa, ze wszystko jest ok, że tak będzie lepiej. Wydaje mi się, że
On myśli, że nadal będzie żył na dwa domy. Wróci z powrotem na stare śmieci,
gdzie wszystko ma poukładane i o nic nie będzie musiał się martwić. W domu
będzie miał gosposię, sprzątaczkę i służącą, do tego jeszcze jelenia, który
będzie na Niego zarabiał i ukochane dziecko. A w drugim domu dziewczynę, z
którą będzie mógł wyjść, się pokazać, wyjechać na szalony weekend i drugie
dziecko. I tu się pomylił, bo mnie już nie będzie. Żałuję teraz, że
zapewniałam Go, że to Jego dziecko. Najlepiej było by gdyby po prostu o nas
zapomniał i wracał tam skąd przyszedł, gdzie wcześniej czy później i tak Mu
się znudzi, ale wiem,że tak nie będzie czuję, ze najgorsze dopiero przede mną...